Friday, 16 January 2026

MDMA, gastroskopia i parę myśli o społeczności

Wczoraj spędziłem bardzo towarzyski dzień. Rano pojechałem do A. zrobić pranie. Zwykle chodzę do pralni, ale fundusze po sprzedaniu w grudniu obrazu stopniały zupełnie, więc skorzystałem z jej propozycji. Zjadła jeszcze jakiś śmierdzący gulasz z poprzedniego dnia i pojechaliśmy na większe zakupy do Biedry. Miło mi było, że mogłem pomóc. 

Później zawiozłem ją do centrum na terapię i siadłem w Kali, żeby pogadać z Paszą. Po terapii A. dołączyła. Złapał nas lekko imprezowy nastrój. Zamówiliśmy po lampce wina, a Pasza przymknął oko, kiedy dolewaliśmy z butelki kupionej w Żabce. Rozkręciliśmy sie:) Mieliśmy ochotę potańczyć, ale było za wcześnie, kluby otwierały się dopiero o 23.


- To może wrzucimy emkę i poszwendamy się po mieście? - spytałem. 
- Emkę? O 18? - zaśmiała się A. - Dobra:)


Długo nie połaziliśmy, bo nastrój wszedł nam bardziej dośrodkowy niż imprezowy. Schowaliśmy się do mnie do Włóczęgi, puściliśmy muzę i po prostu rozmawialiśmy przytuleni o życiu, traumach, radościach, marzeniach i jeszcze powtarzaliśmy sobie, jacy jesteśmy piękni. MDMA jest zajebiste:) 
Zrobił się bardzo kameralny, ciepły, rozemocjonowany wieczór. Jak ja lubię te dziewczynę:)
Koło północy, kiedy ema zaczęła schodzić, zamówiłem jej ubera i po prostu zasnąłem.


Rano, wiadomo, nie czułem się za dobrze, ale na 9 byłem umówiony z Kasią, żeby potowarzyszyć jej w wizycie na gastroskopię, więc zwlokłem się z łóżka i jakoś doprowadziłem do stanu używalności. Przyjechała po mnie uberem. Pośmiała się z mojego skacowania, opowiedziała, że zaczyna brać leki na zaburzenia lękowe i się cieszy, że odpocznie.


Hmm, najbardziej udaje mi się zaprzyjaźniać z ludźmi, którzy się zmagają z życiem. Czuję się przy nich najbezpieczniej. Wiem, że mnie nie skrzywdzą, że mają podobny poziom empatii jak ja.


Kiedy doszła do siebie po narkozie, zaprosiła mnie do baru mlecznego na placki ziemniaczane. Ciągle naćpana po zabiegu śpiewała głośno na ulicy, aż ludzie się za nami oglądali.


A później zostałem sam u siebie. Dopadł mnie mocny smutek. Ogólnie mam w sobie dużo smutku, ale na drugi dzień po mdma poziom serotoniny jest jeszcze bardziej obniżony, więc walnęło mocno. Ale później coś tam jeszcze pogadaliśmy na messengerze z A. i zrobiło mi się lepiej. Cieszy się dziewczyna bardzo, bo umówiła się na randkę z P., a już od dłuższego czasu mi się zwierzała, że się jej podoba. Trzymam za nią kciuki.

Szczere proste relacje, that's my thing.


Myślę sobie ze smutkiem, że choć poświęciłem się anarchizmowi, aktywizmowi, to moje najbliższe relacje są z ludźmi spoza ruchu. U "nas", choć tyle się mówi o wzniosłych ideałach, braterstwie, siostrzaństwie, solidarności, to w praktyce jest to bardzo chłodne, osądzające środowisko, z małą ilością empatii, dojrzałości, jest dużo konfliktów, kłótni, hierarchii. Jest też sporo mentalności stadnej, zmagań o pozycję, prestiż, zasoby. I dużo lęku. Ludzie boją się osądu, ostracyzmu, plotek. Boli mnie to w chuj. Stąd ten pomysł na Czuły Anarchizm Press, na moje teksty w piosenkach, na tematy mojej audycji. Żeby to jakoś próbować zmieniać. Albo chociaż znaleźć w ten sposób osoby, które czują podobnie jak ja. 

OK, to nie jest takie czarnobiałe. Są tu osoby, które są wspierające, dobre, dla których liczą się ideały i praca dla polepszenia świata. Ale główny rdzeń moim zdaniem jest mocno wykrzywiony przez ambicje i niedojrzałość. 


Myślę z rozczarowaniem, jak od miesięcy próbowałem wyciągnąć rękę do tych ludzi, rozmawiać, wziąć odpowiedzialność za swoje błędy, walczyłem, żeby być postrzegany jako osoba, a nie jakiś symbol patriarchatu, czy innego gówna, ale natknąłem się na bezosobową, zimną ścianę. A kiedy wcześniej miałem najgorszy okres, depresję, próbę samobójczą, rozpacz, to oprócz Irka nikt z nich się do mnie nie zwrócił, nie spróbował pomóc. Jakbym nie miał żadnej wartości dla tej społeczności, jakbym był zupełnie dispensible, replaceable. 

Pozostawiło to wszystko we mnie gorycz. Wielu z tych ludzi szanowałem i lubiłem. A teraz? Po prostu trzymam dystans. Moje ziny trafiają poza Wro, jestem zapraszany na granie koncertów, wykłady. A w tym mieście? Tutaj jestem niewidzialny. Niezręczny, niewygodny typ, z którym nie wiadomo co zrobić. 
Bardzo dziwne uczucie. Trochę jak sen.


No ale co mogę zrobić? Choć ciągle to boli, to postanowiłem skupić się na osobistych, zdrowych relacjach z ludźmi, którzy są mnie ciekawi, są otwarci, szczerzy, z którymi mogę być sobą, a swoją potrzebę aktywizmu realizuję na własną rękę. Wiadomo, fajniej działać w grupie. No ale mam takie karty, jakie dostałem. I czuję coraz bardziej, że nie są takie złe. Uczy mnie to wszystko pokory, wytrzymałości, determinacji i wierności swoim ideałom. Jestem z siebie dumny. Choć czasami się boję, że nie dam sobie rady. I ta izolacja, poczucie odrzucenia przez społeczność, rozczarowanie ludźmi dają czasami w kość. Ale później siądę z taką A. albo pójdę z Kasią na gastroskopię i pojawia się harmonia i radość.
 

Wednesday, 14 January 2026

One step at a time

Mrozy zelżały, ale za to leje:)

Wróciłem właśnie z pracowni. Drukowałem materiały na serię "10 kolaży o miłości i rewolucji", tak że przy następnych odwiedzinach w pracowni, będę mógł już zacząć właściwy proces twórczy.

Wczoraj wpadła A. Posiedzieliśmy przy vino verde, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a o 23 wzięła ubera do siebie. Rano leciutki kac, ale nic drastycznego. Jutro jadę zrobić do niej pranie. 

A co dzisiaj? Jeszcze wczesna godzina. Chyba pójdę na dłuższy spacer, może nie będzie lało cały czas, a mam ochotę połazić z muzyką na uszach. 

Nastrój? I'm OK. Szału nie ma, ale też nie męczą mnie egzystencjalne rozkminy za bardzo. Staram się podchodzić do życia "one step at a time". Najlepiej. Ostatnie kilka dni zacząłem za bardzo się przejmować podjętymi zobowiązaniami, a szczególnie audycją (o czym mam gadać? Czy się nie zbłaźnię? Czy nie będę nudny?), a to bez sensu. Na bieżąco najlepiej podchodzić do rzeczy. 

Kasą się martwię trochę. Nie zapowiadają się większe wpływy, a przydałoby się dolać diesla do Włóczęgi, plus jedzenie, herbata w Kali, liquid do e-peta. No nie ma tych potrzeb za dużo, ale też prawie nic nie wpływa do kasy. Dzisiaj wystawiłem jednego Rebel Boxa na licytację na opłatę studiów dla studentów z Gazy, ale jutro albo pojutrze zrobię jakiś post sprzedażowy dla siebie. 

To tyle na dzisiaj. 

Over. 



 

Monday, 12 January 2026

Rzeczywistości, transfo, spokój

Puszcza napięcie:)

Jak zwykle trochę mi zajmuje czasu przejście do nowej rzeczywistości. A nie da się ukryć, że to bardzo transformatywny okres. Stare rzeczy już pogrzebałem, nowe bardzo intensywnie wchodzą. I jak mi z tym? Coraz lepiej.

Mam poczucie osiadania w sobie, w swoich wartościach, w bezpieczeństwie, w ludziach. Poodcinałem (wreszcie!) osoby i środowiska, które mi nie służyły. Teraz wydaje się to takie oczywiste. No ale wiadomo - ciężko coś zobaczyć, kiedy się jest za blisko. Ciężko puścić. 

Wczoraj zaprosiły mnie do swojej audycji Hania i Julia. Nadają u Hani w domu. Poczęstowała mnie pysznym makaronem ze smażonym tofu, zapaliliśmy, a później godzinkę gadaliśmy na antenie, przeplatając pogaduchy muzą. Bardzo fajne, normalne dziewczyny.

Później ruszyłem w mróz, trochę autobusem, trochę na nogach. Było mi dobrze, spokojnie. We Włóczędze włączyłem grzejnik, żeby odtajać i oglądałem jakieś pierdołki na Insta.

Aha - dzień wcześniej wpadła na noc A.

Miała jakąś spinę z rodzicami, chciała pogadać, a ja też czułem potrzebę towarzystwa. Lubię tę naszą zabawną przyjaźń:) Cieszy mnie zupełny brak wajbów damsko-męskich. Napiliśmy się wina, oglądaliśmy The Others z Nicole Kidman, ale A. zasnęła, więc wyłączyłem. Jezu, jak ona chrapie! Xd W końcu wrzuciłem pół Xanaxa, żeby w ogóle cokolwiek pospać. Rano, zanim się obudziła, usmażyłem nam sznycli wegańskich i ziemniaków, tak że wyruszyła do domu najedzona.

Teraz siedzę w Kali. Pogadaliśmy z Paszą, Bernard zrobił mi chińską herbatę wędzoną, uwielbiam. Skusiłem się też na kawałek sernika baskijskiego. Miałem dzisiaj się powstrzymać, ale jak zobaczyłem Wiktorię krojącą sobie kawałek, uległem. 

Ether jest we Wro na dwa dni, namawiam ją, żeby wpadła do Kali. No ale ona zmaga się z problemami zdrowotnymi, dużo ją kosztuje bycie w mieście, więc nie wiem, czy się uda spotkać. Szkoda, że mieszka tak daleko (Czechy). No ale często gadamy na Signalu. Lubię jej trzeźwy umysł i konkretną krytykę środowisk anarchistycznych. I nie ma problemu ze skrytykowaniem mnie, kiedy zasłużę, hihi, więc tym bardziej cenię. Nie od każdego jestem w stanie wziąć.

Przetykałem dzisiaj zatkany zlew w Zamencie. 

It's a good day. 
 

Saturday, 10 January 2026

Gadjo Dilo

Obejrzałem właśnie zajebisty film o Romach z 97 roku, Gadjo Dilo. Odżyłem w kontakcie z najprostszymi emocjami. Uświadomiłem sobie mocno, jak ostatnio dostałem w kość, wśród ludzi, którzy mają kija w dupie, są nadęci, nieprawdziwi, osądzający.

Here, I said it:)

Co jeszcze? Miałem dzisiaj premierę swojej audycji w Radio Zamek Nadaje. Bardzo fajnie chwyciło, feedback pozytywny, dużo nowych kontaktów, pomysłów. Ale ciężko mi się było tym cieszyć. Ostatnie kilka tygodni mnie obciążyło. Czuję duże napięcie, stres, brak poczucia bezpieczeństwa.

Jest w środku jakaś dysharmonia. Próbuję ją załagodzić działaniem, projektami, ale dopiero dzisiaj, przy tym cygańskim filmie poczułem ulgę. 


 

Thursday, 8 January 2026

Intensywny czas

Wczoraj miałem trudny dzień. Wydarzyło się sporo wspierających rzeczy, ale za dużo było w tym Z. i uruchomiło mi to lęki. Zadzwonił P. Dostałem wreszcie miejsce w ramówce - będę nadawał w soboty o 14, zaczynam już w ten weekend. Zaraz po mnie audycję będzie miała Z. i jej grupa. Jak mi z tym? Z jednej strony lubię takie plot twisty, życie jest kurewsko ciekawe. Dwie anarchistyczne audycje, jedna po drugiej, prowadzone przez exów, którzy ze sobą nie gadają. Z drugiej strony najchętniej w ogóle nie natykałbym się na tę osobę, nawet online. Dowiedziałem się też, że nie podobało im się, że mamy brać wspólnie udział w tworzeniu studia, więc ostatecznie zdecydowały się nadawać w inny sposób, poza studiem, więc prace nad tworzeniem wrocławskiego oddziału na razie utknęły. 

Gadaliśmy długo z P. o sytuacji. Nie chcę tutaj pisać o szczegółach, ale ogólnie ludzie mają dosyć ich fochów i nagonki na mnie. Później zadzwonił M. towarzysz z Poznania. Zamówił trochę zinów, żeby wystawić w swoim internetowym bookshopie. Zaproponował też dołączenie do redakcji czasopisma, które wydaje, i zapytał czy chciałbym zagrać koncert na ogólnopolskim obozie anarchistycznym w lipcu. Zgodzilem się. Zasugerowałem też, że mogę wziąć jakiś panel wykładowy, może o sprawiedliwości naprawczej, to temat, w którym siedzę ostatnio mocno. Ucieszył się. 

Oprócz nich napisały do mnie jeszcze dwie osoby, związane kiedyś z wrocławskim środowiskiem, żeby spytać, co u mnie, jak się czuję. To było miłe.

Ale jednak za intensywnie. Popołudniu wziąłem pół xanaxa, żeby wyciszyć napięcie, udało się nawet zdrzemnąć.

Później pogadałem z J. i H., dziewczynami które też mają swoją audycję na Zamku. Umówiliśmy się, że odwiedzę je w czasie nadawania, żeby nauczyć się obsługiwana sprzętu. Powiedziałem też, że chciałbym pogadać z nimi prywatnie o mojej sytuacji. Żeby była jasność, skoro mamy współpracować. No a że wyszła teraz ta sytuacja ze studio, to już nie da się uniknąć przegadania tematu. J. odpisała bardzo miło. Że coś tam wie, doszły do niej plotki, mamy w końcu wspólnych znajomych, ale stara się być otwarta, neutralna i z chęcią pogada ze mną o tym wszystkim. 

To jest odświeżające bardzo. Mam na myśli takie zwykłe, ludzkie rozmowy, traktowanie z szacunkiem i otwartością. Rzeczywistość staje się wtedy normalna, do ogarnięcia. Potrzebuję właśnie takiej normalności, zwykłości i po prostu przejrzystości. 

Wieczorem usiadłem nad notatkami i zaplanowałem następnego zina.

Tytuł to Garść drobnych - drobiazgi z głowy aktywisty, i będzie składał się z kilku mniejszych rozdzialików:

- Dlaczego jestem anarchistą - radości, cudowności i kryzysy tożsamości

- 10 miejsc w których płakałem w zeszłym roku

- Sen o utopii

- 10 kolaży o miłości i rewolucji 

- Jak dorosnąć, ale się nie zestarzeć - 10 rzeczy jakie nauczyłem się po 40

***

To tyle ze streszczenia. Za dwie godziny mam terapię, pierwszą po urlopie świątecznym pani Kasi, stęskniłem się:) A później może siądę w Kali z notatnikiem i zacznę coś pisać i rysować do zina.

Jeszcze:

- planszówki i mały trip grzybowy u Natalii i Mayi we wtorek. Bardzo lubię tę dziewczyny, młode, szczere osoby queerowe, z zajebistym poczuciem humoru i ciepłem. 

- wydałem właśnie 200 zł na materiały artystyczne oraz 200 na paliwo, żeby było coś do napędzania webasto. Jestem zupełnie spłukany. Mam na jedzenie może na dwa dni. 

- w nocy było minus 11 stopni. Odczułem to i nad ranem włączyłem ogrzewanie, bo zaczął mi odmarzać nos.

- Jezu, jak dużo się dzieje. Z jednej strony się cieszę, lubię działanie, nowe relacje, projekty, wyzwania. A z drugiej odczuwam zmęczenie i brak. Chciałbym móc to z kimś dzielić, na kimś się oprzeć. Dlaczego muszę być cały czas silny i niezależny? 
 

Sunday, 4 January 2026

Karaoke, radości, projekty

Brace yourself - od jutra zaczynają się mrozy. Mieszkając od kilku lat w vanie, mam zawsze emocje, kiedy przychodzą te trudniejsze dni. Niby ogrzewanie jest dobre, ale jednak jest w tym dreszczyk emocji, kiedy za cienka blachą Włóczęgi zaczynają się temperatury, które mogą cię zabić. Lubię to - dreszczyk przygody, wyzwanie i narracja nomadyczna:)

Wczoraj dzień nie zapowiadał się za ciekawie, ale wieczorem odezwała się Kasia i wyciągnęła mnie na drinka do knajpy. Trochę mi się nie chciało, bo mamy jednak inne cykle życia. Ja byłem na nogach od 4 rano, a ona od 4 popołudniu xd Poszliśmy do Kali. Było mało miejsca, więc bezczelnie dołączyliśmy do stolika Akiny, która miała akurat randkę. No ale postaraliśmy się dać im przestrzeń. Później dołączyła do nas Dorota, na co się ucieszyłem, lubię naszą flirciarską energię. W pewnym momencie Akina i jej date dołączyli do naszych rozmów i całą paczką poszliśmy na karaoke. No a tam zaczęły się szoty, śmiechy, śpiew. Wybrałem dla siebie Vito Bambino - Mustang, zaśpiewaliśmy z Dorotą. Było super wesoło, przyjaźnie. Około drugiej Kasia postanowiła się szwendać dalej, Akina z chłopakiem poszli spać, a my z Doro zamówiliśmy ubery i rozjechaliśmy się grzecznie do łóżek.

Dzisiaj nawet nie miałem za bardzo kaca. Skończyłem zina (o sprawiedliwości naprawczej i cancel culture w środowiskach anarchistycznych). Od razu sprzedałem kilka egzemplarzy. Federacja Anarchistyczna z Krakowa wzięła 5 sztuk, Aga 3 i jeszcze parę osób pojedyncze. Pomysł zinowy okazał się nie tylko super zabawą ale też wzbudził szersze zainteresowanie. Cieszę się jak dzieciak:) Kolejny projekt chwycił 🖤

 

Friday, 2 January 2026

New year

 

No i jakoś ten rok płynie już. Sylwestra spędziłem w Galerii u Kosałki. Umówiłem się tam z Alisą, przyszła z Żyłą, swoją przyjaciółką i współlokatorką.
Prawie nie piłem alkoholu. Wziąłem wcześniej trochę grzybów, co rozpuściło moje społeczne lęki i sprawiło, że świat i ludzie wydawali się magiczni. Byłem u siebie już koło drugiej.

Co jeszcze... A, skończyłem zina o vulnerability. Jestem z niego dumny:) Od razu sprzedałem koło 10 egzemplarzy, dzisiaj wysyłałem ludziom inpostem. 

I tyle. 

Wczoraj czułem dużo samotności i smutku. Dzisiaj jest już w porządku. 

Tuesday, 30 December 2025

Wspólna Kruchość

 

Trzeci dzień we Wro. Z nikim się nie spotkałem nigdzie nie wyszedłem, tyle co do pracowni. Większość czasu zajęło mi robienie zina, część kreatywna, a bardziej część techniczna, przy której czasami chciałem wyrywać sobie włosy:) Spiracone programy rozpadające się w pył, składanie tekstów, edycja kolaży, kalkulowanie rozkładu stron do druku, etc. A ostatecznie nawet nie wiem, czy to jest fajne. Tak jest, jak się za długo i za intensywnie nad czymś siedzi.

Ogromna samotność. Dzisiaj kilka razy się rozpłakałem z tego. Przez trzy dni nie zamieniłem z nikim ani słowa. To już kolejne zakończenie roku w takim odłączeniu. Martwię się, czy coś jest nie tak ze mną, że nie mam bliskich relacji. W święta i przed Sylwestrem bardziej to odczuwam. Wszyscy ze swoimi przyjaciółmi, partnerkami, bliskimi, a ja siedzę na parkingu nad Odrą sam we Włóczędze, robię zina o przynależności, społeczności i otwieraniu się do ludzi. Trochę to smutne, a trochę urocze. Ale bardziej smutne.

Coś bym wymyślił, jakiś wyjazd, czy imprezę, ale jestem zupełnie spłukany. 

Sunday, 28 December 2025

Back home

 Już Wrocław. Przyjechałem wczoraj pod wieczór. Zaparkowałem na moim ulubionym parkingu nad Odrą i zaraz na wstępie wdepnąłem w psie gówno:)

Wczorajszy wywiad w Bielsku wyszedł moim zdaniem świetnie. Atmosfera była przyjacielska, luźna, żartowaliśmy, poruszaliśmy tematy poważne, ale też śmieszne, był flow. To jest naprawdę moja nisza i mam nadzieję, że ten projekt zostanie ze mną na dłużej.

Dziś rano zedytowałem materiał, dołożyłem muzykę i drugi odcinek Nagrywania w Vanie jest gotowy. Poprawiłem też trochę jingla, muzyka była za cicho w porównaniu z głosem.

Resztę dnia spędziłem na przygotowywaniu materiału do pierwszego zina. Temat to vulnerability czyli Wspólna Kruchość (spodobał mi się ten przekład). Napisałem większość tekstu, zrobiłem kilka kolaży, jutro będę kończył graficzną część i będę mógł się wziąć za składanie. W środku tego pierwszego zina będzie mała "kieszonka", w której schowa się mini-zin "13 miejsc, w których płakałem w 2025 roku". Taki odsłaniający się zestaw:) No a później poważniejszy zin - mój przekład dwóch esejow Adrienne Maree Brown - "Nie scancelujemy się" oraz "Myśli, których się boję". Chcielbym, żeby wszystkie trzy wyszły razem. To będzie mocna inauguracja Czułego Anarchizmu Press.

No i tak przeleciał pierwszy dzień po powrocie. Trochę mam satysfakcję, ale też czuję samotność. W którymś momencie gałąź uderzyła o dach vana, a ja pomyślałem, że ktoś puka. Dopiero w tym momencie poczułem, jak bardzo brakuje mi bliskich ludzi. Takich, którzy po prostu by przyleźli, żeby ze mną pobyć, pogadać.

Wczoraj nie spotkałem się z A. Zadzwoniła wieczorem, żebym wpadł do niej na noc, ale już się zakocykowałem, nie miałem energii. Zresztą opiła się na smutno, a ja nie czułem klimatu. Rozczarowana zadzwoniła do swojego kochanka, żeby zjawił się na noc. No a dziś rano poskarżyła się, że złapała anginę. 

Friday, 26 December 2025

Czuły Anarchizm Press

 

Ostatni dzień na wsi. Jutro ruszam w drogę powrotną. Najpierw odwiedzę Bielsko, umówiłem się z ludźmi z Przestrzeni Wolności, żeby nagrać pogaduchy do audycji, będę miał drugi odcinek gotowy. Lubię ich entuzjastycznyny, niewinny klimat.


A stamtąd już Wro. Zaprosiła mnie A., może odwiedzę ją po drodze, pogadamy, pogramy w karty. Polubiłem ją. Jest chaotyczna i impulsywna, ale ma dobre serce i dużo rozumie. Czuję się przy niej swobodnie.


I co z resztą roku? Nie mam planów, ani na te kilka dni, ani na Sylwestra. Może coś się wykluje, ale nie mam parcia. Pojawił mi się w głowie nowy projekt artystyczno-literacko-publicystyczny: chcę zacząć robić ziny. Od kilku dni studiuję Indesigna, żeby mieć jakieś narzędzia do składania, spisuję pomysły. Więc będę miał zajęcie. Moje wydawnictwo nazwałem Czuły Anarchizm Press - CzAPa ("a" nic nie oznacza, ale pasowało mi do akronimu xd). Będę dotykał tematów wewnętrznych-społecznych, psychologicznych, osobistych. Już się nie mogę doczekać:) Nie wiem, czy znajdą się nabywcy, ale o Rebel Boxach też tak myślałem, a okazały się sukcesem.


Tak że kolejna nisza, na którą się rzucam z entuzjazmem. Trzy projekty, które zacząłem przed końcem roku:
- Rebel Boxy
- Nagrywanie w Vanie
- Czuły Anarchizm Press


Lubię to w sobie:) Pomysły nigdy się nie kończą i jedyne co żałuję, to że nie jestem młodszy, żeby mieć więcej czasu na to wszystko.