Dziś się wyspałem. Jakieś siedem godzin w jednym ciągu, to dla mnie rekordowy czas. Ale potrzebowałem. Po długim śnie sprawy są mniej intensywne, uczucia stonowane, spojrzenie trzeźwiejsze.
Sunday, 19 December 2021
Raniusienko
Dziś się wyspałem. Jakieś siedem godzin w jednym ciągu, to dla mnie rekordowy czas. Ale potrzebowałem. Po długim śnie sprawy są mniej intensywne, uczucia stonowane, spojrzenie trzeźwiejsze.
Saturday, 18 December 2021
Dzień jak sen
Rzeczywistość jest dzisiaj jak sen jakiś. Dziwny, smutny, ale i ciepły. Może dlatego, że mało spałem. Zasnąłem koło pierwszej w nocy, ale już o trzeciej obudził mnie sen. Serce waliło w piersiach, drżałem, łzy napłynęły mi do oczu. Bardzo realistyczny. Pojechałem do M. żeby jakoś ratować wszystko. Nie było jej w domu, ale otworzyła jej mama. Zaprosiła mnie na herbatę. W domu zobaczyłem wspólne zdjęcia M. z jakimś facetem, byli szczęśliwi, objęci, uśmiechnięci. Ogarnął mnie przeraźliwy żal i ten właśnie żal mnie obudził łzami, spoconą kołdrą i dudnieniem w piersiach.
Juz nie zasnąłem. Przewracałem się z boku na bok, a wreszcie włączyłem FB i oglądałem jakieś durne filmiki, jakieś tiktokowe dziwactwa młodzieży, których w ogóle nie rozumiem. I tak do piątej. W końcu wstałem, zrobiłem kawy, zagotowałem grzańca do termosu na kiermasz, pozbierałem się i ruszyłem w stukilometrową trasę.
Sen ciągle we mnie siedział. Kiedy jestem niewyspany, to jakoś te wszystkie emocje są bliżej powierzchni, tuż pod skórą, a czasami nawet skóry nie ma, tylko gołe, karmazynowe nerwy, fioletowe żyły, neurony skaczące złośliwie po obnażonym mózgu, sercu. Słuchałem spokojnej muzyki i co jakiś czas wyklinałem na życie i siłą próbowałem wymazać sprzed oczu nocną, straszną wizję, M w ramionach faceta, myśl o jej ciele w jego rękach, jego członku w niej. Taki biologiczno - egzystencjalny kryzys.
Rabka to senne, małe miasteczko. Kiermasz przed dworcem PKP był malutki, ciasny, zorganizowany amatorsko, chaotycznie, ale w sympatyczny sposób, który lubię. Jeszcze zanim się rozłożyłem, już zaczęły podchodzić pierwsze osoby. Pytać, rozmawiać, kupować. Dobrze się poczułem. Okazało się, że poranek był wróżbą na cały dzień. Kompletny kontrast do chytrych górali z Wisły. Co chwilę podchodziła osoba, która okazywała się artystą. Nawet jakąś stara babcia z chustką na głowie, spytała mnie o technikę malowania i pochwaliła się, że sama maluje pejzaże akrylami.
Była też jedna starsza najsmutniejsza na świecie pani, artystka, malarka. Jej mąż umarł 3 tygodnie temu na Covid. Powiedziała to jakoś tak żałośnie spokojnie.
- Boże, jak mi przykro - powiedziałem.
Łzy zaczęły wypełniać jej oczy.
- Dziękuję ci, młody człowieku. Straszne to. On mi pomagał w pracowni, jeszcze niedawno rozmawialiśmy, a już go nie ma.
Chwyciłem ją mocno za dłoń.
- Co za smutna historia. Niech się pani trzyma, dba o siebie, bardzo proszę.
Kobieta oddala uścisk z wdzięcznością. Wybrałem jedną kartkę z poematem i dałem jej na pamiątkę. Co za biedna pani.
Spotkań miłych, dobrych było więcej. Choć utarg nie był jakiś oszałamiający, to czułem się dobrze, połączony z ludźmi. Zwrócił się dojazd, koszty stoiska, jedzenie i jeszcze kilka stów zostało.
Zastanawiałem się jak spędzić noc. W samochodzie w śpiworach? Zerknąłem na komórkę. Mój fanpage polubił jakiś pensjonat. Zadzwoniłem. Okazało się, że to chłopak, który pomagał mi rano rozłożyć namiot i później jeszcze wpadł pogadać. Pensjonat był zamknięty, w remoncie, ale powiedział, żebym przychodził, bo ma dwie opcje. Albo pokój u niego w mieszkaniu, albo domek obok. I żebym nie myślał o pieniądzach, bo nic ode mnie nie weźmie. Ucieszyłem się z jego gościnności, ale wybrałem domek. Lubię przestrzeń i niezależność. Powiedział, że mimo wszystko, żebym wpadł później na herbatę porozmawiać. Zgodziłem się, choć wiem jakim jestem samotnikiem. Ale nie chciałem być gburem. Trzeba doceniać takie odruchy serca, gościnność.
Poszedłem zjeść coś do knajpy. W Cafe Słodka podali mi jedne z najlepszych pierogów, jakie jadłem. Siedzę teraz, piję piwo, piszę, odpoczywam.
W sumie chciałem, żeby ten wpis był bardziej artystyczny, oniryczny, bo przecież czuję się jak w jakimś śnie. Już mówiłem, że trochę w dobrym. Przyjazne postacie przesuwające się w tę i w tamtą stronę, mówiące słowa zachęty, wdzięczności, docenienia, jakiś obcy chłopak zapraszający mnie do domu, choć nie zna przecież, sąsiadka ze stoiska z naprzeciwka, której dałem pocztówkę, przynosi w prezencie pudełko czekoladek, Grzegorz z żoną, ze stoiska obok mówi, że lubi mnie, że nienawidzi etatu i woli coś z tego rękodzieła uciułać, niż na etacie robić nawet za 10 tys, jego poczciwa, sympatyczna żona potakująca z uśmiechem, dziesięcioletni chłopak zafascynowany "Spotkamy się w Perseidach", przecież to taki smutny, mroczny, dorosły obraz, prosi mamy, żeby mu dołożyła kasy, bo nie ma tyle, i więcej, więcej szczerych dusz, jak strumień. Kiedy wreszcie kończy się czas, rozłączają prąd, to aż nie chce mi się odchodzić. Smutek ciągle jest, ale już ten dobry, przejrzysty, rozumiejący, że życie to rzeka, jedność, człowieczeństwo, mosty, połączenia dusz choć na chwilę, ta pani, której umarł mąż, ten chłopiec, ten facet zapraszający mnie do domu, żul mówiący mi dzien dobry w kiblu na PKP. A nie ten poranny smutek, że ktoś rżnie kobietę, którą w jakiś sposób ciagle kocham.
No i wieczór znów. Znów obce miasto, obcy świat, obcy ja, taka alegoria życia. Wszyscy jesteśmy, jak pasażerowie, gdzieś na dworcu w Katowicach, na tym starym, z lat 90tych, z szarym betonem, narkomanami, zapachem moczu i gówna w podziemiach, podróżni czekający w swoich wytartych garniturach, rozciągniętych bluzach, kwiecistych sukienkach, a pociągi jadą gdzieś dalej, gdzieś indziej, gdzieś do domu.
Thursday, 16 December 2021
Plener, mechanik, wewnętrzne dziecko
Wednesday, 15 December 2021
Poranne afirmacje
Umysł mam trzeźwy, spokojny, emocje są wyciszone, tęsknoty i wątpliwości przesunęły się gdzieś do tyłu. Wczoraj wieczorem trafiłem na jakąś stronę FB w temacie samorozwoju, uzdrawiania po toksycznych relacjach, akceptacji siebie. Przeczytałem kilka artykułów, kilkadziesiąt pozytywnych cytatów i myśli. Czasami to pomaga.
Tuesday, 14 December 2021
Panna Anna, odwyk i malowanie
Żeby jakoś zająć czas postanowiłem zrobić coś twórczego i od samego rana zabrałem się za malowanie. Wybrałem spore płótno, żeby namalować coś większego. Noc, księżyc, ciche miasteczko, pełne przyjaznych mieszkańców, którzy kochają się, albo są samotni, albo się bawią, albo ukrywają, robią coś zwykłego, albo pochłaniają ich sprawy niezwykłe. Malowałem do trzeciej, zrobiłem niebo, księżyc, zarysy budynków, dachy i kominy. Jutro popracuję nad szczegółami domów: okna, anteny, balkony, drzwi, sznurki na pranie, koty. Zejdzie przy tym kilka godzin.
Brak alkoholu sprawia, że jestem bardziej twórczy. Nie tylko dlatego, że próbuję zabić czas, żeby nie męczyły mnie czarne myśli, ale po prostu taki mały wysiłek ku lepszemu życiu napędza pozytywne myśli. Nie mówię, że mnie ogarnęła radość życia znienacka, ale pośród smutku zjawiło się kilka dobrych chwil.
Moje miasteczko spowite śniegiem i mrozem. Dołożyłam właśnie do piecyka kawałek brzozy i trochę zadymiłam pokój. Ambroży patrzy na mnie z wyrzutem i pokasłuje po psiemu. Usiadłam przy biurku i zerkam z mojego poddasza na dymiące przytulnie kominy (pal licho smog:).
Przybyło mi kilka siwych włosów, ale uważam, że całkiem mi w nich do twarzy. Czas i tak jest dla mnie łaskawy. Moje ciało jest zaokrąglone tam, gdzie powinno, a wysmukłe tam, gdzie trzeba, a z moich oczu nie znika ciągle blask. Haha, zabrzmiałam strasznie kokieteryjnie, przepraszam, nie zamierzałam reklamować swoich wdzięków. Ot, po prostu się chciałam pochwalić.
Praca też w porządku, zleceń mam dokładnie tyle, ile trzeba: wystarczająco, żeby nie głodować, ale też i nie tyle, żebym czuła się przytłoczona. Ostrożnie wybieram zlecenia, bo uwielbiam rysować i nie chciałabym stracić przyjemności z tego, co robię.
A co u pana? Ucieszyłam się, kiedy przeczytałam w gazecie, że oficjalnie rozwija pan swoją artystyczną działalność. Wiem, że to bardzo dobra decyzja, nigdy nie wyobrażałam sobie pana na dłuższą metę na jakimś etacie. Ja już kilka lat po tej decyzji i nigdy nie żałowałam. Wiem, że tak samo będzie u pana. Co nie znaczy, że nie będzie czasami trudno, wiem coś o tym. Ale jeśli nie możemy spełniać swoich marzeń, to po cholerę się tutaj znaleźliśmy? Więc życzę panu z całego serca powodzenia.
Monday, 13 December 2021
Decyzja o terapii
Sunday, 12 December 2021
Powrót do domu
Wewnątrz to, co w sumie towarzyszy mi ostatnio na co dzień. Smutek, samotność, poczucie odcięcia od nurtu życia, lęk.
Hotelowy świt
Drugie skojarzenie to samotność. Wiele razy gdzieś tam uciekałem, im bardziej zagubiony, tym dalej. W jakimś lichym pokoiku chciałem odetchnąć po dniach wśród hałasu, tłumu, obcości, zimna. Ale pokoje hotelowe nie są najlepszym miejscem na ciepło. Bezosobowe, tymczasowe. Po chwilowej uldze (że już cicho), zaczynają się myśli, rozkminy, wątpliwości.
Wczoraj zasnąłem wcześnie, pewnie koło ósmej. Obudziłem się przed północą. Kac zupełnie mnie otrzeźwił. Wiedziałem, że szybko nie zasnę. Przepłukałem usta zimna wodą, zapaliłem papierosa i obejrzałem jakiś kiepski film na Netflixie. Jeden z tych, które kojarzą mi się z długimi podróżami autokarem: jakaś banalna akcja, sensacja, jeszcze banalniejszy happy end. Kiedy lata temu, zanim jeszcze loty stały się niewytłumaczalnie tanie, jeździłem autobusem do Danii, Anglii, Holandii, a nawet Hiszpanii. Zawsze zastanawiałem się, czy istnieje jakiś osobny wydział w Hollywood, który produkuje filmy dla polskich firm autokarowych. No bo nigdzie indziej na te filmy nie trafiałem.
Wreszcie koło 4 rano zasnąłem. Rano spłukałem z siebie sen i pot, używając taniego hotelowego mydła do rąk. Szczoteczka i pasta zostały w samochodzie więc nie umyłem zębów. Zrobiłem mocną kawę w hotelowej "kuchni" na korytarzu i już nie czułem, że coś zdechło mi w ustach. Wypaliłem dwa papierosy przed hotelem. Główna ulica była mroźna i pusta. Miałem nadzieję, że miasto się zaludni. Przydałoby się trochę utargu, żeby choć zwróciło się paliwo. Więcej nie oczekuję.
Saturday, 11 December 2021
Teorie spiskowe - sen
Tu Wisła


