Saturday, 3 November 2012

Fantazje poterapeutyczne


















03.11.2012 
Sanatorium
pod Księżycowym Kraterem

     Drogi Pankracy

     Nie da się ukryć, że sztuka pisania listów dogorywa i raczej nie ma co oczekiwać jej odrodzenia. No ale mam to gdzieś. Brakuje mi zapachu papieru i odcisków od długopisa. Więc na złość będę pisał, a Twoim, mój drogi, psim obowiązkiem jest odpisywanie. Nie mów, że nie podnieca Cię myśl o wizytach listonosza, który miałby dla Ciebie nie tylko rachunki, broszury oraz książki z allegro, ale i żywy list. Dla mnie to by było coś.

     Długo się nie odzywałem, wiem. Mógłbym pewnie podać trochę rzeczy na usprawiedliwienie, ale ma to sens? Nie pisałem i już. 

     Ciekaw jestem, co u Ciebie. To znaczy coś tam mnie dobiegło. Że się rozwiodłeś (przykro mi, stary), że restauracja padła, że zaszyłeś się w Madrycie, pędząc życie wygnańca. Ale czy to wesołe życie uwolnionego wygnańca, czy też smutna wegetacja wygnańca-straceńca, tego już nie wiem. A chciałbym.

     U mnie było trochę cięższych lat. Nie będę podsumowywał wszystkiego, w końcu nasza ostatnia rozmowa telefoniczna trwała prawie godzinę. Kiedy to było? Dwa lata temu? Chyba jeszcze przed wyjazdem do Hrabstwa Miscatonic. 

     Właśnie skończyłem terapię dla nerwicowców. Już widzę, że się uśmiechasz z politowaniem, ale uwierz mi, wcale nie było mi do śmiechu. Ciężki czas. 

     Jak to się stało? W Miscatonic nie poszło. Wpadłem w długi, nie mogłem znaleźć pracy, mieszkania i co najważniejsze, przyjaciół. Bez ludzi usycham. To nie pierwszy raz ugrzązłem w bagnie, ale zwykle nie dawałem się złamać. Krok po kroku wychodziłem na prostą, bez większych blizn. Tym razem jednak rozsypałem się na kawałki. Wiesz, rzeczy, o których się czyta w Kierkegaardzie albo w żurnalach psychiatrycznych – ból istnienia, niepewność, niepokój, lęk egzystencjalny, strach przed szaleństwem, brak sensu, wszechświat widziany jako czarna, pusta przestrzeń, strach przed śmiercią, myśli samobójcze. To tak w skrócie, żeby cię nie męczyć, ha, ha. 

     Powiem szczerze, że przeraziłem się nie na żarty. Sam wiesz, że zawsze miałem skłonności do melancholii, zamartwiania się, widziałeś mnie w gorszych chwilach. Pamiętasz jak odwiedziłem Cię po wyprawie do Barcelony, gdzie o mały włos nie ukatrupiła mnie banda marokańskich rzeziemieszków? Tak, to był dół i utrata wiary w ludzi. Albo ten mój durny romans z Lucitą, kiedy z powodu tej sprytnej argentyńskiej księżniczki o mały włos nie posypało się moje małżeństwo? Był też niewypał z moją podróżą w czasie, kiedy ubzdurałem sobie, że anarchiści będą w stanie wygrać hiszpańską rewolucję z moją pomocą. Eh…

    Tak więc znasz moje upadki. Ten jednak był inny. Tamte historie rozgrywały się w jakimś kontekście, to ja byłem bohaterem przeżywającym przygody. Bolesne, to fakt, ale moje, barwne, mające smak. Natomiast ostatnie dwa lata były pozbawione kontekstu. Mój świat i ja rozsypaliśmy się na pstrokatą drobnicę, która zatraciła jakikolwiek sens. Wiesz, coś jak uświadomienie sobie, że na sto procent nie ma Boga. Albo odkrycie, że twoja ukochana żona jest agentką CIA, której jedynym zadaniem jest pisanie raportów na twój temat. Straciłem grunt pod nogami i zacząłem się miotać. Próbowałem samemu układać sobie ten sens. Próbowałem różnych rodzajów twórczości. Na przykład rysowanie. Widziałeś mój miscatoński blog? „Obcy w Hrabstwie Miscatonic”. Nie przeczę, dawało mi to przez chwilę frajdę. Nauczyłem się grać na ukulele. Dużo czytałem. Dąbrowski, spiritual emergency, Thomas Moore, Scott Peck, archetypy, mistycy, od poradników dla nerwicowców do traktatów o symbolach Tarota. Jak mały pyłek próbujący nadmuchać się do dawnych rozmiarów. I mimo wszystko pozostawałem pyłkiem. 

     Nie będę się rozwodził nad tym, jak myślałem o samobójstwie, bo uważam, że to głupie. Nie będę też pisał o romansach, nocnych bójkach, haszyszowych fajkach, skacowanych porankach, małżeńskich kłótniach, wywoływaniu opiekuńczych (głuchych) duchów. Znasz ten cały pakiet młodego Wertera (a wiesz, że w lutym uderzy mi już 37?! Już bliżej niż dalej). 

     No i jak wspominałem, w końcu wylądowałem na terapii. To był dobry ruch. Spotkanie się z grupą ludzi podobnie popieprzonych jak ja, pozwoliło mi nabrać dystansu do swojego stanu. Nie obyło się bez problemów, to fakt. Przede wszystkim oczekiwałem, że mądrzy ludzie z dyplomami lekarzy zaaplikują mi genialną metodę i moja dusza będzie uleczona. „Wstań Łazarzu, jesteś zdrów”. Jak się domyślasz, to nie zadziałało. Ale stało się coś innego. Nauczyłem się nie walczyć. Wbrew pozorom, to potwornie ciężka umiejętność, tak sobie przestać walczyć. To po pierwsze. Po drugie, nauczyłem się doceniać swój stan, uważać go nie za przekleństwo, lecz za błogosławieństwo. Dlaczego? Facet, ile ja odkryłem rzeczy o sobie. Wspomnienia, które wróciły, uczucia, które zagrzebałem, a teraz znów się odezwały. Nie mogłem uwierzyć, ile ja tam tego pochowałem, i mówię tutaj o cennych rzeczach. Kilkuletni rycerz Jedi, walczący z biedakiem opętanym przez demona alkoholu, i to jak świetlny miecz malca okazywał się spróchniałym kijkiem, a demon zawsze wygrywał (ta metafora mówi o pijaństwie w domu, nie wiem, czy dość jasna dla Ciebie, różnie u Ciebie z bystrością... Żartuję przecież!). Noce w lesie, z rozpuszczalnikiem, szukając przejścia do innych, lepszych światów. Prawdziwe miłości rozsypane po wioskowych chatkach. Sny o przyjaznych wampirach i dalekich rozwiązłych krewniaczkach.

     Uświadomiłem sobie, że chcę się zaprzyjaźnić ze swoją ciemnością, zamiast próbować rozproszyć ją za wszelką cenę. I to była dobra decyzja. Nerwy wyciszyły się, przestałem czuć się bezsilnym pyłkiem, zamiast tego poczułem się pełniejszy, zharmonizowany, silniejszy. Bo nie można być tylko ze światła, albo tylko z ciemności. Żeby być sobą, trzeba przyjąć wszystko, cały pakiet, który ułożył dla nas Najwyższy.

     Ha, ha, chyba zacząłem przesadzać z patosem, co? Zdarza mi się. Na terapii dowiedziałem się, że zbyt poważnie podchodzę do życia. Akurat tę cechę z chęcią bym złagodził, bo męczy mnie czasami.

     Co więcej? Może na razie starczy? Zaczekam na Twoją odpowiedź, jeśli oczywiście dasz się namówić na to zacofane epistolarne zboczenie. Ostrzegam, że na żadne emaile nie będę odpowiadał. Śmierdzi mi ten XXI wiek i nie zamierzam poddawać się mu bez walki. Zresztą powiedz sam – czyż nie będziesz się czuł lepiej opisując swoje madryckie przygody na zwykłej kartce papieru? Jakby wyglądałyby na ekranie komputera pojedynki na szpady z dumnymi Cyganami, schadzki w Retiro z czarnookimi Henriettami i Peppitami, ciemne interesy z arabskimi handlarzami ziół i wonności, przesiadywanie pod Puerta del Sol, pijąc Don Simona z kartonu, za sześćdziesiąt centów? Bo na ile Cię znam, to wierzę, że jesteś jednak wygnańcem przygodowym, a nie złamanym. 

     Trzymaj się, Pankraceńku, pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na list.

     Zawsze Twój,
     Montresor Amontillado

No comments:

Post a Comment