Tuesday, 8 June 2010

Uwięzieni - sen



Uwięzieni
(sen)

Ruszamy z Tulasi na długo wyczekiwaną wyprawę lotnią. Nie jest to standardowa lotnia. Kruchą, drewnianą konstrukcję opina białe płótno. Przypomina samolot z lat dwudziestych. Pod spodem jest nawet mała kabina dla dwóch osób.

Z zachwytem spoglądamy na krajobrazy powoli przesuwające się u stóp. Góry porośnięte gęstym lasem, małe wioski, krowy na łąkach, ludzie kąpiący się w rzece. Cudowne uczucie pełnej wolności i niezwykłości.

Po kilku godzinach szybowania postanawiamy rozprostować kości. Lądujemy na leśnej polanie, wystarczająco szerokiej, żeby nie rozbić się o drzewa. Zetknięcie z ziemią sprawia, że znika beztroska. Czuję, że teraz znów coś może się nam stać, ktoś może nas zranić, zepsuć wszystko. Najchętniej od razu bym się wzniósł. Już mam to zaproponować, kiedy Tulasi zauważa wśród drzew mały budynek.
- Zobacz! – woła. – Jaki ładny domek. Będziemy kiedyś taki mieli?
Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Strach, wstręt, zagubienie. Mimo to składam nasz pojazd i idę za Tulasi, która postanawia podejść bliżej. Z jednej strony widzę, że domek jest ładny - drewniany, ozdobiony zabawnymi rzeźbami zwierząt i ludzi, furkocze mały wiatraczek… Mimo sielankowej scenerii mam wrażenie, że to tylko fasada, za którą czai się coś niewyobrażalnie złego. Czasami w snach robi się głupie rzeczy i wbrew swojej woli. Wchodzimy do środka.

Wita nas para uśmiechniętych staruszków. Częstują herbatą i ciastkami. Wydaje się, że Tulasi nic nie zauważa, ja natomiast widzę, jak wymieniają znaczące spojrzenia i złe uśmiechy. Mówię, że czas na nas, czeka nas jeszcze długa droga. Podniebne przestrzenie i beztroska wydają mi się teraz odległym snem. Ale wiem, że mamy szansę. Idziemy przez niespodziewanie długi korytarz. Jak zmieścił się w takiej małej chatce. Zaglądam w bok, poza barierkę. Kręci mi się w głowie od widoku nieskończonej głębi. To co widzieliśmy na powierzchni jest tylko czubkiem góry lodowej. Przyglądam się bliżej. Widzę w szczelinie piętro po piętrze, podobnych mieszkań, jak to, przez które szliśmy teraz, pełne ludzi. Część z nich ogląda telewizję, część pije herbatę, coś je, ale część podeszła do brzegu szczeliny i patrzy w górę, na mnie, z ciekawością, z uśmiechem. Niektórzy kiwają przyjaźnie.

Groza wypełnia mi serce. popędzam Tulasi, która też zaczyna zauważać, że coś jest nie tak z tym miejscem. Drzwi są coraz bliżej. Obmyślam najszybszy sposób złożenia lotni i ucieczki. Już prawie jesteśmy, gdy nagle… zapominam, czego chciałem. Zwalniamy, zwalniamy, zatrzymujemy się. Nasi gospodarze proponują nam ciastka i herbatę. Zgadzamy się. Trochę zakłopotani, bo wiemy, że o czymś zapomnieliśmy, ale z drugiej strony ciasteczko i herbata nie brzmi źle…

Ten dom to pułapka. Za każdym razem kiedy przypominam sobie, że chcę odlecieć, rozprasza mnie jakaś mała rzecz i zostaję w tym okropnym miejscu. Rok po roku. Starzejemy się. Coraz rzadziej pamiętam własny dom i podniebną wędrówkę. Złożona lotnia kurzy się w kącie, białe płótno jest już szare, zatęchłe. Życie to niekończące się filiżanki herbaty, ciastka i bezbarwne rozmowy z mieszkańcami. Czasami, w przebłysku świadomości, myślę, że oni też są więźniami, jak my, tylko są tutaj już tak długo, że zapomnieli. Czy my też kiedyś całkiem zapomnimy?

Któregoś razu, gdy wspomnienia uderzyły silniej niż kiedykolwiek, mówię Tulasi:
- Tym razem uciekamy na serio. Zatkaj uszy i biegnij za mną, na strych. Po drodze powtarzaj do siebie, co robimy, żeby nie zapomnieć.
Próbują nas zatrzymać nasi gospodarze-strażnicy-więźniowie. Odpycham ich i biegniemy. Próbuję utrzymać w otępiałym mózgu, wyślizgującą się myśl o ucieczce. Jesteśmy w końcu na ostatnim piętrze. Zamykam drzwi na zasuwkę i podpieram je ramieniem. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko ucieczki! Myśl ta dodaje mi siły. Myśli stają się jaśniejsze, konkretniejsze. Ze wstrętem myślę o herbacie i ciastkach, które płyną przez nasze żyły. Zatrute jedzenie.

Mówię Tulasi, żeby przygotowała lotnię – rozplątała sznurki, rozłożyła szkielet, płótno. Nie idzie jej za dobrze, a napór na drzwi jest coraz większy. Głosy bulgoczą, kotłują się, pozbawione pozorów człowieczeństwa. To już nie są głosy, ale jeden głos, wydobywający się z gardła Ciemności.
- Szybciej! – wołam do Tulasi.
- Próbuję! - odpowiada w panice, dusząc się łzami.

Głos(y) zaprasza na pożegnalną herbatkę, po której będziemy mogli odlecieć, gdzie chcemy. Jest przymilny, mizdrzący się, ohydny.
Widząc, że Tulasi sobie nie radzi, zostawiam drzwi i próbuję sam złożyć lotnię. Drzwi zaraz pękną na pół. Chwytam niedokończoną konstrukcję, podchodzę do okna, wołam do Tulasi, żeby się mnie chwyciła i skaczę, z nadzieją, że wiatr nas uniesie. Udaje się! Wiatr wieje mocno. Nagle ktoś chwyta mnie za stopę. Przerażony widzę twarz starszego pana, w przyciemnianych okularach. Z trudem rozpoznaję w wykrzywionych rysach naszego gospodarza. Wolną nogą kopię go z całej siły w twarz. Puszcza.

Wiatr unosi nas coraz wyżej. Z ulgą i wstrętem patrzymy na znikającą pośród drzew chatkę, nie potrafimy jednak przestać. Jakaś perwersyjna potrzeba nie pozwala oderwać wzroku, dopóki dom i las nie nikną za horyzontem. Patrzymy na siebie, na czyste niebo, zachodzące słońce i płaczemy z ulgą. Jesteśmy wolni.





2 comments:

  1. Hmm..Mama mnie kiedyś do "odczyniającej zło" zabrała, gdy po raz kolejny opowiedziałam jej podobny koszmar. Sen o ucieczce z makabrycznego miejsca pamiętam doskonale, choć miałam wtedy osiem lat. Czasami wraca z nowymi szczegółami, ale miejsce pozostaje to samo.

    ReplyDelete
  2. Czyli czary znachorki nie podziałały?;) Teraz już takich snów mam mniej, ale w dzieciństwie, gdzieś od 8 do 10 roku życia miałem koszmary prawie codziennie. Im bliżej był wieczór, tym bardziej się bałem i odwlekałem sen ile się dało. A po zamknięciu oczu wchodziłem do innego świata, z którego nie mogłem się obudzić. Trochę to wyparłem z pamięci. Na codzień już o tym nie myślę, ale kiedy wysilę pamięć i przywołam wspomnienia, to cieszę się, że zapomniałem.

    ReplyDelete