Tuesday, 5 March 2019

Lista pracusiowa




Już kleją mi się oczy, wcześnie dziś się obudziłem. Ale skrobnę jeszcze małą listę:

   1. Dziś znów pracowity dzień. Rano wizyta w Centrum Przedsiębiorczości. Miła, rezolutna pani wyjaśniła mi wszystkie szczegóły pożyczki i odpowiedziała na wszystkie pytania. Temat już jest jasny. Pieniądze dobre i nie powinno być żadnych problemów. Teraz tylko znalezienie lokalu i można ruszać.
   2. Znów pojechałem do Miasteczka, żeby dokładniej się rozejrzeć. Dokładnie sprawdziłem lokal, który mam oglądać za tydzień (sprawdziłem, czyli zaglądałem przez szybę:). Miejsce idealne i w środku dużo przestrzeni. Było też niezłe miejsce na rynku, ale kiedy zadzwoniłem, warunek był taki, że nie może tam być gastronomii, bo obok jest już restauracja. Rozumiem, że właściciel restauracji jest również właścicielem tego lokalu obok:) Fair enough. Zadzwoniłem również do Urzędu Miasta. Okazało się, że mają kilka miejsc, nie tylko na głównej ulicy. Mam zadzwonić za tydzień, o szczegóły przetargów.
   3. Odwiedziłem jedyną knajpkę wege w Miasteczku. Serce mi urosło: knajpka była w bocznej, nieuczęszczanej uliczce, wystrój lata dziewięćdziesiąte, dziwne echo, ciemno, jedzenie przeciętne (przepraszam za to okrucieństwo, ale jako szef kuchni z wieloletnim doświadczeniem, mam prawo;) - i pomimo tego, miejsce było pełne! Widać ogromny potencjał, jestem dobrej myśli.
   4. Spacerując po mieście zobaczyłem chłopaka i dziewczynę, którzy malowali i porządkowali lokal, w którym otwierają lodziarnie. Byli skupieni, pełni energii, emanowała z nich duma i wiara na przyszłość. Aż się uśmiechnąłem, kiedy z czułością podawali sobie wiaderko z farbą. Przez chwilę coś mnie ukłuło, zrobiło mi się szkoda, że nie będę dzielił tej przygody (mam na myśli otwarcie swojej restauracyjki) z kimś bliskim. Ale nie rozwodziłem się zbyt długo nad tym odczuciem. Tak bywa. Jest dobrze tak, jak jest.
   5. Jutro wychodzę w góry, do schroniska na kilka dni. A od poniedziałku działam dalej.
   6. Podoba mi się to uczucie wzięcia życia w swoje ręce. Wyzwalające. Oczywiście jestem świadomy ryzyka, trudności, wysiłku, itd. Ale to jest właśnie ekscytujące.
   7. Mam już wizję, jak będzie wyglądało w środku. W sumie zawsze miałem. Fajnie będzie urządzić sobie to od podstaw. Meble z palet to mus ;)

Monday, 4 March 2019

Interesy i inne sprawy

 












   To był fajny dzień. Obudziłem się w dobrym humorze. Aż sam się zdziwiłem, ale przypomniałem sobie, że wczoraj na poważnie wziąłem się za pomysł na wege knajpkę. Myślę, że takie zaangażowanie energii w swój projekt będzie bardzo dobre dla mojego rozwoju i samopoczucia.
   Rano usiadłem z regulaminem dotacji z PUP. Nagle wyczytałem, że warunkiem otrzymania dotacji jest otwarcie działalności na terenie swojego powiatu. To odpada, bo mój powiat nie nadaje się ani trochę. No ale zadzwoniłem do urzędu pracy, żeby się upewnić. Okazało się, że to fakt: u nas dotacji nie dostanę. Ale miła pani zasugerowała, żebym skontaktował się z Wojewódzkim Centrum Przedsiębiorczości, może oni mają jakieś ciekawe opcje. Zadzwoniłem i okazało się, że jest fajna oferta pożyczki na start biznesu z funduszy unijnych. Mogę dostać więcej niż z urzędu pracy, a warunki spłaty są niezłe. Musiałbym tylko zastawić moją działkę na hipotekę. Nie przejąłem się tym. Żeby coś osiągnąć, trzeba zaryzykować. Więc załatwiłem rzeczoznawcę, za tydzień ma mi wycenić działkę i z tym dokumentem (oraz z planem biznesowym itd) będę mógł dostać te pieniądze.
   Teraz najważniejsze jest znalezienie lokalu w fajnym miejscu i można będzie ruszać z tym monumentalnym (jak na mnie:) projektem.
   Jeszcze nie uparłem się co do lokalizacji. Wczoraj byłem w Miasteczku. Bardzo mi się podoba ten pomysł. Studenci i turyści, a jest tam tylko jedna kafejka wege, czynna kilka dni w tygodniu i zawsze są napchani. Dziś z kolei pojechałem do Ustronia. Nic ciekawego nie znalazłem, ale tam akurat mi się nie spodobało. Jakoś z Żywcem mi się skojarzyło. Znalazłem jedną restaurację wegetariańską, ale była zamknięta. Zresztą może to i dobrze, bo wyglądała dziwaczno-przerażająco:) Jak nawiedzony zamek na wzgórzu, z dala od centrum, a na szybach powieszone były stare, smutne zabawki. Wyglądało to jak sierociniec z horroru i raczej nie zapraszało "chodźcie, tutaj najecie się pyszności".
   Chodziło mi też po głowie Bielsko, ale tam już jest z 6 albo 7 wege miejsc. Troszkę przydużo, jak na takie średniej wielkości miasto.
   Teraz już siedzę w domu. Lekko zmęczony, ale z poczuciem dobrze spędzonego dnia. Już po kąpieli, świeże pranie pachnie na suszarce, nalałem sobie lampkę wina, zapalę zaraz papierosa. Do schroniska wchodzę dopiero w środę, więc jutro jeszcze mam wolne. Pojadę chyba do tego centrum przedsiębiorczości dopytać się jeszcze o szczegóły. Ale dobra, na dziś dosyć myślenia o interesach:)
   Jakiś miły serial (najpewniej "I'm sick of it" z Karlem Pilkingtonem), a do poduszki książka.
   Trzymajcie się, Wędrowcy.

PS. Nie pisałem nic o M. To nie znaczy, że o niej nie myślałem. Coś się zmienia. Myślę, że przechodzi mi to zranienie i frustracja. Dziś zrobiło mi się jej jakoś szkoda. Nie jest złą osobą. Myślę też, że w jakiś sposób jej na mnie zależało, coś do mnie czuła. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafiła wejść w to głębiej. Martwię się o nią. Jeśli coś się nie zmieni, to z następnym facetem będzie tak samo, a później znowu. To te jej blokady i strach przed bliskością. Smutne by to było. To mądra dziewczyna, urocza, potrafiła być ciepła. Szczerze żałuję, że nie mogliśmy się porozumieć i przez to nam nie wyszło. Mam nadzieję, że się jej ułoży.

Sunday, 3 March 2019

Miałem sen

   Dobry wieczór, kochana.
   Tęskniłaś? Wiem, że tęskniłaś. Ja też. Moja garsoniera migocze świecami i ogniem z kominka, tak jak lubisz. Muzyka lekka, tęskna, spokojna. Tylko czasami dziwniejsza nuta zabrzęczy, ale szybko wraca normalność, tak jak lubisz. Leżysz pod kocem i tylko nos wystaje, tak jak lubię. I świecą w półmroku twoje oczy, przyglądające się mi ufnie i ciekawie, tak jak lubię.
   - Co tam skrobiesz na tym komputerze, Marcjanillo? Chodź już do mnie.
   - Zaraz będę, Małżowinko, o boska Heleno, Natalio Gałczyńska, Zofio Tołstojowa i Gwiazdo Zaranna. Tylko skończę pisać list.
   - Do kogo piszesz? Mam nadzieję, że nie do jakiejś dziewczyny.
   - Ależ oczywiście, że do dziewczyny. Najpiękniejszej i najsłodszej na świecie.
   Twoje oczy rozbłyskują z zadowoleniem i już wiesz, że piszę list do ciebie.
   - Przecież leżę tutaj. To po co do mnie piszesz?
   - Bo jeśli wczołgam się pod koc do twojego pysznego ciałka, objęć i pocałunków, to będę cię wielbił inaczej, wtedy słowa są zbędne.
   - No to pisz, ale skończ szybko, bo marzną mi stópki.
   Więc wracam do pisania i ciągle czuję twój wzrok. Grzeje mi plecy, jak kaloryfer.
   No więc ukochana, dziś byłem w małym miasteczku. Puste, bo niedzielne i dosyć chłodne, bo marcowe. Szukałem lokalu, w którym mógłbym otworzyć malutką knajpkę z najsmaczniejszym jedzeniem na świecie. Będzie tam pachniało zamorskimi przyprawami i korzeniami, a kolorowe kilimy na ścianie i ciepła muzyka sprawią, że ludzie będą wracać po więcej.
   - Ach, te twoje fantazje... - twój głos z sympatyczną drwiną dobiega z pod koca.
   - Nie, poczekaj! - protestuję. - To żadne fantazje. Już zacząłem wypełniać wniosek do Urzędu Spraw Tego Typu, a dobry przyjaciel zgłosił chęć zainwestowania. Więc krok po kroku wszystko się krystalizuje. A kiedy już się całkiem skrystalizuje, to utuczę cię jak małą świnkę. Urośnie ci podbródek i będziesz musiała wymienić całą garderobę.
   - Ty mi wymienisz. Przecież będziesz bogatym szynkarzem.
   - Zgoda.
   - A nie przeszkadza ci, że będę gruba?
   - Nigdy w życiu. Im cię więcej, tym lepiej.
   Ciepło kominka grzeje mnie całego. A wiesz, było mi bardzo smutno. I dzisiaj, i wczoraj, i dłużej. Smutek był przejmujący, mroźny i ciemny.
   Podnosisz się na łokciu.
   - Marcello, ale coś się stało? Coś złego? - pytasz z przestrachem.
   - Nie, nie martw się, ukochana - uspokajam cię. - Miałem zły sen, to wszystko.
   - Chcesz mi opowiedzieć? Czy wolisz nie?
   - Wolałbym zapomnieć, ale ci opowiem. Śniło mi się, że na chwilę obudziłem się w innym świecie. Dziwnym, pokręconym, obcym. Wiesz, jak w książkach Kafki albo Murakamiego.
   - Fuj, nie lubię Kafki.
   - Nie bądź ignorantką, maluchu.
   - A ty się nie wymądrzaj. Też go nie lubisz.
   - Nie, że nie lubię, ale się boję.
   - I co dalej w tym śnie?
   - Byłaś też w nim ty. To było najgorsze. Byłaś zupełnie inna.
   Otwierasz szeroko oczy, kiedy to słyszysz.
   - Jak to inna? Dlaczego tak o mnie śnisz?
   - Wybacz. Mam przestać?
   - Nie... Opowiadaj dalej.
   - W tym śnie wyglądałaś tak jak teraz, ale byłaś zupełnie kimś innym. Jakby podmienił cię zły czarownik. Albo jak z "Koraliny" Gaimana. Tylko jeszcze brakowało dwóch czarnych guzików zamiast oczu. Byłaś zimna, nigdy nie chciałaś mnie słuchać, kłamałaś mi, rzadko chciałaś mnie widzieć...
   - To straszne! Jak rzadko?
   - Raz, może dwa razy w miesiącu...
   - O nie! To nie byliśmy razem każdego dnia?
   - Nie.
   - Spałam co noc sama?!
   - Tak.
   - To straszny koszmar!
   - Tak, bardzo. To nie wszystko. Kiedy miałaś zły humor, to patrzyłaś na mnie obojętnie albo ze złością, miałem wrażenie że wbijają się we mnie kryształki lodu. Mówiłaś mi wtedy przykre rzeczy. A kiedy zjawiałem się bez zapowiedzi, pytałaś, po co tu przylazłem. Flirtowałaś z mężczyznami, kiedy tylko miałaś okazję. Czasami zostawiałaś mnie w towarzystwie i nawet nie zwracałaś uwagi, kiedy smutnie znikałem. Rozdawałaś im swój numer, a oni potem wydzwaniali albo pisali lubieżnie...
   - Fuj! - wołasz ze złością. - Ja bym nigdy tak nie zrobiła!
   - Przecież wiem, ukochana. To tylko głupi sen. Sen, w którym podmienił cię złowrogi czarownik. A najgorsze było to, że pamiętałem cię taką, jaka jesteś na jawie, ale nic nie mogłem zrobić. Zaklęcie czarownika było zbyt silne. Z tego wszystkiego odszedłem. Zmieniłem numer telefonu, wyrzuciłem nasz fortepian, spaliłem zdjęcia, zburzyłem dom...
   - Wiesz co, Marcepalino? Chyba już nie chcę dalej słuchać...
   Podchodzisz i obejmujesz mnie mocno od tyłu. Twoje chude patyczki wystające z rękawów mojej ulubionej piżamy oplatają mnie jak macki przytulnej ośmiornicy. Nachylasz się i szepczesz mi do ucha:
   - Głuptasie, już dobrze. To był tylko zły sen. Na szczęście już się skończył i teraz jesteśmy tutaj tylko ty i ja....
   Wiem, kochana. Dotykam delikatnie twojej dłoni i odchylam głowę, aż stykają się nasze policzki. Ten smutek już prawie się skończył. Zostało tylko odległe wspomnienie czegoś głupiego i nieprawdziwego. Tylko ty i ja, tak jak mówisz. W twoich oczach migoczą płomienie świec i miłość.
   - Ale naprawdę... Jeśli zgrubnę, to nadal będziesz mnie kochał? - pytasz poważnie.
   Robię zamyśloną minę.
   - Hmmm...
   I nagle wstaję, rzucam cię na łóżko i wskakuję na ciebie. Śmiejesz się jak jarzębina w słońcu...

Friday, 1 March 2019

Krakowski piątek

Nie wysiedziałem w domu. Wybrałem się do Krakowa. Bez powodu, ot, najładniejsze, najbliższe miasto. W samochodzie trochę za dużo myślałem o całej sytuacji, depresja zaczęła mnie coraz mocniej dopadać.
   Odwiedziłem Pawła w jego knajpce na Dietla. Poczęstował mnie jedzeniem, pysznie tam ma, no i biznes mu się kręci. Sam zastanawiam się nad otwarciem małej knajpki z jedzeniem wege. Zaprosił mnie na wieczór na wypad na dyskotekę. Wybiera się z dziewczyną i powiedział, że byłoby im miło. Ciągle nie byłem pewny czy zostanę na noc w Krakowie.
Połaziłem po mieście, ale nie czułem się zbyt dobrze, zasypały mnie wspomnienia.
   Odpocząłem trochę w samochodzie. Popisałem w dzienniku i poczytałem Gałczyńskiego, którego tomik kupiłem w Empiku na rynku.  Wreszcie zdecydowałem się zostać. Pojechałem do hostelu, gdzie kiedyś zatrzymaliśmy się z M. Mieli akurat wolną dwójkę.
Wziąłem prysznic, jeszcze trochę poczytałem i znów poszedłem na miasto.
   Teraz siedzę w jakimś pubie przy rynku, piję cydra i czekam na telefon od Pawła, bo nie wiem jeszcze gdzie mamy się spotkać.
   Jest mi smutno, ale zrobił się we mnie jakiś dystans. Będę musiał oswoić się z myślą, że nie da się zmienić ludzi, nie można ich zmusić, żeby kochali, czuli tak jak ja. To bardzo męczące i w pewnym momencie ogarnęła mnie bezsilność. Miałem wrażenie, że nie mam głosu, że nie mogę wytłumaczyć jej, czym jest lojalność, przywiązanie, szacunek. Nie wolno mi było mówić o swoich potrzebach, jakby to było przestępstwo. Kiedy próbowałem, to od razu zmieniało się w kłótnię. Jakby jej serce było otoczone ścianą. "Jak byś się czuła, gdybym ja zrobił tak albo tak?" Nic. Jakby mnie nie słyszała. Po pewnym czasie przestajesz walczyć, tłumaczyć. Przez chwilę po prostu próbowałem zostawić temat, ale to byłoby jak porzucenie siebie, swoich zasad, wartości. Nie da się tak. Więc teraz chyba dałem sobie spokój. I tak nie mogłem do niej dotrzeć, uparła się na tę ścianę. Myślę, że nawet nie dotknie jej to zbytnio. Może przez chwilę, z rozpędu. Ale brakowało w niej tego czegoś: zadedykowania, przekonania i wiary, że znalazła kogoś szczególnego. Bez tego nie można zbudować nic trwałego i prawdziwego. Ja to miałem, ale samemu nie da się pociągnąć wszystkiego.
   No więc teraz siedzę w krakowskim pubie, nasycony Gałczyńskim, piję cydra i myślę sobie, że mimo wszystko będzie dobrze.

Wednesday, 27 February 2019

Dziewczyny Starszych Panów - Księżycowy Terrorysta



I taka piosenka mi się dzisiaj zrobiła...

Dziewczyny Starszych Panów
(Jeremiemu Przyborze i Jerzemu Wasowskiemu)

Dziewczyny odmienne, dziewczyny jesienne,
Te smutne na Stacyjce Zdrój o miłości bezcennej,
Wesołe harcerki i podstępne wdowy w hotelu,
i nawet zimowe, o sercach wykutych w kamieniu.

W kawiarence Sułtan, siedzi pani z żółtą różą,
a obok siedzi pan co tę różę miał i jej dał,
i już ten pan i pani zostali w tej kawiarni,
znalazłem ich kiedyś na półce w niewielkiej księgarni.

Lekkości w miłości szukają Dwaj Starsi Panowie,
i nawet niewiernej kobiecie nazbierają kwiatów.
A kiedy przy starym piecyku, zagaisz rozmową,
z łagodnym uśmiechem odpowiedzą słodką melodią.

Dziewczyny odmienne, dziewczyny jesienne,
te z chryzantemami, na stacyjce Zdrój,
wśród wojen i wichrów, chciwości i zła,
wśród głupoty, krzyków, od złego mnie zbaw.

W bezkresie kosmosu, materii chaosu,
i trwogi i drżenia, znikają marzenia,
tę gęby paskudne, te dusze obłudne,
pieniądze i chwała, oszustwo i blichtr.

Nie patrzę w tę stronę, bo brzydzę się tym...
...na niebie niziutkim twe imię jak dym,
przy zielonej furtce ty stoisz nieśmiało,
i głosy wzruszone, i twoje i moje.

A potem cień... i wszystko znika,
i już umyka ta cicha stacyjka.
Lekkości w miłości szukają ci starsi panowie,
jak strumyk lśni smutkiem opowieść na ziemi jałowej.

Tuesday, 26 February 2019

Taki tydzień, proszę pani

 
   Sam nie wiem, dlaczego siadłem za klawiaturą. Może, żeby zająć umysł w tym poczuciu wewnętrznej dysharmonii i rozczarowania.
   Po 9 dniach w schronisku jestem wykończony. To był ciężki tydzień. Najpierw okazało się, że szef przyjeżdża na cały tydzień z rodziną. Praca wtedy jest wykańczająca. Dużo gotowania, turyści, a przy tym cała kuchnia pełna głośnych dzieciaków, bałagan, chaos. Kiedy wreszcie wyjechali, w sobotę zrobiła się w kuchni pijacka impreza. Przyszli znajomi, którzy są głośni, dużo piją, nie zwracają uwagi na innych. Wreszcie w środku nocy rozgoniłem towarzystwo. O mały włos nie skończyło się bójką. Wszyscy się obrazili. Później dwa dni byłem sam w bacówce, ale też nie odpocząłem, stres zamiast się skończyć, stał się jeszcze gorszy. Telefoniczne szarpanie się z M. poczucie bezsensu, nielojalności, zdrady, chłodu, niemożność porozumienia. Kiedy dziś po południu zjawił się Mateo, zarzuciłem na plecy swoje rzeczy i bez energii, bezmyślnie pomaszerowałem przez las po topniejącym, brudnym śniegu, drapiąc ugryzienia po pluskwach.
   W domu było mroźno. Napaliłem w piecach, rozpakowałem się, zalałem zupkę chińską i zjadłem z kawałkiem chleba, serem i garścią pieczarek marynowanych. Przy jedzeniu zerkałem na odcinek Friendsów w telewizji. Ross jest z Emily, niedługo się jej oświadczy, a później wszystko się im rozwali.
   Mam teraz tydzień wolnego. Nie wiem, co z nim zrobię. Czuję emocjonalne wyczerpanie, wszystkie uczucia są jak za szybą. Tylko napięcie i niepokój są wyraźne. I jeszcze żal do niej. Że przecież wszystko mogłoby być takie jasne, normalne i spokojne, gdyby tylko...
   Na pewno pojadę gdzieś samochodem. To moja główna terapia. Jeszcze nie wiem, gdzie, ale to nie ma znaczenia.
   Dostałem zaproszenie na imprezę urodzinową od koleżanki, ale raczej nie pójdę. Impreza jest w schronisku, a po tych ostatnich dniach mam dość bacówki, a zresztą po ostatnich kwasach z Marem i w ogóle, nie chce mi się być z ludźmi. Męczy mnie towarzystwo, pijaństwo, hałas. Nie chcę być z obcymi ludźmi. Potrzebuję bliskości, intymności, ciepła i miłości. Wszystkie inne interakcje są teraz jak ból zęba.
   Ostatnio najbliższe relacje mam z bohaterami książek. W ostatnich tygodniach zanurzyłem się w klasyce i dało mi to dużo radości. Wojna i pokój, Anna Karenina, Zmartwychwstanie, Błoto słodsze niż miód (to akurat reportaż), a wczoraj Pożegnanie z bronią, i dzisiaj 1984 Orwella. Nie mam najmniejszej ochoty na literaturę współczesną, choć czeka na mnie ostatnia powieść Murakamiego. Zostanie na później. Pożegnanie z bronią bardzo dobrze mi się wczoraj czytało. Miłość opisana przez Hemingway'a dała mi poczucie jasności. Świadomość czym jest prawdziwa miłość, a czym nie jest, złagodziła krawędzie i pozwoliła spokojnie zasnąć. Wiedząc, że wszystko ze mną w porządku, że nie oczekuję za dużo, że tak powinno być, że tym jest prawdziwe uczucie, uspokojony zamknąłem oczy i niezauważalnie odpłynąłem przy prawie niesłyszalnych dźwiękach słowackiego radia.
   Choć jest już w miarę ciepło, to od grubych, przedwojennych murów ciągle wieje chłodem. Za pół godziny woda na kąpiel będzie już nagrzana. Zanurzę się w pianie i spróbuję nie myśleć. Chcę tylko czuć ciepłość, mokrość i spod zmrużonych powiek patrzeć na blask świeczek.

Thursday, 31 January 2019

Ciąg dalszy

 

   Trzyma mnie ciężar, już kolejny dzień (albo tydzień). Dużo wewnętrznej pracy, wcale nie łatwej. Mam nadzieję, że coś z niej wyniknie.

   Kiedy jechałem dziś samochodem (śnieg poschodził z szos, ale poza tym wszędzie pełno śniegu, szczególnie na szczytach gór), pomyślałem, że są różne rodzaje zerwania. Na przykład, kiedy zerwałem z Petrą, to było łatwe. Wygasło między nami uczucie, chciałem być już sam, a później dużo o niej już nie myślałem. Ot, koleżeńsko, życząc jej wszystkiego dobrego.

   Z M. jest inaczej. Zerwałem z nią wbrew sercu. Ciągle ją kocham, ale po prostu zdałem sobie sprawę, że muszę zerwać, ponieważ ten związek nie jest dla mnie dobry. Chciałem stworzyć nam dom, żyć razem, zbliżyć się, mieć tę szczególną, jedyną osobę, najbliższą duszę. Na ten moment, patrząc, co się stało, nie mam pojęcia czego ona chciała, ale na pewno nie tego. Po półtora roku, zamiast być bliżej, byliśmy coraz dalej. Ona odcinała się coraz bardziej, była skryta, miała tajemnice nie zwierzała się, a ja w sumie też przestałem, bo nieraz mi się oberwało, kiedy jakąś myślą ją niespodziewanie obraziłem. Nie rozumiem dlaczego była między nami taka dysharmonia. Czuję, że nie z mojej winy, bo przecież właśnie szczerość i bezpośredniość zawsze były moimi priorytetami. Uwielbiam to uczucie jasności i przejrzystości. Szczególnie między partnerami.Nie wyobrażam sobie relacji bez tego. Ale może ja też coś zawiniłem. Nie mam pojęcia. Może kiedyś to jaśniej zobaczę. Tak czy inaczej tęsknię za nią i tymi dobrymi chwilami, które przecież też się zdarzały. Ale nawet w tych najlepszych chwilach zawsze wisiała jakaś chmura; tą chmurą było oczekiwanie, kiedy coś się znów spieprzy, i jeśli się spieprzy (nie jeśli, ale kiedy), to czy nie będzie to przypadkiem ostatni raz. Nawet kiedy się kochaliśmy, to za każdym razem robiłem to tak, jakby to miał być ostatni raz. Plusem takiego nastawienia na pewno była intensywność, ale na pewno nie poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Tego nie udało nam się osiągnąć.

   Czy naprawdę myślę, że to już koniec-koniec? Przecież wcześniej były inne zakończenia. Tak. Już nigdy nie wrócę do niej. Zaczynam nowy etap. Choć jego początki są ciężkie, przyznaję się.

   Słucham sobie babskiej muzyki. Piję drinka z soku jabłkowego z białym rumem. Wypuszczam gęste obłoki pary z mojego elektronika, jak prawdziwy hipster. Jutro mam jeszcze wolne, ale na weekend wracam do pracy. Potrzebuję gotówki na podróż, więc wziąłem dodatkowe zmiany, choć 9 dni na górze to będzie wyczerpujące. Co jeszcze? Kiepsko sypiam. Budzę się nad ranem i już nie daję rady zasnąć. Odkryłem piękny serial, "Derek". Szkoda, że tak mało odcinków, bo naprawdę rozgrzewał serce. Dziś na obiad kiełbaski sojowe i liście winogron nadziewane ryżem.

   Jesteście gdzieś tam, Moi Ludzie?


 

Wednesday, 30 January 2019

Reminiscencje

Friday, 23 April 2010



Dziewięć dni obfitości 1

Gdybym był ornitologiem, wiedziałbym, co to za ptak. A tak to nie wiem. Słucham tylko płaczliwych nawoływań i wyobrażam sobie, że woła kolegę. Leżę z nosem w trawie. Jedenasta rano, pierwszego dnia urlopu. Po raz pierwszy od tygodnia niebo przecinają smugi samolotów, którym niestraszny już islandzki wulkan. Wszystko powoli wraca do normy. A ja się cieszę wolnością.

Postanowiłem przez te kilka dni prowadzić dziennik. W ten sposób być może zmobilizuję się do świeżego postrzegania świata.
Rano spakowałem do torby:
- piłeczki do żonglowania
- „Księgę Jesiennych Demonów” Grzędowicza
- „Write Great Fiction” – gdyby chciało mi się postudiować
- butelkę wina z RPA
- komórkę – gdybym doszedł do etapu szukania kompana
- dyktafon – żeby nie zmarnować dobrych pomysłów
i przyjechałem na rowerze na Downsy. Coś w rodzaju wielkiej łąki za miastem, zakończonej klifem. Słońce już prawie wakacyjne, miło przygrzewa plecy. Ludzi prawie nie ma. Garstka starszych pań oprowadzająca psy i zbierająca psie gówienka do woreczków, grupka małolatów, pewnie na wagarach, pijąca piwo i popisująca się na cały głos. Przebiegła dziewczyna opleciona kablami, słuchawkami i miernikami pulsu, temperatury ciała, poziomu soli i przebytego dystansu. Trochę relaksującego joggingu z rana to sama radość.

***

Natomiast wewnątrz – tak, jak mówiłem, cieszę się wolnością. Jest jeszcze przed południem, czeka mnie więc cały dzień robienia tego, co chcę. Niech żyje słodkie nieróbstwo. Kiedy już się wyleżę na łące, pojadę rowerem wzdłuż klifu, wypatrując wspinaczy, postoję na moście wiszącym, zjem nuddle w chińskim fastfudzie, wypiję piwo w portowym pubie dla staruszków, usiądę na ławce w centrum i będę przyglądał się ubranym na lato dziewczynom.
A może nie zrobię nic z tego i przeleżę cały dzień na łące.

* * *

Zabrałem się za żonglowanie i uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać mp3jki. A niech to. Trzeba będzie poszukać wewnętrznej muzyki. Szczekanie psa, warkot helikoptera, szelest liści poruszanych (niespodziewanie) chłodnym wiatrem, skrzypienie drzewa, krakanie wrony, melodia busika z lodami. Brakuje basów.

* * *

Zadzwoniła Tania. Spytała kiedy będę, bo tęskni. Powiedziała też, że zostawi mi gary do umycia, bo ona robi pranie, musi więc być sprawiedliwie.

* * *

A później odwiedził mnie John. Przyjechał samochodem. Zadzwonił. Chciałem wyjaśnić mu, gdzie leżę. Nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie stanął na dachu samochodu. Zobaczyłem go, ale nie udało się wyjaśnić mu, gdzie jestem. Podjechałem rowerem. Napił się łyka wina, porozmawialiśmy o jego doświadczeniu z ayahuasca w Londynie trzy dni temu. Nie podobało mu się. Zamiast duchowych odlotów, utknął w wizjach przemocy i koszmarów. O drugiej miał zacząć pracę. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy mógłby się wykręcić, ale zwyciężyło poczucie obowiązku. I znów jestem sam. Do tego głodny.

* * *

Przekąsiłem co nieco, po czym popedałowałem do naleśnikarni Kristoffa. Jak zwykle budka otoczona była znajomymi twarzami. Bee – wietnamska francuska, z wielkim brzuchem (ciążowym, nie tłustym), David – wokal i gitarzysta z Vamos, poznałem też Carlosa z Barcelony, który od niedawna gra w Vamos na cajonie. Miło się rozmawiało. Może jutro zagramy razem. Zaproszono ich na dużą imprezę prywatną. Kilka razy przymierzaliśmy się już do wspólnego koncertu, ale nigdy nie było okazji spróbować.
Po cappuccino i pogawędce, odwiedziłem kibel w McDonaldzie i wróciłem do domu.
Gary czekały. Zaraz wstawię wodę i wezmę się za jedyną dzisiaj robotę.




Tuesday, 29 January 2019

Rozmowa


 

   - Dzień dobry, Marcelino.
   - Dzień dobry, dziewulino.
   - Ej! Nie mów mi tak, wiesz, że nie lubię.
   - No to przepraszam. Dzień dobry księżniczko.
   - Jaki miałeś dziś dzień? Spotkałeś jakieś skrzaty albo wróżki?
   - Chyba nie, przynajmniej nie zauważyłem. Ale byłem u barbera.
   - Barber, to taki fryzjer, nie?
   - Oh, jakaś ty nieświadoma! To tak jakbyś smażacza frytek w McDonaldzie nazwała szefem kuchni. Barber to coś więcej. Takie spa dla facetów. Siadasz w skórzanym fotelu, jak z filmu. Dostajesz szklaneczkę whiskey i otatuowany barber z tunelami w uszach zabawia cię męską rozmową...
   - Jaka to jest męska rozmowa? Rozmawiacie o pistoletach i ujeżdżaniu koni? Hi, hi...
   - Nie mogę ci powiedzieć. Kiedy wchodzisz do barbera podpisujesz dokument, w którym przysięgasz na Pana Boga, że żadna dziewczyna nigdy nie pozna od ciebie tajemnicy barberskich rozmów...
   - Phi...
   - A później zaczyna się rozkosz. Gorące ręczniki na twarzy, ostra, przerażająca brzytwa, wonne balsamy, toniki i pomady...
   - Prawdziwa brzytwa?! Nie boisz się pozwolić obcemu człowiekowi przyłożyć ci do szyi śmiercionośne narzędzie?
   - Hmm... Przyznaję, jest to trochę dziwne...
   - To teraz wszystko rozumiem. Oddając swoje życie barberowi, pozwalasz, żeby nawiązała się między wami głęboka więź... Stąd te tajemnice...
   - Nabijasz się?
   - Nie, mówię całkiem poważnie. Fajne to. Powiesz mi coś jeszcze o tym?
   - Nie. Już i tak za dużo ci powiedziałem, mademoiselle. A później poszedłem do księgarni, żeby kupić sobie jakąś książkę. Do pięćdziesięciu złotych, nie więcej. Ale już wchodząc, wiedziałem, że popełniłem błąd. Ponieważ przypomniałem sobie, że wyszły dzieła zebrane Jeremiego Przybory. I wiedziałem, że muszę je mieć. Miałem przy sobie trzysta złotych. Po wizycie w Empiku zostało mi dwadzieścia. Nawet nie wystarczyło, żeby zatankować samochód.
   - I jak wróciłeś do domu?
   - Na oparach.
   - Lubię to w tobie, Marcelino kochany.
   - Co takiego?
   - Że jesteś taki niepraktyczny czasami.
   - Nie zawsze!
   - No przecież mówię, że czasami, nie zjeżaj się. I tak cię kocham.
   ...
   - A ciebie co dzisiaj spotkało?
   - Ty mnie spotkałeś.
   - I nic więcej?
   - Dzień jeszcze młody. Zobaczymy...
   - Posłuchasz ze mną muzyki? Znalazłem takiego pianistę.
   - Chcę, bardzo. Uwaga, przytulam się.



Monday, 28 January 2019

Reminiscencje

Friday, 15 April 2011


 

Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)

Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.

Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.

- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.

Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.

* * *

Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.

Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.

Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…

Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.

* * *

Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.

Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.

Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.

Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.