Saturday, 1 November 2025

Kawiarnia, mocne wrażenia, King

Moje kawiarniane życie:)
Sączę powoli herbatę, czytam opowiadania Kinga. Lubię jego sposób snucia opowieści. Kiedyś chciałem pisać tak jak on.

Rozmyślam o swoim życiu. To luksus bycia artystą w kryzysie wewnętrznym, z blokadą twórczą i z ogromnym zapasem wolnego czasu.

Najpierw tak ogólnie: w życiu są trzy stany:
1. Wspaniałość
2. Rozczarowanie
3. Stabilność

U mnie ten trzeci stan nie istnieje. Szukam intensywnych, głębokich przeżyć, stanów uniesienia i czasami je znajduję. Czy to w miłości, czy w jakiejś wzniosłej misji, w sztuce. Tarzam się w tym, przeżywam, cieszę i czuję, że robię życie dobrze. Później następuje rozpierdol. Tak jak ta ostatnia katastrofa z Z. Wtedy odczuwam prozę i szarość istnienia jeszcze mocniej niż przed uniesieniami. Cierpię, szukam wyjścia, pracuję nad sobą i czekam, kiedy znowu uda się wskoczyć w siodło.

Pamiętam jak po przyjeździe do Wrocławia i poznaniu M. odkryłem MDMA. Fuck, zachłysnąłem się tą substancją. Jakbym znalazł coś, co jest stworzone idealnie dla mnie. Energia, rozpuszczenie ego, ekstaza, serce pełne miłości, przyjaźni, miękkości. No ale koszty były zbyt duże, zejścia mnie wykańczały i w końcu odpuściłem.

Jestem na terapii od czterech lat. Dużo przepracowałem, cieszę się bardzo z tego, że alkohol przestał być codziennym gościem w moim życiu, że trochę bardziej rozumiem siebie i skąd to wszystko.

Miałem już kończyć terapię, ale kiedy rozjebałem się na wiosnę, stwierdziliśmy razem z panią Kasią, że jeszcze mi się przyda. No i tam pojawia się ten temat szukania mocnych przeżyć i tego, dlaczego wpakowuję się w niemożliwe i mega intensywne relacje. Wchodząc w związek z 21 letnią dziewczyną, mogłem przecież oczekiwać, że to nie wypali. No ale ten wewnętrzny romantyk, buntownik, idealista i lekkoduch bardzo chciał uwierzyć. A zresztą byłem samotny, spragniony miłości, więc taka ilość adoracji, akceptacji i walidacji, była dla mnie jak woda na pustyni. Wszedłem z beztroską w narrację o wielkiej miłości dwójki anarchistów, którzy namiętnie i bez lęku zrobią rewolucję i sprzeciwią się normom społecznym.

No i kilka miesięcy później, chudszy o jakieś sześć kilo, śpiąc po 5 godzin na dobę, odganiając koszmary, paląc dziesiątki fajek dziennie, zmagając się z poczuciem odrzucenia i samotności, na poważnie zastanawiam się, czy gdybym mógł cofnąć czas, to zrobiłbym coś inaczej. I chyba nie. Wszedłbym w to po prostu jeszcze raz. It was beautiful while it lasted. I nie wiem, czy terapia może mi pomóc w tym podejściu do życia.

Co dalej? Dzisiaj widzimy się z Anabel. Lubię z nią gadać. Lubię ludzi, którzy jakoś tam się zmagają i przez to mają dystans do rzeczywistości, ciemne poczucie humoru i dobre serce. 
 

Friday, 31 October 2025

Coffee and cigarettes

 

Jeszcze ciemno, choć niebo powoli się rozjaśnia. Zwykle budzę się koło czwartej, piątej rano. Najpierw leżę i pozwalam rzeczywistości rozgościć się w środku. Nie jest to przyjemne. Rzeczywistość jest ostatnio niegościnna i chłodna. Ale staram się powiedzieć sobie coś miłego, wspierającego. "Marcyś, nie martw się, to minie, sprawy się ułożą". 

Później wstawiam na kuchence turystycznej wodę na kawę, skręcam dwa papierosy z Pueblo. Pierwszego wypalę zanim dojdzie woda, drugiego już przy kawie.

Choć bardzo nie chcę (już minęło kilka miesięcy, z wiosny zrobiło się lato, później jesień i jestem po prostu zmęczony), to myślę o Z. Czasami z niechęcią. Mam jej za złe, że jej crush, impuls emocjonalny, kaprys, rozjebał mi życie. A czasami próbuję ją zrozumieć: że tak jak i ja, postąpiła impulsywnie wchodząc w tę relację, a kiedy rzeczywistość ją przerosła, próbowała chronić siebie. 

No ale ta epoka nie może trwać przecież w nieskończoność. Pozwalam temu płynąć, wiem, że ważne jest przeżycie żałoby do końca, ale powoli staram się myśleć o przyszłości, o sobie w oderwani od tego bajzlu. 

Lubię spotykać się z ludźmi spoza wrocławskiego środowiska, spoza moich kręgów. Pozwala mi to na jakiś dystans. Tak jak niedawno, kiedy odwiedziła mnie Ula. Zaparkowała swojego kampervana obok, no i siedzieliśmy do późna. Opowiadała mi o swojej żałobie po facecie, daliśmy sobie zrozumienie, odrobinę bliskości, ciepła. Potrzebuję towarzystwa ludzi, którzy widzą mnie po prostu jako mnie, bez osądów, szuflad, uprzedzeń, z sympatią. 

Jakie plany na dzisiaj? Mam na koncie jeszcze kilka stów, wpadła zaległość za obraz, więc mogę się zrelaksować. Mam na jedzenie i siedzenie w Kali na jakiś tydzień. Wieczorem mam oddać sprzęt nagłaśniający Olkowi, po moim koncercie sprzed tygodnia. A wcześniej? Zapowiada się chłodny, choć słoneczny dzien. Cieszę się na słońce, panele podładują mi akumulator. Zjem pewnie obiad w barze mlecznym, posiedzę z książką w Kali. Więcej planów nie posiadam. 

Czasami się stresuję, że pozwalam tak życiu płynąć, że nie robię jakichś ruchów, ale skoro nie wiem, w jakim kierunku iść, to chyba najlepiej spróbować pozwolić rzeczywistości unfold jak chce i nie szarpać się. Nie jest to dla mnie łatwe, mam potrzebę kontroli, no i chciałbym mieć już jakiś kierunek. 

Zrobiło się już jasno. Cześć nowy dniu. Weź, coś fajnego wymyśl dzisiaj. 



Thursday, 30 October 2025

Wieczorek - samotniolek

 

Wczoraj A. (ta moja kumpela od grania w kości) spytała, czy nie pomógłbym jej znajomym w przewiezieniu szafy. Nie miałem nic do roboty dzisiaj, więc się zgodziłem. Pojechałem autobusem na Muchobor, zadupie straszne. Fajna młoda para, Ewa i Papaj, miło się z nimi gadało, pomogłem ogarnąć dźwiganie. Odwdzięczyli się butelką wina. Ostatnio prawie nie dotykam alkoholu, ale będzie przy okazji, jak ktoś wpadnie w odwiedziny.

No a później, już w drodze powrotnej zrobiło mi się smutno, sam nie wiem dlaczego. Może pozazdrościłem im tej młodej miłości? Tacy zakochani, pełni planów, czułości, pomysłów. Chyba przez to bardziej odczułem swoją samotność.

Planowałem iść posiedzieć w Kali z książką, ale przez ten smutek wróciłem po prostu do Włóczęgi. Przez chwilę wybierałem film, ale za długo mi zeszło i straciłem ochotę, skończyło się na rolkach z Instagrama.

Na zewnątrz wieje straszliwie, suche liście spadające z drzew stukają o dach vana, jest coraz ciemniej, zapaliłem lampkę. Włączyłem grzejnik, żeby było bardziej domowo. Chrupię krakersy, oliwki, zapijam sokiem pomarańczowym. Spytałem Anabel czy ma ochotę wpaść na film i poczęstunek, ale ma jakieś inne zobowiązania. Tak że dzisiaj już chyba nie zapełnię tej samotności.

Ostatnie miesiące czuję się bardzo na uboczu wszystkiego. Ucichły burze, zamieszanie, ale też rzeczywistość odcięła mnie mocno od różnych relacji, poczucie bezpieczeństwa i przynależności bardzo ucierpiało. No i w ogóle tożsamość się pokruszyła. Mam takie dni, że naprawdę nie mam pojęcia kim jestem, co dalej, czy mam coś robić proaktywnie, żeby zacząć nowe, czy dać sprawom płynąć I zobaczyć, co się wydarzy.

Takie rozkminy.

Kilka lat temu zacząłem żyć ze sztuki, wyjechałem z mojej małej górskiej wioski, gdzie naprawdę nie było nic dla mnie. Ruszyłem szukać przygód, misji, swoich ludzi, miłości. Zlałem społeczne oczekiwania, normy, postanowiłem na maksa żyć na własnych zasadach. Teraz nadchodzi moja trzecia zima w vanie. Te trzy lata były mocne. Dużo zmian, pracy nad sobą, działań społecznych, tworzenia, namalowałem kilkadziesiąt obrazów, zagrałem w chuj koncertów, przeżyłem dwie miłości, obie się niestety skończyły, choć bardzo nie chciałem, nawiązałem bliskie relacje z różnymi ludźmi.

Lubię tarzać się w życiu, przeżywać mocno, szczerze, szukać siebie i innych. No ale w takich momentach jak dziś dopada mnie smutek i trochę chyba lęk? Że droga, którą wybrałem nie prowadzi mnie jednak nigdzie. Znaczy... Ja nie wiem, czy jakakolwiek droga gdzieś prowadzi. Im jestem starszy, tym szybciej leci czas i czuję swoją śmiertelność. No ale jednak miałem nadzieję, że znajdę jeszcze jakiś dom, bezpieczne miejsce, swoją osobę. A teraz trochę już nie jestem pewien.

Za tydzień mam wernisaż i koncert w Poznaniu. Zaprosił mnie Michał do swojej nowej knajpki. Pod koniec miesiąca koncert w Zabrzu, w Rzeszowie. Fajnie, że dzieją się takie rzeczy, daje mi to poczucie zaangażowania i jakiegokolwiek sensu.

I już prawie wieczór. Owijam się śpiworem, odpalam Instagrama, pooglądam rolki o wszechświecie. I chyba to już tyle z tego dnia. 

Cieszę się, że pomogłem tym dzieciakom z szafą.





Wednesday, 29 October 2025

Słońce, microdosing, artystyczny nieład

 

Słońce wyszło dzisiaj, wspaniale! Najpierw wyprałem pościel, rozpachniła mi vana. Później poszedłem na długi spacer. Robię microdosing grzybów psylocybinowych ostatnio, co drugi dzień 0.2 g. Podsunęła mi pomysł koleżanka, kiedy wspomniałem, że zastanawiam się nad antydepresantami. Cieszę się bardzo, naprawdę widzę dużą różnicę. Nabrałem szerszej perspektywy, ruminacje osłabły, jest mi po prostu mniej smutno.

No więc po microdosingu połaziłem po mieście, odwiedziłem bibliotekę, więc mam sporo dobrej lektury. W bibliotece poznałem się z dziewczyną, wymieniliśmy się numerami. Ładna, drobna, elegancko ubrana. Tak pod czterdziestkę. Spytałem, czy się mam przesunąć, żeby znalazła swoją książkę, na co powiedziała żartobliwie, że jesteśmy oboje tak szczupli, że damy radę (mówiłem że fajki i złamane serce mi służą?;). No i z tego nawiązała się sympatia.

A teraz już w Kali. Pasza zrobił mi zielonej herbaty, palę skręcane fajki (dużo), czytam, a później może wpadnie A., pogramy w kości i ponapierdalamy się z życia.

Miałem przykry moment, natknąłem się przy barze mlecznym na ludzi z otoczenia Z. Odwrócili się ostentacyjnie plecami i coś tam chichotali. Moje wewnętrzne dziecko poczuło się ukłute, a dorosły pomyślał, jprdl, ale high school. A później: "stary, sam sobie jesteś winien". Relacje same w sobie są trudne, a dołóż do tego jeszcze różnice pokoleniowe i przepis na katastrofę gotowy.

Gadałem dziś z Paszą o tym wszystkim. Powiedziałem, że jakbym mógł cofnąć czas, to zresetowałbym cały ten rok.
- Jesteś pewny, że pozbawiłbyś się tych doświadczeń i lekcji? - zapytał, przygotowując mi herbatę.
- Kurwa... No nie. Ten kryzys zmusił mnie, żeby przyjrzeć się sobie bardzo blisko. To cenne w chuj.

Utrata najważniejszych rzeczy w życiu popchnęła mnie do tego, żeby się zbliżyć do siebie, wesprzeć siebie. Nie miałem innego wyjścia. Tzn. przez chwilę myślałem, że mam. Ale to był głupi pomysł i na całe szczęście nie wprowadziłem go w życie. 

Właśnie pogadałem z Michałem, właścicielem Kalaczakry. Będę miał tutaj wystawę, dogadywaliśmy się przez maile, ale chciałem, żeby połączył moją gębę z sytuacją. Kiedy dowiedział się, że śpiewam, podsunął pomysł, żebym zagrał tutaj kilka kawałków na wernisażu i powiedział parę słów o anarchizmie. Ale się kurwa cieszę:) Fajnie tak zaznaczyć swoją obecność w knajpie, która jest praktycznie moim drugim domem. 

Aftermath po eksplozji

Ostatnie dni są do siebie podobne. Kawa, fajka, prysznic, później moja knajpka, książka Kinga, dziennik, czasami rozmowy, jeśli akurat ktoś znajomy wpadnie do Kali.

Rozpacz ostatnich miesięcy zblakła. Zostało tylko trochę smutku i rozczarowania ludźmi, ale nie jest to już takie wszechogarniające. A przynajmniej nie codziennie i nie 24/7. Została też bezsenność. 

Po ostatnim miesiącu, kiedy próbowałem wyciągnąć rękę do ludzi z mojego dawnego środowiska oraz do tamtej dziewczyny, i spotkałem się ze ścianą niechęci i obojętności, chyba dotarło do mnie, że skończył się jakiś etap życia. Dziwnie tak znowu zaczynać od początku.

Ale ja miałem tych początków w tym życiu:)

Lista ciut bardziej szczera 

1. Miałem okresy samotności w życiu, całkiem sporo, ale ten jest najsamotniejszy. 

2. Jezu, jak ja mało sypiam. Budzę się o czwartej rano i koniec. 

3. Mam coraz więcej jaśniejszych momentów. Zdarzają się nieoczekiwanie i bardzo doceniam. Ostatnio wychodziłem z mojej knajpki i nagle poczułem: szersza perspektywa, harmonia z sobą, zrozumienie dlaczego wydarzyły się te rzeczy i jak mnie zmieniły i nadzieja, że będzie dobrze, choć na razie nie wiem jeszcze jak. 

4. Schudłem. Palę dużo, kiepsko jadam, brak snu pewnie też wpływa na to. 

5. Bardziej od ostracyzmu społecznego dotknęło mnie to, jak zachowała się ona. Ci ludzie nie znali mnie tak naprawdę. No ale przed nią pokazałem się w 100 procentach, cały, odsłoniłem najdelikatniejsze miejsca. Ciężko mi zrzucić z siebie to poczucie przekroczenia moich granic, zdrady. Ale z drugiej strony, no fuck, jest to lekcja dla mnie, że relacje z dużą różnica wieku, to większe wyzwanie niż myślałem. Miłość to nie wszystko jednak. 

6. Brakuje mi zaangażowania w aktywizm. To była jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Sen o rewolucji, braterstwie, siostrzaństwie, wspólnej walce z systemem. Pusto bez tego. Rozkminiam intensywnie, w jaki sposób znaleźć to na nowo. No idea. 

7. Od prawie 3 lat mieszkam w małym vanie, który przerobiłem na kampera. To będzie moja trzecia zima na streecie. Jestem prawie w centrum Wrocławia. Kocham to miasto. 

8. Moja ostatnia piosenka. O tym czego mi teraz brakuje bardziej niż kiedykolwiek. 

Pomoc wzajemna



Monday, 27 October 2025

Rewolucja i Miłość


Ale dzisiaj wieje! Już wieczór, Ross Bets śpiewa celtyckie słodkości, grzejnik dmucha, deszcz bębni o dach Włóczęgi. A tak niedawno było lato.

Nie pisałem tutaj już kilka lat. Hmm, nie będę robił streszczenia. Zacznę od tu i teraz (no, może czasami sięgnę w przeszłość dla kontekstu).

Jezu, ale te ostatnie miesiące były trudne. O mały włos nie umarłem i to tak naprawdę. A chudy jestem jak szczapa (fajki, bieda, rozpacz, stres, jak przystało na prawdziwego artystę). Ale szczupłość lubię, bo mnie odmładza.

W tym roku zakochałem się jak wariat. Zanurzyłem się w pewnej dziewczynie aż po uszy, myślałem, że to ta na zawsze, chciałem ją kochać do końca świata, mieć z nią dzieci, zdobywać świat. A później sobie poszła, bo nowe lądy, nowe przygody, nowi ludzie. 
Zasmuciło mnie to bardzo i zawstydziło. Najpierw uciekłem, żeby porozpaczać. Później wróciłem i spróbowałem ratować, co się dało, ale się okazało, że nic się nie da. Jakbym się przeniósł do innego wymiaru.
I co teraz?

Trochę nie wiem. Ale kiedy dzisiaj wracałem z Kalaczakry poczułem spokój, radość, nadzieję. Trochę tak, jakbym znalazł się dokładnie tam, gdzie się miałem znaleźć. I że teraz czekają mnie nowe rzeczy. Że tamto wszystko miało się wydarzyć tak, jak się wydarzyło. Wow:)

Lista pierwsza od dawna:

1. Odwiedziny Natalii, garść grzybów, rozmowy o związkach, o życiu.

2. Odwiedziny Uli. Co za urocza, mądra istota. Nawet na chwilę się przytuliliśmy (brakowało mi tego), pozwierzaliśmy się. Rozmowa z nią dała mi dużo inspiracji, żeby sięgnąć do zapomnianych warstw mnie. Bo ostatnio tylko Rewolucja i Miłość (które przerodziły się w Ostracyzm i Złamane Serce). Więc chciałbym sięgnąć do duchowości, marzeń. Myślałem dzisiaj, że nie wiem jak. Ale później poczytałem stare zapiski z różnych lat i już wiedziałem - wcale tego nie zgubiłem. Muszę sobie tylko przypomnieć.

3. Grywam w kości z Bernadette i A. (oddzielnie). Obie bardzo lubię, na zupełnie inny sposób. Siadamy sobie w Kalaczakrze, biorę napar z imbiru albo herbatę, gramy, żartujemy, gadamy.

4. Muszę wyprać pościel, bo się już klei, ale nie mam pieniędzy na pralnię:) Tak w ogóle tyle czasu już żyję w nędzy, że pieniądze prawie zupełnie przestały mnie stresować. I się bardzo cieszę, kiedy wpada cokolwiek.

5. Miałem trzy dni pracę na planie filmowym. Kupiłem za to kurtkę na zimę, dwie pary bojówek, bluzę, czapkę, rękawiczki, wszystko w czerni, jak prawdziwy antifiarz.

6. Kiedy tu pisałem ostatni raz, nie miałem ani jednego tatuażu. Teraz wyglądam jak brudnopis. I love it 🖤 Mam też... 1...2... cztery kolczyki w twarzy (ucho, warga, brew). Lubię moją stylówkę.

7. Nie czułem się tak spokojnie i dobrze jak teraz od wielu miesięcy. I'm coming home:)



Monday, 24 January 2022

Ambroży, Mirabelka, śnieg trzeszczy pod gumiakami

 



Skończyłem obraz. "Ambroży i Mirabelka". Afrykańskie maski nie były zamierzone, ale tak spieroliłem kompozycję, że musiałem to jakoś spiąć. Ale i tak fajnie wyszło. Większość moich obrazów wynika z takich pomyłek i błądzeń, chyba nigdy nie trzymam się planu.

Rano miałem terapię. Choć trochę się martwiłem, że przez telefon, to nie było źle. Bardzo miła pani terapeutka, profesjonalistka. Dobrze było się wygadać i być wysłuchanym. Pierwsze trzy sesje będą diagnostyczne. Później zaczniemy pracować nad konkretnymi problemami.

Zamówiłem sobie dziś pizzę i wino, bo doszła kasa od Iggiego na moją podróż do Szwajcarii. Jutro jadę do Cieszyna spotkać się z klientem, mam nadzieję, że dobrze pójdzie i pooddaję drobne długi, zapłacę też prąd mamie i kupię trochę franków szwajcarskich, żeby nie siedzieć tam z pustymi rękami.

Kiedy przyjechała pizza musiałem wyjść na zewnątrz i podejść kawałek do drogi. Piękna zima. Śniegu po kolana, noc, mróz trzeszczący pod gumiakami. Dawno czegoś  tak pięknego nie widziałem. Poczułem jednak złość. Że nie mogę się tym cieszyć, zamiast tego siedzę w domu, zabijam czas serialami, malowaniem i alkoholem. Chciałbym się z tego wyrwać. Ale to chyba jakaś przekora wewnętrzna. Że skoro życie nie idzie tak, jak chcę, to fuck off, będę jarał, pił, nie dbał o siebie. Pokażę wszystkim:) Eh, dziecinada. To jest w ogóle ciekawe: że rzeczy, które są piękne, cudowne, nie smakują mi, jeśli nie  mogę się nimi dzielić. Czy to jest jakaś uniwersalna prawda, czy tylko indywidualne uwarunkowanie? Nie wiem. 

Dobrze, że jadę w pizdu, przyda mi się takie otrząśnięcie. W podróży zawsze odżywałem. Podróż pomaga mi wyjść poza własną skórę. 

Saturday, 22 January 2022

Powolny dzień


Powolny dzień. Problem z brakiem kasy, nie jest ilość rzeczy, jakie sobie można kupić, ale po prostu wolność. Chciałbym spędzić weekend na jakiejś podróży, pojechać że sto, dwieście kilometrów, zatrzymać się w hoteliku, połazić po mieście, które dla kogoś jest nudnym więzieniem, utknieciem, a dla mnie czymś ciekawym, to uczucie, które tylko włóczędzy znają - obserwowanie z boku, połączenie, jedność w zrozumieniu, że wszyscy jesteśmy tacy sami i wolność, bo nic nas gdzieś nie wiąże, jesteśmy tylko gośćmi. Tym jest dla mnie kasa.
No a że jej nie ma, to dzień w domu. Mógłbym pójść gdzieś połazić, ale nie chce mi się. Znam to miejsce od czasów, kiedy byłem małym dzieckiem. Jest dla mnie zupełną pustką. Czytam czasem w książkach, jak bohater opisuje silne uczucie związane z jego miejscem narodzin, rodzina, przyjaciółmi z dzieciństwa. Fascynuje mnie to. Zupełnie obce mi uczucie. Moimi przyjaciółmi i rodziną były książki. Verne, Lem, Zajdel, Pan Kleks, Tolkien, Asimov, Hugo, Dickens, Strugaccy, Pan Samochodzik... No i przez kilkanaście lat Tania, która już jest w innym życiu. Poza tym wewnętrznym światem, literaturą, rzeczy są pustką. Nudą, trywialnością, głupotą. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia psychologiczna, że to tylko moje subiektywne spojrzenie na pewien odcinek rzeczywistości, w pewnym ograniczonym urywku czasu (czas zawieszenia, samotności, rewaluacji). Ale to nie ma znaczenia. Każdy z nas jest Wszechświatem. I choć szukamy połączenia, to te nasze wszechświaty siłą rzeczy są trochę soliptyczne (czy solipsystyczne).
Takie przemyślenia weekendowe. Po prostu zupełny brak połączenia. 

Malowalem dzisiaj. Zacząłem nowy obraz na jednej z tych długich, ciężkich desek, których jeszcze kilka mi zostało z zamówienia aniołów w lecie. Kolory pastelowe, złocisto brązowe. Księżyc, gwiazdy, chmury, fruwający dom wyrwany z korzeniami, most, drzewo, wisielec, upiory, człowiek skulony pod mostem, dwójka ludzi spadająca z parasolami. Taki mój typowy kolaż nadziei, koszmarów, głębi i niegłębi, tęsknot, fruwania...

W poniedziałek pierwsza sesja terapii. Z powodu Covida niestety przez telefon. Szkoda, wolę jednak osobisty kontakt. We wtorek spotkanie z klientem w Cieszynie. W środę wyciąganie drutu z palca, a w czwartek wyjazd do Szwajcarii (na to najbardziej się cieszę). Nie byłoby mnie stać, ale kumpel wysyła kasę na paliwo i winiety.

Zacząłem dziś oglądać dwa filmy, żadnego nie doogladalem. Skończyłem książkę-wywiad że Stasiukiem. Później próbowałem jego sztuki (Las i Noc), ale nie dałem rady. Po pierwsze nie lubię czytać sztuk, sztuki się ogląda na scenie. Po drugie jakieś to było za dalekie, za abstrakcyjne, czyli odwrotność tego, co cenię u Stasiuka, czyli surowe zbliżenie, życie na wyciągnięcie ręki. Jak będę miał parę groszy, kupię pozostałe z jego powieści. 

Hmm, chyba wszystko wygadałem o tej sobocie. 

Lista bez sensu, bo przecież w chuj już napisałem:

1. Ugotowałem cały gar kitri (indyjska potrawka z soczewicy, ryżu i warzyw), będzie jeszcze na jutro.
2. Myszka od kilku dni hałasuje i nie chce wpaść w żywołapkę. No ale może nie uśmiecha się jej suchy kawałek chleba, który tam włożyłem. Kiedy dwa tygodnie temu dałem tam cheddar, to od razu się złapała. No ale teraz to sam bym cheddara zjadł.
3. Staję się chyba niechcący mizantropem i dziwakiem. A za miesiąc stuknie mi 46 lat. Fuck... Przeleciało za szybko.
4. Ktoś na fejsie w komentarzu użył nazwy mojego bloga. Może miał to być miły gest, nie wiem. Ale nie rób tego więcej. Fejs, a to miejsce, to dwie różne sprawy. To moja prywatna przestrzeń, o której mało kto wie. Chciałaś być miła, rozumiem, ale jednak nie, nie lubię tego. 

Friday, 21 January 2022

Sen o czystej miłości oraz wizyta w studiu nagrań


Dzień zaczął się wcześnie. Obudził mnie o piątej rano intensywny sen. Mogłem od razu zasnąć, ale obawiałem się, że zapomnę, więc trochę siłą wyrwałem się ze snu i nagrałem go na dyktafon. W tym śnie umarła moja mama. Ale nie ta, którą  mam, tylko ktoś zupełnie inny. Ja też byłem zupełnie kimś innym, tak samo jak moi bracia. Czułem ogromny żal, smutek i samotność. Staliśmy cała rodziną w kręgu, wraz z przyjaciółmi. Powstrzymywałem łzy. Obok mnie stał młody chłopak, który bardzo się wzruszył moim smutkiem. Niezgrabnie mnie objął i ten jego ludzki gest sprawił, że coś we mnie się przełamało. Też go objąłem i zacząłem mocno płakać. Moi bracia i reszta przyjaciół dołączyła, stworzyliśmy jedno wielkie objęcie, pełne miłości i jedności. Był w tym smutek, ale piękny, wypełniający serce szczęściem i jednością. Obudziłem się ogarnięty tą emocją, płacząc na głos ze szczęścia i smutku. Cudowne to było.

Posprzątałem dom, należało mu się. Wykąpalem się, bo mi też już się należało. Pożyczylem od mamy dwie stówy (trochę zastój w biznesie). Za 130 zatankowałem i pojechałem do Bielska do przyjaciela. Jest inżynierem dźwięku, ma własne studio nagrań. Posiedzieliśmy nad miksem. Miałem ciary, co on potrafił zrobić z moją muzyką. Umówiliśmy się, że do końca lutego zrobi cały album. Akurat kiedy wrócę ze Szwajcarii, więc od razu będę mógł wysłać to do tłoczni. No i po powrocie będę chciał z nim zrobić z dwa teledyski, żeby wypromować ten album. Mówiłem już, że to będzie podwójne wydawnictwo? Jedna płyta to nowe, studyjne kawałki, a druga zremasterowane nagrania archiwalne.

Droga powrotna była trudna. 50 km po oblodzonych, zaśnieżonych drogach, po ciemku. Ekspresówką jechałem 50 na godzinę, szybciej bym się bał. Dojechałem szczęśliwie.
Po drodze zrobiłem zakupy za resztę kasy: chleb, wino, ser, pomidor, ogórki kiszone, takie fajne, z ziołami, smakujące jak domowe, a na deser riso karmelowe. Weekend bez kasy, ale dam radę jakoś. We wtorek odwiedzam w Cieszynie klienta, jest zainteresowany kilkoma z moich oryginalnych prac. Być może uzbierałoby się na miks płyty. 
Z jednej sfery swojej działalności artystycznej finansuję drugą. Długo tak nie pociągnę ;)

A teraz już noc. Łóżko, kominek, rozkminiam wybór przed snem: książka Stasiuka, czy odcinek House'a. Ale mam już lenia, chyba zdecyduję się na serial. 

Dobrej nocy, internetowe duchy. 

Wednesday, 19 January 2022

Lista... Bo dawno nie było



1. Obejrzałem trzeci sezon After Life. Cudne. Potrzebowałem tego ciepła, liryczności i człowieczeństwa.
2. Palec już w ogóle nie boli. Za tydzień będę wyciągał drut, ale później jeszcze z 2 tygodnie będę miał szynę. Po prostu z powodu mojego wyjazdu zagranicznego ortopeda się zlitował i wyciągnie mi drut trochę wcześniej. 
3. Z kasą trochę bida. Czekam na klienta. Zadzwonił do mnie w piątek, jest zainteresowany kilkoma oryginałami, więc wpadłaby lepsza gotówka. Póki co wygrzebałem z szafek, co udało mi się znaleźć. Makaron razowy, który kupiłem rok temu, kiedy chciałem się zdrowo odżywiać, słoiczek sosu cukiniowego, który kiedyś zrobiła szwagierka. A na deser mały słoiczek konfitury truskawkowej, która dostałem kiedyś od Panny D. Tak wyczyszczonej lodówki jeszcze nie miałem:) Został jeszcze ketchup, musztarda, pół słoiczka pomidorów suszonych w oleju, ćwierć marchewki (już tak pomarszczona, że chyba się nie nada do niczego) oraz powidła śliwkowe. 
4. Dzień bez wina. Po części z powodów oczywistych (patrz punkt trzeci). Ale też i chciałem sobie zrobić przerwę. Łaknienia nie mam jakiegoś wielkiego, ale włącza mi się lekki niepokój, lęki. After Life pomogło.
5. Sprzątałem w komputerze i znalazłem kilka zdjęć z M. Obserwowałem swoje uczucia. Nie jest źle. Wspomnienie coraz bardziej blaknie. Emocje to już bardziej echo.
6. Cieszę się na wyjazd do Szwajcarii. Oj, potrzebuję zmiany otoczenia i przygody. Tutaj na wiosce czuję się w pełni odizolowany społecznie. Obcy w obcym kraju. 
7. Dzisiejszy sen wpłynął na mnie pozytywnie. Widzę, że nieraz w snach dzieją się ważne rzeczy, które rozluźniają pewne węzły. Myślę że to ukryte Ja autentycznie samo się leczy w snach.
8. Za kilka dni pierwsza sesja terapii. Szkoda, że będę musiał mieć później przerwę, ale po powrocie od razu zarezerwuję kolejną wizytę. 
9. Aha, znalazłem inwestora na wydanie płyty! Będzie to wydawnictwo dwupłytowe, więc na bogato;) W marcu album już powinien być gotowy. 
10. W piątek zrobiłem koncert online. Wszyszlo super. Grałem, recytowałem swoje poezje, gadałem 2 godziny. Miałem ponad 50 widzów i jeszcze uzbierałem na mechanika. Mam tremę przed występami, ale kiedy już zacznę, to czuję się wspaniale.