Sunday, 14 November 2021

Behemoty, frajda, różne sprawy

Niedziela wieczór. Może i jaśniejsze dni idą. Patrzę na ostatnie wpisy i faktycznie, smutkiem ostro zawiało. Od środy miałem gości: Szymon i Ada, poznałem ich w lecie, kiedy pracowałem w Sudetach. Kochani młodzi ludzie. W dzień łazili po górach, a wieczorem siedzieliśmy sobie razem i rozmawiali przy winku. Aż się smutno zrobiło, kiedy dziś rano poszli na pociąg. Brakuje mi często takich zwykłych, przyjaznych rozmów.

Jako że niedziela, to dałem sobie spokój z zakupami i załatwianiami firmowymi i wziąłem się za serię z kotami, "Behemoty". Mam już przygotowane tło na wszystkie 15 deseczek, jak również śpiący księżyc na wszystkich. No i zrobiłem pierwszego kota. Będą dziwaczne, szalone, kolorowe. Postaram się zrobić z nich dobre zdjęcia, żeby wykorzystać później na pocztówki i fotoobrazy. Oglądałem też na Pintereście, jak ludzie przygotowują namioty kiermaszowe na rękodzieło i sztukę. Fajne pomysły, zupełnie zmieniłem koncepcję wystroju. W sensie układu stołu, sztalug, etc. No a w tym tygodniu zacznę może coś działać ze stroną www. Nie mam jeszcze całego towaru, żeby zrobić zdjęcia, ale muszę i tak przygotować regulamin, RODO, no i może jakieś teksty do artykułów. Strona to nie będzie po prostu sklep, ale chcę zamieszczać też krótkie artykuły blogowe, z imprez, nowych funkcjonalności, albo nowych obrazów. Dużo tego, ale przyznaję się - mam z tego frajdę jak cholera:)

A teraz już wieczór. Nie palę w kominku, bo ciepło. Włączę sobie House'a do snu. Czuję samotność, ale nie jest jakaś przejmująca. Myślę, że dałbym rady być po prostu sam jakiś czas. Fajnie będzie jeździć na kiermasze, rozkładać się ze swoimi obrazami, bez zobowiązań, pośpiechu, rozmawiać z ludźmi, jechać przed siebie samochodem, ciesząc się wolnością i niezależnością. 



Tuesday, 9 November 2021

Dwie ścieżki

 A życie idzie jakby dwoma równoległymi ścieżkami. Po jednej codzienność, jakoś ten biznes próbuję ogarnąć, logo na Corelu męczę, choć wektory umykają, wydrukuję fakturę na nowej drukarce z dotacji, opony na zimę zmienię, posprzątam garaż, żeby było miejsce na heblarkę, doszła kątówka Makity, będzie do wygładzania desek na obrazy, tylko 300 zeta zostało na życie, ale luz, ogarnę, na zupach z soczewicą i ryżu też można jechać jakiś czas, a później coś załatwię, może jakiś obraz sprzedam... 

A po drugiej stronie w lustrze moja smutna gęba, zmarszczek więcej, zakola, oczy wypłoszone, skacowane, kiełbaski sojowe z cebulą, które starczają na cały dzień, smutek na wspomnienie wszystkich dziewczyn, które albo ja zraniłem, albo które zraniły mnie, kaszel papierosowy, trzeba je rzucić wreszcie, przecież nie chcę umrzeć, ale nie ma na to siły, więc palę, i jeszcze pusta butelka po winie koło łóżka, którą rano ze wstydem wrzucam do reklamówki z recyklingiem, a później ścieram poszarpaną gąbką do naczyń czerwone obwódki po kieliszku z nocnego stolika, zęby umyte byle jak paradontaxem, twarz przepłukana w lodowatej wodzie, bo węgiel podrożał, więc nie grzeję codziennie, czasami chwilowy spazm nad ranem przy brudnym filmiku, tęsknota za miłością prawdziwą...

"Weź mnie, zabierz stąd, wyrzuć to ze mnie, zabierz ze sobą, wlecz mnie za sobą codziennie, bo tu mnie nie czeka nic", chciałbym się oddać, ale nie mam komu, albo sam nie jestem wart, albo nikogo wartego nie ma, tak to jest. A może całkiem inaczej.

A później, wieczorem przywlekam się do komputera i piszę te kilka słów, smutnych jak chuj, ale co tam, tak ma teraz być. Ściągnąłem kilka filmików o pokochaniu samego siebie, kochana Panna D. wysłała. Choć zraniona i ma mi za złe, to jednak dba o moją duszę, ja bym tak nie umiał. A na filmiki jeszcze nie popatrzyłem. Bo ten bunt wewnętrzny, przekora i brak wiary w uśmiechnięte panie z receptą na szczęście i spokój. Szczęście i spokój są w harmonii, jedności, miłości, a nie w inspirujących filmach, które oglądają smutni ludzie, żeby sobie wmówić, że będzie dobrze, jeśli tylko powiedzą sobie w lustrze: "Dobry z ciebie chłopak, fajna z ciebie dziewczyna". a może to pomoże, sam nie wiem. Teraz tylko chciałem pokrzyczeć. 

Pamiętam jak przez mgłę, jak stary sen, spacer po Plantach, objęcie drzewa, uśmiech kochającej dziewczyny, widok z kopca Kraka, a wieczorem ciepłe objęcie i spokojny sen.

Sunday, 7 November 2021

Ruszyłbym gdzieś

 

Kolejny dzionek, niedziela. Coś podziałałem, myśl o swoim biznesie jest dla mnie bardzo wciągająca. Wypełniłem wniosek do gminy, poszukałem, gdzie mogę podjechać, żeby na żywo obejrzeć namioty kiermaszowe, umówiłem się z Magdą na wyprawę do Matejki, ona też chce kupić jakieś artystyczne gadżety, a ja przy okazji odwiedzę jeszcze Castoramę, chcę skonstruować stojak na małe obrazy. Mam w głowie projekt: po prostu trzy sklejki połączone zawiasami, po rozłożeniu rozmiar jakieś 150 na 170 cm, no i z tyłu rozkładane nogi, a na płycie haczyki, żeby móc zawiesić mniejsze obrazy. te większe będą na sztalugach. Tak że niedziela też pracowita. 

Nastrój nie polepsza się, ale też nie pogarsza. Choć może nawet trochę jest lepiej, ale to bardziej na zasadzie zaakceptowania, że jest jak jest, nie ma się co szarpać. Mam swój plan, projekt, marzenia, chcę się na tym skupić. Ale przyznam się, że bardzo chce mi się gdzieś dalej pojechać. Choć na tydzień. Pamiętam jak dwa lata temu pojechałem na 6 dni na Bałkany. Odwiedziłem Słowenię, Chorwację. To jest do zrobienia. Potrzebowałbym tylko kasy na paliwo i jedzenie. Powiedzmy jakieś 3000 km w obie strony... Czyli z 200 euro na paliwo, powiedzmy 250, żeby być pewnym (liczę do Sarajewa). Drugie tyle na jedzenie i wino. Czyli jakieś 2000 złotych na tydzień włóczęgi, z noclegami w aucie. Da się zrobić, jeśli trochę bym się przyłożył. No i tydzień nie rozwaliłby mi żadnych spraw. No marzy mi się po prostu jechać przed siebie, znów patrzeć na bałkańskie widoki, spróbować rakiji z jakimś przypadkowym człowiekiem, zasnąć obserwując gwiazdy i słuchając szumu Adriatyku, napić się Vranaca i zagryźć owczym serem i grillowanymi warzywami... Tak dawno już nie byłem, zakopany w uwikłaniach finansowych i miłosnych. Uwikłania miłosne zdechły, finansowo nie ma szału, ale też nie ma długów... Będę myślał nad tym planem.

A póki co kominek, mój terapeuta.

Saturday, 6 November 2021

Sprawy trywialne i jazzowy przerwynik

 Dziś cały dzień pod znakiem przygotowywania się do otwarcia działalności. Kilka godzin zeszło mi na ogarnianiu, jak się robi stronę internetową ze sklepem. Wykupiłem domenę i hosting, zainstalowałem WordPressa i WooComerce, trochę poczytałem, czym to jeść, ale na razie tyle, muszę dopiero zamówić towar, żeby narobić zdjęć, żeby był jakiś content. Trochę rzeczy kupiłem, np. heblarkę i sztalugi wystawowe, takie same jak na wernisażu w Suchej Beskidzkiej, najtaniej wyszły, wziąłem dwadzieścia sztuk, ale z resztą zaczekam na po weekendzie, bo czasami mam pytania, albo chciałbym się potargować, a przecież nie będę w sobotę dzwonił po ludziach. Już po szesnastej, więc chyba zrobię sobie fajrant. 

Zanurzenie się w takich praktycznych sprawach trochę mi pomogło poczuć się lepiej, ale coś tam i tak przebija. Jakiś bezsens i pustka. Tak działa na mnie samotność i właśnie nad tym chcę popracować. Wyczyścić wszystko, przejechać mokrą gąbką po tablicy, zresetować się i zacząć żyć inaczej, na nowo. No ale na razie jeden dzień na raz, tyle mogę zrobić. 

Wczoraj spontanicznie wybrałem się na koncert Damasia w Żywcu, grał z dziewczętami z Suchej, czasami było super, ale czasami jazz wchodził za mocno i się wyobcowwywałem. Lubię czasami jazz, ale nie ten chaotyczny, szalony, eksperymentalny. Jak styropianem po szybie. Bardzo fajnie wychodziły te kawałki z folkowym chórem. Wyciągnąłem na ten koncert Magdę, fajnie było pogadać z kimś po przyjacielsku, bez oczekiwań, wymagań, etc. Dobra z niej kumpela. Podzieliliśmy się rozkminami, problemami, żartami. Aż się mi lepiej zrobiło. Brakuje mi takiej lekkości w kontakcie z ludźmi, a szczególnie z kobietami. Kiedy tworzy się relacja, to nagle robi się ciężko, zaczynają się pretensje, problemy... Wiem, że nie zawsze tak jest. No ale takie miałem ostatnio zezowate szczęście. Tym bardziej miło było po prostu pogawędzić z serca. 

Co z resztą soboty? Pewnie coś tam upichcę na szybko do przegryzienia i pooglądam House'a.

Friday, 5 November 2021

Sometimes it's ugly, bro

 























Aaa tam, nie będę się przejmował, potrzebuję teraz tego "wolnego pisania", nie będę tego jakoś układał, porządkował, zastanawiał się, pierdolę to, chcę sam znaleźć jakiś sens w środku, a najlepiej właśnie tak, na żywca. No i co? Muzykę słucham ostatnio tylko spokojną, wpisuję w spotifaju "chill out accoustic" i wybieram z tego. Ktoś śpiewa teraz "I dont wanna be alone tonight", eh... Nie wiem sam, jakaś trauma do ludzkich kontaktów u mnie nastąpiła, zacząłem wierzyć, że to nie jest dobry moment na nawiązywanie relacji. Chyba coś u mnie tak tyka, jakaś bomba zegarowa, lepiej się nie zbliżać. Tak widocznie ma być.

Dziś podpisałem umowę z Urzędem Pracy, dotacja wpłynęła na konto. No więc słowo się rzekło. Od poniedziałku zaczynam działać. Dużo tego wszystkiego jest do ogarnięcia, w weekend zrobię sobie plan działania, żeby się nie pogubić. Założenie działalności, zakupy, sklep internetowy, plan kiermaszów do końca roku, niby nie brzmi trudno, ale cała masa rzeczy do ogarnięcia. No ale z chęcią się w tym zagubię, pochłonę, chyba potrzebuję tego na ten moment. Ciekawe jak się spełni moje marzenie - żeby być wolnym, niezależnym i po prostu iść, jechać przed siebie, nie oglądać się. Tak bardzo chcę. W tym roku nigdzie nie pojechałem, choć marzyły mi się znowu Bałkany. Finanse mnie rozwaliły. Van okazał się zupełnym trupem, musiałem wydać dziesięć tysięcy, żeby go naprawić. Nie miałem całej sumy, więc musiałem się gdzieś zatrudnić. Wylądowałem w schronisku w Sudetach na 6 tygodni. Ciężko było. 12 godzin pracy dziennie, ale ostro, bo to raczej była restauracja, nie schronisko. Spałem w aucie, bo stawka dzienna mi więcej wychodziła bez zakwaterowania. Poznałem kilka fajnych osób, połączyła nas ciężka robota, to bardzo intymne tak się zajeżdżać z nieznajomymi. W przyszłym tygodniu może mnie odwiedzi Szymon z Adą, para, którą tam poznałem, młodzieniaszkowie, strasznie sympatyczni, on młody lekarz, ona studentka. Chcieli sobie zrobić wakacje z zarobkiem, nie spodziewali się, że wylądują w obozie pracy. Bardzo fajni.

Czytam Stasiuka, "Droga do Babadag", o Bałkanach oczywiście, ach, jak tęsknię za tą niedaleką krainą. Mam nadzieję, że w te wakacje się uda ruszyć i choć miesiąc zanurzyć się w bałkańskiej dzikości, niewinności, piękności. 

Miałem też pożegnalną rozmowę z Panną D. Co za smutek. Zraniłem bardzo tę kochaną, już i tak poranioną dziewczynę. Gdybym wiedział, że tak się rozsypię i że się okaże, że nie nadaję się teraz do ludzi, to bym nie próbował zdobywać jej serca. Myślałem, że mnie to uratuje. Zamiast tego rozczarowałem, zraniłem. Kolejny grzech na pagonach. Zaczynam jednak rozumieć, że sam się muszę uratować, nikt tego nie zrobi. Zresztą wszyscy sami szukają ratunku, obijają się o siebie, prosząc o pomoc, jesteśmy pacjentami, ktoś pamięta to opowiadanie "Wróciłeś Snoegg, wiedziałam"? Nie jestem pewny tytułu. Wyszło w jakiejś starej Fantastyce. Tacy właśnie jesteśmy. Zagubione kaleki, szukające ratunku.

Ufff, free writing w takim stanie umysłu to zabawa, ale nie jestem pewny, czy nadaje się do publikacji. No bo smutek czasami nie jest ładny. Pisarze to oczywiście ugładzą, zrobi się romantyka, ale w życiu to może być something ugly. Ale to też część życia. 

No i tyle na dzisiaj. 

Thursday, 4 November 2021

Niepodsumowanie po roku













Ponad rok temu ostatni wpis... Takiej przerwy jeszcze nie miałem. Ale nie będę robił szczegółowych podsumowań, nie ogarnąłbym tego chyba. Ani nawet mi się nie chce. Ot tak, kilka słów, Kerouackiem bym najchętniej jakimś pojechał, albo innym Ginsbergiem, albo po prostu sobą, sprzed lat, kiedy się tak nie przejmowałem wszystkim, kiedy pisałem, nie cenzurowałem, po prostu płynąłem, pozwalałem strumieniowi świadomości płynąć swobodnie.

Wieczór, listopad, za oknem ciemno, dziś nie mroźno, ale i tak palę w kominku. Kasy było mało, więc na zimę kupiłem topolę. Wiadomo, to nie buk, ale jednak dwukrotnie taniej, więc co tam, dokładam dymiącą topolą i też jest ciepło. Zmęczenie, wewnętrzne zmęczenie, czasami tak duże, że padam na łóżko i ruszyć się nie mogę, oglądam doktora House'a, jak za dawnych lat i staram się nie pocieszać za często winem. Ale to nie tak, że depresja rozłożyła mnie zupełnie - równolegle do egzystencjalnej trwogi i samotności, działam: wreszcie zebrałem się do kupy i zaczynam własny, artystyczny biznes. Udało mi się zdobyć dotację, 20 tysięcy od Matiuszki Unii, w przyszłym tygodniu będzie na koncie i czekają mnie szalone zakupy: heblarka, namiot na kiermasze, wydruki, plakaty, witraże, pocztówki, istne szaleństwo. Wreszcie spełnia się moje marzenie, żeby tworzyć zawodowo, utrzymać się z tego (choć to jeszcze wielka niewiadoma), podróżować to tu to tam, wystawić się na jakimś rynku ze swoimi obrazami, może nawet gdzieś w dalszych krainach, bez pozwoleń i papierów, jechać przed siebie swoim kampervanem... O tak, kupiłem za ostatnie pieniądze z dziadkowej działki vana, żeby całkiem nie przewalić spadku. Krok po kroku zrobię z niego przytulnego kamperka, z drewnianą boazerią, firankami, a może nawet małym kaktusem na parapecie. Dziś zamówiłem do niego zimowe opony, z wyższej półki, bo zima idzie, o bezpieczeństwo trzeba dbać. 

Pojawiła się też dziewczyna, kochana, nieduża, smutno-wesoła, Panna D. Przez chwilę myślałem, że uleczy mnie z przeszłości, rzuciłem się w nią na główkę, ale tak się nie da, tak się nie robi. Serce niedoleczone po ostatniej, przecież niedawno jeszcze z M. próbowałem, więc nadzieje i sny wypaliły się jak jałowiec na ognisku, tylko niepotrzebnie ją poraniłem,  próbując zrestartować sobie duszę. Tak na popych serce restartować? No wiem, niemądry jestem, ale myślałem, że to możliwe. Ale tak łatwo się nie da. Mam nadzieję, że mi wybaczy kiedyś, kruszynka mała, naprawdę chciałem dobrze. Ale nie wyszło. Stąd pewnie oglądam House'a - mizantropa, żeby się zainspirować i wreszcie spróbować na poważnie pożyć samemu, na własny rachunek, nauczyć się być sam ze sobą, nie szukać wiecznie schronienia w kobiecych ramionach. 

Miało nie być podsumowania, a samo się troszkę zrobiło.

Myślę, że wróciłem tutaj na dłużej, ale kto to tak naprawdę wie.

Thursday, 22 October 2020

Poranne główkowanie













Weekend mi się zwolnił, nie wypaliło w schronisku. Za cholerę nie chce mi się siedzieć zamkniętym w domu. Pomyślę. Zrobiłbym coś innego niż zwykle. A może pojadę gdzieś, rozbiję kemping na dziko w jakichś miłych okolicznościach przyrody? Jeszcze nie wiem.

Dziś obudziłem się około trzeciej i nie potrafiłem zasnąć. Włączyłem na Netflixie "Hector and the Search for Happiness". Bardzo miły, ciepły film, nie przeszkadzała mi okazjonalna naiwność. Nawet wzruszyłem się pod koniec. Poza tym bardzo podoba mi się Rosamund Pike, to jedna z moich ulubionych aktorek. Później zasnąłem na jakieś 3 godziny. Próbowałem się dodzwonić do chłopaków, żeby dokładnie ustawić się na weekend do pracy. Okazało się, że zapili i zmianę wziął ktoś inny, tak że weekendowa praca odpadła. Trochę szkoda mi kasy, poza tym fajnie czasami pobyć wśród ludzi. No ale trudno. 

Kończę mój poranny wpis i biorę się za główkowanie:)


Wednesday, 21 October 2020

Stary niedźwiedź mocno śpi i Ucieczka z Krainy Skrzatów













Ale ten czas leci. Dużo się wydarzyło. A może wcale nie. Właśnie ugotowałem obiad. Postanowiłem zrobić coś gaurmet, ileż można żreć makaron z koncentratem pomidorowym. Złociste ziemniaczki z piekarnika z kawałkami soczystych pomidorów i natką pietruszki. Smażone kostki bakłażana. Kotleciki z kalafiora i kapusty z ogródka (akurat wczoraj były zbiory). Czatnej śliwkowy oraz ogórek i biała cebula w jogurcie, jako dwa sosy. Do tego portugalskie białe wino wytrawne. Ożywiło mnie to, choć smutno się gotuje tylko dla siebie. Zrobiłem więc trzy talerze i zaniosłem szwagierce i dzieciakom. 

Ostatnie kilka dni jesień jest słoneczna, ale dopiero dzisiaj, pierwszy raz chyba od tygodnia wyszedłem z domu. Pojechałem na zakupy, dziwnie się czując wśród ludzi po takiej przerwie. Odizolowałem się w ostatnim miesiącu. Kolejne rozstanie z M. było chyba najbardziej bolesne ze wszystkich. Zacząłem poczuciem winy, próbowałem to ratować, ale z czasem coraz częściej przypominałem sobie, jak toksyczna to była relacja. Teraz, oprócz smutku i rozczarowania, zaczynam czuć niesmak do swojego braku asertywności i determinacji wartej lepszej sprawy. No mam taką cechę, że bardzo się przywiązuję i trudno jest mi porzucić uczucie. Co zresztą widać w tych moich zapiskach z ostatnich lat. To tyle w temacie, nie będę się rozpisywał.

Co jeszcze? Nie pracuję na etacie. Po zwolnieniu z ostatniej pracy w maju, dałem sobie spokój. Dorywczo pomagam w schronisku, zawsze to parę groszy, oprócz tego czasami sprzedam jakiś obraz albo pocztówki. Na podstawowe potrzeby wystarcza. Sprzedałem też działkę po dziadku, ale tych pieniędzy nie ruszam. Chciałbym kupić jakiś kąt, który będę mógł nazwać swoim. Tylko, że nie są to duże pieniądze, na domek nie starczy. Tzn na domek by starczyło, ale już nie na działkę. Albo na odwrót. A poza tym nie wiem, w jakim kierunku iść. Czy szukać coś blisko, czy wyjechać. Więc na razie pieniądze leżą na koncie, a ja żyję z dnia na dzień, z nadzieją obserwując w sobie stopniowe objawy dochodzenia do równowagi. Żeby czuć, że żyję i coś jestem wart i jeszcze żeby poradzić sobie z depresją, maluję i sporo nagrywam. Przygotowuję pierwszy profesjonalny (w miarę) album. Wybrałem kilkanaście ze swoich utworów i nagrywam od nowa, z perkusją, solówkami, porządnym basem, nowymi pomysłami. Kiedy skończę, chciałbym, żeby popracował nad tym jakiś inżynier dźwięku. Myślę, że do końca roku może się udać. 

Mój przykładowy dzień:

1. Budzę się kilka razy nad ranem, żeby wreszcie około 6 albo 7 dać sobie spokój z próbowaniem. Leżę później, czytając coś na FB, jakieś artykuły, pierdoły, etc.

2. Około 9 mówię sobie: "Wstawujki, Marcyś, trzeba się wreszcie wziąć za ten dzień". Patrzę też w górę i mówię: "Boże, jakby coś, to jestem gotowy na nowe perspektywy i szanse. Powaga."

3. Poranna toaleta, kawa, fajka, szybkie zerknięcie na wiadomości. 

4. I co teraz? Mam coś namalować, zrelaksować się, czy raczej skoncentrować i wziąć za muzykę i nagrywanie? A może poczytam książkę?

5. W międzyczasie odpowiadam na komentarze na FB i nieliczne wiadomości od ludzi, którzy albo coś chcą, albo szczerze się martwią lub zagadują po prostu przyjaźnie. Odpisywanie sprawia mi trochę trudności, bo często pustka i smutek, który czuję, są tak głębokie, że czyichś kilka miłych słów nie jest w stanie naprawdę pomóc. Ale to i tak miłe.

6. Koło południa robię sobie śniadanie. Kanapkę albo resztki obiadu z wczoraj.

7. Po południu nalewam sobie wina albo drinka i kontynuuję to, co akurat miałem zaczęte. 

8. Wieczorem robi się coraz smutniej, ciężej. Przychodzą wspomnienia, stare i te nowsze, poczucie samotności i bezsensu staje się bardzo intensywne. Wiem jednak, że to tylko chmura zasłaniająca rzeczywistość, nie jestem nihilistą, wierzę w sens i miłość i tym się właśnie bronię. Ale, żeby jakoś dotrwać do zaśnięcia, czytam książkę albo oglądam coś na Netflixie, aż nie zaczną zamykać mi się oczy.

Nie zawsze jest tak. Czasami mam lepsze dni, jaśniejsze i jest ich chyba coraz więcej. Wtedy nawet wieczorem nie czuję się bardzo przytłoczony, przychodzi jakiś spokój. Ale jak na razie nie da się ukryć, że jestem w gorszym okresie życia. Zauważyłem, że jedynym prawdziwym lekarstwem na to wszystko, na chłód Wszechświata jest kochać i być kochanym, ufać, czuć się potrzebnym, śmiać się razem, gotować coś wspólnie, jechać na przejażdżkę... To jest jedyne, co mnie napełnia. Może to jakiś brak z dzieciństwa? A może miłość to naprawdę sens życia? Sam nie wiem. Nie jest to jednak aż tak dla mnie ważne. Mam na myśli przyczynę. Po prostu tak jest i już. A jak życie pokazuje, to się może zmienić w każdej chwili. A później będziemy silniejsi. Tak się staram na to patrzeć.

Poniżej jedna z nowych aranżacji na mój album.

Saturday, 3 October 2020

Bieszczadzki przerywnik


 











Ale dawno mnie tutaj nie było. Już wieczór, choć wczesny. Leżę w samochodzie. Bieszczady, a dokładnie kemping Bieszczadzka Legenda w Wetlinie. Wszedłem dziś na Smerek. Dostałem w kość, na szczycie wiatr przewrócił mnie dwa razy, dzięki Bogu, że wziąłem puchówkę. Schodząc już ze szczytu, naładowany endorfinami, uśmiechałem się do ludzi i pozdrawiałem każdego, choć tłumy. W knajpie na moim kempingu napiłem się piwa i zjadłem wege obiadek: falafele z frytkami i surówką. Próbowałem się zbratać z lokalsami. Ciężko. Udało się zaprzyjaźnić z miejscowym żulem, choć raczej duży wpływ na to miało postawione mu piwo i porcja placków ziemniaczanych. Natomiast śmietanka lokalnych rastamanów i rastagirls była trochę nieprzyjemna. Zapytałem skąd są, co robią. Popatrzyli drwiąco, "dlaczego pytasz o takie przyziemne rzeczy?" OK. O co mam więc was spytać? Miałem dużo głębokich pytań, ale już zniknęli. Na FB zagadałem z przyjacielem. Zaśmiał się. "Bo rasta są jak lustrzane odbicie prawaków". Odpowiedziałem uśmiecham, choć było mi smutno. Poczytałem Kinga, drugi tom Pana Mercedesa. Kiedy zaczęło się sciemniać, poszedłem do kochanej Xsary, włączyłem na Spotify amerykański, spokojny folk i pomyślałem, że napiszę kilka  słów. Kim jestem? Dziś w dzienniku napisałem, że jestem już dorosłym mężczyzną, czas być samodzielnym. A teraz czuję się jak mały chłopiec. Więc kim jestem? Obydwoma? Sam nie wiem. Jestem zmęczony sztucznością, pozami, maskami. Ludzie zbyt bardzo próbują, zamiast być sobą. Luz. Wolę cię, jako głupolka, który gdzieś tam się zgubił, albo puścił bąka, niż dumnego, kolejnego mędrca. Za dużo już mędrców dookoła. 

Jutro czeka mnie długa droga, z 6 godzin za kierownicą. Najpierw z rana pojadę ze Stasiem (sympatycznym żulem z dzisiaj) obejrzeć działkę, która podobno jest na sprzedaż. Nie wiem, czy rano będzie pamiętał, że dzisiaj się umówiliśmy. A później pojadę do domu. Kiedy dojadę, zapalę w kominku, naleję sobie wina, wezmę prysznic i przez chwilę będę patrzył dookoła, może coś do siebie powiem (często rozmawiam ze sobą), pewnie coś miłego, np. "hej Marcyś, witaj w domku", a później będę leżał w łóżku do 3 w nocy i oglądał głupie filmiki na FB, może puszczę sobie erotyczny film. A następnego dnia namaluję obraz, albo nagram piosenkę. Nie ma w tym chwały i dumy, wiem. Ale po co nam więcej chwały? 


Thursday, 11 June 2020

Pierwsza płyta Księżycowego Terrorysty - zrzutka!:)















Często dostaję pytanie o płytę. Trochę mi zawsze głupio, że nic nie mam:) Kiedyś zrobiłem chałupniczo nagranie na CD z kserowaną okładką, a każda płytka była ręcznie ilustrowana. Pamiętacie? :)
Teraz jednak chciałbym przygotować album, który będzie na odpowiednim poziomie dźwiękowym i wydawniczym. Utwory zostaną przearanżowane, niektóre nagrane na nowo, pojawi się również coś nowego, a wszystko to na pięknie wydanej płytce z książeczką z moimi obrazami i tekstami.
Znalazłem już dźwiękowca, który sprawi, że z przyjemnością będzie się mnie słuchało. Fajny chłopak, zrobił mi próbkę i jestem bardzo zadowolony. Znalazłem też tłocznię i drukarnię, której nie boję się oddać materiałów, wiem, że będzie to pięknie wyglądać i brzmieć.
Związane jest to z kosztami, które obecnie są poza moim zasięgiem, pomimo tego, że i tak będą to koszty poniżej tego, co dyktuje rynek.
Dlatego chciałem was poprosić, żebyście razem ze mną sprawili, że ten projekt ujrzy światło dzienne. Trochę nas tutaj jest, jeśli każdy dołoży coś od siebie, nawet nieznaczną sumę, to wkrótce album będzie mógł trafić w wasze ręce <3
Na koniec niespodzianka: jeśli przekroczymy sumę 6000 zł (nawet o złotówkę), to obiecuję, że powstanie teledysk! Mam już trochę pomysłów i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać na wprowadzenie ich w życie:)
Oto link do zrzutki, niech wasza ręka lekką będzie ;)

A tutaj kawałek muzyczki na zachętę: