Friday, 15 April 2011

Uliczne wędrówki



Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)

Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.

Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.

- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.

Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.

* * *

Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.

Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.

Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…

Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.

* * *

Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.

Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.

Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.

Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.


3 comments:

  1. rzadko się zdarzają takie spotkania, które zapadają głęboko w pamięci na całe życie. poruszają, zmieniają tok myślenia, zostawiają ślad...

    dawno tu nie była, a kilka dni temu pobrałam sobie ostatni numer jasnej Polany. przemówienie Russella Meansa zrobiło na mnie wielkie wrażenie całkiem odmiennym sposobem patrzenia na świat. ciekawa jestem ile tej agresji i ekspansji właściwej ludziom białej rasy jest we mnie... mam nadzieję, że niewiele, ale... może chociaż moje dusza należy do plemienia Lakota?

    ReplyDelete
  2. przepraszam za literówki!

    ReplyDelete
  3. Hej Emma! Miło cię widzieć!No i super, że czytasz Jasną Polanę, kiedy nikt się nie odzywa, to czasami zastanawiam się czy ktoś to w ogóle czyta:)
    Mam nadzieję, że u ciebie w życiu wszystko w porządku.

    ReplyDelete