Thursday, 16 June 2011

Zły sen



Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość.

Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając porozumiewawczo.
Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemnobrązowe od dymu i upływu czasu ściany sprawiały, że atmosfera była posępna i groźna. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, przyglądający mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.

Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.
- Gdzie ci się tak śpieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu.

Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby dodać mi otuchy. Po chwili byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę.

Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Rasta podał mi jointa.
- Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.
- Nie, dzięki stary, już mam dosyć. - Spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.
Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do przyjaciół.
- Słyszeliście? Ma dosyć – zarechotał, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i żółte białka. Głośniki zachrypiały o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu.
Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:
- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie zgubiłeś siebie...
- Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.
- Pamiętasz, jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.

Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Miałem jednak wrażenie, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.

- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?

- Dosyć! - Wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę – powiedziałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza.

Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.

Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.

Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.

Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym świadkiem mojej ucieczki był głuchy tupot butów (mych własnych).

Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków. Zatrzymałem się przed drzwiami. Ze środka dobiegł mnie stłumiony dźwięk tej samej piosenki, którą słyszałem w barze.
Wreszcie zabudowania skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem - stałem na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca.

Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na piasku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego.

Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju.

Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie...

Zwymiotowałem na piasek. Co to za miejsce?! Czy można stąd uciec?

Od strony miasta doszedł mnie jakiś hałas. Umęczone serce znów mocniej zabiło. Wbiłem wzrok w ciemność. Wielki, ciemny kształt wynurzył się spomiędzy budynków. Długie macki sięgnęły w moją stronę...

No comments:

Post a Comment