Tuesday, 17 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część druga

Bałkany po raz czwarty - część druga

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019















7. Via Ferrata
(31.08.2019, wieczór, Blagaj koło Mostaru, Bośnia)

   Zacznę od początku, żeby się nie zgubić, bo dzień był długi i obfitujący we wrażenia.
   Rano wstałem dosyć wcześnie i przygotowałem nas do wyjścia na Maglić: plecaki, jedzenie, napoje. Monika wstała dosyć późno i trochę się guzdrała. Wreszcie powiedziałem jej dosyć ostro, że ma się pozbierać, bo musimy tak wymierzyć, żeby nie utknąć w górach wieczorem. Obraziła się śmiertelnie.
   Odcinek, który pokonaliśmy samochodem wcale nie była taki straszny, jak się obawiałem. Bez trudności wjechaliśmy na jakieś 1600 m. Trasa nie umywała się do tej w Strazimirze w Macedonii przed wejściem na Korab.
   Ale jeśli chodzi o samą wspinaczkę... Wejście było koszmarne, strome, niebezpieczne, groźne. Jak się później okazało, wybraliśmy najgorsze z trzech podejść. Tzw. Via Ferrata, którą chodzą doświadczeni wspinacze. Zaczęło się w miarę dobrze, choć widok góry nas przytłoczył. Ale po jakiejś pół godzinie zaczęło się strome podejście. Ja sam zacząłem się denerwować, a M., która ma lekki lęk wysokości zaczęła tracić spokój bardzo szybko. W pewnym momencie zeszliśmy ze szlaku i wpakowaliśmy się na stromy, kamienisty żleb, gdzie z każdym krokiem obsypywała się nam spod stóp mała lawina kamieni. W tym momencie już bym zawrócił, ale bałem się, że przy zejściu tym piargiem może nam się coś przytrafić, więc może zaraz będzie lepiej. Wreszcie odnaleźliśmy właściwy szlak, ale dużo nam to nie pomogło. M. coraz bardziej panikowała.
   Kiedy z góry zeszło dwóch Bośniaków zaopatrzonych w liny i kaski, spytałem, czy zaraz zrobi się lepiej. Popatrzyli na nas z politowaniem, i powiedzieli że zaraz będzie o wiele gorzej. Postanowiliśmy zawrócić. Mężczyźni spytali, czy potrzebujemy pomocy. Odpowiedzieliśmy, że damy sobie radę. Kiedy zniknęli za zakrętem, M. zupełnie się rozkleiła. Zaczęła płakać, krzyczeć, no, zrobiło się niebezpiecznie, bałem się, że w panice zrobi jakąś głupotę, a zbocze było bardzo niebezpieczne. Na szczęście mężczyźni zawrócili. Okazało się, że są lokalnymi GOPRowcami na prywatnej wyciecze. Założyli M. uprząż, liny, i za rękę sprowadzili w dół. Tak że na szczęście wszystko skończyło się dobrze.
   Kiedy usiedliśmy wyczerpani na dole, podszedł do nas pasterz i zaprosił na kawę do bacówki. Radovan. Od 40 lat mieszka w górach. Poprosił nas, żebyśmy mu znaleźli w Polsce kobietę, która chciałaby z nim zamieszkać. Obiecałem, że się rozejrzę. Poczęstował nas domowym kajmakiem. Dawno nie byłem tak bliski zwymiotowania. Ciepła, tłusta i śmierdząca breja nie chciała przejść mi przez gardło, ale nie chciałem urazić gospodarza, więc jakoś przełknąłem i szybko popiłem rakiją, której nam wcześniej nalał.
















A później co?

   - Kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy przez brzydkie, skaliste, zamglone i zimne tereny Hercegowiny.
   -  Staruszka w czarnej sukni i chuście szła powoli pustą jezdnią. Nawet się nie odwróciła, kiedy dojechaliśmy do niej samochodem. Ostrożnie ją wyminąłem.
   - Trochę dalej, pomiędzy opuszczonymi, przekrzywionymi budynkami wśród mgle bawiły się dwie kilkunastoletnie dziewczynki w zachodnich ubraniach. Dziwnie wyglądały ich uśmiechy na tym cmentarzysku.
   - Zatrzymaliśmy się w miłym miasteczku – Blagaj koło Mostaru. Trafiliśmy na wyjątkowo przyjemny kemping w samym środku miasteczka. Rzeczowy, lekko zblazowany, ale sumienny właściciel dał nam zestaw ulotek o Blagaju i okolicach, mapę i kupony na zniżkę do restauracji po drugiej stronie rzeki.
   - W knajpce koło kempingu („Most”) wypiłem trzy rakije i zjadłem kawałek arabskiego słodycza, zupełnie wyleciała mi z głowy nazwa. M. wzięła naleśniki z nutellą. Siedzimy i planujemy. Zostaniemy tutaj jutro. Wyśpimy się, zrobimy pranie, później spacer, świątynia derwiszów, książka, pisanie, rysowanie. Właściciel kempingu zaproponował, żebyśmy się jutro przenieśli w lepsze miejsce, bliżej brzegu rzeki.
 
8. Vonnegut w Blagaju
(01.09.2019 rano, Blagaj, koło Mostaru, Bośnia)



 
















    Niemieccy turyści z Balkan Express Adventure Rally szykują się do wyjazdu. Niedługo zostaniemy na kempingu sami i będziemy mogli wybrać sobie lepsze miejsce. Tradycyjnie M. jeszcze śpi, a ja piję kawę i palę za dużo papierosów. O, obudziła się, macha mi wesoło z samochodu.
   Obok nas szykuje się do wyjazdu również hiszpańska rodzinka. Porozmawialiśmy chwilę. Bardzo mili, uśmiechnięci. Ucieszyli się, że mogą pogadać po hiszpańsku. Ja zresztą też, choć chorwackie słówka uparcie próbowały zastąpić hiszpańskie. Ciężko się było przestawić.

***

   M. sprawdziła właśnie w internecie opisy wejścia na Maglić. No tak, wybraliśmy najgorszą z możliwych tras. Innymi szlakami wchodzą nawet dzieci. No ale bez tej pomyłki nie mielibyśmy takich ekstremalnych przygód:)
 
   M. jest dziś bardzo miła, wesoła, do rany przyłóż. Na szczęście szybko otrząsnęła się z wczorajszej traumy. Poranek się miło i leniwie przedłuża. Kupiłem sobie zimnego Heinekena w sklepie, jogurt na śniadanie, sok pomarańczowy. M. poszła się kąpać, a później ma w planie pranie w umywalce. Gospodinie, jako mi danas ujutra dobro.

***

   Właściciel kempingu ma na imię Nedżad. Bardzo dba o miejsce. Chodzi, sprząta, podlewa, pilnuje, zagaduje. Widać, że to jego perełka. Rozmawialiśmy przez chwilę. Dostał tę ziemię od ojca. Pracuje tylko w sezonie, resztę roku ma dla siebie. Poczułem ogromną zazdrość. Taki właśnie skarb chciałbym znaleźć – coś, co uwolniłoby mnie od konieczności pracy na etacie.

   Przygotowałem sobie pod ręką opowiadania Vonneguta. Odwlekam przyjemność czytania.

Mistrz Vonnegut

„Kim teraz będę?”
Opowiadanie wycisnęło mi z oczu kilka łez. On jest pustką i ona jest pustką. Ale kiedy wcielają się w role na scenie, to granie napełnia ich życiem. I nagle z ich pustki rodzi się miłość.

„Długi spacer do zawsze”
Kto by pomyślał, że Kurt tak sprawnie i rzewnie potrafi pisać o miłości? Zawsze był dla mnie błyskotliwym i smutnym cynikiem. Żołnierz ucieka z jednostki, żeby powstrzymać przed ślubem dziewczynę, którą kocha. „Noga za nogą, przez liście, przez kładki”. Ta fraza przewija się jak refren. I noga za nogą miłość wygrała.

„Noc dla miłości”
To opowiadanie to uczta. Czuję się, jakbym zaspokajał głód. Dwie starsze pary i wspomnienie pewnej dawnej, księżycowej nocy.

(około 18, Blagaj)




















   Wróciliśmy z długiego spaceru. Ładny ten Blagaj. Upał był nieziemski. Zaszliśmy najpierw nad rzekę. Był tam inny kemping. Pusty, nawet bez właściciela. Jedna strona to byłą wydrążona skała, gdzie w jaskini była kuchnia i salon.
   Wskoczyłem do lodowatej wody nago, tysiące ostrych igieł odgoniło upał i poczułem się jak nowy. Nakradliśmy słodkich jak miód fig, ciepłych od słońca. Później M. zaprosiła mnie na obiad. Ja miałem wegetariański miks, a ona węgorza z ziemniakami. Sporo kasy tam poszło. A jeszcze więcej na jarmarku pod świątynią derwiszów. Dostałem od M. fajny kapelsusz z łyka, który od teraz jest moim ulubionym. A ja kupiłem jej zestaw trzech kapeluszy, w których wyglądała uroczo. No i oczywiście magnesy, które żarliwie kolekcjonujemy.
   W świątyni derwiszów wpadłem w zadumę. Zawsze w miejscach kultu, ogarnia mnie zamyślenie. Czuję szacunek i pewien żal, że tak daleko odszedłem od życia duchowego, od modlitwy.

   Jeszcze wcześnie. Pewnie wyskoczymy na wieczorny spacer i może jakąś przekąskę.




Monday, 16 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część pierwsza

Bałkany po raz czwarty - część pierwsza

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019

   1. Preludium
   (25.08.2019, wieczór, Village)

   Ostatni wieczór przed kolejną bałkańską wyprawą. Jutro ruszamy z M. do Serbii, później Bośnia, pewnie Chorwacja i powrót. Samochód już spakowany, zakupy zrobione, paszporty i ubezpieczenie spakowane – pełna gotowość.
   Jedziemy razem, ale trochę oddzielnie. Zawsze było między nami kiepsko z komunikacją, ale teraz nawet ta cienka nić porozumienia zniknęła. Ale staram się o tym nie myśleć. Jadę na magiczną wyprawę w moją najukochańszą część świata. Chcę ciąć kilometry szos, patrzeć, słuchać, smakować, odkrywać.
   No to w drogę!

   2. Pierwsza noc
   (26.08.2019, wieczór, Węgry)

   Zapadła zupełna ciemność. Piszę z czołówką na głowie. Jestem bardzo zmęczony, ale chciałbym skrobnąć kilka słów przed snem.
   Dotarliśmy na Węgry. Jesteśmy jakieś 130 kilometrów od granicy z Serbią. Zjechaliśmy z głównej drogi i znaleźliśmy cichy, topolowy zagajnik (drzewa jak żołnierze stoją w równych rzędach) obok opuszczonego domu. Trochę złowrogo, ale staram się nie patrzeć w tamtą stronę.
   Podgrzaliśmy ziemniaków z wczorajszego obiadu, do tego mizeria i butelka Vino Verde. Zostało mi odrobinę kredytu na komórce, więc słuchamy Trójki. Dzięki temu sąsiedztwo ruin nie jest takie straszne.
   Pełen brzuch, kąpiel z butelki, szum obcego, a jednak swojskiego lasu... Lubię podróżować. Chyba nawet kocham. Chciałbym być bogaty tylko po to, żeby jechać przed siebie bez zmartwień.

   3. Wioska Drakuli
   (27.08.2019, siódma rano, Węgry)
 
   W nocy przyszła ulewa. No a że nie spodziewaliśmy się, to zostawiliśmy krzesła turystyczne na zewnątrz. Ociekają wodą. M. jeszcze śpi. Ja na swoim krześle położyłem worek na śmieci i jest sucho.
   Poranek miałem pracowity. Lubię prace biwakowe.
   1. Zrobiłem kawę.
   2. Number 2 w lesie – z saperką, jak prawdziwy harcerz.
   3. Pomyłem gary.
   4. Zrobiłem herbatę do termosu na drogę.
   5 Pozbierałem śmieci.
   6. Z butelki po winie zrobiłem popielniczkę na drogę.

   Mam lekkiego kaca. Tę butelkę wina wypiłem prawie sam. M. tylko zamoczyła usta. Miała trochę lęków wieczornych. Jakieś gałęzie strzelały w lesie. Kiedy w którymś momencie hałas zabrzmiał tuż przy nas, zaświeciłem latarką. Ukazało się nam białe, stare psisko. Popatrzyło obojętnie i zniknęło wśród drzew.

***

   Wymyśliłem Balkan Challenge – przez całą wyprawę narysuję przynajmniej jeden obrazek dziennie.

***

   Miałem sen:
   Jesteśmy z M w Serbii. Zamieszkaliśmy w monasterze. Ogoliliśmy czubki głów, założyliśmy habity i wysłaliśmy mamie zdjęcia. W tym śnie miałem bardzo dziewczęcą twarz, ciało i głos.

(wieczór, Serbia)

   To był długi dzień. Nie udało nam się znaleźć miejsca na obozowisko póki jeszcze było jasno, a to jest najgorsze: szukanie miejsca do zaparkowania w dziczy to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że jesteśmy już w rejonie górskim, więc szosa wije się wśród stromych wąwozów, ciężko o boczne dróżki.
   W pewnym momencie zjechaliśmy w wąską szosę. Zaprowadziła nas do uroczego przysiółka wysoko w górach. Ale urok szybko się rozproszył. Szare smutne, posępne twarze mieszkańców spoglądały na nas z mieszanką obojętności i wrogości. Nieufność, zbliżający się zmrok – zaczęliśmy się czuć niepewnie. Do tego zobaczyliśmy, że przy prawie każdym gospodarstwie wznoszą się mogiły. Normalnie by mnie to zaciekawiło, ale nie byłem w nastroju.
   W końcu zaparkowaliśmy na małym podwórku. Poszliśmy szukać gospodarza. Nagle w pobliskich ruinach zazgrzytały rozpadające się drzwi i wychyliła głowę przerażona starowinka. Wyjaśniłem jej, że chcemy przespać się w samochodzie na jej podwórzu. Zaczęła zawodzić, że mieszka sama, że się boi i żebyśmy odeszli.
   Rozczarowani wsiedliśmy do auta i zawróciliśmy. Spróbowaliśmy jeszcze w jednym miejscu w tej wiosce, ale kiedy ludzie z domu na zboczu góry zaczęli do nas agresywnie krzyczeć, wskoczyliśmy do samochodu i pośpiesznie oddaliliśmy się z tej posępnej osady. Kiedy wyobrażam sobie wioski wokół zamku Draculi, to taki musi tam właśnie być klimat.
   Po jakiejś godzinie jazdy zauważyłem w ciemności znak skrętu do monastyru. Może na poświęconej ziemi znajdziemy schronienie? Nie dojechaliśmy jednak do samej świątyni. Wypatrzyłem zatoczkę przy drodze i postanowiliśmy tutaj zostać.
   M. już się szykuje do spania. Ja jeszcze piję wino przy świecach i zapisuję wydarzenia dnia.

   Serbska lista:

   1. Kąpiel po ciemku z butelki ciepławą wodą gazowaną. Nie chciało mi się, ale chciałem zmyć z siebie brud. Jak wygląda taka kąpiel? Rozbieram się do rosołu. Wylewam na siebie pół butelki wody. Namydlam się. Spłukuję się dwoma litrami wody. Czyli normalny prysznic, nie jakieś półśrodki, typu chusteczki nawilżające:)
   2. Obiad w Bogaću. Frytki, pieczarki, surówka i ser. A M. zupa z cielęciny i Ćevapćici, czy jak się to nazywa.
   3. Północna Serbia brzydka i płaska.

   A jak z dalszymi planami? Jutro Mokra Gora. Zobaczymy, jak nam się spodoba. Jeśli będzie fajnie, to być może zostaniemy dłużej. Wynajmiemy jakiś domek, czy pokój i powłóczymy się po okolicy. A może zmienimy plan zupełnie i ruszymy gdzieś nad Adriatyk moczyć dupę przez resztę czasu. Zobaczymy.

4. Rodzina Tomičów, bezdroża i Drina
(28.08.2019, rano, Serbia)

  Powitał mnie słoneczny, cichy poranek. Tylko pszczoły i ptaki przerywają ciszę. I jeszcze dzwony pobliskiego monastyru. Dopiero teraz, przy świetle dziennym zobaczyłem, że rozbiliśmy się obok wielkiego, rodzinnego grobowca. Całą noc czuwała nad nami dostojna rodzina Tomičów.
   Miałem ciekawe, barwne sny. Ja, moja dziewczyna i ktoś trzeci mieliśmy pewnej nocy taki sam sen. Ktoś powiedział w nim bardzo mądre słowa. Kiedy opowiadałem ten sen, pzostałe dwie osoby ze zdziwieniem powiedziały, że śniły dokładnie to samo. Ogarnęło mnie uczucie zadziwienia, radości, własnej maleńkości w zetknięciu z tajemnicami wszechświata i rozczulenie myślą, że wszyscy jesteśmy połączeni – że nie jesteśmy samotnymi wyspami, ale wszystkich nas łączy i przenika coś głębszego. Jakaś mądrość, energia, Anima Mundi. Piękny sen.
   M. jeszcze śpi. Ja leczę kaca sokiem i widokami. Dosłownie kilka kroków stąd odkryłem przyjemną polankę. Wykopałem dziurę saperką i przykucnąłem sobie wygodnie, patrząc na kamienne domki rozrzucone po okolicznych górach wśród drzew i pól. Takie sranie to ja rozumiem.

Rodzina Tomičów



   W centralnym miejscu grobowca znajduje się zdjęcie surowej, groźnej kobiety. Na imię miała Novka. Po jej obu stronach są zdjęcia uśmiechniętych, przystojnych mężczyzn: Milana i Milinka. Urodzili się w latach dwudziestych, a zmarli w dziewięćdziesiątych. Milinko i Novka byli małżeństwem, a Milan to brat któregoś z nich.

***

   Lubię te ciche poranki, w obcych miejscach, kiedy M. jeszcze śpi. Załatwiam sobie powoli poranne sprawy, jestem sam na sam ze swoimi myślami, mogę spokojnie pisać, rysować, obserwować okolicę. Być tu i teraz.

***
   Starszy pan w zdezelowanym samochodzie (takich w Serbii jest najwięcej) przejechał powoli i pomachał mi na przywitanie.

   Odgłosy jakie słyszę:
   1. Komary – całe mnóstwo. Popsikałem się jakimś środkiem i chyba na szczęście trochę je odstrasza.
   2. Koguty budzące się w przysiółkach.
   3. Dzwony monastyru.
   4. Grzmot samolotu lecącego z północy na południe.
   5. Szelest liści i trzask gałęzi w lesie, gdzie jakieś zwierzę albo ptak coś kombinuje.
   6. Szczekanie rozgniewanego psa.
   7. Śpiewa ptaków.
   8. Dzięcioł stukający w drzewo.
   9. Budząca się M. (szelest śpiwora, plastykowa butelka z wodą i kaszel)

(wieczór, Mokra Gora, Serbia)

   Po małych przygodach dojechaliśmy do Mokrej Gory na południowym zachodzie Serbii. Mokra Gora to niewielka turystyczna miejscowość w górach. Toma, facet sprzedający rakiję na parkingu, polecił nam restaurację na wzgórzu obok stacji kolejki wąskotorowej. Zjedliśmy tam suty obiad. Tylko nie wiem, jak długo pociągnę na grilowanych warzywach, surówkach i serze. Tylko to czeka tutaj jarosza. Po jedzeniu poszliśmy się zameldować do hotelu, który także polecił nam Toma. Nawet nas tutaj zaprowadził. Domyślam się, że ma jakiś układ z właścicielką. Zapłaciliśmy 20 euro za przestronny, dwupokojowy apartament. Teraz siedzimy na balkonie, pijemy likier orzechowy z rakiją. Mamy widok na słynną kolejkę wąskotorową. Beczą donośnie kozy, które zaczął właśnie karmić właściciel.

   Mały rewind: Po leniwym poranku ruszyliśmy w drogę koło 10 rano. Okazało się, że w ciemnościach minęliśmy wielki placyk pod samym monastyrem. Z pięknym widokiem doskonale nadawałby się na nocne obozowisko. No ale tam, gdzie trafiliśmy też nie było źle.
   Po kilkunastu minutach drogi okazało się, że dalszy odcinek szosy jest zamknięty i musimy zrobić objazd. Opis objazdu, jaki dostaliśmy od robotników siedzących sobie w rowie okazał się tak enigmatyczny, że oczywiście go nie znaleźliśmy. Wreszcie zatrzymałem wypasioną terenówkę z tubylcem. Milan uczynnie machnął do nas, że mamy za nim jechać. Miałem niezły zastrzyk adrenaliny. Szutrowa droga prowadząca przez góry wiła się stromo i moja Xsara wyła niemiłosiernie pokonując wzniesienia i niemożliwe zakręty. Zacząłem się zastanawiać, czy Milan, jadący wygodnie terenówką nie przeliczył moich możliwości. Na szczęście po pół godzinie dojechaliśmy na szczyt góry skąd zaczynał się asfalt na drugą stronę. Pożegnaliśmy się serdecznie z naszym przewodnikiem i ruszyliśmy dalej.

 













Większa część drogi wiodła wzdłuż Driny: rzeki, która oddziela Serbię od Bośni. Pomimo klimy odczuwaliśmy 35 stopniowy upał, więc zamarzyła nam się kąpiel. W końcu trafiliśmy na małą boczną dróżkę, która poprowadziła nas prawie do samej wody. Przed samym wejściem do wody wystraszyła mnie mała, zygzakowata żmija, która groźnie uniosła łeb w wodzie. Odszedłem więc trochę dalej i wziąłem kąpiel. Woda była lodowata! Nawet u siebie w górskiej przecież wiosce, jest cieplejsza. Ale odświeżenie było wspaniałe.
   No a w końcu dotarliśmy tutaj: do Mokrej Gory.
   M. ciągle oddalona. Nie ma czułości i bliskości. Ale co zrobić. Idę po prostu z prądem, w swoim świecie.















5. Pytania na wiatr
(29.08.2019, po południu, jeszcze w drodze, gdzieś za Wyszehradem, Bośnia)

   Pożegnaliśmy się z Mokrą Gorą. Odwiedziliśmy jeszcze Drewniane Miasto Kustoricy i Bijelą Vodę. Byliśmy tam już wczoraj wieczorem. To był uroczy, spokojny spacer wzdłuż zadbanej uliczki, która wydawała się prowadzić przez park w jakiejś stolicy, a nie przez wioskę: starodawne latarnie, ławeczki, odrestaurowane lokomotywy. Pięknie wyglądały również tradycyjne, serbskie domki z drewna. Świecił mocno księżyc, byliśmy sami, tylko nasze kroki brzmiały w nocnej ciszy. Cudnie.
   Po spacerze położyłem się spać, ale sen nie chciał przyjść. Poszedłem więc do drugiego pokoju, żeby nie budzić M. i puściłem sobie miejscową telewizję. Akurat leciał jakiś stary, polski film moralnego niepokoju. Obejrzałem z napisami w cyrylicy, próbując złapać nowe słówka. W końcu sen przyszedł też do mnie.



***
   Zastanawiamy się nad wejściem na najwyższy szczyt Bośni: Maglić. Tylko te upały... Nie wiem, czy nie są za ostre na górskie wędrówki. Pamiętam Turbacz w Albanii. Jaka to była męka iść w palącym słońcu. Ale kusi mnie. To byłby już mój drugi najwyższy szczyt Bałkanów (po Korabie w Macedonii).

(wieczór, gdzieś na wschodzie Bośni, Park Sjuteska)

   Już ciemno. Znaleźliśmy piękne miejsce na obozowisko w bocznej drodze w górach. Na szczęście udało nam się tutaj dotrzeć przed zmrokiem. Niedaleko widnieje jakaś wioska. Mamy cudowny widok, który jednak w pełni docenimy dopiero jutro rano.
   O! Właśnie podszedł do nas lisek i uciekł, kiedy poświeciłem na niego latarką. A niedaleko słychać dzwonki owiec.
   M. ogląda mapę. Znalazła w pobliżu dwa szczyty: Kmur (1508m) i Plijeś (1606m). Może zamiast na Maglić poszlibyśmy tam? Zostalibyśmy tutaj, miejsce fajne, prowiant jest, a może uda się jeszcze poznać z miejscowymi? Turystów zapewnie tutaj nie widują, więc mogłoby to być ciekawe doświadczenie.

   Co dziś jeszcze było?
   1. Most na Drinie w Wyszehradzie.
   2. Kolacja z grilla: pyszny ser z Hercegowiny, pomidory, papryka, cebula, ajvar.
   3. Wino „Romance” w artystycznej butelce. M. wybrała.

   Pytania na wiatr:
   - A dlaczego w Wyszehradzie Serbowie zrzucali z mostu Bośniaków i strzelali do nich z karabinów? Na co to komu?
   - A dlaczego kobieca mokrość między nogami ma taką moc?
   - A dlaczego (choć tak tu pięknie) człowiek boi się, że ktoś przyjdzie w nocy i zrobi coś złego?
   - A dlaczego pali się te głupie papierosy, choć tylko śmierdzą i mogą zabić na kilka nieprzyjemnych sposobów?
   - A dlaczego będąc z kimś, można być bardziej samotnym, niż nie będąc z nikim?

6. Duch Maglića
(30.08.2019 rano, gdzieś na wschodzie Bośni, Park Sjuteska)

   Noc byłą spokojna, a poranek jest piękny. Mógłbym tak budzić się całe życie. Codziennie w innym miejscu. M. jeszcze śpi. Piję kawę. W oddali pasterze nawołują owce. Pięknie to brzmi. „Hoj! Hoj! Hajde!” – donośnym głosem woła Bośniak, a dzwoneczki płochliwie dzwonią. Ze wzgórza, gdzie siedzę, widać czerwone dachy chatek pośród drzew. Chciałbym wiedzieć, co czuje i myśli ten pasterz, który woła głośno owce.
   Przejechały dwa samochody. Kierowcy nas zauważyli, więc pewnie rozniesie się, że tutaj jesteśmy. Chcielibyśmy zostać jeszcze jedną noc. Pochodzić po okolicy, wejść do wioski, poznać się z ludźmi. Mam nadzieję, że miejscowi są przyjaźnie nastawieni. Przypomina mi się serbski przysiółek, więc nie wiem na pewno... Ale tam wszystko było martwe i mroczne,  a tutaj wydaje się, że ludzie żyją, mają zajęcie, energię, zwierzęta, pola.



***

   Nie chcę wracać do domu. Codziennych spraw, pracy, martwienia się o pieniądze. Mógłbym tak zawsze podróżować. Poznawać nowe miejsca, ludzi, jechać przed siebie, czasami zatrzymać się na krótszą albo dłuższą chwilę, a później znów dalej i dalej. Pisać o wszystkim, rysować, marzyć, nigdzie nie należeć... To jest prawdziwa wolność. Smutno mi, ze nie mogę tego mieć zawsze. Tylko takie kropelki, jak te krótkie wyjazdy. Ale z drugiej strony, może bardziej doceniam, mając tylko te chwile.

   Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień.

   ***

   Poranek leniwie się przedłuża. M. czyta przewodnik, grzeje wodę na herbatę i do mycia garów. Ja leżę na karimacie i słuchając brzęczenia much i szumu wiatru czytam opowiadania Kurta Vonneguta. Skończyłem część z dziwactwami i teraz czekają mnie opowiadania o miłości.
   W lesie, na drugiej „sesji z saperką”, jak ochrzciliśmy number two, spotkałem dwa konie, Siwka i Gniadego. Jest coraz cieplej, ale ciągle przyjemnie. Niebo lekko zachmurzone, do tego osłania nas cień drzewa. Nauczyłem się nowego wyrażenia po chorwacku. „Kao da...” – jak gdyby. „Ponaša se kao da im je otac” – Zachowuje się, jak gdyby był ich ojcem.

(wieczór, Tjenište, Bośnia)

   Po porannym lenistwie zrobiliśmy sobie spacer po pobliskich wioskach. Zuhdija Besovič, gospodarz małego gospodarstwa zaprosił nas na kawę i kieliszek rakiji. Pogawędka fajnie się kręciła. Opłaciło się wkuwanie języka. Tylko biedna M. męczyła się trochę, niewiele rozumiejąc. Rakija była przepyszna, więc kupiliśmy po butelce. Po drodze z powrotem do samochodu przyplątał się do nas śliczny, przyjazny piesek.
















***
   Pojechaliśmy dalej. Znaleźliśmy się w Tjenište u stóp Maglića. Rozbiliśmy się koło restauracji Makaden, gdzie szefem jest przyjaciel Zuhdija (z wczoraj, tego od rakiji). Przydała się znajomość. Właściciel Makadena powiedział, że damy radę wjechać Xsarą na przełęcz Prijevor, skąd na Maglić już prosta droga.
   Trochę się boję. Na zdjęciach w sieci szutrowa droga wijąca się nad przepaściami wyglądała raczej przerażająco. No ale słowo się rzekło – nie mogę się już wycofać. Choć pewnie jutro będę żałował. No ale lubię pokonywać swoje lęki. Po fakcie człowiek czuje satysfakcję i dumę. Udało się na Korab, uda się i na Maglić.

***

   Kiedy właściciel restauracji powiedział, że możemy nocować u niego na placu, pozwoliłem sobie na piwo do obiadu, choć musiałem jeszcze przejechać z 50 metrów drogą. I akurat w trakcie piwa weszło dwóch policjantów. Trochę się zestresowałem, ale na szczęście szybko zjedli i poszli.

***

   Ugotowałem nam makaron na jutrzejsze wejście na szczyt. Zapakowałem w pudełka. Pobudka o 7 rano i ruszamy (choć wątpię, że uda mi się M. tak wcześnie wyciągnąć ze śpiwora).
   To tyle z dnia. Teraz jeszcze kubek wina, papieros i sen...

***

   duch Maglića: 
   Za czym pan tęskni? Za domem? Ale jak to? Przecież mówi pan, że chce jechać przed siebie zawsze, być wolnym, nie zatrzymywać się. No więc jak to jest? A może po prostu pan ucieka? Bo nigdzie nie czuje się pan w domu? Jedyny dom, jaki pan zna i do jakiego tęskni, to miłość – symbiotyczny związek dwóch bratnich dusz. A kiedy tego nie ma, to wszystko wydaje się prowizorką, bezsensownym wysiłkiem. No tak... Wtedy faktycznie lepiej pędzić przed siebie. Bo wtedy więzienie życia pozbawionego miłości nie jest aż tak nieznośne... To jak to jest, proszę pana?

   Ja:
   Dziękuję ci duchu Maglića. Mądre uwagi. Myślę, że masz dużo racji. Chyba tak właśnie jest. Ale czy nie jest tym każde życie? Poszukiwaniem domu? Sam już nie wiem, czy uda mi się go znaleźć. Ale z pewnością byłoby łatwiej, gdybym nie musiał zajmować się tak trywialnymi i kłopotliwymi sprawami, jak praca, rachunki za kablówkę, naprawa samochodu. Mierzi mnie to niezmiernie. Nie mam ambicji zawodowych. Uważam, że to zwykła strata czasu. Praca to przymus, jak np. wypróżnianie się. Trzeba jednak z czegoś żyć i nie mam pojęcia, jak się z tego wyrwać. Jaki genialny pomysł mógłby mnie uwolnić z tego oleistego i szarego obowiązku.

   duch Maglića:
   Drogi panie, ależ ja to wszystko rozumiem. Dlaczego jednak nie powiedział pan nic o miłości?

   Ja:
   Miłość... Nie wiem, czy możliwa jest taka harmonia, taka jedność. Nie w tym życiu. Bo nawet jeśli znajdę, to ile mi jeszcze zostało? Palę, piję, nie ćwiczę, nie dbam o siebie. Mam 43 lata. W każdej chwili ta maszyneria może pójść w diabły.

   duch Maglića:
   A ona? Ta, co zasnęła obok pana?

   Ja:
   Fajna dziewczyna. Piękna, urocza... Ale nic a nic mnie nie rozumie, nie czuje. Chce mnie zmienić. Boi się rzeczy, które wykraczają poza jej doświadczenie, więc udaje sama przed sobą, że ich nie dostrzega. Boi się światła księżyca, w którym ja czuję się jak w domu....

   Duch Maglića znika wśród nocnych, siwych chmur.


***

   Co słyszę późnej nocy?
   1. Samochody mijają się na ruchliwej, pomimo późnej pory, szosie.
   2. Agregat gdzieś głośno warczy. Albo jakiś dźwig? Spychacz?
   3. Śpiew mułły w meczecie niesie się niepokojąco-rzewnym głosem. Nie rozumiem tego nastroju. Podoba mi się, pociąga mnie nawet, ale go nie rozumiem. Budzi we mnie pewien lęk.  Bóg jest w tym taki odległy, mroczny. Śpiew mułły jest jak melodia nagiej duszy, zagubionej w ciemnym wszechświecie, wołającej ze smutkiem do odległej Istoty, która być może ją słyszy, a być może nie. To nie moja ścieżka. Ale jednak teraz, o zmroku ten głos, ta melodia, pasują do tego wszystkiego, co czuję.
   4. Jeszcze cykady rzępolą, ale ledwo, ledwo je słychać. W dziczy, gdzie spędziłem ostatnie kilka nocy, ich muzyka królowała. Tutaj są tylko lekkim akcentem, smyczkowym akompaniamentem do maszynowego turkotu i egzystencjalnego uniesienia islamskiego kapłana.
   5. I już nic więcej nie słyszę.

***
   W mojej wyobraźni jutrzejszy wjazd na Prijevor wygląda przerażająco. Kiedyś często miałem sen, że idę po trawiastej górze o bardzo stromym zboczu. Zbocze było zawsze tak spadziste, że musiałem się czołgać i trzymać trawy, żeby nie spaść. W tym śnie rozkosz mieszała się z lękiem. Kiedy rok temu wchodziłem na Korab, miałem przebłyski tego snu. Podnieca mnie to, że jutro być może znów tego doświadczę.

   Dobrej nocy.



Sunday, 15 September 2019

I'm Back - Bałkany 2019 w bazgrołach




"Mała" przerwa. Potrzebowałem trochę czasu na ogarnięcie spraw życiowych. Czy je ogarnąłem? Nie wiem, czy się da:)
   1. Nowa praca, jako redaktor portalu internetowego. Praca fajna, zobaczymy jak się rozwinie.
   2. Na razie jeszcze nie wrzucam relacji z Bałkanów, choć pisałem codziennie. Za to wrzucam rysunki: zrobiłem sobie Balkan Challenge: przynajmniej jeden rysunek w dzienniku dziennie.
   3. Tyko tak w skrócie: Serbia, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia i Włochy (kawałeczek:).
   4. Po trasie samochód do remontu: cieknie olej, rura wydechowa się majta, bagażnik się nie zatrzaskuje, a sprzęgło w dużym stopniu spalone. Stan funduszy? 24 złote:)
 
Bałkany 2019 w bazgrołach:

































Tuesday, 28 May 2019

Ale zasieka deszcz

 



















Deszczowy poranek. Szkolna wycieczka, którą wczoraj ugościłem, opatula się w peleryny i niechętnie szykuje do wyjścia. Nie spodziewam się więcej gości. Szef przywiezie towar dopiero jutro, więc nie będę dziś gotował. Spędzę ten mokry dzień na rysowaniu, Netflixie i czytaniu. Jeszcze tylko napalę w piecu, żeby ogień wesoło i przytulnie strzelał.
   Wczoraj miałem gorszy dzień. Napisałem sporego posta na bloga, ale schowałem. Nie chcę rozdrapywać ran. Ten nastrój był chyba z niewyspania. Od tygodnia mam z tym problem, budzę się koło trzeciej rano i już nie daję rady spać. Dziś przespałem dziesięć godzin jednym strzałem i od razu widzę różnicę. Nawet sobie pożartowałem z prześliczną nauczycielką, co jeszcze poprawiło mi nastrój:)
   Mam ochotę narysować coś większego. Szukam w głowie pomysłu. Żeby różne rzeczy, nie zawsze fajne, przetłumaczyć na baśń. Ostatnie kilka miesięcy, złapany w niewygodne sprawy, nie miałem inspiracji. Na szczęście już wraca. Podobnie jak uczucie pewnej stabilności i ciepła.
   Dobra, biorę się za palenie w piecu. Ale zasieka deszcz! Trzymajcie się

Sunday, 26 May 2019

Pocztówka z Bacówki

   Dopiero niedziela. Jeszcze 8 dni w dziczy mnie czeka. Dziś będzie pewnie spory ruch, bo pogoda dopisała, ale wieczorem zostanę sam w całym schronisku. Odpocznę od gwaru, poczytam książkę, posłucham dobrej muzyki, podelektuję się chwilą prywatności, chyba jedyną jaka mnie czeka w tym tygodniu.
   No ale na razie jest nas tutaj sporo. Maro z Moniką przygotowali śniadanie, Mateusz poszedł się wyłączyć do pokoju, a Patrycja sprząta łazienki. Wziąłem ja na próbę, za niedługo będziemy potrzebować dodatkowej osoby na zmianie, ale raczej jej nie wezmę na stałe. Pracowita, ale zbyt chaotyczna i rozchwiana, źle bym się czuł z nią w codziennej pracy.
   Co jeszcze? Psychodelicznie akompaniuje słowackie Radio FM, słońce już naprawdę wiosennie grzeje, dzieci biegają wokół schroniska, smutny ojciec pali papierosa i pilnuje, żeby nic sobie nie zrobiły. W środku czuję się trochę pusty, zmęczony, chyba również smutny. Staram się myśleć o wyprawie, która może uda się już za tydzień. Potrzebuję tego. Oderwać się od codzienności, w której ostatnio utknąłem, oddalić się, zdystansować, pobyć sam z sobą, pogodzić z przeszłością, zastanowić nad przyszłością.
   A przedwczoraj graliśmy w kości na zadania:) Kto przegrał, musiał coś zrobić, np. Mati pobiegł w majtkach przez całą halę, a Maro przebrany za króla usiadł na prowizorycznym tronie na taczce i był wożony dookola schroniska przez Łuksia. A później rysowaliśmy wzajemnie swoje portrety (patrz poniżej:)





Wednesday, 22 May 2019

Czasem chce się do człowieka - lista

 
No więc:
   1. Odzyskałem samochód. Rachunek wyszedł kilkaset złotych więcej niż oczekiwałem, więc musiałem się trochę nakombinować i idę do pracy 3 dni wcześniej, żeby odrobić straty. Jeszcze tylko klima i zbieżność i jestem gotowy na przemierzanie szos.
   2. Kupiłem sobie dziś małą i drogą butelkę słodkiego Tokaja. Najlepsze wino, jakie piłem. Sączę po małym łyku, żeby dłużej rozkoszować się smakiem.
   4. Jutro planuję sprzątanie domu, uzupełnienie zapasu opału, żeby po powrocie z bacówki po 10 dniach pracy (10 dni!) wrócić do przytulnego i czystego kąta. Przyda się, bo w tym tygodniu zapuściłem zarówno dom, jak i siebie.
   5. Nie tworzę ostatnio nic. Myślę, że wewnętrzny kompost fermentuje i niedługo będzie gotowy do erupcji:)
   6. Czytam codziennie poezję Osieckiej. Kiedy zanurzyłem się w jej wierszach i piosenkach, to okazało się, że zdetronizowała monsieur Il de Fonsa. Proszę się nie gniewać, panie Konstanty!

Czasem chce się do człowieka
Agnieszka Osiecka 

Dozorca bramę otwiera,
Pacierze senne ktoś gdera,
Wracają z nocnej zmiany już.
Na niebie blask porannych zórz,
Przy kawie samotnej,
Przy chlebie samotnym marzę...

Czasem chce się do człowieka,
Kiedy szczęścia brak,
Kiedy na nas nikt nie czeka
Albo byle jak.

Czasem chce się do człowieka,
Gdy się jest na dnie,
Film nie pomaga,
Książka to blaga, nie, nie, nie!

Bo nam chce się do człowieka,
Knajpy znają nas,
Musi minąć jakiś czas,
Musi wyschnąć rzeka,
Muszą zblednąć sny,
Wtedy wrócą zwykłe dni.

Dozorca bramę zamyka,
Ostatni przechodzień znika,
Na strychu wielkie pranie schnie,
Po cichu mysz okruchy je,
Zasypiam zbyt wcześnie,
I marzę już we śnie, we śnie...

Czasem chce się do człowieka,
Kiedy szczęścia brak,
Kiedy na nas nikt nie czeka
Albo byle jak.

Czasem chce się do człowieka,
Gdy się jest na dnie,
Film nie pomaga,
Książka to blaga, nie, nie, nie.

Nie pomoże żaden lekarz
Ani głupia złość,
Musi nadejść taki ktoś,
Kto chce też do człowieka,
Lepszy jest niż ty,
I otworzy Tobie drzwi...


Tuesday, 21 May 2019

Heartwarming:)

 














   Może to wina (albo raczej zasługa) zbyt dużej ilości Netflixa, ale tak sobie dziś popatrzyłem na swoje życie i stwierdziłem, że to byłby świetny początek „heartwarming” komedii romantycznej.
   Bohater, 43 letni facet po rozwodzie ląduje w małym nudnym miasteczku. Ma kiepską pracę, jego sztuka nie może się przebić, jeździ samochodem, który psuje się na każdym kroku, jego dziewczyna, którą interesują tylko ładne, drogie rzeczy i pozycja społeczna, zostawia go w końcu dla swojego dobrze zarabiającego byłego, a bohater trochę zbyt dużo pali i nadużywa alkoholu i zaczyna się zastanawiać, czy to już wszystko, co go spotka w życiu.
   Myślę, że dobrze zagrałby mnie Mike Hannigan. Albo Mark Ruffalo, czemu nie? No i właśnie w tym doskonałym punkcie wyjściowym, poprzez jakiś niesamowity zbieg okoliczności, rozpoczyna się pozytywna komedia omyłek: zjawia się mądra, sympatyczna i normalna dziewczyna. Ją mogłaby zagrać np. Anne Hathaway... Albo nie! Emma Stone! Spotykają się na ulicy, ona wylew na niego niechcący kawę i zaprasza na obiad. Tam okazuje się, że pojawia się iskra, ale niestety ona ma narzeczonego (z którym przyjechała do tego miasteczka na wczasy). Jego może zagrać ten aktor, który grał Jamiego Lannistera. Niech mój counterpart będzie zabójczo przystojny, a co mi tam;) Dziewczyna wyjeżdża, a bohater, typowy underdog znienacka dostaję z agencji propozycję zilustrowania książki dla dzieci. Kiedy kończy projekt, okazuje się, że książka odnosi wielki sukces. Wtedy pierwszy raz spotyka się z pisarką (której książka zupełnie go urzekła) i okazuje się, że to ona, nieznajoma od kawy. Później ona ma mieć ślub, ale w ostatniej chwili wybiega w ślubnej sukni z kościoła i jedzie taksówką na lotnisko, żeby złapać bohatera przed wylotem. Niestety spóźnia się i stoi na lotnisku w sukience ociekającej deszczem i łzami. Wtedy bohater wychodzi skądś (bo nie poleciał z jakiegoś powodu) i żyją długo i szczęśliwie, a na napisach końcowych leci piosenka Luisa Armstronga...
   Hihihi:)
   Wracam do Netflixa:)



Na rowerze

   Nie tak łatwo z samochodem. Mechanik odkrył nowe problemy. Czekam na skraju siedzenia, czekając na telefon, czuję się jak w poczekalni u chirurga. Wyjdzie z tego, panie doktorze?
   Z braku wozu, odkurzyłem rower i pojechałem w trasę. Pot lał się ze mnie intensywnie, kiedy lawirowałem po górskich szosach, ale było to przyjemne. Ze słuchawek raczyłem się dialogami po chorwacku i świszczącym jękiem z umęczonych, odzwyczajonych od wysiłku płuc, powtarzałem bałkańskie frazy. Još nešto?
   Nic więcej. Miły, spokojny (w miarę:) dzień. Otrząsam się ze stresów raczej bezboleśnie, a przynajmniej nie dzieje się nic, z czym nie dawałbym sobie rady.
 
 

Monday, 20 May 2019

Fajnie, że już jest wiosna.

   W zeszłym tygodniu trochę zmagałem się z sobą w pracy (w Bacówce). Poszło sporo alkoholu i zioła (z którym nie miałem kontaktu już chyba z rok). No ale taki był tydzień, więc nie martwię się.
   Dziś za to czuję się bardzo fajnie. Rano zawiozłem samochód do mechanika, którego polecił mi znajomy taksówkarz. Jestem dobrej myśli. Po tej naprawie zawieszenie powinno być jak nowe, a jutro umówiłem się na naprawę klimatyzacji. A to oznacza, że... niedługo będę mógł ruszyć na jakąś niewielką wyprawę!:) Piszę "niewielką", bo w lecie chciałbym powłóczyć się przynajmniej z 3 tygodnie. Teraz na pewno uda mi się wygospodarować tydzień. Gdzie? Oczywiście moje ukochane Bałkany. Tydzień to niewiele, ale może udałoby się zrobić małe kółko: kawałek Serbii, północ Bośni, Chorwacja. Spanie w samochodzie (z wyciągniętymi tylnymi siedzeniami, żeby było miejsce na karimatę), kuchenka gazowa, garnuszek na gotowanie kawy albo makaron, dziennik, muzyka i niekończące się serpentyny szos. Rozkosz... Może udałoby się już w czerwcu. A w sierpniu albo wrześniu kusi mnie inne kółko: Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Albania, Czarnogóra, Chorwacja. No ale to jeszcze sporo czasu, na razie skupiam się i ekscytuję mini-kółkiem:) Uczę się ciągle chorwackiego, choć miałem chwilę przerwy.
   Co jeszcze? Miałem kilka smutków, ale w sumie zamieniły się w ulgę i nawet nie chce mi się o nich gadać. Plany z knajpką na razie powstrzymałem, również odwołałem kilka rozmów rekrutacyjnych. Za to wysłałem swoje ilustracje do kilkudziesięciu wydawnictw i agencji. Może coś wykiełkuje.
   Fajnie, że już jest wiosna.
   Trzymajcie się.