Sunday, 19 December 2021

Raniusienko


Dziś się wyspałem. Jakieś siedem godzin w jednym ciągu, to dla mnie rekordowy czas. Ale potrzebowałem. Po długim śnie sprawy są mniej intensywne, uczucia stonowane, spojrzenie trzeźwiejsze.
Po kolacji w Cafe Słodka odwiedziłem swoich gospodarzy. Posiedzieliśmy z godzinę przy herbacie. Bardzo mili i ciekawi ludzie. Dopiero niedawno wrócili do Polski. Wiele lat mieszkali w Walii, gdzie działali w fundacji pomagającej niepełnosprawnym ludziom, a oprócz tego 3 lata w Kenii (w tej samej branży). Pokazali mi albumy ze zdjęciami z Afryki, wymieniliśmy opowieści, opinie. Bardzo miło.
Wreszcie zmęczony pożegnałem się i poszedłem do domku, w którym mnie ugościli. Pełen luksus, wszystko nowe, błyszczące, wyremontowane, warunki lepsze niż w niejednym hotelu. 
Juz jestem na nogach. Piję kawę, palę, za godzinę pewnie pójdę otworzyć mój namiot, ale wcześniej może puszczę sobie odcinek "Ghosts" (miła komedia BBC o duchach). 
Żałuję, że okres kiermaszowy już skończony, widzę, że zapewniłoby mi to stały dopływ gotówki. No ale przynajmniej będę miał kopa, żeby rozwinąć sprzedaż w sieci i poduczyć się o marketingu. Lubię się rozwijać.

Saturday, 18 December 2021

Dzień jak sen


Rzeczywistość jest dzisiaj jak sen jakiś. Dziwny, smutny, ale i ciepły. Może dlatego, że mało spałem. Zasnąłem koło pierwszej w nocy, ale już o trzeciej obudził mnie sen. Serce waliło w piersiach, drżałem, łzy napłynęły mi do oczu. Bardzo realistyczny. Pojechałem do M. żeby jakoś ratować wszystko. Nie było jej w  domu, ale otworzyła jej mama. Zaprosiła mnie na herbatę. W domu zobaczyłem wspólne zdjęcia M. z jakimś facetem, byli szczęśliwi, objęci, uśmiechnięci. Ogarnął mnie przeraźliwy żal i ten właśnie żal mnie obudził łzami, spoconą kołdrą i dudnieniem w piersiach. 

Juz nie zasnąłem. Przewracałem się z boku na bok, a wreszcie włączyłem FB i oglądałem jakieś durne filmiki, jakieś tiktokowe dziwactwa młodzieży, których w ogóle nie rozumiem. I tak do piątej. W końcu wstałem, zrobiłem kawy, zagotowałem grzańca do termosu na kiermasz, pozbierałem się i ruszyłem w stukilometrową trasę.

Sen ciągle we mnie siedział. Kiedy jestem niewyspany, to jakoś te wszystkie emocje są bliżej powierzchni, tuż pod skórą, a czasami nawet skóry nie ma, tylko gołe, karmazynowe nerwy, fioletowe żyły, neurony skaczące złośliwie po obnażonym mózgu, sercu. Słuchałem spokojnej muzyki i co jakiś czas wyklinałem na życie i siłą próbowałem wymazać sprzed oczu nocną, straszną wizję, M w ramionach faceta, myśl o jej ciele w jego rękach, jego członku w niej. Taki biologiczno - egzystencjalny kryzys. 

Rabka to senne, małe miasteczko. Kiermasz przed dworcem PKP był malutki, ciasny, zorganizowany amatorsko, chaotycznie, ale w sympatyczny sposób, który lubię. Jeszcze zanim się rozłożyłem, już zaczęły podchodzić pierwsze osoby. Pytać, rozmawiać, kupować. Dobrze się poczułem. Okazało się, że poranek był wróżbą na cały dzień. Kompletny kontrast do chytrych górali z Wisły. Co chwilę podchodziła osoba, która okazywała się artystą. Nawet jakąś stara babcia z chustką na głowie, spytała mnie o technikę malowania i pochwaliła się, że sama maluje pejzaże akrylami.

Była też jedna starsza najsmutniejsza na świecie pani, artystka, malarka. Jej mąż umarł 3 tygodnie temu na Covid. Powiedziała to jakoś tak żałośnie spokojnie.

- Boże, jak mi przykro - powiedziałem.

Łzy zaczęły wypełniać jej oczy.

- Dziękuję ci, młody człowieku. Straszne to. On mi pomagał w pracowni, jeszcze niedawno rozmawialiśmy, a już go nie ma.

Chwyciłem ją mocno za dłoń.

- Co za smutna historia. Niech się pani trzyma, dba o siebie, bardzo proszę.

Kobieta oddala uścisk z wdzięcznością. Wybrałem jedną kartkę z poematem i dałem jej na pamiątkę. Co za biedna pani.

Spotkań miłych, dobrych było więcej. Choć utarg nie był jakiś oszałamiający, to czułem się dobrze, połączony z ludźmi. Zwrócił się dojazd, koszty stoiska, jedzenie i jeszcze kilka stów zostało.

Zastanawiałem się jak spędzić noc. W samochodzie w śpiworach? Zerknąłem na komórkę. Mój fanpage polubił jakiś pensjonat. Zadzwoniłem. Okazało się, że to chłopak, który pomagał mi rano rozłożyć namiot i później jeszcze wpadł pogadać. Pensjonat był zamknięty, w remoncie, ale powiedział, żebym przychodził, bo ma dwie opcje. Albo pokój u niego w mieszkaniu, albo domek obok. I żebym nie myślał o pieniądzach, bo nic ode mnie nie weźmie. Ucieszyłem się z jego gościnności, ale wybrałem domek. Lubię przestrzeń i niezależność. Powiedział, że mimo wszystko, żebym wpadł później na herbatę porozmawiać. Zgodziłem się, choć wiem jakim jestem samotnikiem. Ale nie chciałem być gburem. Trzeba doceniać takie odruchy serca, gościnność.

Poszedłem zjeść coś do knajpy. W Cafe Słodka podali mi jedne z najlepszych pierogów, jakie jadłem. Siedzę teraz, piję piwo, piszę, odpoczywam.

W sumie chciałem, żeby ten wpis był bardziej artystyczny, oniryczny, bo przecież czuję się jak w jakimś śnie. Już mówiłem, że trochę w dobrym. Przyjazne postacie przesuwające się w tę i w tamtą stronę, mówiące słowa zachęty, wdzięczności, docenienia, jakiś obcy chłopak zapraszający mnie do domu, choć nie zna przecież, sąsiadka ze stoiska z naprzeciwka, której dałem pocztówkę, przynosi w prezencie pudełko czekoladek, Grzegorz z żoną, ze stoiska obok mówi, że lubi mnie, że nienawidzi etatu i woli coś z tego rękodzieła uciułać, niż na etacie robić nawet za 10 tys, jego poczciwa, sympatyczna żona potakująca z uśmiechem, dziesięcioletni chłopak zafascynowany "Spotkamy się w Perseidach", przecież to taki smutny, mroczny, dorosły obraz, prosi mamy, żeby mu dołożyła kasy, bo nie ma tyle, i więcej, więcej szczerych dusz, jak strumień. Kiedy wreszcie kończy się czas, rozłączają prąd, to aż nie chce mi się odchodzić. Smutek ciągle jest, ale już ten dobry, przejrzysty, rozumiejący, że życie to rzeka, jedność, człowieczeństwo, mosty, połączenia dusz choć na chwilę, ta pani, której umarł mąż, ten chłopiec, ten facet zapraszający mnie do domu, żul mówiący mi dzien dobry w kiblu na PKP.  A nie ten poranny smutek, że ktoś rżnie kobietę, którą w jakiś sposób ciagle kocham.

No i wieczór znów. Znów obce miasto, obcy świat, obcy ja, taka alegoria życia. Wszyscy jesteśmy, jak pasażerowie, gdzieś na dworcu w Katowicach, na tym starym, z lat 90tych, z szarym betonem, narkomanami, zapachem moczu i gówna w podziemiach, podróżni  czekający w swoich wytartych garniturach, rozciągniętych bluzach, kwiecistych sukienkach, a pociągi jadą gdzieś dalej, gdzieś indziej, gdzieś do domu. 

Thursday, 16 December 2021

Plener, mechanik, wewnętrzne dziecko

Dzień w plenerze. Wyjechałem z domu o siódmej, żeby zdążyć do mechanika przed ósmą, z nadzieją, że uda się być pierwszym w kolejce. Okazało się, że nie było szans. Miałem teraz dylemat: wracać 30 km do domu autobusem albo pociągiem, żeby wrócić tutaj po kilku godzinach na terapię, czy też zostać i połazić. W końcu zostałem. Pospacerowałem po miasteczku, odwiedziłem park. Placki brudnego śniegu, wilgoć, smog, zostawiający na języku pylny posmak... No nie było to jakoś za piękne, ale nie przeszkadzało mi. Zjadłem na ławce bułkę z humusem i wegańską kaszanką, zapaliłem papierosa, pogadałem na whatsapie z Magdą. Przyznała się, że też myśli o terapii, podziękowała za inspirację. Zrobił się łańcuszek szczęścia. Aga powiedziała mi o swojej terapii, inspirując tym mnie, teraz ja powiedziałem Magdzie. Ciekawe czy łańcuszek ruszy dalej:)
Do umówionej godziny miałem jeszcze kawał czasu, więc odwiedziłem Empik, żeby się trochę ogrzać, buszując w książkach. Oczywiście nie skończyło się na buszowaniu. Wydałem 150 na książki. Dzięki Empik premium zaoszczędziłem 20 złotych. Kupiłem opowiadania Murakamiego "Mężczyźni bez kobiet" (książka jak znalazł dla mnie), ponadto coś dla ducha: "Zadbaj o wewnętrzne dziecko" i wreszcie zdecydowałem się na cholernie drogi pierwszy tom "Outlandera", czyli pierwowzór mojego ukochanego serialu. Jeśli uda się wciągnąć w lekturę, to czeka mnie wydatek na kilkaset złotych, bo jest tego wszystkiego osiem grubych tomów. Ale chciałbym znów odwiedzić świat mojej drogiej Claire Fraser i zostać tam na chwilę.
A później usiadłem w kawiarni przy zimowej herbatce i tu jestem. Czytam "Wewnętrzne dziecko", zjadłem pucharek owocowy (paskudny), z sufitu zwisają wielkie kłęby waty, ktore chyba miały być chmurami, ale bardziej wyglądają na barany, dwie nastolatki jedzą ciastko i rozmawiają o kosmetyczce i na jaki kolor zafarbować włosy, z głośników piosenki świąteczne z lat osiemdziesiątych, przerywane głosem spikera, saksofon, dzwoneczki, żeński popowy wokal...
Lektura bardzo dobra, mocna, trzeźwa, uspakajająca. Wiedza pozwala spojrzeć na siebie z dystansem, z większym zrozumieniem, a dystans i zrozumienie procesów wewnętrznych zmniejsza ból i wycisza wewnętrzny konflikt i żal. Tym bardziej się cieszę na terapię. 
Zostało mi jeszcze 45 minut do spotkania. Miejsce jest niedaleko, jakieś 10 minut spaceru. Na Google maps widzę, że gdzieś nad Sołą. Poczytam jeszcze chwilę i idę.
Garik zadzwonił, termostat wymieniony. Zauważył jednak mały wyciek przy przewodzie paliwowym, więc umówiliśmy się na styczeń. Powiedział, że zrobi mi to w o ramach gwarancji.

Albo idę już teraz. Posiedzę jeszcze nad rzeką.



Wednesday, 15 December 2021

Poranne afirmacje

Nie ma jeszcze ósmej rano. Włączyłem na Spotify jakąś wiązankę indie folk, spokojne, pozytywne wibracje. Spałem dziś całą noc, od dziesiątej wieczorem do szóstej rano. Myślę, że to wczorajsza abstynencja. Miło obudzić się bez kaca. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem w półmroku, w nogach łóżka sztalugi z moją ostatnią pracą i poczułem silną inspirację, żeby wstać i dać się pochłonąć twórczości. Zapomnieć o otoczeniu i tworzyć sobie swój świat. Rozpaliłem w kominku, zrobiłem kawę, zapaliłem papierosa przy piecu (wtedy cug porywa dym do komina i nie muszę wychodzić na zewnątrz, a jakoś nie chce mi się tam iść - mgła, wilgoć, chłód). Najchętniej bym w ogóle dzisiaj nie wychodził, ale w lodówce pusto, nie wiem co wymyślić. Chyba, że zupę soczewicową, mam jeszcze pół woreczka czerwonej soczewicy. Do tego mógłbym usmażyć na maśle grzanki z piątkowego chleba. Może tak zrobię.

Umysł mam trzeźwy, spokojny, emocje są wyciszone, tęsknoty i wątpliwości przesunęły się gdzieś do tyłu. Wczoraj wieczorem trafiłem na jakąś stronę FB w temacie samorozwoju, uzdrawiania po toksycznych relacjach, akceptacji siebie. Przeczytałem kilka artykułów, kilkadziesiąt pozytywnych cytatów i myśli. Czasami to pomaga. 


Tuesday, 14 December 2021

Panna Anna, odwyk i malowanie

Robię sobie mały odwyk. Spróbuję nie pić do piątku włącznie. Poza tym picie nie cieszy mnie ostatnio, nie wycisza, jak kiedyś, a tylko lekko otępia. Czuję brak, łaknienie, ale póki co, nie jest to bardzo kłopotliwe. Zobaczę jutro. 
Żeby jakoś zająć czas postanowiłem zrobić coś twórczego i od samego rana zabrałem się za malowanie. Wybrałem spore płótno, żeby namalować coś większego. Noc, księżyc, ciche miasteczko, pełne przyjaznych mieszkańców, którzy kochają się, albo są samotni, albo się bawią, albo ukrywają, robią coś zwykłego, albo pochłaniają ich sprawy niezwykłe. Malowałem do trzeciej, zrobiłem niebo, księżyc, zarysy budynków, dachy i kominy. Jutro popracuję nad szczegółami domów: okna, anteny, balkony, drzwi, sznurki na pranie, koty. Zejdzie przy tym kilka godzin. 
Brak alkoholu sprawia, że jestem bardziej twórczy. Nie tylko dlatego, że próbuję zabić czas, żeby nie męczyły mnie czarne myśli, ale po prostu taki mały wysiłek ku lepszemu życiu napędza pozytywne myśli. Nie mówię, że mnie ogarnęła radość życia znienacka, ale pośród smutku zjawiło się kilka dobrych chwil.

***

Dobry wieczór panie Redaktorze
Wybaczy pan moją długą nieobecność, ale pochłonęły mnie sprawy życia codziennego. Nie jest to wytłumaczenie, ponieważ mogłam w każdej chwili usiąść i napisać list, ale nie chodzi o to. Po prostu byłam gdzieś indziej.
Moje miasteczko spowite śniegiem i mrozem. Dołożyłam właśnie do piecyka kawałek brzozy i trochę zadymiłam pokój. Ambroży patrzy na mnie z wyrzutem i pokasłuje po psiemu. Usiadłam przy biurku i zerkam z mojego poddasza na dymiące przytulnie kominy (pal licho smog:). 
Przybyło mi kilka siwych włosów, ale uważam, że całkiem mi w nich do twarzy. Czas i tak jest dla mnie łaskawy. Moje ciało jest zaokrąglone tam, gdzie powinno, a wysmukłe tam, gdzie trzeba, a z moich oczu nie znika ciągle blask. Haha, zabrzmiałam strasznie kokieteryjnie, przepraszam, nie zamierzałam reklamować swoich wdzięków. Ot, po prostu się chciałam pochwalić. 
Praca też w porządku, zleceń mam dokładnie tyle, ile trzeba: wystarczająco, żeby nie głodować, ale też i nie tyle, żebym czuła się przytłoczona. Ostrożnie wybieram zlecenia, bo uwielbiam rysować i nie chciałabym stracić przyjemności z tego, co robię. 
A co u pana? Ucieszyłam się, kiedy przeczytałam w gazecie, że oficjalnie rozwija pan swoją artystyczną działalność. Wiem, że to bardzo dobra decyzja, nigdy nie wyobrażałam sobie pana na dłuższą metę na jakimś etacie. Ja już kilka lat po tej decyzji i nigdy nie żałowałam. Wiem, że tak samo będzie u pana. Co nie znaczy, że nie będzie czasami trudno, wiem coś o tym. Ale jeśli nie możemy spełniać swoich marzeń, to po cholerę się tutaj znaleźliśmy? Więc życzę panu z całego serca powodzenia.
Nie obrazi się pan, że na tym zakończę ten krótki przypominający o mojej skromnej osóbce list? 
Serdecznie pozdrawiam i mocno ściskam
Pana na zawsze przyjaciółka
Anna Słota

***

Pani Aniu!
Jak ja się cieszę!
Oczywiście, że się nie gniewam za tę długą przerwę, przecież sam mogłem w każdej chwili napisać. No ale podobnie jak pani to ujęła, byłem gdzieś indziej. Gdzie? Ach, nie chce mi się dzisiaj o tym pisać. Chcę się po prostu pocieszyć pani listowną obecnością.
Ale po kolei.
1. Moja wioseczka również obsypana śniegiem. I również dymią kominy, ale że nie mam okazji romantycznie ich oglądać z poddasza, jak pani, to ciężko mi nie myśleć o dymnym smrodzie, który zasnuł naszą dolinę żółtawą mgłą. Założę się, że do pani okna smog nawet nie dochodzi:)
2. Jestem pewny, że te kilka siwych włosów jedynie dodało pani uroku. Choć nigdy się nie widzieliśmy, to wiem, jak pani wygląda. Nie tylko z pani słów, czy z autoportretu, który kiedyś łaskawie mi pani przysłała. Mam wrażenie, że widzieliśmy się w snach. Właśnie tam, podczas nieważkich spacerów pod uśmiechniętym księżycem trzymałem panią za rękę i opowiadaliśmy sobie anegdotki i sprawy poważne. Wiem jak działają sny: to o czym się myśli na jawie, łączy się tam w pewną sensowną całość, która wydaje się prawdą. Ale kto powiedział, że czasami nie dzieje się tak, że dwie śniące osoby tworzą światy, które łączą się na chwilkę? Nie są już zamkniętą kapsułą tylko naszych własnych myśli, ale stają się chwilowym wspólnym balonem na nocnym niebie? Kto nam tego może zabronić?:)
3. Dziękuję za słowa wsparcia, dotyczące mojego biznesu. Też czuję, że to był jedyny słuszny wybór. Zbyt mało życia już zostało, aby siedzieć gdzieś w ciasnym biurze, spełniając czyjeś ciasne sny za kilka groszy. Wolę te kilka groszy zarobić pędzlem, snem i marzeniem. 

Pani Aniu, powtórzę się: bardzo, bardzo cieszę się, że zdecydowała się pani napisać. Przypomniało mi to, że pani listy zawsze były dla mnie wyjątkowo ważną sprawą w moim życiu. Pośród głupich, trywialnych rzeczy, obojętnych ludzi, mechanicznych obowiązków, z pani słowami, zawsze czułem się jak prawdziwy człowiek - pełny, rozumiany i mający sens.
Mam nadzieję, że nasza korespondencja znów ożyje.
Całuję panią w oba policzki, na trzy razy (jak kiedyś się robiło).
Pani na zawsze
Marcelino Smutasiński

Monday, 13 December 2021

Decyzja o terapii

Zapisałem się dzisiaj na terapię. Rozmawiałem ze znajomą. Zwierzyła się, że znalazła niedaleko darmową terapię dla DDA. Próbuję jeszcze szukać znaków, więc zadzwoniłem i załatwiłem wizytę. Potrzebuję pomocy w poradzeniu sobie z tym wszystkim. Chowanie się za byciem artystą i coraz większym spożyciem alkoholu to raczej doraźne rozwiązanie. Prawda jest taka, że byłem w ciężkim, toksycznym związku i zostawiło to na mnie piętno. Nie będę wchodził w szczegóły. Kiedy sobie przypominam niektóre sytuacje, to jest mi wstyd, że na to pozwalałem. Łącznie z fizyczną przemocą. Ale chyba jeszcze bardziej jest mi wstyd, że nabawiłem się syndromu sztokholmskiego i tęsknię za tą osobą, usprawiedliwiam ją, przeżywam jej brak, mam ogromne poczucie winy, rozwala mnie dysonans poznawczy, bo z jednej strony wiem, że kończąc to, podjąłem dobrą decyzję, a z drugiej myślę sobie, że może wcale nie. Fuck... Byłem już kiedyś na terapii, więc wiem, że jest to dla mnie pomocne. Sam fakt wygadania swoich uczuć, ich walidacji, daje nadzieję i pozwala poczuć się zakotwiczonym w tej rzeczywistości.

Część dnia spędziłem aktywnie. Naniosłem drewna do kuchni i pokoju, bo mróz coraz bardziej dokucza. Zniosłem z auta skrzynki z towarem. Rozdzieliłem obrazy, pocztówki i wydruki na części. Nie ma sensu wozić ze sobą wszystkiego. Usmażyłem ziemniaków z cebulą i papryką, dorzuciłem trochę kukurydzy z puszki, starczyło mi na cały dzień. Później poszedłem do Żabki po wino, fajki i chipsy. Włączyłem House'a, żeby trochę oderwać się od rzeczywistości.

A to dopiero piąta. Z niechęcią czekam na wieczór. Najpierw nie będę mógł zasnąć, ale uda się. Później obudzę się w środku nocy i do świtu będę się szarpał z bezsennością. Aż koło siódmej wstanę, zrobię kawy, zapalę papierosa.

Kiedyś coś się w końcu wydarzy. 

Sunday, 12 December 2021

Powrót do domu

Palę w piecach, powoli wyganiam mróz ze ścian, a przy okazji grzeje się woda w bojlerze, potrzebuję długiej kąpieli. Ruch w biznesie jakiś tam dzisiaj miałem. Moi odbiorcy są raczej specyficznym typem ludzi. Poznaję to po błysku w oku, kiedy trafiają na moją galerię. Reszta rzuca tylko zdawkowo okiem, z twarzy wyczytać można niezrozumienie, obcość, a czasami nawet irytację. A inni coś widzą, wzruszają się, chcą rozmawiać, otwierają się, widać, że czują połączenie. Aha - no i jeszcze dzieci: one w większości są zaciekawione. Zwróciły mi się koszty i jeszcze zostało na życie na ten tydzień i na mechanika (coś szwankuje z termostatem albo nagrzewnicą, marznę w czasie jazdy). Więc nie narzekam. Za tydzień Rabka i na tym kończy się sezon kiermaszowy.
Wewnątrz to, co w sumie towarzyszy mi ostatnio na co dzień. Smutek, samotność, poczucie odcięcia od nurtu życia, lęk. 

Hotelowy świt

Z hotelami mam dwa przeciwstawne skojarzenia. Jedno to ekscytacja, seks, odpoczynek. Gdzieś tam w drodze, z kobietą, po całym dniu włóczenia się, zwiedzania, poznawania nowego miejsca, chowamy się w jakiejś mniej albo bardziej przytulnej norce, bierzemy prysznic, oglądamy telewizję, cieszymy się sobą.

Drugie skojarzenie to samotność. Wiele razy gdzieś tam uciekałem, im bardziej zagubiony, tym dalej. W jakimś lichym pokoiku chciałem odetchnąć po dniach wśród hałasu, tłumu, obcości, zimna. Ale pokoje hotelowe nie są najlepszym miejscem na ciepło. Bezosobowe, tymczasowe. Po chwilowej uldze (że już cicho), zaczynają się myśli, rozkminy, wątpliwości.

Wczoraj zasnąłem wcześnie, pewnie koło ósmej. Obudziłem się przed północą. Kac zupełnie mnie otrzeźwił. Wiedziałem, że szybko nie zasnę. Przepłukałem usta zimna wodą, zapaliłem papierosa i obejrzałem jakiś kiepski film na Netflixie. Jeden z tych, które kojarzą mi się z długimi podróżami autokarem: jakaś banalna akcja, sensacja, jeszcze banalniejszy happy end. Kiedy lata temu, zanim jeszcze loty stały się niewytłumaczalnie tanie, jeździłem autobusem do Danii, Anglii, Holandii, a nawet Hiszpanii. Zawsze zastanawiałem się, czy istnieje jakiś osobny wydział w Hollywood, który produkuje filmy dla polskich firm autokarowych. No bo nigdzie indziej na te filmy nie trafiałem.

Wreszcie koło 4 rano zasnąłem. Rano spłukałem z siebie sen i pot, używając taniego hotelowego mydła do rąk. Szczoteczka i pasta zostały w samochodzie więc nie umyłem zębów. Zrobiłem mocną kawę w hotelowej "kuchni" na korytarzu i już nie czułem, że coś zdechło mi w ustach. Wypaliłem dwa papierosy przed hotelem. Główna ulica była mroźna i pusta. Miałem nadzieję, że miasto się zaludni. Przydałoby się trochę utargu, żeby choć zwróciło się paliwo. Więcej nie oczekuję.



Saturday, 11 December 2021

Teorie spiskowe - sen

 

Poszedłem się przejść na górkę niedaleko domu. Nazywa się Łysica. Stał tam wysoki, dziwny domek, choć ciężko nazwać go domkiem. Było to raczej skrzyżowanie chatki na kurzej łapce, z fabryką, stodołą i skałą. Na górę prowadziła drabinka, gdzie mieszkała dziewczyna. Znałem ją tylko z widzenia. Ukrainka, jak wywnioskowałem kiedyś z akcentu. Założyłem, że pracowała gdzieś w okolicy.
Wspiąłem się po drabinie, żeby porozmawiać. Puknąłem w szybę. Wyszła rozespana, ale też miła, ciepła, ucieszona, że się zjawiłem. Przywitała się.
Rozejrzałem się dookoła. Okazało się, że taras, był o wiele większy, niż myślałem. Byli tam też inni ludzie. Przywitali się przyjaźnie. Zdziwiłem się, że w mojej wiosce jest tyle osób, których nie znam, a do tego tak innych, wolnych, pięknych. Byli młodzi, ich twarze pokrywał szalony makijaż, chłopaków też, ubrani byli kolorowo, z fantazją, ale nie w snobistyczny, hippisowski sposób, ale jakoś tak naturalnie, pięknie, dojrzale. Jakby ich stroje i makijaż były tylko teatralnym rekwizytami. Ale równocześnie było to naturalne.
Nagle stało się coś dziwnego. Zdałem sobie sprawę, że już tam wcześniej byłem i wszystkich znam, nawet po imieniu. Przypomniałem sobie poprzednie rozmowy, rozkminy, nastroje. I zawsze po zejściu po drabinie wszystko zapomniałem. Nie chcę zapomnieć tych mądrych, ciekawych ludzi. Tutaj jest ciekawie, mądrze, jest jakiś głębszy sens, coś większego niż ja, czy ty. Ten sens mi ciągle umykał, ale czułem go silnie.
A co na dole? Nic. Głupota, praca, pieniądze, alkohol, male sprawy, sex, ludzie żyjący bez sensu, dzieci, udające dorosłych (bo tym wszyscy jesteśmy).
Myślę o tym i obserwuję wszystkich. Jestem lekko speszony. Choć wszyscy są młodsi ode mnie, wyglądają, jak gdyby mieli 18 lat, to czuję się od nich "mniejszy". Bardzo cieszę się ich towarzystwem.
Ludzi przybywa. Nie wszystkich znam. Myślę o wszystkim coraz mocniej i nagle przypominam sobie wszystko, dawniejsze rozmowy, spotkania, z których wynikła prawda: wokół codziennych ludzi, obok, żyje równolegle społeczeństwo, którego nie dostrzegamy na co dzień. Są obok nas, ale mają dar niewidzialności. W jakiś sposób udało mi się z nimi nawiązać kontakt. Niestety, kiedy tylko schodzę z tej chatki, wszystko zapominam i znów żyję w tym zwykłym, małym świecie i wszystko wraca do "normy". Zwracam się z tym do Ukrainki.
- Nie chcę zapomnieć... Możesz mi z tym pomóc? Chcę być z wami.
- Marcin, wiem, ale zdajesz sobie sprawę, że nie będzie już odwrotu?
- Tak!
- Daliśmy ci ten wybór już wcześniej. Zawsze rezygnowałeś. Mówiłeś, że nie lubisz sytuacji, których nie da się odwrócić.
Przypominam sobie. Ale tym razem chcę...
- Tym razem chcę na pewno.
- To powiedz to. Z serca.
- Chcę być już zawsze z wami - mówię mocno.
Od tego momentu snu akcja przyśpiesza. Staję się częścią czegoś głębszego. Ta alternatywna społeczność ma głębszy cel. Dba o ludzkość na lokalnym poziomie. Pomagają, knują i inne ukryte społeczności współpracują, powstrzymując ślepy wyścig ludzkości do samodestrukcji.
Pamiętam jeszcze tylko jak przez mgłę, spiski, podstępy, akcje, miłość, radość z uczestnictwa w czymś większym ode mnie.
I się obudziłem.

Tu Wisła

 

Już po szóstej. Zamknąłem stoisko, znalazłem hostel za 110 i usiadłem w barze, żeby coś ciepłego zjeść. Tak że w sumie cały utarg z dzisiaj wydaję. Innymi słowy, bardzo kiepsko. Wisła. Potwierdza moje przekonanie o góralskich miejscowościach. Od dzieciństwa mieszkałem właśnie w góralskiej wiosce i Boże, jak miałem tego dość. Ludzie mali, zamknięci, źli, skąpi, ograniczeni. Wiem, że źle to brzmi, ale tak tu jest. Poczułem to mocno dziś na kiermaszu. Dosłownie garstka osób jakoś się połączyła. Rozdałem może 10 ulotek. Ludzie odmawiali wzięcia darmowej ulotki, fuck:)
Piłem grzane wino, ktoś mnie poczęstował wódką, więc powrót do domu nie wchodził w grę. W parę minut znalazłem pokój jednoosobowy w hotelu w centrum. Zostawiłem rzeczy i poszedłem coś zjeść, napić się piwa. Wylądowałem w czesko-polskiej knajpie. Zamówiłem standard wegetariański w naszych okolicach: ser smażony z frytkami i zestaw surówek.
Więc mam miejsce do spania, najadłem się (jedzenie wyszło po 10 minutach, wow:), piję piwo, jest ok. Nie martwię się słabym utargiem, już widzę jak to działa: czasami jest super, czasami kaszana. Ale smutno mi. Brakuje mi towarzystwa, rozmowy, kobiety, ciepła, seksu. 
Co dalej? Dopiję czeskie piwo, jakieś ciemne, nie pamiętam nazwy, ale nalali w pięknym, pękatym kuflu. Później mały spacer, ot zobaczę, czy jeszcze ludzie łażą...
O kurde, jaka sympatyczna kelnerka. Kochana, ma małą wadę wymowy, trochę brzydula, super sympatyczna, szczera, nie spieszy się, zachęca do deseru, rozmawia, pyta. No aż się chce siedzieć. Przemyśluję, czy mam dość kasy na napiwek. Ale chyba tak.
Ciekawe jest to przyzwyczajanie się do siebie. Z jednej strony ma to jakiś smutek w sobie, brakuje jak chuj kogoś teraz, naprzeciwko mnie. Kogoś, komu mógłbym postawić obiad, podać płaszcz, powiedzieć komplement, poczuć zapach perfum... Z drugiej strony... Miałem powiedzieć jakieś plusy, ale się zawahałem:) No więc z drugiej strony mniej wydaję ;) Nie muszę się nikim martwić, mogę siedzieć, albo iść, wrócić do hotelu, albo szwendać się bez końca. Mogę śnić, marzyć, być biedakiem albo przedsiębiorcą, kierowcą, artystą albo bezdomnym. I nikt nie może powiedzieć mi ani słowa.
Jestem nażarty, ale wezmę tę szarlotkę z lodami.