Tuesday, 31 March 2009

Okruchy Camino

Okruchy Camino





Fragmenty dziennika

z wyprawy do

Santiago de Compostella

maj-czerwiec 2008





22.05.08 czwartek 17:52 Rycerka


No więc pierwsza strona dziennika z Camino. Chociaż jeszcze trzy dni do wyjazdu, to nie wytrzymałem i zacząłem już tutaj pisać. W sumie jedyne o czym teraz myślę to ta podróż, tak, że chyba mogę powiedzieć, że jestem już trochę w trasie.

Dziś posiedziałem parę godzin na Internecie, czytając historie z Camino i oglądając zdjęcia. Ciężko mi uwierzyć, że już za trzy dni sam będę tego doświadczał. Nie mam pojęcia czego się spodziewać, ale jestem otwarty na wszystko. Nawet na czterotygodniową ulewę i przepełnione schroniska.

Czym jest dla mnie ta wyprawa? Dobrze byłoby się zastanowić nad tym teraz. Może wtedy wszystko bardziej się skrystalizuje.


Przede wszystkim to myślę, że chciałbym znaleźć wewnętrzną przestrzeń. Chodzi mi o to, że w jakiś sposób czuję się złapany, uwięziony w jakiejś ciasnocie. Myślenie o pracy, pieniądzach, martwienie się wszystkim na zapas, strach, że czas ucieka coraz szybciej, a ja niczego jeszcze nie osiągnąłem, choć to już 32 lata minęły. No i chciałbym (tak sobie przynajmniej marzę), żeby znowu poczuć wolność i uchwycić na nowo to odczucie nieograniczonych możliwości. To już lata odkąd razem z Tulasi szukamy i wędrujemy, i widzę, że coraz bardziej gubię to, co kiedyś przychodziło samo. Bywały momenty, że prawie mogłem dotknąć tego uczucia; że opiekuje się mną jakaś siła wyższa, że ludzie z mojego plemienia przemierzają szlaki i jeśli będę otwarty, odważny i szczodry to wreszcie ich spotkam. Kiedy tak czułem? Na pewno w 2002, kiedy po przeczytaniu „Alchemika” sprzedaliśmy wszystko co mieliśmy wartościowego (czyli laptopa, którego trochę wcześniej sprezentował nam mój brat) i ruszyliśmy na poszukiwanie przygody. Zaczęliśmy od Groningen w Holandii. Zatrzymaliśmy się u przyjaciół, których poznaliśmy rok wcześniej w Hiszpanii, Anna Marii i Suzan. Cały nasz pomysł to był mój mały akordeon i 6 melodii Yanna Tiersena, które z uczuciem kaleczyłem. I zadziałało! Czuliśmy się wolni i bezpieczni. Byłem w stanie przynieść do domu parę groszy, nic nas nie wiązało, poznawaliśmy ludzi, jeździliśmy na rowerach.


Dla mnie ważne są te dwie rzeczy: poczucie jak najpełniejszej, wewnętrznej wolności i inni ludzie. Nie po prostu jacyś tam ludzie, ale członkowie mojego plemienia. Czym jest to plemię? Wierzę, że są ludzie, rozrzuceni po całym świecie, z którymi w jakiś sposób jestem połączony i że to co mnie gna z miejsca na miejsce to tęsknota za nimi. Wewnętrzne parcie i przekonanie, że oni też mnie szukają. Po prostu wiem, że gdzieś tam są ludzie, którzy też mnie szukają.

Ten motyw często pojawia się w moich zapiskach. Jakaś część mnie mówi mi, że to tylko marzenia, eskapizm, niespełnione potrzeby emocjonalne z dzieciństwa, coś we mnie, w środku tęskni za spełnieniem, czuję się niekompletny. Może tak też jest.


Chyba bardziej od niewygód boję się, że nic się nie wydarzy. Ostatnie parę lat coraz bardziej boję się świata, jego bezosobowości, nudy, trywialności. Mam wrażenie jakbym w tym tonął i zaczyna mi się wydawać, że moje poszukiwania magii, duchowości, wyższej siły są oznaką mojej niedojrzałości. Że po prostu chcę uciec od rzeczywistości. Myślę jednak, że możliwe jest połączenie wewnętrznej dojrzałości i mądrości z naturą marzyciela i wolnego ducha. Dużo chyba zależy od własnego wysiłku i determinacji. Jeśli się bardzo szuka i stara odnaleźć magię we własnym życiu to wreszcie się ją (mam nadzieję) znajdzie.


No więc za trzy dni zaczynam podróż. Chciałbym użyć tej starej, indiańskiej modlitwy, żeby przywołać pomyślność i boską opiekę.


O Wielki Duchu,

którego głos słyszę

w śpiewie wiatru,

którego oddech

obdarza świat życiem

usłysz mnie!

Przychodzę do Ciebie

jako jedno z Twych

wielu dzieci.

Jestem mały i słaby

potrzebuję więc Twojej siły i mądrości.

Pozwól mi przemierzać piękno.

Pozwól moim oczom zawsze oglądać

czerwony i fioletowy zachód słońca.

Spraw by moje dłonie szanowały

rzeczy przez Ciebie stworzone

i żeby moje uszy

były czujne na Twój głos.

Daj mi mądrość

żebym mógł zrozumieć rzeczy,

które uczyłeś twe dzieci od zawsze.

Lekcje, które zapisałeś

w każdym kamieniu i liściu...

Daj mi siłę!

Daj mi siłę!

Daj mi siłę, żebym nie wyparł się mych braci

ale zamiast tego mógł walczyć

z mym największym wrogiem-

sobą samym.

Spraw, żebym zawsze był gotowy

zjawić się przed Tobą z podniesioną głową

i kiedy moje życie przeminie

jak gasnący zachód słońca

niech mój duch

zjawi się przed Tobą

bez wstydu.



25.05.2008 niedziela


5:00 pociąg z Rycerki do Bielska


Wystartowaliśmy. Wstaliśmy o 3:45 i po 15 minutach porannej toalety byliśmy już w drodze na dworzec. Poranek przywitał nas gęstą mgłą i głośnym śpiewem budzących się ptaków (wliczając w to pianie koguta), a dom pożegnał złotym światłem z okna naszego pokoju, w którym zapomniałem zgasić nocną lampkę. To wszystko przypomniało mi inny poranek, sprzed 12 lat, kiedy wyjeżdżałem do świątyni. Chciałbym teraz też być tak podekscytowany i szczęśliwy jak wtedy, ale teraz jestem tylko niewyspany i zmęczony. Zero podniecenia podróżą i przygodą. Z braku wewnętrznej muzyki włączyłem sobie coś nastrojowego na mp3 i zastanawiam się dlaczego nie jestem tak pełen nadziei i oczekiwania nowych rzeczy, jak kiedyś, kiedy wyjeżdżałem, czy kiedy szykowały się zmiany w moim życiu. Może dlatego, że po tylu podróżach i zmianach zdałem sobie sprawę, że choć zmienia się sceneria, to do prawdziwej zmiany trzeba czegoś więcej?


Eh, po prostu jestem niewyspany. Liczy się to, że już tam na szlaku to poczuję, coś się we mnie przełamie. A nawet jeśli nie, to i tak będę próbował być otwarty i gotowy. Tyle mogę zrobić.

Ciężko jest pozbyć się nastawienia, że droga jest tylko środkiem do celu, że najważniejsze jest przedostanie się z punktu A do punktu B. Trzeba się zrelaksować i zapomnieć o celu. Nie goni mnie czas, zobowiązania, nikt niczego ode mnie nie chce, nikt nigdzie na mnie nie czeka. Czasami myśląc w ten sposób można się wystraszyć, ale kiedy człowiek już oswoi się z tą myślą, pozwoli, żeby wsiąknęła głęboko do środka, to wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. No więc trzeba się zrelaksować, wyciszyć umysł, pozwolić się włączyć słodkiemu lenistwu. Szczególnie jest to łatwo zrobić w takim czasie jak teraz; za oknem wiosna w pełni, zielone brzozy, poranne słońce, rosa, jeszcze trochę mgły, do tego smutno-radosna muzyka hiszpańska (Quinto Parpadeo- „Lluvia y mas cosas”) no i świadomość, że przez najbliższy miesiąc jestem całkowicie wolny.


Fajnie to brzmi, ale w praktyce to trzeba nad tym popracować. Jakoś ciężko jest pozwolić sobie na luz, pozwolić spłynąć wszystkim stresom, zmartwieniom i problemom. Choroba ojca, brak kariery i wizji na przyszłość, brak przyjaciół. To ciągle jest, ale czuję, że da się o tym zapomnieć choć na jakiś czas i po prostu cieszyć się drogą, ludźmi, których spotkam, sytuacjami, miejscami.


Roncesvalles – Larrasoana 26.05 poniedziałek


17:50


Pierwszy dzień Camino za nami. Wzięliśmy prysznic, wypraliśmy ciuchy, szkoda tylko, że właśnie zaczęło padać, bo niestety nie udało nam się wysuszyć ubrań. Jutro przypniemy je do plecaków i tylko mam nadzieję, że nie będzie lało tak jak dziś rano. Pierwszą godzinę marszu byłem naprawdę podłamany.


Do Roncesvalles dojechaliśmy dziś rano taksówką z Pamplony (55 euro), Było dopiero przed szóstą i nic nie dało się załatwić, a przecież nie mogliśmy ruszyć bez pielgrzymiego paszportu, czyli credentiales. Przez pół godziny szukaliśmy suchego miejsca do spania, a kiedy okazało się, że nie ma co liczyć na to, żeby wkraść się do albergue, zdecydowaliśmy się wreszcie na rozłożenie karimat i śpiworów w małym tuneliku. Było zimno, mokro, wiało, a do tego zastanawialiśmy się czy przez ten tunel od czasu do czasu nie jeżdżą samochody, ale jednak zdecydowaliśmy się odpocząć przed czekającą nas jeszcze dziś drogą. Zdrzemnęliśmy się z dwie godziny, choć na każdy głośniejszy dźwięk zrywaliśmy się na nogi, bojąc się że może przejechać nas samochód. W końcu daliśmy sobie spokój z tym wątpliwym odpoczywaniem i postanowiliśmy poszukać jakiejś kafejki, gdzie można by przeczekać. Znaleźliśmy, ale zanim coś zamówiliśmy podszedł do nas facet z którym rozmawialiśmy wcześniej, próbując dowiedzieć się, kiedy otwierają biuro i powiedział, że hospitalero już jest, tak że bez zwłoki pobiegliśmy do biura, Kupiliśmy po dwa egzemplarze credentiales (przeczytaliśmy w necie, że jeśli będziemy zbierać pieczątki, to może nam nie starczyć jeden) i udało mi się wyprosić jedną muszlę. Na koniec przejęty spytałem hospitalero:

„To nasz pierwszy raz i za bardzo nie wiem czy jest coś szczególnego, co powinniśmy wiedzieć?”

Hospitalero uśmiechnął się tylko i powiedział:

„Po prostu idźcie za żółtymi strzałkami, to wszystko.”


Zizur Menor – Puente la Reina 28.05 środa


18:45


Jestem prawie szczęśliwy. (Piszę prawie, żeby nie zapeszać.) To dopiero trzy dni, a jakoś odeszły zmartwienia, depresja, problemy. Od trzech dni nie pomyślałem o pracy, budowaniu domu, pieniądzach. Co za ulga! Kiedy jesteś w drodze, to sama sytuacja zmusza cię, żebyś po prostu żył chwilą i skupił się na bieżącym dniu; gdzie spać, co zjeść, jak dojść, wykąpać się, znaleźć sobie kąt, w którym przez chwilę można by poczytać, napisać coś, czy posłuchać muzyki. Inna wspaniała rzecz to chłonięcie przestrzeni, pożeranie oczami otoczenia. Dziś od samego rana – najpierw wspaniały wschód słońca i później, w miarę wspinania się pod górę coraz szersza, rozleglejsza panorama. pola upstrzone starymi klasztorami i zamkami, góry. Nawet załatwienie się za kępą krzaków było estetycznym przeżyciem;)). Co chwilę zdaję sobie sprawę z tego, że prawdziwe szczęście, zadowolenie z życia nie leży w wielkich, mistycznych przeżyciach, tajemnicach dostępnych wybranym, ale w zwykłej prostocie. Uwolnienie się od sztucznie wytworzonych problemów i skupienie się po prostu na codziennych, zwykłych sprawach sprawia, że pojawia się jakiś entuzjazm, czy nawet czasami uniesienie.


Los Arcos – Logrono 31.05. sobota


19:30


Dluuuuga dziś była droga, a jutro mamy przejść nawet dwa kilometry więcej. Jednak pomimo zmęczenia ciągle czuję wewnętrzny entuzjazm i radość. Teraz jesteśmy w pokoju chyba z 20 ludźmi. Jest wspaniała atmosfera, ludzie są otwarci, wszyscy ze sobą rozmawiają, nawet pomimo braków językowych. Tak jak gdyby każdy czuł, że jest w jakimś szczególnym, „świątecznym” momencie i chciałby dzielić się tym z innymi. Większość z tych osób w codziennym życiu nigdy nie doważyłoby się na taką otwartość i szczerość. Dziękuje też Bogu, że kiedyś poświęciłem tyle czasu na naukę hiszpańskiego, naprawdę było warto, otwarło się przez to tyle możliwości komunikacji z innymi.


Dziś spędziliśmy kolejny dzień z Garym. Znów kupił większość rzeczy na obiad i znów gotowanie należało do mnie i Tulasi. Dziś stworzyliśmy w oparciu o sugestie Garego spaghetti z avocado, pomidorami, szczypiorkiem, czosnkiem, papryka i oliwkami Tylko makaron był ugotowany, a reszta po prostu pokrojona. Avocado było bardzo dojrzałe, więc rozsmarowało się po całym makaronie, razem z czosnkiem (który będę chyba czuł w ustach przez najbliższy tydzień), a szczypiorek dodał jeszcze takiego efektu...mmmm... Boże, jakie to było pyszne. Wprowadzamy to do naszego repertuaru na stałe. Nazwiemy to „Pasta Garego”. Nie wiem skąd w Polsce weźmiemy avocado, ale będziemy próbować.

Później poszliśmy razem na miasto i pokazaliśmy Garemu co znaczy „chocolate con churros” (Gęsta, mocna czekolada, do której podaje się smażone na głębokim oleju...jakby rurki, ociekające tłuszczem i do tego posypane cukrem). Stwierdził, że to jest przepyszne, ale zabójcze.

Teraz odpoczywamy już w albergue, wszystko przeprane i przygotowane na jutrzejszą drogę. Trochę jeszcze poczytam (Kroniki Marsjańskie) i zaraz pewnie zasnę, tym bardziej, że ostatniej nocy spałem może z 4 godziny, dzięki chrapaniu Javiera. Buenas noches.


Ages – Burgos 05.06. czwartek


18:40


Dziś był jeden z cięższych dni. Myślę, że to wina dużego miasta i paskudnej pogody. Musieliśmy przejść przez podmiejskie tereny, które ciągnęły się jakieś dziesięć kilometrów. W centrum okazało się, że jedyne albergue ma tylko 18 miejsc, a drugie jest jeszcze dwa km. marszu stamtąd. Po drodze trafiliśmy do restauracji wegetariańskiej, co podniosło nas trochę na duchu, ale nastroje znowu nam opadły, kiedy zobaczyliśmy schronisko; wielki barak, pełen piętrowych łóżek, zdezelowana łazienka, brak ciepłej wody i kuchni (no dobra, przesadzam- i tak byśmy nie gotowali, byliśmy przecież w restauracji.) Zajęliśmy dwa łóżka na górze i pomimo deszczu wróciliśmy do miasta na chocolate con churros i kupić coś do czytania. Siąpił deszcz. Okolica nie jest zbyt miła, kręci się tutaj sporo meneli, a w samym schronisku wisi tabliczka, żeby zamykać drzwi po 22:00, bo może być niebezpiecznie.

Po godzinie w centrum zatęskniliśmy za towarzystwem pielgrzymów, nawet tych, którzy grają nam na nerwach.


Przeraża mnie widok ludzi pędzących po mieście, w jakimś amoku, pogrążonych w skrajnym egoizmie. Naprawdę mam poczucie bycia w dżungli i mam nadzieję, że później, w Danii uda nam się znaleźć jakąś spokojną, ludzką pracę, która nie będzie wysysała z nas życia. Trochę się zdołowałem, w zetknięciu z „normalnym” światem.

Po tych prawie dwóch tygodniach w trasie mogę widzieć, że powoli znika początkowa ekscytacja, ale nie pojawia się zniechęcenie; raczej czuję determinację, skupienie i radość płynącą z koczowniczego tryby życia, który nie wymaga od ciebie, żadnych długofalowych decyzji. W takim stanie umysłu, nawet takie warunki jak tutaj (w tym schronisku), czyli pożółkłe prześcieradła, brud, brak prywatności, nie są przeszkodami zatruwającymi życie (choć na pewno w Ages, w czystym albergue było o wiele milej).

Ciekawe jest też to, jak ludzie z Zachodu zachowują się w takich skrajnych warunkach. Całe życie spędzają w hermetycznych warunkach, w cieple swoich wygodnych mieszkań i w ogóle wszystkiego, co uznaje się za standard w krajach zachodniej Europy, a tu nagle decydują się na takie wyzwanie i nawet sobie radzą. I to co mi się podoba, to, że zachowują przy tym serdeczność i humor. Pewnie dlatego niektórzy z nich powtarzają co jakiś czas tą wyprawę; tęsknią za atmosferą i chociaż tą namiastką wspólnoty, plemienia…

Właśnie podszedł do mnie Carlos z San Paulo i z wielkim uśmiechem dał mi ciastko. Naprawdę będę tęsknił za tymi gośćmi.


Burgos – Hornillos del Camino 06.06. piątek


Zerknąłem na pierwszy zapisek z tego dziennika, na fragment o znalezieniu ludzi ze swojego plemienia. Kiedy teraz o tym myślę, to nie wydaje mi się, żebym ich spotkał. To co się teraz chyba dzieje, to spotkania ze zwykłymi ludźmi, zaakceptowanie ich i docenienie, pomimo ich wad, czy po prostu cech, które działają mi na nerwy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tylko czasami za bardzo ogarnia nas poczucie własnej wartości i wyjątkowości. Znam to chyba aż za dobrze. Ostatecznie myślę, że ważne jest nauczyć się dostrzegać siebie w innych. Tak jak dzisiaj, kiedy czekaliśmy na otwarcie albergue i zagaiłem rozmowę z Teresą i Antoniem z Valencji. Starsi państwo, małżeństwo, koło sześćdziesiątki, na emeryturze. Ona bardzo religijna, ale nie przeszkadzało jej moje zainteresowanie religią Wschodu. On pogodny, lewicujący, bardzo oczytany, choć całe życie pracujący fizycznie, w fabryce. No więc oni mieli w sobie pewnego rodzaju pokorę i otwartość, które naprawdę bardzo mnie onieśmieliły, gdyż mogłem widzieć jak bardzo było to dla nich naturalne, gdy tymczasem, choć staram się tam być, to ciągle jest to dla mnie jedynie teoria. Jeszcze raz tyle lat co mam i też będę takim dziadkiem. Mam nadzieję, że będę czuł wtedy spokój i pogodę ducha, jaką widziałem u nich.


Boadilla del Camino – Carrion de los Condes 09.06 poniedziałek


16:00


Dzień zaczął się trochę drętwo; doszło do paru spięć małżeńskich, pojawiło się kilka ciężkich myśli, ciemne chmury przesłoniły na chwilę Camino, ale wreszcie, wraz z mijanymi kilometrami atmosfera stała się lżejsza. Powiedziałem po drodze Garemu, że głównym powodem kłótni był fakt, że dziś wcześnie rano zamieniłem parę słów z Danielą (pięknością z Kolumbii), która dla mnie była serdecznie wylewna, ale kiedy Tulasi powiedziała jej dzień dobry, nawet nie odpowiedziała. Gary miał ubaw.


Za dwa dni dochodzimy do półmetku. Cieszę się, że jeszcze tyle przed nami i bardzo mi szkoda, że to już tyle za nami. Naprawdę nie przypuszczałem, że ta wędrówka będzie tak wspaniałym przeżyciem. Brakuje mi słów, a nie chcę brzmieć górnolotnie, czy nadęcie. Chodzi o to, że człowiek zwykle zamknięty jest w swoim świecie, często ciasnym i szarym, wypełnionym ego, ale teraz na przykład leżę na piętrowym łóżku, wielkie drewniane bele nad głową dają wrażenie bycia na strychu, brakuje tylko siana. Z dołu dobiega mnie głos Garego rozmawiającego z Martialem. Obok mnie śpią ludzie, słychać ich chrapanie, oddechy, wszędzie rozrzucone są plecaki, ubrania, na obramowaniach łóżek suszy się bielizna… Jest w tym coś pięknego. W tym momencie czuję, że moje problemy i marzenia nie są najważniejsze. Każdy z tych ludzi jest taki jak ja i teraz spotkaliśmy się, bo coś przywiodło nas na Camino. Dla jednych była to religia, dla innych sport, wyzwanie, poszukiwanie spokoju umysłu, oczyszczenie (jak dla Nicka z jego heroinowym nałogiem), czy też jak Gary, którego młody duch, próbuje odnaleźć się w starym ciele i jak myślę rzucić mu wyzwanie. Nie ma tutaj tego całego ducha współzawodnictwa, wykorzystywania, zdobywania. Większość ludzi podjęła się tej drogi, po to, żeby się zatrzymać, pomyśleć, przeżyć coś niezwykłego, znaleźć coś wspólnego z resztą ludzi.

Dobrze mi tu. Może nawet wybiorę się na błogosławieństwo pielgrzymów, choć to trochę późno, bo dopiero o 21:30, a ja zwykle o tej porze już dawno śpię.

A poza tym drażnią mnie moje swędzące i szczypiące uszy. Zrobiło się na nich kilka strupów, z których cieknie ropa i swędzą niemiłosiernie. Myślę, że to pamiątka po robalach w Burgos, choć przez chwile zastanawiałem się, czy to przypadkiem słońce mnie nie poparzyło, ale w końcu doszedłem do wniosku, że słońce przypaliłoby mi uszy z tyłu (w czasie drogi słońce zawsze jest z tyłu), a nie z przodu.


Bercianos del Real Camino – Mansilla de las Mulas 12.06.08, czwartek,


22:00


Już około dziesiątej wieczór. Spędziliśmy chyba z godzinę, grając w Chińczyka. Dzisiejsza partia rozgrywała się pomiędzy Tulasi, Garym, Martialem i mną. Martial zadziwił wszystkich zaprzeczającą wszelkim rachunkom prawdopodobieństwa ilością wyrzuconych szóstek, a w końcu wygrał. Martial i Nick to niesamowici faceci. Martial zauroczył mnie swoją radością i szacunkiem wobec innych. Do tego jest pokorny, jak mało kto. Nick ma niesamowite poczucie humoru, jest przyjacielski i jak to Anglik, potrafi po przyjacielsku dogryźć. Poza tym jest otwarty i szczery. Mówi prosto z serca, nie wstydzi się opowiadać o swoich problemach i uczuciach. Dzisiaj w barze wyszło w rozmowie, że ma magistra w historii. Myślałem do tej pory, że to prosty chłopak z ulicy, który wpadł w dragi, a tu okazuje się, że facet ma bardziej skomplikowaną historię.


Leon – Villa de Mazarife 14.06.08, sobota,


17:00


Dziś poszliśmy drogą alternatywną i nie żałuję. Bardzo przyjemne schronisko. Jose Maria, właściciel i z tego co widzę, również kucharz. Kilka lat temu miał raka i lekarze nie dawali mu szans. Wtedy poszedł na Camino i rak zniknął. Z wdzięczności założył to właśnie albergue. Dba o pielgrzymów, nie przeładowuje pokojów łóżkami, tak że można cieszyć się przestrzenią. Pod kolumnami palą się świece i kadzidełka. Pozwolił nam skorzystać z kuchni, ale oprócz tego i tak podają wegetariańskie jedzenie. Naprawdę miło trafić do takiego miejsca.

Ugotowaliśmy z Tulasi ryż z warzywami i warzywka (głównie kapusta z pomidorami). Wszyscy odlecieli. Byliśmy oczywiście z naszą stałą już teraz paczką, czyli z Garym, Nickiem i Martialem. Zaprosiliśmy na obiad również dwie Niemki, które opalały się na patio. Dziewczyny (kobiety) są na luzie, czego dowodem był fakt, że potrafiły się śmiać z naszych dowcipów o drugiej wojnie światowej („Don’t mention the war”:).


Wieczór


Już wieczór i prawie wszyscy leżą w łóżkach, tylko jeszcze Gary gdzieś się szwenda. Jest miły, spokojny nastrój. To albergue ma w sobie coś lekkiego, duchowego, jakby cała atmosfera była przepełniona światłem.

Jesteśmy w dużym pokoju, z rzadko ustawionymi, piętrowymi łóżkami. Pod filarami podtrzymującymi sufit palą się świece i kadzidełka, a na stole stoi przepiękny bukiet z kwiatów i zwykłej trawy, zerwanej na łące. Mam uczucie jakbym był w aśramie. Do tego wszystkiego złociste promienie zachodzącego słońca odbijają się od drewnianych ścian, w taki sposób, że cały pokój pełen jest ciepłego blasku. Grają świerszcze i śpiewają ptaki.

Jose Maria zrobił naprawdę wspaniałą robotę, budując to miejsce i pozwalając na powstanie takiego nastroju. Wieczorem poszliśmy z Tulasi na wspólną kolację, gdzie dostaliśmy sałatę i pyszną wegetariańską paellę. Choć ciągle najedzeni po obfitym obiedzie, zapłaciliśmy tylko za jedną porcję, to i tak hospitalero z uśmiechem zaserwował nam dwa pełne zestawy.

Dziś zasypiam szczęśliwy. Wyczołgałem się jeszcze ze śpiwora, żeby na pamiątkę zrobić zdjęcie kwiatom na stoliku, koło łóżka.


Villa de Mazarife – Astorga 15.06.08, niedziela,


21:30


Dziś był dosyć długi odcinek, 32 kilometry, ale szło się łatwo i lekko. Wreszcie opuściliśmy niziny i krajobrazy zaczęły robić się coraz ciekawsze. Kiedy dochodziliśmy już do miasta, zobaczyliśmy w oddali czekających na nas Garego i Martiala, którzy tego dnia wzięli taksówkę; obydwaj mają problemy z nogami, szczególnie Gary. Okazało się, że zajęli nam miejsca w sześcioosobowym pokoju razem z nimi. Później standartowo prysznic, pranie i jako, że to niedziela i wszystkie sklepy spożywcze są pozamykane, poszliśmy zjeść na mieście. Pizza i sałatka.

Później połaziliśmy po miasteczku i przypomniałem sobie parę miejsc, które widziałem parę lat temu, kiedy sprzedawaliśmy tutaj obrazy z Sitą.

Zaraz koło albergue znajdują się ruiny domu z czasów imperium rzymskiego. Niesamowicie było oglądać wspaniale zachowane mozaiki, i patio wybrukowane drobnymi, idealnie wyciętymi i dopasowanymi kamyczkami. Prawie mogę sobie wyobrazić tych ludzi, jak siedzą na patio, w wygodnych, wyplecionych z wikliny fotelach, piją wino i rozmawiają o polityce, upadku obyczajów, obok bawią się dzieci i psy.

A później pojawiło się Chrześćjaństwo, barbarzyńcy, aż w końcu długa noc średniowiecza, z jego ciemnotą, władzą Kościoła i narzuconym przez niego poczuciem winy i strachem przed piekłem. Mając Jezusa, piękne założenia filozoficzne, dostęp do bogatej kultury świata antycznego, Chrześcjaństwo miało szansę stać się bastionem duchowości, nauki i kultury. Szkoda, że tak się nie stało i od tych pięknych mozaik, filozofii i zaawansowanej sztuki oddziela mnie kilkunastowiekowa przepaść.

No ale w sumie idąc jeszcze krok dalej, to wszystko jest marnością. Mogę żałować rzeczy i kultury, która zniknęła tysiące lat temu, ale takie jest przeznaczenie rzeczy w tym świecie. Kultury rodzą się, rozwijają, osiągają szczyt rozwoju, a później zapadają się pod własnym ciężarem i naporem prymitywnej agresji i znów następują wieki ciemności, z których wyłania się następna cywilizacja. I tak w kółko.


Astorga – Rabanal del Camino 16.06.08, poniedziałek,


20:00


Schronisko w małej wiosce na szczycie góry (chyba), obok schroniska municypalnego. Jest dosyć wilgotno, chłodno i tłoczno, ale jest za to miła kuchnia. Jak zwykle doszliśmy z Tulasi pierwsi, szybko więc zrobiliśmy zakupy (gubiąc się dwa razy w gmatwaninie uliczek) i ugotowaliśmy obiad, który był gotowy na przyjście reszty grupki.

Dziś miałem lekki kryzys. Może to pogoda tak na mnie wpłynęła (deszcz i przejmujący, zimny wiatr), albo też zmęczyło mnie już bogate życie towarzyskie; ciągłe wygłupy z chłopakami, granie w kości, wino, fajki. Potrzebuję zwrócić się do środka i spróbować rozbudzić moje uśpione serce.

O podobnym doświadczeniu opowiedział mi dzisiaj Patryk z Irlandii, którego ze zdziwieniem dostrzegłem dziś w kościele, wśród pielgrzymów, którzy przyszli posłuchać chórów gregoriańskich. Powinien być już z dwa dni do przodu, ale postanowił zostać w Rabanal dłużej niż jeden dzień i zatrzymać się w klasztorze, wśród mnichów. Dołączył się wcześniej do jednej grupy i chociaż byli to sympatyczni ludzie, to stwierdził, że czuje się jak na wycieczce, a nie na duchowej wyprawie.

Pieśni gregoriańskie zaśpiewało nam dwóch mnichów, zdaje się z zakonu Benedyktynów, którzy mają tutaj swój mały aśram i codziennie rozmawiają z pielgrzymami, śpiewają, wspierają innych duchową radą. Przypadli mi do gustu. Czuło się, że są bardzo poważni w tym co robią. W obliczu osób, które całkowicie poświęciły się Bogu, zawsze czuję onieśmielenie i szacunek. Nie ma dla mnie znaczenia do jakiej tradycji religijnej należą.

Jeszcze taka myśl na zakończenie dnia, zanim owinę się w mój ciepły śpiwór; kiedy uda mi się osiągnąć taką determinacje i poświęcenie w moim życiu duchowym, jakie widziałem u tych dwóch Benedyktynów? Kiedy będę w stanie porzucić mój egoizm?


Cacabelos – Vega de Valcarce 19.06.08, czwartek


W Cacabelos wstaliśmy dosyć późno. Pepe, który w tym miejscu kończył swoje Camino specjalnie wstał wcześniej, żeby się z nami pożegnać. Bardzo się do nas przywiązał i kiedy nas obejmował na pożegnanie, popłakał się jak bóbr. Ciekawe, że kiedy spotkaliśmy jego i Jose Marię pierwszy raz, zrobili na nas złe wrażenie. Zaczęli zarywać Tulasi i przez to sobie przegrali, przynajmniej na kilka dni, aż nie zobaczyliśmy, że mili z nich staruszkowie, tylko ciężko im zapanować nad hiszpańskim wychowaniem.

Kiedy weszliśmy do Villafranca, zdecydowaliśmy się na trudniejszą trasę, przez góry. Trudniejszą, ale na pewno ciekawszą, niż ścieżka biegnąca kilkanaście kilometrów wzdłuż zatłoczonej autostrady. Po drodze, zobaczyliśmy z mostu Nicka i Martiala, którzy zaczęli nam machać na powitanie. Poszliśmy się przywitać, po czym ruszyliśmy ostro do góry. Zaraz na początku minęliśmy tabliczkę, ostrzegającą, że jeśli nie mamy górskiej zaprawy, lepiej żebyśmy wybrali trasę w dolinie. Nie wzięliśmy tego nawet pod uwagę. Niestety po paru kilometrach zajarzyliśmy, że nie wzięliśmy nic do picia, a przez najbliższe 20 km nie było żadnej wioski. Na szczęście nie umarliśmy z odwodnienia, choć słońce ostro grzało. Trasa naprawdę była piękna, a czasami mogliśmy widzieć w dole autostradę i cieniutką nitkę ścieżki dla pielgrzymów, których kilku wypatrzyliśmy. Było nam ich niewymownie szkoda.

Nie spotkaliśmy po drodze prawie nikogo. Pod koniec Tulasi dała koncert piosenek z „Kabaretu Starszych Panów”, który w większej części zarejestrowałem na filmie.

Zatrzymaliśmy się w albergue „Brasil”. Niestety strasznie zdzierają i nie ma kuchni, ale skoro Gary już je wybrał to zostaliśmy. Nie spodobała mi się też zbyt głośna hospitalera, Brazylijka.


Vega de Valcarce – Fonfria 20.06.08, piątek,


Cieszę się, że tu jestem. Co jakiś czas wraca do mnie to uczucie, że skończyła się samotność i znów jestem częścią ludzkości. Wiem, że brzmi to trochę górnolotnie, ale tak to wygląda. Pisałem o tym już wcześniej. O zrozumieniu, że w pewnym sensie wszyscy jesteśmy tacy sami. Oddzieliliśmy się od siebie wysokimi i grubymi ścianami ego, uważając, że w ten sposób budujemy sobie schronienie, które w ostatecznym rozrachunku okazało się więzieniem, z którego nie potrafimy się wydostać.

Rozmawialiśmy o tym trochę z Nickiem, dziś w drodze przez góry. Po spotkaniu sympatycznym, koreańskim małżeństwem powiedziałem Nickowi, że lubię Azjatów, za to z jakim szacunkiem i uprzejmością odnoszą się do innych. Nick, który spędził sporo czasu w Oriencie: w Indiach, Tajlandii i Chinach, zgodził się ze mną i razem doszliśmy do wniosku, że choć Europejczycy uważają się za najbardziej zaawansowaną i rozwiniętą społecznie grupę ludzi, to tak naprawdę ich odrzucenie idei wspólnoty i pogrążenie się w skrajnym indywidualizmie, obwarowanym sztywnymi, osobistymi granicami i nadmiernym przekonaniem o swojej ważności, wyalienowało ich (nas) i pozbawiło poczucia bezpieczeństwa, przynależności i stabilności.

W pewnym momencie Nick spytał, że jeśli moglibyśmy wybrać w której dekadzie chcielibyśmy teraz żyć, to gdzie i kiedy byśmy się przenieśli? Wszyscy wybraliśmy lata sześćdziesiąte. Tzn. wszyscy, oprócz Garego, który jako jedyny z nas naprawdę przeżył swoją młodość w tamtej epoce i dzięki temu nie ma wyidealizowanej wizji lat sześćdziesiątych.

Skończyłem wczoraj „Paragraf 22” i znów nie mam co czytać. Jeszcze raz przeszperam tutejszą biblioteczkę.


Fonfria – Sarria 21.06.08, sobota,


19:00


No więc jestem załamany. Przed chwilą byłem w kafejce internetowej i omyłkowo usunąłem wszystkie nagrania jakie zrobiłem od 03.06 do dzisiaj. Wszystkie opisy przyrody, nastrojów, historie, rozmowy, śpiewy gregoriańskie, wszystko poszło z dymem. Wiedząc, że mam te nagrania nie wysilałem się zbytnio z pisaniem, tak, że większość rzeczy była nagrana. Czuję bezsilność i frustrację. W tych nagraniach była większość materiałów na moją potencjalną książkę. Co mogę zrobić? Jak idzie jeden z 12 kroków? Nick? (Bardzo się przejął, kiedy usłyszał co mi się przytrafiło.)

„Boże, daj mi siłę, żeby przyjąć rzeczy, których nie mogę zmienić, odwagę, żeby zmienić to, co mogę i mądrość, żeby wiedzieć, które jest które.”

No dobra, zdarza się. Głęboki oddech i zostawić to za sobą. Próbuję patrzeć na to, jak na wyższą, boską interwencję. Camino powinno być pełne lekcji, a kiedy przytrafia się coś aż tak ciężkiego, to można chyba przyjąć, że to ważna lekcja, choć na razie widzę to jako wielką stratę. Dobrze, że mam te wszystkie zdjęcia. Dzięki nim będę mógł dużo zrekonstruować. Mam nadzieję, że ich też nie zgubię.


Dziś wychodząc z Fonfrii mieliśmy z Tulasi małą przygodę. (Był w niej czarny pies, tak że trochę klimatów z Coelho). Za pierwszą wioską dołączyły do nas dwa wielkie psy; czarna suka i idący za nią samiec. Doszliśmy do wniosku, że zwierzęta musiały trafić do tej wioski już wcześniej, z jakimiś pielgrzymami. Można było wyczuć, że psy z tej wioski traktowały je jak intruzów. Widząc nas, jako pierwszych pielgrzymów tego dnia, musiały dojść do wniosku, że idąc za nami wrócą do domu. Zrobiło się nam ich szkoda, ale co mogliśmy zrobić? Problemy pojawiły się, kiedy zaczęliśmy mijać kolejne wioski. Widząc psy spoza swojego „stada” lokalne psy zbiegały się z całej wioski i atakowały nasze dwie sieroty, a po przejściu przez osadę, okazywało się, że dołączyła do nas kolejna ofiara psiego popędu. W pewnym momencie mieliśmy za sobą ogon złożony z czarnej suki i chyba z pięciu wielkich psów. Odetchnęliśmy z ulgą dopiero, kiedy trafiliśmy na bar i psy poszły za innymi pielgrzymami. Po 15 minutach dołączył do nas Gary, Nick i Martial i poczuliśmy się już całkiem spokojnie.


21:20


Wróciliśmy z wycieczki po mieście. Było wspaniale. Okazało się, dziś w Sarii jest festyn i ulice pełne były ludzi, straganów i zespołów grających galicyjską muzykę. Chodziliśmy z Martialem i Nickiem. Nick bardzo to wszystko przeżywał, oczywiście zasłaniając się ironicznymi uwagami. W pewnym momencie, przyglądając się radosnym ludziom, tańczącym na ulicy, pijanym muzykom, częstujących przechodniów kwaśnym cydrem, stwierdził z żalem: „Cholera, dlaczego urodziłem się w Anglii?! Wszyscy mówią, że Anglia jest cudowna, ale to jest gówniane miejsce!”

Zabawne było słyszeć, jak ten facet z Manchesteru wyklina na Anglię, swoim ciężkim, manchesterskim akcentem.

Zespoły naprawdę grały dobrze. Przypominały mi słowiańskie klimaty, całkiem inne niż w innych częściach Hiszpanii. Miałem okazję porozmawiać w barze z jednym z muzyków i kiedy powiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Polski, zawołał: „O! Wy też macie swoją Galicję!”

Teraz szykujemy się już z Tulasi do snu. Martial właśnie wrócił, a Nicka i Garego jeszcze nie ma. Przywiązaliśmy się do nich. Smutno mi na myśl, że już za parę dni wszyscy się porozjeżdżamy i być może nigdy więcej nie spotkamy.

Ciekawe jest myśleć, że gdybyśmy zaczęli nasze Camino choć jeden dzień wcześniej, albo później, prawie na pewno nigdy byśmy się nie spotkali. Nie ma przypadków.


Portomarin – Palas de Rei 23.06.08, poniedziałek,


15:30


Siedzę wkurzony w barze. Dostaliśmy znikome porcje frytek i pewnie zapłacimy za nie kupę kasy. Gdybym przynajmniej mógł się najeść nie żałowałbym pieniędzy.


19:45


Mocny obraz; w jednej z mijanych wiosek zobaczyłem jakiś ruch w rowie. Przykucnąłem, żeby lepiej się temu przyjrzeć i okazało się, że za zasłoną z trawy chował się drżący, wystraszony szczeniak. Kiedy odsunąłem trawę, żeby go pogłaskać, nie powitał mnie ufnym machaniem ogona, ale wsunął się jeszcze głębiej w swoją kryjówkę, wpychając swoją głowę tak głęboko, jak to tylko możliwe, w liście i błoto. Dziwne było to spotkanie. Zagubiony szczeniak, który pewnie nie przeżyje do końca tygodnia.


Inne spotkanie ze śmiercią. Kilka godzin wcześniej mijamy ukrytą w lesie, daleko od miasta rzeźnię. Nie zdaję sobie sprawy co to za miejsce, dopóki przeraźliwy krzyk nie rozdziera powietrza. Wrzask ten jest tak dziwny i nienaturalny, że w pierwszej chwili próbuję sobie tłumaczyć, że to jakaś fabryka i ten dźwięk to po prostu awaria maszynerii. Po chwili rozlega się następny okrzyk bólu i przerażenia, nagle urwany, po którym słychać chrapliwe polecenia wydawane przez ludzi. Wszystko to dzieje się dosyć daleko, tak że mogę domyślać się tylko, że nawoływania oznaczają rozkaz odebrania martwej już świni i wypchnięcie do przodu następnej. Kiedy wytężam wzrok, widzę jakąś maszynerię i białe kształty zwierząt spadające w dół z jakiegoś podnośnika. Mam nadzieję, że kiedy lecą w dół, są już martwe.

Nie mogę przestać myśleć o tych zwierzętach, które słysząc te pełne strachu i cierpienia wrzaski czekają w ciszy na swoją kolej.


Jeszcze jedno; tym razem w ciepłej kafejce internetowej. Email. Z tatą coraz gorzej. Nie je, nie wstaje z łóżka, zaczyna mówić od rzeczy. Powiedział mi przed moim wyjazdem, że nie chce jeszcze umierać. Dziś ma przyjść do niego ksiądz. Przed oczami mam jego postać, równo przyciętą brodę, jedno ramię niższe od drugiego (od ciężkiej torby, jaką nosił do pracy), setki rozmów, ostatnie kilka miesięcy, które spędziliśmy dosyć blisko, kiedy byłem jego kierowcą w podróżach na naświetlania.


Ciężkie mnie dziś dopadły myśli. Nie wiem jak znaleźć sens w śmierci i jak pogodzić swoje uczucia i żal, z filozoficznym podejściem do twardej rzeczywistości. Mój pierwszy odruch to myśli o ucieczce i próby zapomnienia, ale choć mógłbym zapomnieć o biednym szczeniaku, umierającym ze strachu i głodu, to przecież nie da się uciec od śmierci kogoś bliskiego, kto był częścią naszego świata, od „początku czasu”.

Swami zapytany kiedyś o śmierć, wskazał na drzewo okryte pełnym barw wachlarzem jesiennych liści: „To też jest śmierć, tylko widziana z innej perspektywy.”


Ribadiso – Pedrouso (Arca) 25.06.08, środa,


20:50


Jutro wielki dzień. Choć myślałem, że najważniejsza jest dla mnie droga, a samo Santiago nie ma aż takiego znaczenia, to jednak świadomość tego, że jutro dojdziemy do celu wprowadziła mnie w odświętny nastrój. 32 dni drogi, rozmów, ludzi, śmiechu i refleksji. To było niesamowite przeżycie. Gdybyśmy zaczęli Camino dzień wcześniej, albo później, to byłaby to całkiem inna droga. Nigdy nie powstałaby nasza grupa, dni, przygody i przemyślenia byłyby całkiem inne.

Przed chwilą rozmawiałem z Nickiem o niepokoju jaki czuję przed kolejną zmianą. Kiedy zdecydowałem się na Camino, przerażały mnie zmiany, nowe miejsca, w których będę, czy nowi ludzie, z którymi będę musiał mieć coś do czynienia. Później przyzwyczaiłem się do drogi i do przyjaciół, których na niej spotkałem. Niestety jutro początek nowej sytuacji. Koniec znajomego rytmu; pobudki o szóstej rano, 7-8 godzinach marszu, gotowania dla wszystkich, rozmowach i walce o sen, który czasami nie mógł się przebić przez orkiestrę chrapania i charczenia.

Dochodzimy do Santiago, kupujemy bilety do Madrytu, może uda nam się wziąć prysznic w jakimś albergue i wieczorem jedziemy. Znowu znajomy rytm zamieni się w wielką nieznaną. Poszukiwanie pracy, nowy kraj, nowi ludzie (oby Bóg zesłał nam serdeczne serca i szczerych przyjaciół).

Tak więc to właśnie powiedziałem Nickowi, który odpowiedział na to:

- Facet, myślisz, że sam tylko przez to przechodzisz? Wielu ludzi tak ma, może nawet większość. Ja czuję dokładnie to samo i nawet gorzej, bo wydaje mi się, że na lotnisku w Liverpoolu będą czekać na mnie gangsterzy.

- Co?!

- Poważnie. Na tym właśnie polega moja choroba. (Nick z powodu swojego wcześniejszego nałogu cierpi na paranoję). Mój umysł działa tak, że wyobraża sobie różne dziwne scenariusze i nie jestem w stanie nad tym zapanować.

- Ale skąd wziąłeś tych gangsterów?

W jakiś sposób poprawił mi humor. W ciągu tego miesiąca polubiłem go jak starszego brata.

Przed chwilą przyszedł do nas Martial i powiedział, że powinniśmy jutro iść całą drogę razem, bo to ostatni dzień. Fajnie, że to wyszło od niego. Do tej pory miałem wrażenie, że on najmniej jest przywiązany do idei naszej grupki, ale chyba się myliłem.

Zbieram się do spania.


Pedrouso (Arca) – Santiago de Compostella 26.06.08, czwartek,


20:30


Jest już wieczór, choć raczej wygląda to na późne popołudnie. Słońce stoi jeszcze dosyć wysoko na niebie i pewnie będzie jasno jeszcze z dwie godziny.

Zatrzymaliśmy się z Tulasi w małym hoteliku, w samym centrum miasta.

Pożegnaliśmy się już z Nickiem, który choć odlatuje dopiero o 23:00, to pojechał na lotnisko już około szóstej. Wcześniej całą grupą poszliśmy na obiad do Trainglo de las Verduras, małej restauracyjki, zaraz obok hotelu Garego i Martiala. Była bardzo miła atmosfera i choć dużo się śmialiśmy, w powietrzu czuć już było smutek. Porcje były mikroskopijne i musieliśmy dopchać chlebem, ale nie przeżywałem tego już tak bardzo, jak przeżywałbym jeszcze z tydzień wcześniej.


Kiedy odprowadziliśmy Nicka do hotelu, myślałem, że pożegnamy się męskim uściskiem dłoni, ale Nick przełamał swoją brytyjskość i wyściskaliśmy się po polsku. Na koniec powiedział mi, żebym się tak bardzo nie przejmował życiem i nie dawał się depresji. Miło było usłyszeć te pełne otuchy słowa od niego, wiedząc jak ciężkie problemy z umysłem ma on sam. Będzie mi brakować jego humoru. Mam nadzieję, że jakoś się jeszcze spotkamy.


Santiago 27.06.08, piątek,


19:30


Wczoraj żegnaliśmy Nicka, a dziś przyszła kolej na resztę Klubu Niedołęgów. Ugotowaliśmy u nas w hostalu obiad z trzech dań, kupiliśmy butelkę dobrej Riojy i przed drugą Tulasi poszła po Garego i Martiala, z którymi umówiliśmy się pod katedrą. Przy obiedzie była przesympatyczna atmosfera. Wspominaliśmy Nicka i Martial powiedział na, że miał młodszego brata, którego wykończyły narkotyki i Nick bardzo mu go przypominał. Kiedy Martial poszedł objąć Santiago, poprosił o błogosławieństwa właśnie dla niego. Wszystkim nam napłynęły łzy do oczu i nawet Gary z zażenowanie ściągnął okulary, żeby wytrzeć oczy, a Tulasi uciekła z kuchni do pokoju. Później otwarliśmy drugą butelkę wina, którą przyniósł Gary i kiedy wyszliśmy na pożegnalny spacer, Gary był już na niezłym rauszu. Poszliśmy na kawę do małej kafejki przy katedrze, gdzie wypaliłem swojego ostatniego papierosa, co wszyscy przypieczętowali głośnymi oklaskami. Później jeszcze trochę spaceru, zakupy, aż wreszcie rozstaliśmy się przy supemarkecie, koło fontanny. Kiedy odchodziliśmy w swoją stronę, Gary ciągle stał przy fontannie i nam machał, aż wreszcie straciliśmy go z oczy.

Jestem wdzięczny Bogu za to doświadczenie. Ciągle nie wiem, jak byliśmy w stanie tak się zaprzyjaźnić; 45 letni były narkoman z Glaucester, 65 letni rozwodnik z Kanady i 55 letni, nie znający nawet słowa po angielsku, instruktor jazdy z Qubecu. No i my. Pomimo różnic energia między nami swobodnie płynęła i mieliśmy wrażenie, że znamy się od lat.

Po tym miesiącu w drodze czuję się lepszą osobą i choć moje problemy nie zniknęły i czekają na mnie tuż, tuż za rogiem, to jednak myślę, że udało mi się nabrać odpowiedniego dystansu do tego wszystkiego i mam więcej siły na mierzenie się z nimi.

Buen Camino.


Autobus do Barcelony 28.06.08, sobota,


14:30


Jesteśmy już w drodze do domu. W Barcelonie mamy być o siódmej rano, a samolot z Girony wylatuje o 12 w południe. Później pociąg do Katowic i następny już do Rycerki, gdzie mamy dojechać już około północy.

Pochodziliśmy dziś jeszcze po Santiago, wypiliśmy cafe con leche i zjedliśmy po kawałku tarta de Santiago. Przy wyjściu z hotelu pożegnała nas jazzowa orkiestra dęta i grupka cyrkowców. Po drodze okazało się, że w Santiago jest festyn i ulice pełne były stoisk z biżuterią i ubraniami, które w większości były prowadzone przez zarośniętych dredami wagabundów. Spotkaliśmy nawet chłopaka, od którego Tulasi kupiła kolczyki na festynie w Sarrii. Kupiliśmy sobie po parze szalonych spodni, które Tulasi dopiero musi nauczyć mnie ubierać.

Po drodze mamy przejeżdżać przez niektóre znajome miasta, jak Astorga, Leon, czy Burgos i może uda nam się zobaczyć gdzieś spóźnionych pielgrzymów.

Camino ma dla każdego inną rzecz. Nie wiem do końca od czego zależy to co daje poszczególnym osobom, ale wydaje mi się, że zależy to od indywidualnych, głębokich pragnień.


Barcelona 29.06.08, niedziela,


10:25


Jednak nie zdążyliśmy pożegnać się z tatą. Właśnie zadzwoniłem do domu i Ania powiedziała, że zmarł dziś rano.

Buen Camino tato…


Koniec




9 comments:

  1. Zaczęłam czytać. Wspaniałe, proste, szczere... Ale skoro to dziennik, nie mogę pochłonąć wszystkiego od razu:) Jeszcze tu wrócę.

    ReplyDelete
  2. zajrzałam dziś do Kokieterii, po dość długim niezaglądaniu i od postu do postu i komentarzy do tych trafiłam do tego o czym piszesz znjomo mi,a akurat o czym poszukuję informacji dla siebie.. na Drogę Zycia wejsc szykuję się od trocha juz..stanąć na Niej jeszcze czuję barkuje mi sil, ale poczytać jak Innym udało się to już..miło. Bardzo miło. pozdrawiam.

    ReplyDelete
  3. Pozdrowienia i buen camino! :)

    ReplyDelete
  4. Cięzko cokolwiek napisać po przeczytaniu, więc może tak: 15 minut przy dźwiękach z Magla Wagli i siedem momentów gęsiej skórki i jakiegoś dreszczu. Masz niesamowitą moc!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Coś ty, podobało ci się? Myślałem, że będzie zbyt sentymentalne dla ciebie, piszesz zwykle tak trzeźwo, rzeczowo u siebie, a ja to znowu jadę po bandzie z emocjami:) Bardzo dziękuję za komentarz. Zainspirowałaś się bardziej?:)

      Delete
    2. Bardzo ! Haha, ubawiłeś mnie teraz. Pomyślałam czytając Ciebie, że jest różnica między płciami ;) - umiesz ująć, co chcesz napisać w punktach, zamknąć myśl w krótkich słowach, układanych w krótkie zdania. Ja jestem wciąż taka sentymentalna i rozmemłana pisząc i myśląc. Dzięki Tobie chyba zaczęłam pisać krótsze zdania. Bo zazwyczaj jak zacznę to zdanie robi się pod/pod/podrzędnie złożone Widać chyba różnicę między ostatnimi postami a starszymi. Nie wiem, czy się bardziej zainspirowałam. Jakbym mogłą, to wyszłabym teraz, zaraz już. Ale piszesz świetnie. Słowo harcerza (... którym nigdy nie byłam ;).

      Delete
  5. Jest lepiej niż myślisz, wcale nie jesteś tak rozmemłana;) Co do zdań podpodpodrzędno złożonych, też tak robiłem. Aż postanowiłem zostać pisarzem. Dostałem wtedy ostro w kość od dobrze mi życzących krytyków (dzięki wam za wasze bezlitosne baty) i nauczyłem się na pewno jednego: zwięzłość, zwięzłość, jasność i zwięzłość:) Niestety marzenia pisarskie jakoś ucichły. Może się jeszcze odezwą:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Heh, dzięki. Nie mam ambicji prozatorskich. Bardzo długo nie pisałam, więc dopiero się rozpisuję. A z pisaniem, jak z bieganiem, albo to masz i lubisz albo nie. Zauważam, że masz mnóstwo talentów. Nie. Nie powiem 'nie marnuj tego' :P

      Delete
    2. Dobrze, że nie powiesz, musiałbym ci odpyskować :P
      Bo czym jest marnowanie? Lubię robić te swoje małe różne hobby, czasem komuś sie spodoba, czasem nie. Dla mnie to jest sposób, żeby nadać sens światu i sobie w momentach, kiedy tego sensu czuję mało (o nie, zabrzmiało górnolotnie, błeee:))

      Delete