Tuesday, 4 May 2010

Przyjaciel Durruttiego - sen





Jeden z moich rewolucyjnych snów:) W sumie ciekawy pomysł - wybranie sobie wojny z historii., na którą człowiek czuję, że się spóźnił. Można by to kiedyś wykorzystać. Zdarzyło się jeszcze więcej, ale początek i uczucia z nim związane pamiętam najlepiej. Powyżej piosenka ze snu, której kawałek przetłumaczyłem trochę niżej.

Przyjaciel Durruttiego
(sen)

- Jakie znasz języki? – pyta urzędowym, zmęczonym tonem oficer, w cerowanej kufajce. W oczekiwaniu na odpowiedź przysuwa do siebie zadrukowany blankiet. Bawi się pieczątką.
- Francuski. Trochę niemiecki… - odpowiada nieśmiało mężczyzna przede mną. Zwalisty, szeroko rozstawione nogi, nerwowo miętosi w trzęsących się dłoniach czapkę. Chłop oderwany od pługa.
- Ruch oporu we Francji. 1943 – oznajmia oficer, wpisując nazwę przydziału. Koślawe pismo, rutynowe, niczym u lekarza. Ciekawe, czy ktoś to odczyta? Podaje kartkę ruchem jednocześnie odprawiającym interesanta.

- Następny – mówi, zanim jeszcze mężczyźnie przede mną udaje się odsunąć na bok. Podchodzę, z zaciekawieniem przyglądając się reakcji na twarzy poprzednika. Rozczarowanie? Może zmęczenie po długiej drodze?

- Języki?
- Polski, angielski, hiszpański – podkreślam szczególnie ostatni.
- Przekonania polityczne?
Zaskoczył mnie.
- Eee – jąkam się. – Chyba antypolityczny – mówię niepewnie. Nie chcę się za bardzo określić, żeby nie wpłynąć na werdykt. Ale jeśli nic nie powiem, to kto wie gdzie mogę wylądować? Rewolucja październikowa? Wojna burska? Cholera. Oficer gryzie krzywo zaostrzony ołówek, zastanawia się. – Anarchista – wypalam wreszcie.
- Trzeba było tak od razu – uśmiecha się. – Wojna domowa w Hiszpanii. 1936. Milicja Durruttiego. – Pieczątka z impetem ląduje na dokumencie.

Podekscytowany chwytam ostęplowany papier i schodzę na bok, robiąc miejsce następnemu ochotnikowi. Nie mam czasu nacieszyć się przydziałem. Podchodzi zarośnięty żołnierz, starszy ode mnie o kilka lat. Uśmiecha się szczerbato i wyciąga rękę.
- Jose – mocny, szczery głos. Chyba Andaluzyjczyk. Lubię Andaluzyjczyków.
- Martin – odpowiadam, kładą mocny akcent na ostatnią sylabę jak rodowity Hiszpan. Bardzo chcę być „swój”.
- Mam odprowadzić cię do koszarów – mówi kładąc mi rękę na ramieniu. – No i witaj.
Idziemy. Po chwili sięga do kieszeni i podaje mi wymiętą opaskę. Czerwono-czarną.
- Na rękaw – wyjaśnia.

Cieszę się jak cholera. Marzyłem o tym tak, jak tylko się da. Ale nie da ukrywam, że mam pietra. Niedługo będą do mnie strzelać. Mogę zostać kaleką, albo nawet zginąć. Dochodzimy do ciężarówki. Stoi w rządku innych pojazdów. Niektóre nowe, rozpoznaję nawet vana mercedesa, model nie późniejszy niż z ’90. Ciekawe gdzie ci jadą. Za szybą widzę kilka wąsatych, śniadych twarzy. Bałkańczycy. Jestem prawie pewien. Obok nich furmanka i palący papierosy skośnoocy faceci w korzuchach z zagiętymi szablami u pasa. Mierzą mnie chłodnym, ale zaciekawionym wzrokiem. „Co robi tutaj taki smark w okularkach?” – myślą pewnie. Oddycham z ulgą. Mogłem przecież dostać przydział z nimi i wylądować w jakiejś zapyziałej wiosce, sprzed kilku stuleci, w konflikcie, którego nie rozumiem.

Wsiadamy do ciężarówki. Rozglądam się po pustej pace. Jose wzrusza ramionami.
- Nie ma zbyt wiele chętnych. Są popularniejsze wojny.
Zajmuję miejsce w samym tyle. Chcę wszystko widzieć. Ruszamy. Jose podaję mi krzywo sklejonego papierosa. Niby rzuciłem, ale pal licho, w końcu jadę na wojnę -Rak płuc to ostatnia rzecz, jaką muszę się teraz marwtić. Odpalam. Cuchnący, drapiący w gardło dym wypełnia mi płuca. Usta zalewa gorzka ślina, z trudnością powstrzymuję kaszel. Już i tak czuję się jak laluś. Chociaż tym mogę nadrobić. Mój towarzysz śmieje się do siebie, widząc moje zmagania. Jedziemy jakieś piętnaście minut. Mijamy szare pola, zapuszczone chaty, smutne wierzby. Jakby listopad. To chyba kraina przegranych wojen, o której mi mówiono.

- Trzymaj się, zaraz zacznie porządnie trząść – ostrzega Jose. Chwytam się mocno siedzenia i wstrzymuję oddech. Buch! Trząść?! Ciężarówka spada prawie pionowo w dół, nic prawie nie widać, może szara smuga, jakby gęstego deszczu i osypujące się kamienie. Do tego ten hałas. Zgiełk miliona krzyków, śmiechu, wycia. Ciarki przechodzą po plecach.
- Winda dziejów! – Jose próbuje przekrzyczeć harmider, równocześnie przytrzymując czapkę na głowie. Nie wiem, czy mam być wdzięczny za wyjaśnienie.
A później jedziemy po kamienistej drodze w pełnym hiszpańskim słońcu.

* * *

Dopiero w koszarach po raz pierwszy w pełni uświadamiam sobie, co zrobiłem. Gwar, setki ludzi w źle dopasowanych mundurach, ale każdy i tak pasuje tu lepiej niż ja. Mała grupka zebrana wokół uśmiechniętego cygana z gitarą. Klaszczą do skocznej piosenki i powtarzają chórem niektóre jej partie. Wsłuchuję się w słowa.

En la plaza de mi pueblo…
…chłop mówi do swego pana:
„Nasze dzieci rodzą się
z pięścią podniesioną.
Ta ziemia nie jest moja
ona jest mojego pana
on ją zrasza moim potem
i uprawia moją ręką.
Ale powiedz mi kolego,
skoro to jest jego ziemia,
to dlaczego nigdy w życiu
nie widziałem go tu z pługiem?”

Na ostatnie słowa Cygana kolorowa grupka wybucha rubasznym śmiechem. Podają śpiewakowi gliniany bukłak z winem.
Cholera. Naprawdę tu jestem! Macham do śpiewających ludzi. Odpowiadają przyjaznym gestem i rzucają jakiś żart. Nie rozumiem, ale domyślam się, że chodzi o moją „zieloność”. Serce bije mi mocno. Wdycham zapach kurzu, słońca, taniego wina i potu. Wiem, że choć jeszcze jestem nowy, to niedługo będę śpiewał piosenki z resztą, będę opowiadał z dumą o faszystach, których odstrzeliłem i chwalił się bliznami. Chyba, że nieopierzony, pójdę na odstrzał w pierwszej bitwie. Odganiam nieprzyjemną myśl. Tym będę się martwił na froncie. Teraz chcę po prostu być tutaj, z braćmi i śnić o lepszym świecie. Jose prowadzi mnie do arsenału i dostaję własną strzelbę. Nie zwracam uwagi na rdzę. Z radością ważę w rękach broń. Jej ciężar uświadamia mi powagę sytuacji. To nie zabawa.

Budzę się.


5 comments:

  1. świetnie opowiedziany sen! niemalże usłyszałem ten śpiew.

    sny są bezpiecznikiem umysłu - mówią neuropsychiatrzy, a ja jestem pewien, że jednak jest inaczej. Lubię śnić i mieć kontrolę nad akcją. budzić się, by po kilkunastu godzinach dnia w śnić się z powrotem do sennych mar. poza tym po nocy obfitej w senne wydarzenia jestem wyśmienicie wypoczęty i to jest najfajniejsze.

    ReplyDelete
  2. Niesamowity sen i niezwykły pomysł z tym wyborem wojny...zaczęłam się zastanawiać nawet gdzie mnie rzuciłby Twój sen, chyba na wojnę 13 - letnią :)

    ReplyDelete
  3. Chłopców Durruttiego wybili prawie wszystkich... Może i lepiej, że się spóźniłeś...? Pozdrowienia z mokrej Katalonii :)

    ReplyDelete
  4. Cieszysz się ostatnimi dniami w Hiszpanii?:)
    No, wybili. Szkoda.

    ReplyDelete
  5. Cieszę się :) Chociaż Katalonia to naprawdę nie Hiszpania i ja stąd za prawdziwą Hiszpanią już tęsknię...

    ReplyDelete