Friday, 13 May 2011

Dire Straits



Dire Straits

Dziś rano szliśmy z Tanią dróżką prowadzącą z supermarketu do mieszkania, dużo zieleni, kwiatów, stadnina koni, pstrokacizna ptaków, zapach końskiego nawozu. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jakby to było cudownie, gdyby nagle zniknęli wszyscy ludzie i zostalibyśmy tylko my dwoje. Spokój, nikt by nic od nas nie chciał, znaleźlibyśmy strzelby do obrony przed dzikimi zwierzętami, pojechalibyśmy na rowerach (póki drogi jeszcze by się nadawały) gdzieś do Prowansji i założylibyśmy tam nową Polskę (kto by nam zabronił?!), uprawialibyśmy ziemię, zajadali winogrona, wylegiwali się na słońcu, czytali książki.

Kiedy człowiek zaczyna marzyć o eksterminacji całej ludzkości, to chyba znak, że dzieje się w życiu niewesoło:)

No i faktycznie, dostajemy ostatnio w kość, a końca nie widać. Szczerze mówiąc nie pamiętam, żebyśmy byli kiedyś w takich tarapatach. Toniemy w systemie, który w chłodny, nieprzyjazny, udający bezosobowość sposób, traktuje nas jak wrogi organizm, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Tak przynajmniej czujemy się w tym zamieszaniu.

Cała kabała zaczęła się od tego, że zdaliśmy sobie sprawę, że w mieszkaniu, które wynajęliśmy, nie możemy się zameldować (pomimo faktu, że właścicielka przy podpisywaniu kontraktu zaklinała się, że nie będzie z tym problemu). Niby mała rzecz, a jednak okazuje się, że w Danii nie taka mała – bez zameldowania człowiek nie może podjąć pracy, iść do lekarza, na kurs językowy, etc. Nie dowiedzieliśmy się jednak tego tak od razu. Najpierw wzięliśmy się za całą kupę innych załatwień, z których każde po kolei okazało się niewypałem, tak jakby cały wszechświat zdecydował, że na każdy nasz ruch zareaguje oporem.

Oczywiście bez wpływów gotówkowych, prawie natychmiast zostaliśmy bez grosza. Najpierw trzeba było pożyczyć z jednego źródła. To wsiąkło błyskawicznie na bieżące wydatki – jedzenie, bilety, czynsz, rachunki. Następna pożyczka – okazało się, że starczyło tylko na zarejestrowanie się na stronie internetowej z ogłoszeniami mieszkaniowymi. Kolejna pożyczka na życie, ale okazuje się, że na angielskim koncie zrobił się nieautoryzowany debet, za który codziennie ściągają nam kupę kasy, trzeba to szybko zapełnić, a w międzyczasie przychodzi rachunek za internet. Tyle tylko, że nie za miesiąc, ale jakimś cudem za trzy miesiące plus opłata za instalację.

Ze sprzedanych butelek i puszek udało się zrobić zakupy na dwa dni, to kupiło nam trochę czasu. Oczywiście ciągle czekaliśmy na wypłatę Tani za zeszły miesiąc (choć już dwa tygodnie nowego miesiąca minęły) – pani z gminy była na urlopie, więc cierpliwie musieliśmy czekać na wyjaśnienie. Pierwszego dnia po powrocie z urlopu zadzwoniła do nas: „Ale przecież wy nie macie zameldowania. Jak chcecie dostać pieniądze?” „Ale…” „Nie ma ‘ale’ – bez zameldowania nie da rady wypłacić wam pieniędzy. System nie puszcza”. „Ok… Więc co?” „Jak to co? Znajdźcie sobie mieszkanie.” „Ale żeby znaleźć mieszkanie, potrzebujemy tych pieniędzy, których nie możecie nam dać, bo nie mamy mieszkania”. Normalnie, paragraf 22.

- Nie możemy teraz wrócić do Polski, co? – pyta nieśmiało Tania, hamując łzy.
Obejmuję ją.
- Raczej nie.
I zaczynam wymieniać ile wisimy i komu. Nie da rady. Teraz, niczym rzymska armia musimy przeć do przodu, bo centurion spalił za nami mosty i teraz tylko z tarczą albo na tarczy, nie ma innego wyjścia.

Przytulam ją mocniej. Otwieram najtańsze (z braku funduszy ostatnie na jakiś czas) wino dla siebie, Tania rozpakowuje paczkę wafelków i włączamy w sieci „Czas Honoru”, z desperacją uciekając od niezrozumiałej rzeczywistości kształtowanej przez biurokratów, polityków i biznesmenów, na ulice okupowanej Warszawy, chłopaki dają czadu pod samym nosem Abwehry i Gestapo, a my z niepokojem odliczamy odcinki pozostałe do końca.

Kiedy po raz tysięczny tego dnia klikam na email, facebooka i ogłoszenia mieszkaniowe, czekając na przełom, który nie ma zamiaru przyjść, a za oknem kpi lśniąca słońcem wiosna, zapach bzu wciska się przez okna, dzikie kaczki z małymi zataczają kółka na jeziorku, zieleń trawy, dębów i brzóz jest tak soczysta, że chciałoby się w niej wytarzać, to zdaję sobie sprawę, że chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak sam. Nie lubię tego wrażenia. Zamienia maj w listopad, serce w zardzewiałą puszkę, poezję w urzędowe formularze, a świat w niskopikselową grę komputerową na punkty, grę w którą jestem bardzo kiepski.

W obliczu trywialności, bezwzględności i mechaniczności materialnego życia, każda próba znalezienia w nim poezji i sensu spełza na niczym. Jedynie jakieś mocne wydarzenie wybijające mnie z wewnętrznego przekonania, że żyjemy w chłodnej, kalkulującej, interesownej maszynie - innymi słowy doświadczenie cudu - mogłoby mnie jeszcze przekonać, że… No, że jest po prostu inaczej, dobrze, normalnie jak w książkach.


5 comments:

  1. Będzie normalnie. Zobaczycie :)

    ReplyDelete
  2. Bo w końcu jak długo może być tylko gorzej?:) Kiedyś musi zacząć się kręcić w drugą stronę, nie?

    ReplyDelete
  3. Hej, trzymajcie się ciepło! Będzie lepiej, na sto procent będzie!

    ReplyDelete
  4. dokładnie! będzie dobrze! Grunt to zachować spokój. Spokój umysłu. O eksterminacji całej ludzkości? :) Na pewno sytuacja się rozwiąże. Zawsze rozwiązanie przychodzi wraz z ludźmi. Dlatego chyba zawsze warto być otwartym i życzliwym, zawsze się znajdzie wtedy ktoś kto wyciągnie pomocną dłoń, podsunie rozwiązanie w odpowiedzi na to, że sami komuś kiedyś pomogliśmy.

    ReplyDelete