Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019
11. Orebić w śmiesznym kapeluszu
(04.09.2019, południe, Orebić, Chorwacja)
Wreszcie wykąpałem się w morzu! Znalazłem w miarę miłą plażę niedaleko naszego hoteliku. Plaża, jak to w Chorwacji, nie urzeka urodą (żwir i cement, piasku nie uświadczysz), ale nie zależy mi. Wreszcie woda! Choć nie czuję się najlepiej, wirus, który zmógł M. też się do mnie lekko dobrał, to nie chciałem siedzieć w pokoju i oglądać chorwackiej telewizji (choć to też ciekawe).
M. ciągle zmęczona chorobą, została, a ja wypuściłem się na samotny spacer. Widać, że sezon się skończył. Plaże są puste, niektóre bary już zamknięte, czekając na przyszłoroczny zalew rodzin z dziećmi (głównie z Polski:), w ogóle tempo życia spowolniło. Trochę smutno mi się wśród tego chodziło samemu. Czułem się lekko odłączony. Chodzi sobie taki Marcyś w śmiesznym kapeluszu, zamknięty w swojej skorupce i patrzy na Adriatyk, czasem kupi sobie rakiję, zamoczy stopy w morzu...
Lista z Orebića:
1. Morze uspokaja.
2. Czekam, czy M. pozbiera się z hotelu i zjawi się tu przy mnie.
3. Sączę cydra – proper English Strongbow!
4. Szukam nastroju, który można by przerobić na słowa, ale ciężko mi z tym. Może to przez chorobę, ale wszystko wydaje się ogołocone. Jestem tylko ja, szum fal i powiew wiatru. Jakby cały świat był wielki, pusty, przytłaczający, a ja mały, istniejący tylko jako lampowy odbiornik radiowy.
5. Obok na kocu siedzi wytatuowana od stóp do głowy para z chłopczykiem z downem.
6. Dziś wieczorem do naszego hotelu przyjeżdża grupa trzydziestu Dominikańczyków.
(wieczór, Orebić, Chorwacja)
I dzionek przeleciał. M. poczuła się lepiej. Poszliśmy na długi spacer. Tak daleko, że nogi odmawiały mi już posłuszeństwa. Cóż to za urocze miejsce. Patrzyłem z zazdrością na domy z białego kamienia, ciasne uliczki, drzewa figowe, granaty, kwiaty i myślałem sobie, że mógłbym tutaj żyć. Zagubiliśmy się w rejonach, gdzie plażowicze się nie zapuszczają. Staruszek wyszedł na chwilę z rudery bez drzwi, popatrzył na nas bez wyrazu i schował się w środku. Z ciekawością, ale dyskretnie zerknąłem do środka. Goły stół, rozpadające się krzesło, pęk ziół wiszący spod sufitu, emaliowana, odrapana miska.
Kiedy dla ochłody wszedłem na chwilę do wody, nagle poczułem przeszywający ból w stopie. Bolało tak, że się przewróciłem i wtedy ból odezwał się w dłoni. Co to do cholery jest! Przyjrzałem się wodzie. Dno zaścielone było czarnymi jak obsydian kritersami. Coś mi się skojarzyło... Czy to nie były te słynne jeżowce? Wyszedłem ostrożnie z wody sycząc z bólu. Wieczorem M. próbowała wyciągnąć mi kolce ze stopy i z ręki, ale bez powodzenia. Kruszyły się jak krzemień. Internet doradził moczenie okładami z oliwy. Jeżowce, nie lubię was.
PS. Okazało się, że mój chorwacki mnie zawiódł: ta grupa 30 Dominikańczyków okazała się grupą uczniów szkoły klasztornej prowadzonej przez Dominikanów.
12. Kolce w stopie
(05.09.2019, po południu, Orebić, Chorwacja)
Dzień obijania się na plaży. M. już prawie zupełnie zdrowa. Plaża Trestenica nie spodobała się jej w ogóle. Niby ją rozumiem, nie umywa się to do plaż z Czarnogóry, czy z Albanii, gdzie stopy zapadały się w biały piasek, błękitne niebo zlewało się z turkusową wodą, a malownicze jaskinie i zakamarki kusiły tajemnicą. Tutaj jest inaczej. No ale mając pod ręką morze, a nie mając, to jednak potrafię się cieszyć nawet tutejszymi warunkami. Kolce, które ciągle siedzą głęboko w skórze, już tak nie bolą.
13. Na krańcu Hrvatska
(06.09.2019, południe, Lovište, Chorwacja)
Opuściliśmy Orebić, ale zostaliśmy na półwyspie Pelješac. Szybko dojechaliśmy na koniec półwyspu, do niewielkiego miasteczka o nazwie Lovište. Planujemy rozbić się tutaj na dziko. Kwatera u Vinki w Orebiću była miła i wygodna, ale trzy dni kosztowały nas sto euro. Nie możemy przesadzać z rozrzutnością. A zresztą obozowanie na dziko ma swój urok. Zaparkowaliśmy przy samej plaży. Mam nadzieję, że nikt nas stąd nie wyrzuci. Zaraz idziemy na spacer. Może uda nam się znaleźć coś mniej wyeksponowanego. No ale to jest problem w Chorwacji: wybrzeże jest wąskie, ciasno zagospodarowane, ciężko znaleźć ustronne miejsce.
Po przyjeździe wykąpaliśmy się w zatoczce tuż przy samochodzie. Później zjedliśmy śniadanie, a teraz M. się maluje i zaraz czas na zwiedzanie.
Zauważyłem, że mniej piszę w Chorwacji. Upał, morze, spokój – te rzeczy sprawiają, że zmysły i umysł leniuchują. Wszystko wydaje się jednym, długim, gorącym dniem. Nie ma o czym pisać.
(pod wieczór, Lovište, Chorwacja)
Siedzimy w zatoczce i patrzymy na kołyszące się jachty, miasteczka po drugiej stronie morza, błyszczące w blasku zachodzącego słońca fale. Gotuje się woda na kawę. Jachty to katamaran, a drugi zwykły z niemiecką banderą. Piję wino. M. zła, bo nie kupiliśmy mleka do kawy.
Lista Lovištowska:
1. Pobliska plaża z płaskim dnem, gdzie piasek jest tak drobny, że prawie można nazwać go mułem. Ale bez jeżowców! Mam uraz do tych małych skurwielin.
2. W kafejce spotkaliśmy Boba z Nowej Zelandii, którego przodkowie pochodzą z tych okolic. Zaprosił nas do swojego stolika i opowiedział o festiwalu, który organizuje za dwa dni w pobliskiej wiosce. Choć protestowaliśmy, zapłacił za nasze drinki. „Mam tyle pieniędzy, że nie wiem, co z nimi zrobić”.
3. W tej samej kafejce okazało się, że barman, Kazimir, nienawidzi Polaków. Mówił o tym bez ogródek.
- Nikt nie lubi Polaków – powiedział drwiąco.
- Tak? – popatrzyłem zaczepnie. – Przejechaliśmy całe Bałkany i zgadnij, kogo wszyscy nie lubią? Chorwatów.
M. kopnęła mnie pod stołem. Facet się wściekł i przez chwilę myślałem, że dojdzie do rękoczynów. Trochę żałowałem, że tak się nie stało. Nie chodzi o to, że byłem zły, czy urażony. Patrzyłem na to wszystko raczej z sympatią i żądzą przygody. Taka bójka we wiosce na skraju Chorwacji, z szowinistycznym barmanem... To byłoby świetne wspomnienie i historia do opowiadania w nudny zimowy wieczór. No ale Kazimir się powstrzymał.
***
Ten dziennik jest w tej podróży bardzo dla mnie ważny. Z M. mamy ciągle jakąś blokadę, więc czuję się samotny. Pisanie sprawia, że mam towarzystwo: swoje:) Jest to miejsce, gdzie mogę być sobą, swobodnie się wypowiadać, nie bać się oceny, że coś powiem nie tak.
A pomijając to wszystko? Cieszę się drogą. Chorwacja nie jest tak przyjazna i gościnna jak Serbia czy Bośnia, ale i tak mi się tutaj podoba. Ma to swój urok. A poza tym Adriatyk, figi, góry, język, który coraz bardziej się ze mną zżywa. I to uczucie, kiedy siedzę wieczorem na plaży, słucham szumu fal rozbijających się o plażę, skrzeczenia mew, czuję na twarzy ciepły powiew wiatru, choć to już wrzesień i w Polsce pewnie wieje chłodem. Smak wina, kanapki z lokalnym serem, pomidorami, które tylko tutaj tak smakują, albo z powidłami śliwkowymi, które tak zasmakowały M. że kupiła sobie kilka słoików do domu. Lucky Striki – krótsze niż u nas, z flow filtrem, które stały się dla nas naszymi „bałkańskimi papierosami”.
Co jeszcze?
- Czasami tęsknię za Bogiem. Lubiłem mieć go w swoim życiu, w codziennych sprawach.
- W miejscu dwa razy droższym niż reszta Bałkanów bardziej odczuwam, że nie mam pieniędzy.
- Prawie już nie czuję kolców jeżowca w stopie.
- Słońce nie zaszło na czerwono.
- Najwięcej wzruszeń w czasie tej wyprawy miałem przy lekturze Vonneguta.
- Choć minął już rok od tego wydarzenia (Czarnogóra 2018), to ciągle jestem dumny i szczęśliwy, że pokonałem lęk i zacząłem pływać w morzu po głębinie. Fobia zamieniła się w zdrowy szacunek dla żywiołu i radość z pływania.
- M. zawołała mnie na obserwację dziwów morskich. Zobaczyliśmy kraba chowającego się w dziurze i martwego jeżowca wyrzuconego na plażę.







No comments:
Post a Comment