Wednesday, 18 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część trzecia

Bałkany po raz czwarty - część trzecia

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019


















9. Mostarscy ludzie

(02.09.2019 rano, Blagaj, Bośnia)

   Jesteśmy już praktycznie gotowi do dalszej drogi. Samochód spakowany, ja po prysznicu, M. w trakcie, kawa wypita, no i czekamy aż Nadžad się obudzi, płacimy i ruszamy. Kierunek: Mostar. Przypomniałem sobie, że wziąłem swoje kartki do rozdawania na pamiątkę. Zostawię mu komplet.
   Bardzo mi się podoba mój nowy kapelusz. Nakrycie głowy ma to do siebie, że dodaje człowiekowi pewien ton i wpływa na jego osobowość. Szkoda, że to kapelusz czysto wakacyjny. Kiedy wrócę do domu, będzie musiał czekać na przyszłe lato.

   A gdybym zrobił taki River Camp u siebie na wiosce? Tylko co z dojazdem dla kamperów? Miejsce nad rzeką mam świetne, tylko tam jest tylko ścieżka rowerowa. Sam nie wiem. No i moja wioseczka to nie Blagaj:)

   Ale póki co wakacje ciągle trwają. Jeszcze półtora tygodnia wędrówki. Odlično!
   Ostatnie dwa dni lepiej pomiędzy mną a M. Wydaje się bardziej zrelaksowana, otwarta.

(po południu, Mostar, Bośnia)

   Od rana mieliśmy bardzo intensywny dzień. Po przyjeździe do Mostaru, może po jakichś dwudziestu minutach dojechała z Medjugorie mama (trochę się umawialiśmy na to spotkanie, ale przy bardzo sporadycznym dostępie do sieci, nie było to nic pewnego). Grupa z autokaru mamy poszła do kościoła franciszkanów na mszę, a my porwaliśmy ją na spacer po starym mieście. Kupiliśmy jej prezent na kramikach: kolorowy plecak. M. miała fajny pomysł, mama bardzo się ucieszyła. Pochodziliśmy chwilę, weszliśmy na słynny most, gdzie jakiś śmiałek wskoczył do wody, zaprosiliśmy ją na kawę i kiedy msza się skończyła, mama dołączyła do swojej grupy. Fajnie było się tak spotkać daleko od domu. Widziałem, że jest bardzo szczęśliwa i podekscytowana, choć trochę stresowała się, że zgubi grupę. Uspokoiłem ją, że na pewno nie, a jeśli nawet, to zawieziemy ją do Medjugorie pod hotel.



 

















   Później już we dwójkę wróciliśmy na stare miasto i poszwendaliśmy się wśród kramików, kupując pamiątki i oglądając kolorowe dziwy.  M. wpadła w szał zakupów i kiedy od Cyganki kupiła „ręcznie robiony” obrus, choć nie ma w domu nawet stołu, to zacząłem ją powstrzymywać. Ja również kupiłem kilka prezentów dla domowników, mam już prawie wszystkich. No ale kasa za szybko leci, muszę zacząć się hamować.
   W końcu wyczerpani czterdziestostopniowym upałem zatrzymaliśmy się na obiad w małej, niepopularnej restauracyjce w bocznej uliczce w centrum. Byliśmy jedynymi gośćmi. Marudny, gruby szynkarz podał nam obiad. W miarę smaczny. Kiedy wyszedł na główną ulicę wabić następnych gości, dosiadła się do nas jego miła żona. Od słowa do słowa okazało się, że zna sąsiadkę, która zaraz obok ma pokoje do wynajęcia. Zadzwoniła i załatwiliśmy pokoik za 20 euro za noc. Kiedy jej mąż dowiedział się o jej inicjatywie, zaczął ją ostro ochrzaniać. „Po co się mieszasz? Ty zawsze musisz coś wymyślić! Co cię obchodzą ci ludzie? Masz coś z tego?!” Pewnie nie zdawał sobie sprawę, że wszystko rozumiem. Jego żona kiwała głową potakująco, a kiedy gospodarz się odwrócił, mrugnęła do nas z uśmiechem.
   Teraz musieliśmy jakoś wymyślić, jak dojechać tutaj z parkingu pod kościołem. To była cała przygoda. Jedno jest pewne: nawigacja w Mostarze jest zupełnie bezużyteczna. Nie orientuje się, gdzie są jednokierunkowe ulice, a gdzie w ogóle nie ma dostępu dla samochodów. Sfrustrowany krążyłem w kółko wokół centrum. Na szczęście na ratunek ruszyli nam miejscowi. Kiedy podłamany utknąłem w jakiejś miniaturowej uliczce, podeszli do nas zatroskani Mostarowicze. Starszy pan, jego żona i chyba przyjaciel. Wyjaśniłem im, jak umiałem, jaka jest sytuacja. Starszy pan próbował mi wyjaśnić, jak dojechać, ale to było zbyt skomplikowane. Wreszcie zaproponowałem, żeby wsiadł ze mną do samochodu i mnie poprowadził. M. została na miejscu i poszła do hoteliku, który znajdował się jakieś 100 metrów dalej.
   Natomiast samochodem musiałem przejechać jakieś 4 kilometry, żeby się tam dostać. Starszy pan okazał się niesamowitym człowiekiem. Bardzo inteligentnym, wykształconym, serdecznym człowiekiem. Opowiedział mi trochę o wojnie i że teraz jest na emeryturze, trochę pomaga prowadzić żonie sklepik z ekologiczną żywnością i że bardzo kocha Mostar. Kiedy dojechaliśmy na miejsce szczerze podziękowałem. Odpowiedział, że nie ma o czym mówić. Że wierzy, ze każde uczynione dobro do nas wróci. Kontakt z taką osobą, to balsam dla duszy. Dałem mu na pamiątkę ćwiartkę Soplicy, których wzięliśmy kilka na prezenty. Pomachał mi na pożegnanie i odszedł.

   Teraz mały relaks na podwórku przed hotelikiem i zaraz znów idziemy pospacerować po mieście. Tym razem zobaczymy, jak wygląda Mostar nocą. No i teraz, skoro już nie czeka mnie prowadzenie samochodu, napiję się wreszcie zimnego piwa i mrożonej rakiji!

(wieczór, Mostar, Bośnia)


















   Za nami długi spacer. Pełen kroków, zakupów, rakiji i miłych ludzi. Bardzo przypadło mi do gustu to miasto. W małej knajpce wdałem się w pogawędkę z miejscowymi, którzy tłumaczyli mi jakiś żart, którego nie zrozumiałem. Później spytałem, dlaczego rakija z winogron nazywa się „loza”. Na to jeden z klientów odpowiedział: „A dlaczego u was alkohol z ziemniaka nazywa się wódka, a nie ziemniaczanka?”. Good point.
   Teraz siedzimy w jednej z dziesiątek małych restauracyjek w centrum. Niedaleko w knajpce śpiewa dziewczyna do akompaniamentu gitary. W większości zachodnie, romantyczne piosenki. Niby nie pasuje, ale ma to swój urok. Tym bardziej, kiedy do jej śpiewu dołączyło intonowanie mułły z meczetu. Taka właśnie jest dla mnie Bośnia: łączą się tutaj dwa światy: Zachodu i Orientu. Ta mieszanka jest dla mnie odurzająca. Porozmawiałem też z przesympatycznym kelnerem. Nazywa się Ali. Gadaliśmy o jego pracy, wspomniałem, ze przez lata pracowałem w knajpach i już bym do tego nie wrócił. Fajny koleś. On też musiał poczuć do nas sympatię, bo przyniósł nam darmową kolejkę rakiji (sam nie wiem, która to już dzisiaj:). Jestem lekko podpity.
   Trochę jeszcze posiedzimy. Miło jest w tym półmroku, wśród kolorowych świateł, różnych języków, śpiewu, zapachów. Nie jestem Polakiem. Jestem mieszkańcem świata. Moja narodowość to kosmopolityzm. Najlepiej czuję się w takich miejscach, w takiej różnorodności. To jeden z tych wieczorów, które ze mną zostaną.





















10. Zatrucie i ucieczka na wybrzeże

(03.09.2019, rano, Mostar, Bośnia)

   Za oknem szaro i siąpi deszcz. M. ciągle śpi, odrabia ciężką noc. Zatruła się czymś i całą noc wymiotowała. Ja też czułem się nieswojo na żołądku, ale mnie tak bardzo nie chwyciło. Wyskoczyłem do samochodu po naszą apteczkę i oboje zjedliśmy jakieś lekarstwa na żołądek.
   Dziś nie zabawimy długo w Mostarze. Chcemy dojechać na Peljesač i wreszcie zacząć cieszyć się morzem. Mam nadzieję, ze na wybrzeżu pogoda jest lepsza.

   Myślę, że to nasz ostatni wspólny wyjazd. Coś się skończyło. Smutno mi, czuję żal. Ponad dwa wspólne lata. Ale to normalne. W tym życiu wszystko jest na chwilę. Jeśli próbujemy zatrzymać coś na zawsze, to będziemy czuli frustrację, gniew, rezygnację. Ale to nie jest dobre. Trzeba uświadomić sobie, że życie to ciągle zmieniająca się rzeka. Płyńmy z jej prądem, ale nie przywiązujmy się do tymczasowych sytuacji. Bądźmy tu i teraz, czerpmy z tego ile się da, ale musimy zrozumieć, że wszędzie jesteśmy tylko gośćmi i współpasażerami. To jest trudne zagadnienie i myślę, że możemy się uczyć tego podejścia całe życie. Dla niektórych jest to nie do przejścia. Jest to pragnienie stałości, pewności, kontroli. Ale kontrola to iluzja. No... Ale mnie wzięło na filozofowanie:)
   Poczytam jeszcze Vonneguta, a kiedy M. wstanie, to jedziemy dalej.

(wieczór, Orebić, Chorwacja)

   Po długiem, smętnym, zachmurzonym dni, dojechaliśmy do Chorwacji. Niestety biedna M. jest coraz bardziej chora. Dopadła ją silna gorączka i nie może nawet nic jeść.
   Najpierw spróbowaliśmy Żuljany, ale to miejsce zupełnie nam nie spasowało. Pojechaliśmy więc dalej, w głąb półwyspu. M. czuła się coraz gorzej, więc spróbowałem znaleźć coś blisko, ale kolejna mała miejscowość była zupełnie wymarła, żaden pensjonat nie działał. No i ostatecznie dojechaliśmy do sporego miasteczka: Orebić. To miejsce okazało się bardzo przyjemne i urocze. Od razu znalazłem miły hotelik nad samą plażą. Utargowałem z właścicielką z 35 euro do 30. Właścicielka, Vinka, bardzo przejęła się chorobą M. Przyniosła nam herbatę rumiankową, miód i rakiję własnej roboty. Blada z wycieńczenia M. nie dała się jednak przekonać, więc rakiję wypiłem ja. Trzy kieliszki, zanim Vinka zorientowała się, że lepiej zabrać butelkę ze sobą:)
   W końcu przeniosłem do mieszkanka wszystkie rzeczy. M. padła do łóżka zupełnie nieprzytomna (38 stopni gorączki!). Ja poszedłem na spacer po plaży. Też nie czułem się za dobrze, ale chciałem zobaczyć, jak tutaj wygląda. Wstąpiłem do małej knajpki. Zjadłem obiad. Od razu widać, że wyjechaliśmy z Bośni: ceny tutaj są dwa razy większe niż tam. Nawet w Mostarze było taniej.
   Mam nadzieję, ze biedna M. dojdzie do siebie szybko. To naprawdę pech zachorować na urlopie i to w takim miejscu. Zaraz do niej wrócę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.
   Zostaniemy tutaj kilka dni.


No comments:

Post a Comment