Saturday, 27 April 2013

Ucieczka oraz ogródek






















27.04.2013

     A jednak urwaliśmy się z Krakowa. Nagle się to stało; rano planowałem jeszcze remont nowego mieszkania, a wieczorem już siedzieliśmy w samochodzie do chatki w górach. Jak to wyszło? Gadaliśmy z Tanią i okazało się, że ma nerwy bardziej roztrzęsione niż myślałem. Przyznała się, że nie daje rady - całe to szukanie pracy, mieszkania, a do tego nadchodzący remont. Czuła się na granicy załamania.
     Z jednej strony trochę mi się smutno zrobiło, bo zacząłem poznawać fajnych ludzi, zaczęły zawiązywać się jakieś przyjaźnie, ale z drugiej chciałem wspierać Tanię, no poza tym poczułem ulgę, że możemy wycofać się do taborów, zamelinować w górach i zająć ogródkiem.

     Tak to już z nami jest. Jak dzieciaki. Odpływamy od brzegu, ale kiedy okazuje się, że nie mamy już gruntu, to szybciutko płyniemy z powrotem. To jedna rzecz. Druga jest taka, że naprawdę nie odnajdujemy się w tej ekonomicznej/zawodowej dżungli. Żyjemy w świecie idei, marzeń, ładnych rzeczy, opowieści, duchowości. Głęboko w środku wiemy oboje, że ten świat, który nas otacza to tylko krótki etap w drodze na wyższy poziom, a do tego etap ten jest dosyć kłopotliwy. Staramy się znaleźć tu swoje miejsce, dostosować się, ale to bardzo płytkie wysiłki, bez przekonania. Nie zależy nam, nie wkładamy w to całego serca. Myślę, że jedyna szansa dla nas, żeby znaleźć tu jakąś stabilizację, to w jakiś sposób nakierować naszą naturę, żeby przekuwać idee na sztukę i z tego móc podeprzeć się materialnie. Tylko, że też do końca nie wiemy jak. Zobaczymy, czy coś wyjdzie z naszej wspólnej książki.

     Dziś cały dzień spędziłem w ogrodzie. Ręce oklejone plastrem, z poodrywanych odcisków płynie coś klejącego, dłonie palą i szczypią, plecy sparzone słońcem, ale jestem zadowolony. Grządki przygotowane na jutrzejsze sianie. Dziś rano kupiliśmy nasion za pięć dych, może nawet nie starczyć nam miejsca na wszystko. Na pewno będę musiał dorobić jedną grządkę na truskawki. Będziemy mieli dużo dyni, cukinii, patisonów, ziół (wreszcie świeża bazylia!), pomidorków koktajlowych, rzodkiewek, buraków i jeszcze parę innych rzeczy, już nie pamiętam.


Jak widać, gleba niezbyt przyjazna, kamień na kamieniu, ale przebrałem to trochę, zobaczymy, jak roślinki dadzą sobie radę.
   


2 comments:

  1. No widzę, że Twój żywioł to zdecydowanie " powietrze i ogień" - he he. Nie ziemia. Sam pisałeś. No a tu takie piękne widoczki ziemistej ziemi. Ja też od roku na bezrobociu ale nie mam gdzie uciec - chyba, że pod ziemię. Masz swój kawałek ziemi. Może tutaj coś w końcu wyrośnie?
    pozdrawiam

    ReplyDelete
  2. Wiesz, ten azyl w górach to błogosławieństwo, ale i przekleństwo. Kiedy tylko robi się "gorąco" mamy gdzie uciec. Może gdybyśmy nie mieli, to byśmy bardziej się mogli zakotwiczyć.
    Może praca z ziemią dołoży ten żywioł do mojej osobowości:)

    ReplyDelete