Wednesday, 28 April 2010

Dziewięć dni obfitości 5



Dzień piąty

Zdecydowaliśmy się na długi spacer. Tulasi długo przebierała w spodniach, w końcu zdecydowała się na nowe, brązowozielone, a la Sindbad (ni to spodnie, ni to kiecka). Lubię te przechadzki. Gdyby wliczyć Camino de Santiago, to przeszliśmy razem z dwa tysiące kilometrów. A może więcej? Kiedy mieszkaliśmy w Krakowie, nie mając kasy na autobus (wtedy nie mieliśmy kasy na nic), czasami codziennie chodziliśmy z Kurdwanowa do centrum. Kawałek drogi. Lekko się wtedy rozmawia, nic człowieka nie rozprasza, pełen relaks.

Powiedziałem, że będę tęsknił za tą ulicą. Tulasi zmarszczyła nos. Tęsknić za Stokes Croft? Za narkomanami, zaszczanymi ulicami i śmieciami? He, he. Mi się podoba. Wyciągnąłem palec.
- Popatrz na tego pana, pod drzewem. Nierówny zarost, warstwa brudu, pomięty papieros w ustach, puszka piwa w kieszeni, pewnie bezdomny. Gościu dobił dna. Ale z drugiej strony pomyśl, jaką czuje ulgę. Nie musi się już ścigać, martwić, że upadnie (niżej się już nie da), podlizywać szefowi, planować emeryturę, bać raka płuc. Dziewiąta rano, a on sobie leży pod drzewem i z uśmiechem patrzy na biegających ludzi.
- I co?
- Zazdroszczę mu.
- Głupek.

Nie jedliśmy śniadania, więc za moją namową skierowaliśmy się do Falafel King – najlepsze falafele w Bristolu. Budka była jeszcze zamknięta. Pozostało Cosmo – chiński bufet – za siedem funtów jesz, aż nie padniesz. Do otwarcia ciągle pozostawały dwie godziny. Kupiliśmy sobie po bułce, sok, skoczyliśmy do biblioteki i z książkami rozłożyliśmy się na skwerku College Green. Ja wziąłem „Autostopem przez galaktykę”, Tulasi „Dom nad rozlewiskiem”. Ciężko było się skupić, bo naprzeciwko siedziała ognista Hiszpanka w kusej sukience. Wcale nie próbowała zasłaniać tego, co odsłaniał materiał i drwiąco patrzyła przez lustrzane okulary na potykających się mężczyzn, którzy nie potrafili powstrzymać się od zerknięcia.

Kilka minut przed dwunastą poszliśmy do restauracji. Jak zwykle w Cosmo, napakowaliśmy żołądek do granic wytrzymałości. Smażona oberżyna, fasolka szparagowa w sosie czosnkowym, kotleciki ziemniaczane, curry, samosy, smażone pieczarki... Choć myślałem, że pęknę, to po drodze kupiłem jeszcze loda z budki.

Resztę dnia spędziliśmy w domu. Leniwie, spokojnie. Obejrzałem odcinek Housa. Popracowałem nad książką. Wieczorem wdałem się w internetową dyskusję z Pilipiukiem (szły iskry). I tak zeszło do północy.



2 comments:

  1. przeczytałam tę stronę dziennika, która się jeszcze nie zwinęła do rulonu, fajne, trochę dużo jedzenia, a sny? a, widzę z boku sny, z góry dziękuję, tropię sny w pismach i odwrotnie:)

    ReplyDelete