Wednesday, 11 March 2020

Innuici na Wybrzeżu Zapomnienia






































Dookoła szaleje zaraza (podobno). Trochę mi głupio, bo zamiast się stresować, to czuję podekscytowanie. Rozmawiałem przez telefon z siostrą. Ona ma tak samo. To pewnie lektura Stevena Kinga w dzieciństwie. Rozpadające się cywilizacje, grupa bohaterów idzie po zgliszczach świata i choć demony i diabły szaleją, a źli ludzie próbują nas zabić, to jednak świeży start inspiruje do życia. W sumie moje ulubione sny, to te z końcem świata. Ale nie takim zupełnym końcem (jak wojna atomowa, czy wybuch supernowej), ale końcem cywilizacji.
Szkoda, że to tylko sztucznie napędzana panika, która wkrótce się skończy;)
Kiedyś miałem inaczej. Kiedy jeszcze byłem z Tanią, bardzo martwiłem się stanem świata. Cierpiałem na lekką hipochondrię, stresowały mnie wiadomości, bałem się potencjalnej wojny. Kiedy nasze małżeństwo się rozpadło, przestałem się bać. Okazało się, że nie bałem się o siebie, tylko o nią.
Dziś kolejny ciężki dzień. Z wysiłkiem skupiłem się na pracy, choć z powodu zarazy jest jej o wiele mniej. Kiedy spełniłem obowiązki, to znów sypnął się nastrój. Jak co dzień, otworzyłem butelkę wina, włączyłem muzykę (dziś trance i progressive house) i zacząłem malować. Jestem teraz upaćkany farbami po łokcie, zmęczony, ale czuje ulgę. Zawsze po twórczych rzeczach czuję ulgę. Jak po sraniu (uuuu, mister zgryźliwy;).

No comments:

Post a Comment