Ale ten czas leci. Dużo się wydarzyło. A może wcale nie. Właśnie ugotowałem obiad. Postanowiłem zrobić coś gaurmet, ileż można żreć makaron z koncentratem pomidorowym. Złociste ziemniaczki z piekarnika z kawałkami soczystych pomidorów i natką pietruszki. Smażone kostki bakłażana. Kotleciki z kalafiora i kapusty z ogródka (akurat wczoraj były zbiory). Czatnej śliwkowy oraz ogórek i biała cebula w jogurcie, jako dwa sosy. Do tego portugalskie białe wino wytrawne. Ożywiło mnie to, choć smutno się gotuje tylko dla siebie. Zrobiłem więc trzy talerze i zaniosłem szwagierce i dzieciakom.
Ostatnie kilka dni jesień jest słoneczna, ale dopiero dzisiaj, pierwszy raz chyba od tygodnia wyszedłem z domu. Pojechałem na zakupy, dziwnie się czując wśród ludzi po takiej przerwie. Odizolowałem się w ostatnim miesiącu. Kolejne rozstanie z M. było chyba najbardziej bolesne ze wszystkich. Zacząłem poczuciem winy, próbowałem to ratować, ale z czasem coraz częściej przypominałem sobie, jak toksyczna to była relacja. Teraz, oprócz smutku i rozczarowania, zaczynam czuć niesmak do swojego braku asertywności i determinacji wartej lepszej sprawy. No mam taką cechę, że bardzo się przywiązuję i trudno jest mi porzucić uczucie. Co zresztą widać w tych moich zapiskach z ostatnich lat. To tyle w temacie, nie będę się rozpisywał.
Co jeszcze? Nie pracuję na etacie. Po zwolnieniu z ostatniej pracy w maju, dałem sobie spokój. Dorywczo pomagam w schronisku, zawsze to parę groszy, oprócz tego czasami sprzedam jakiś obraz albo pocztówki. Na podstawowe potrzeby wystarcza. Sprzedałem też działkę po dziadku, ale tych pieniędzy nie ruszam. Chciałbym kupić jakiś kąt, który będę mógł nazwać swoim. Tylko, że nie są to duże pieniądze, na domek nie starczy. Tzn na domek by starczyło, ale już nie na działkę. Albo na odwrót. A poza tym nie wiem, w jakim kierunku iść. Czy szukać coś blisko, czy wyjechać. Więc na razie pieniądze leżą na koncie, a ja żyję z dnia na dzień, z nadzieją obserwując w sobie stopniowe objawy dochodzenia do równowagi. Żeby czuć, że żyję i coś jestem wart i jeszcze żeby poradzić sobie z depresją, maluję i sporo nagrywam. Przygotowuję pierwszy profesjonalny (w miarę) album. Wybrałem kilkanaście ze swoich utworów i nagrywam od nowa, z perkusją, solówkami, porządnym basem, nowymi pomysłami. Kiedy skończę, chciałbym, żeby popracował nad tym jakiś inżynier dźwięku. Myślę, że do końca roku może się udać.
Mój przykładowy dzień:
1. Budzę się kilka razy nad ranem, żeby wreszcie około 6 albo 7 dać sobie spokój z próbowaniem. Leżę później, czytając coś na FB, jakieś artykuły, pierdoły, etc.
2. Około 9 mówię sobie: "Wstawujki, Marcyś, trzeba się wreszcie wziąć za ten dzień". Patrzę też w górę i mówię: "Boże, jakby coś, to jestem gotowy na nowe perspektywy i szanse. Powaga."
3. Poranna toaleta, kawa, fajka, szybkie zerknięcie na wiadomości.
4. I co teraz? Mam coś namalować, zrelaksować się, czy raczej skoncentrować i wziąć za muzykę i nagrywanie? A może poczytam książkę?
5. W międzyczasie odpowiadam na komentarze na FB i nieliczne wiadomości od ludzi, którzy albo coś chcą, albo szczerze się martwią lub zagadują po prostu przyjaźnie. Odpisywanie sprawia mi trochę trudności, bo często pustka i smutek, który czuję, są tak głębokie, że czyichś kilka miłych słów nie jest w stanie naprawdę pomóc. Ale to i tak miłe.
6. Koło południa robię sobie śniadanie. Kanapkę albo resztki obiadu z wczoraj.
7. Po południu nalewam sobie wina albo drinka i kontynuuję to, co akurat miałem zaczęte.
8. Wieczorem robi się coraz smutniej, ciężej. Przychodzą wspomnienia, stare i te nowsze, poczucie samotności i bezsensu staje się bardzo intensywne. Wiem jednak, że to tylko chmura zasłaniająca rzeczywistość, nie jestem nihilistą, wierzę w sens i miłość i tym się właśnie bronię. Ale, żeby jakoś dotrwać do zaśnięcia, czytam książkę albo oglądam coś na Netflixie, aż nie zaczną zamykać mi się oczy.
Nie zawsze jest tak. Czasami mam lepsze dni, jaśniejsze i jest ich chyba coraz więcej. Wtedy nawet wieczorem nie czuję się bardzo przytłoczony, przychodzi jakiś spokój. Ale jak na razie nie da się ukryć, że jestem w gorszym okresie życia. Zauważyłem, że jedynym prawdziwym lekarstwem na to wszystko, na chłód Wszechświata jest kochać i być kochanym, ufać, czuć się potrzebnym, śmiać się razem, gotować coś wspólnie, jechać na przejażdżkę... To jest jedyne, co mnie napełnia. Może to jakiś brak z dzieciństwa? A może miłość to naprawdę sens życia? Sam nie wiem. Nie jest to jednak aż tak dla mnie ważne. Mam na myśli przyczynę. Po prostu tak jest i już. A jak życie pokazuje, to się może zmienić w każdej chwili. A później będziemy silniejsi. Tak się staram na to patrzeć.
Poniżej jedna z nowych aranżacji na mój album.

Kolejny powrót i rozstanie. Przykro mi. Oby ostateczne - dla Twojego własnego dobra.
ReplyDeleteWiem...
Delete