Friday, 1 July 2011

Karciane opowieści



Karciane opowieści

Spotkaliśmy się tam, gdzie Małgorzata ćwiczyła zwykle latanie na miotle. Lubiłem leżeć pośród łopianów, słuchając dzikiego śmiechu najpiękniejszej dziewczyny pod księżycem ze snów. Podziwiałem jej profil podkreślany blaskiem gwiazd. Nie będę ukrywał, że najbardziej pasjonował mnie zadarty nosek nagiej heroiny.

Czasami czekałem na darmo. Ze smutkiem wczołgiwałem się wtedy do tunelu czasoprzestrzennego, który prowadził mnie obok jabłonki, przez strumyk i norę jeża, z powrotem pod kołdrę. Później leżałem godzinami patrząc w sufit, zazdroszcząc Mistrzowi i paląc niedopałki wygrzebane z popielnika.

Którejś nocy, wyjątkowo srebrzystej oraz pachnącej rumiankiem i ziemią, kiedy nosek Małgorzaty wydawał mi się szczególnie pięknie zadarty, usłyszałem obok siebie szelest rozsuwanych łopianów. Zdziwiony zerknąłem przez ramię i zobaczyłem czołgającego się w moją stronę starszego, kościstego pana, w piżamie, z zeszytem w jednej ręce i jak mi się wydawało, z talią kart w drugiej. Mając obie dłonie zajęte, przesuwał się głównie za pomocą łokci, sapiąc przy tym niemiłosiernie.

– Tss – syknąłem karcąco, przykładając do nosa palec i wskazując na niebo.
Starszy pan zrobił przepraszającą minę i, tym razem już o wiele ciszej, podczołgał się bliżej. Położył zeszyt i karty (z bliska mogłem rozpoznać talię tarota) na wygniecionej przeze mnie trawie i wyciągnął rękę.
– Mistrz – powiedział szeptem. – Pisarz – dodał nieśmiało.
– Eee... Pankracy – wydukałem z trudem, w kompletnym zaskoczeniu. Mistrz usadowił się wygodniej, przyklepując dłońmi trawę i liście wokół siebie. Oddychał już spokojniej. Rozchylił dwa łopiany i spojrzał na podniebne akrobacje Małgorzaty. Tymczasem ja próbowałem zapaść się pod ziemię, a kiedy to nie poskutkowało, zacząłem wymacywać stopą końcówkę mojego czasoprzestrzennego tunelu.
– Piękna, nieprawdaż? – Mistrz przerwał milczenie i odwrócił się do mnie, jakby oczekując potwierdzenia. Przestałem gmerać stopą. Śmiech Małgorzaty zabrzmiał jak brzęk rozbijanych na kawałki butelek najsłodszej lemoniady. Uświadomiłem sobie, że jestem zwykłym, paskudnym podglądaczem. Mistrz, widząc jak grzęznę w czarnych myślach, sięgnął do kieszeni piżamy i wyciągnął srebrną piersiówkę.
– Niech pan sobie pociągnie. – Wysunął rękę. – Swojska śliwowica.
Z wdzięcznością przyjąłem poczęstunek. Trunek rozlał się gorącem po całym ciele. Oddałem piersiówkę.
Następnie dodał:
– Jeśli chodzi o tę sytuację, to proszę się w ogóle nie przejmować. Mogę widzieć, że jest pan człowiekiem subtelnych doświadczeń i sztuki, dlatego nie posądzam go o zdrożne myśli dotyczące mojej gołej małżonki. Tak więc, jak prawdziwi dżentelmeni, możemy uznać ten temat za niebyły. Zgoda?
Uśmiechnąłem się blado i kiwnąłem głową.
– To dobrze – powiedział Mistrz i pociągnął zdrowo z piersiówki. Następnie schował ją z powrotem do kieszeni, sięgnął po karty i wyciągnął je w moją stronę.
– Niech pan wybierze jedną, młody człowieku.
Wystawiłem rękę.
– Lewą, lewą proszę.
Wybrałem kartę. Chciałem podać ją Mistrzowi, ale zasygnalizował głową, żebym najpierw sam ją obejrzał. Dwójka pucharów. W parku na ławce siedzi zakochana para. Mężczyzna słucha uważnie słów czarnowłosej dziewczyny, patrząc jej przy tym w oczy jednoznacznie cielęcym wzrokiem. Rumieniec na nowo oblał mi twarz, ale Mistrz taktownie schował kartę z powrotem do talii, tylko pobieżnie zerkając.
– Pan często tutaj przychodzi? – spytałem, żeby zatrzeć zmieszanie.
– Od czasu do czasu. Ale zwykle siedzę w tamtych krzakach, pod wierzbą – wskazał na drugą stronę polany.
– Aha.
– Przepraszam, że nigdy nie przyszedłem się przywitać i przedstawić, ale nie chciałem pana niepotrzebnie niepokoić. Dopiero dzisiaj...
Małgorzata spikowała wyjątkowo ostro i musieliśmy zanurkować głębiej w łopiany.
– Bestyjka – pokręcił głową Mistrz, cmokając z podziwem, po czym wrócił do tematu: – No więc dzisiaj wpadłem na pomysł nowej książki i stwierdziłem, że pan, jako człowiek inteligentny i wrażliwy, mógłby podać mi pomocną dłoń.
– To bardzo pochlebne, Mistrzu, ale myślę, że przecenia pan moje zdolności. Jestem zwykłym włóczęgą po snach, nikim więcej. Co do moich zdolności pisarskich... – machnąłem ręką.
Mistrz położył mi dłoń na ramieniu.
– Wiem, wiem jak to jest – powiedział ze współczuciem. – Niespełnione ambicje, niebosiężne marzenia, paląca szarość rzeczywistości.
– No właśnie...
– Ale to nic! – przerwał mi z entuzjazmem, szybko jednak ściszył głos i dodał prawie szeptem: – Właśnie pan jest doskonałą osobą, żeby pomóc w moim projekcie. To nie przypadek, że wpadliśmy na siebie tutaj, za podszewką rzeczywistości. Musi się pan zgodzić. Proszę.
– W takim razie...
– Dziękuję, dziękuję kochany! – wykrzyknął z wdzięcznością i ucałował mnie siarczyście w policzek.
Popatrzyłem z niepokojem w niebo, ale na szczęście Małgorzaty już nie było. Musiała zniknąć niezauważenie, kiedy rozmawiałem z jej mężem. Mistrz również dostrzegł nieobecność żony. Stanąwszy na nogi, otrzepał ubranie z trawy i błota. Następnie wskazał na płaski głaz na środku polany.
– Tam powinno nam być o wiele wygodniej – stwierdził i ruszył dziarskim krokiem. Podniosłem z trawy najwidoczniej zapomniane karty i zeszyt, po czym pobiegłem za nim, potknąwszy się po drodze o wystający korzeń. Mistrz usiadł przy kamieniu, który mógł śmiało służyć jako stół.
Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że w jego aurze nastąpiły pewne zmiany. Zniknęła gdzieś skromność i roztargnienie. Już nie patrzyłem na roztrzepanego, starszego pana, ale na prawdziwego mistrza. Pokazał, żebym usiadł na trawie, naprzeciwko.
– Zanim zaczniemy, musimy porozmawiać o tej historii.
– O jakiej historii? – zdziwiłem się.
– No właśnie o tej.
– Coś z nią nie tak?
– Sam zobacz.
(Nie zaskoczyło mnie to nagłe przejście na „ty”. Miły staruszek był już przeszłością).
Przejrzałem zapisane strony. Nic.
– Nic?
– Nie mam pojęcia, o co chodzi.
Westchnął, kiwając z dezaprobatą głową.
– Literatura musi mieć smak, zapach, dotyk, kolor. Musi też zaskakiwać, porywać umysł czytelnika, przyciągać jego uwagę. Zgadzasz się?
Przytaknąłem.
– Zacząłeś dobrze. W pierwszym zdaniu wprowadziłeś piękną, nagą dziewczynę, latającą na miotle. W drugim zaatakowałeś zmysły czytelnika: zieleń łopianów, bagienne zapachy, kobiecy śmiech, zadarty nosek. Zaraz później lekki niepokój; dziewczyna się nie pojawia, wracasz do domu za pomocą fantastyczno–naukowej dewizy, przeżywasz męki zazdrości.
Opuściłem oczy.
– Po prostu świetne, wciągające i tak ma właśnie być - podsumował.
Poczułem się mile połechtany.
– Dziękuję.
Mistrz popatrzył surowo.
– Niestety – jego głos zawisł znacząco w powietrzu. – Potem była to już równia pochyła.
Ta uwaga zabolała.
– Przede wszystkim suche dialogi. Chłopcze, jesteśmy dwiema różnymi osobami. Nie możemy mówić tak samo. To już nie jest literatura, ale marny scenariusz brazylijskiego serialu. Po drugie: twoje charaktery są niespójne i płytkie. Raz jestem roztrzepanym staruszkiem...
– Nie napisałem „staruszkiem”, ale „starszym panem”!
– Potatoes, patatas, jak zwał tak zwał. Zaraz później jestem aroganckim, władczym guru, który zajmuje się krytyką literacką. Po prostu mi to zgrzyta.
Po kilku chwilach ciężkiej ciszy Mistrz zapytał:
– Czy ty w ogóle wiesz, gdzie idziesz z tą historią?

Rozejrzałem się dookoła, szukając ratunku. Rechotały żaby, a świerszcze grały na skrzypcach (tak, jak wtedy, gdy byłem dzieckiem). Czarna ściana lasu falowała powoli i majestatycznie. W oddali kołysały się też łopiany. Przez chwilę, zagubiony już w tym wszystkim, zastanawiałem się, czy przypadkiem to nie ja nimi poruszam, obserwując z ukrycia całą tę scenę. Zwróciłem w stronę Mistrza zrezygnowaną twarz.
– Nie mam pojęcia, co z tym zrobić.
– Prawdziwa mądrość zaczyna się od uświadomienia sobie własnej ignorancji – skomentował z uśmiechem i przetasował talię tarota. Następnie wyciągnął ją do mnie.
– Wybierz trzy karty.

Zamknąłem oczy i, przywołując Duszę Wszechświata, spełniłem polecenie Mistrza. Trójka kijów, siódemka kijów i Mag. Na pierwszej karcie półnagi młodzieniec z lirą stoi między drzewami i obserwuje coś poza kadrem, w oddali. Druga przedstawia skupionego wojownika, broniącego się przed skierowanymi w niego ostrymi włóczniami. Karta Maga pokazuje brodatego mędrca, oświetlonego blaskiem lampy. Przed nim leży wielka księga.

W pierwszej i drugiej karcie bez trudu rozpoznałem siebie, z trzeciej patrzyło na mnie starsze odbicie Mistrza. Spojrzałem bezradnie na karty i podniosłem oczy, czekając na pomoc.

– Nie da się ukryć, że karty opowiedziały nam właśnie to spotkanie – powiedział wreszcie, ciągle studiując ilustracje. – Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy zgadnąć, na co gapi się młodzieniec – mrugnął do mnie zawadiacko. – Zakładam, że siódemka kijów opowiada o tym, co czujesz przez ostatnią godzinę, próbując odnaleźć się w dziwacznej sytuacji. Co do Maga, to myślę, że doskonale uchwyciłeś obecną chwilę, choć ponownie dodałeś mi trochę lat – dodał z przekąsem.

– Co dalej? – spytałem.
– Powiedzmy, że była to rozgrzewka. Spróbujmy jednak wyjść poza „tu” i „teraz”. Poszukajmy nowych opowieści, których jeszcze nikt nie opowiedział. Niech ta piękna noc stanie się matką nowych Hamletów, Frankensteinów i Wilków Stepowych. Znajdźmy nowe Domy Usherów, Atlantydy i Hobbitony, niech karty zatańczą na Umrzyka Skrzyni, a Dzieci Kapitana Granta niech walczą na proce z Chłopcami z Placu Broni. Niech Fox Mulder ma romans z Gnijącą Panną Młodą, a później niech wspólnie uciekną do Saragossy, gdzie znajdzie ich szukająca zemsty Scully... – Mistrz przerwał, jakby zdając sobie sprawę, że przesadził. Popatrzył niepewnie.
– W każdym razie, wiesz co mam na myśli?
– Chyba tak.
– No to do dzieła – powiedział i po raz kolejny wyciągnął do mnie tarota.
– Tak jak ostatnio? – spytałem. Potwierdził skinięciem głowy. Znów wyciągnąłem trzy karty.

Opowieść o skradzionej miłości

Zawiał gorący wiatr. Dobiegły mnie dźwięki bębnów i gitary. Trzymając nieodsłonięte jeszcze karty w dłoni zdałem sobie sprawę, że Mistrz jest teraz starym murzynem, z długimi dredami, bez koszulki i w słomkowym kapeluszu. Pociągnął z grubego jak cygaro skręta, po czym podał mi go, wciąż przytrzymując w płucach dym, uśmiechając się równocześnie mięsistymi wargami. Brakowało mu jedynki. Przyjąłem poczęstunek. Słodki dym natychmiast uderzył do głowy. Dźwięki odległej muzyki nabrały głębi. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że świerki zamieniły się w palmy. Zamiast szumieć, zaczęły więc sucho szeleścić, tak jak to zwykle robią palmy. Parsknąłem śmiechem.

– „Tak jak to zwykle robią palmy” – powtórzyłem na głos. Nie mogłem powstrzymać chichotu.
– Good shit man, nie? – spytał rastaman.
– Całkiem niezłe – potwierdziłem z uznaniem.
– Te karty, zdaje się, są moje – wyciągnął rękę. Podałem mu je, ciągle się śmiejąc.
– Jak ci na imię? – spytałem, kiedy badał wyciągnięte karty. Podniósł oczy, których białka były żółtawobrązowe, poorane popękanymi żyłkami, a źrenice wielkie i czarne.
– Imię? Szybki jesteś. Na razie jednak zachowam je dla siebie. Pasuje?
– Czemu nie? – odpowiedziałem i znowu zaciągnąłem się marihuaną. – Jeśli o mnie chodzi, to mogę biegać za Białym Królikiem przez wszystkie strony tej historii.
Przy ostatnim słowie zakrztusiłem się dymem.
– W porządku, droga Alicjo, przejdźmy zatem do opowieści.

Nagle, nie wiem dlaczego, przestało mi być zabawnie. Muzyka bębnów nabrała złowieszczych tonów, kojarząc mi się z orkiestrą ludożerców, a odgłos palmowych liści zabrzmiał jak szelest ślubnej sukni zawieszonej na suchym szkielecie. Krew odpłynęła mi z głowy i poczułem mdłości. Murzyński Mistrz musiał to zauważyć, ponieważ zabrał ciągle żarzącego się skręta.
– Ty już lepiej nie pal. Oddychaj głęboko i spróbuj się zrelaksować – poradził.
Wciągnąłem głęboko powietrze, pachnące teraz oceanem, nie lasem. Poczułem, że powoli wracam do normalności.

Przez chwilę stary rastaman spoglądał na mnie z lekką drwiną.
– Jeśli ci już lepiej, pozwól że wreszcie zacznę.
Rzucił na kamień trzy karty. Kochankowie, Diabeł i Sprawiedliwość, która zrzuca ze skały demona. Bębny zagrały głośniej. W palmowym gaju zaskrzeczał złowrogo jakiś ptak. Przenikliwe oczy starego Rastamana wwierciły się w moją duszę. Kiedy usłyszałem cichy, ochrypły głos, nie wiedziałem, czy wyszedł z jego ust, czy to same karty dostroiły się do moich myśli i przemówiły językiem snów. Po chwili jednak przestałem rozróżniać jakiekolwiek słowa. Sam stałem się opowieścią...

*

Urodziłem się w wiosce Maroonów. Matka wybrała dla mnie imię Kamau. Moi rodzice, dziadkowie i ich dziadkowie byli wolnymi ludźmi, w świecie, gdzie czarny człowiek traktowany był gorzej niż bydło. Naszą wioskę, podobnie jak wiele innych, ukrytych w dżungli społeczności, stworzyli zbiegli niewolnicy, nie będący w stanie znieść bata i zniewolenia. Bakra nienawidził nas z całego serca, bo przypominaliśmy mu, że jesteśmy ludźmi. Dlatego biały człowiek, kiedy tylko mógł, próbował utrudnić życie mojemu ludowi, wysyłając do dżungli ludzi z karabinami oraz truciznami, które na lata zanieczyszczały nasze studnie.

Mimo wszystko moje dzieciństwo było szczęśliwe i jasne. Urodziłem się jako wolny człowiek i moja dusza nie zaznała nawet cienia upokorzenia i złamanej woli. Jako że nasza wioska była ukryta głęboko w dżungli, w dzieciństwie nigdy nie widziałem białego człowieka. Znałem go tylko z opowieści starych kobiet, kiedy próbowały napędzić stracha niegrzecznym chłopcom. Spędzałem dni na bieganiu po dżungli, dzikim śmiechem płosząc zwierzęta albo zbierając leśne owoce, którymi dzieliłem się później z moimi licznymi braćmi i siostrami.

Dziewczyna nazywała się Lateica. Jesteśmy ludźmi natury. Nigdy nie tracimy z oczu nici, która wiąże nas z duszą. Dlatego od początku wiedziałem, że moje serce należy do niej. Choć byłem małym chłopcem i ogień nie wypełnił jeszcze mojego ciała, wiedziałem, że to miłość. Tak samo ona kochała mnie. Spędzaliśmy całe dnie na dzikich gonitwach, czasami zapuszczając się tak daleko od naszej wioski, że nie wracaliśmy przed świtem. Rankiem poznawałem twardą rękę ojca, ale słodycz wspomnień, w których przemierzamy noc w świetle księżyca, nawołując się głosami ptaków i chowając przed złymi duchami, łagodziła silne razy, wymierzane przez ojcowską dłoń. On zresztą też robił to z miłości, jak więc mógłbym mieć za złe?

To, co na początku budziło śmiech i prowokowało żarty dorosłych, zostało wreszcie powszechnie zaakceptowane: Kamau i Lateica nigdy się nie rozstaną. Kiedy dorosną, starsi pobłogosławią ich, jako męża i żonę, a później liczne potomstwo wypełni wioskę nową energią, śmiechem i radością. To były beztroskie dni.

Kiedy osiągnęliśmy wiek, w którym lędźwie palą, jakby pokąsały je czerwone mrówki i niejeden sen przerywa gorąca powódź, rodzice postanowili, że nie wolno nas pozostawiać bez nadzoru. Od tamtego dnia mogliśmy widywać się jedynie w świetle dnia, w środku wioski, gdzie nigdy nie przestawały nas obserwować czujne oczy braci Lateici.



W wieku piętnastu lat była już prawdziwą kobietą, dumną księżniczką, godną córką swojej rasy. Jej wysmukła, kształtna figura wzbudzała podziw. Szerokie biodra odcinały się od smukłej talii, podobnie jak pełne, stojące wysoko piersi. Takie biodra mogły bez trudu dać narodziny dziesiątkom dzieci, a takie piersi mogły je wszystkie wykarmić. Uwielbiałem jej szeroki uśmiech, który odsłaniał białe, równe zęby. Duże, czarne oczy, czarniejsze jeszcze niż jej hebanowa skóra, potrafiły zmienić mnie w potulną owcę. Choć bardzo próbowałem to ukrywać, dobrze o tym wiedziała. Nigdy jednak nie wykorzystywała tego przeciwko mnie. Na cóż byłby jej mężczyzna, który jest jak owca? Lateica potrzebowała kogoś takiego jak ona sama – dumnego, niezależnego i dzikiego. Płonęła we mnie młoda krew i w tamtych dniach wznieciłem niejedną bójkę, żeby, jak kogut, szczycić się przed nią męskością.

Kochałem Lateicę i pożądałem jej coraz bardziej. Nie mogłem czekać dłużej, ale rodzice mówili, że jesteśmy za młodzi na ślub. Ogień w brzuchu palił coraz dotkliwiej. Gorąca nie łagodziły ani kolejne pojedynki, ani godziny samotnego ścigania się z wiatrem. Po tym jak ona patrzyła na mnie, wiedziałem, że czuje to samo.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Na chwilę zniknęliśmy z zasięgu szpiegujących oczu i uszu. Powiedziałem jej, co czuję. Błagałem o spotkanie. Niech w nocy ucieknie z domu i niech pobiegnie do dżungli, nad jeziorko, gdzie zwykliśmy się bawić jako dzieci. Będę tam czekał.

Nic nie mówiła. Jej oczy lśniły, jakby odbijał się w nich ogień moich lędźwi. Kiedy skończyłem przedstawiać swój plan, uśmiechnęła się i pierwszy raz w życiu nadstawiła usta do pocałunku. Słyszałem, jak szybko oddycha i jak mocno bije jej serce. Nie zdążyłem przyjąć podarunku. Usłyszeliśmy głosy nawołujących braci. Lateica wyrwała się z moich objęć. Szepnęła: „Dziś w nocy” i uciekła.

Co wy, biali ludzie, wiecie o takiej miłości? Odgrodziliście się od swoich dusz, nawet od swoich ciał, nadaliście wszystkiemu nazwy, które ukradły rzeczom prawdziwe znaczenie. Widziałem waszą miłość, odwiedziłem wasze kraje i czuję tylko litość. Święconą kredą narysowaliście linię: po jednej stronie miłość duszy, po drugiej – pożądanie ciała. W swojej arogancji nie widzicie, że w ten sposób nie możecie teraz odczuwać ani jednego, ani drugiego. Błąkacie się po zimnych pokojach abstrakcyjnych słów, nie będących w stanie ogrzać serc, albo rzucacie się na samicę jak na przedmiot, wylewając z siebie zimne, bezpłodne nasienie. Dziwicie się potem, dlaczego wasze serce staje się coraz bardziej suche.

Tajemnica leży w harmonii ducha i ciała. Ukryta jest w dźwiękach zapomnianych snów, z czasów, kiedy nasza dusza zamieszkiwała ciała zwierząt, i jeszcze wcześniej, kiedy mieszkaliśmy w pałacach bogów. Bo tylko zwierzęta, bogowie i czarni ludzie żyją zgodnie ze swoją naturą.

Wtedy nie myślałem o tym w ten sposób. Byłem pijany pożądaniem. Pobiegłem do lasu, powtarzając sobie jej ostatnie słowa: „Dziś w nocy”. Choć dzień był jeszcze w pełni, zjawiłem się na miejscu schadzki i usiadłem w zaroślach, niedaleko jeziorka.

Nie wiem, jak długo czekałem i nie wiem, kiedy zmorzył mnie sen. Nie był to sen, jakiego doświadczałem co noc, ale raczej ciężka, żelazna zasłona, przez którą nie było w stanie przebić się ani jedno marzenie, ani jedna myśl.

Przebudzenie było jak podniesienie czarnej kurtyny. Otworzyłem oczy. Nad głową, pomiędzy liśćmi zobaczyłem gwiazdy. Czy to już noc? Zerwałem się na nogi i odwróciłem w stronę jeziora.

To, co ujrzałem, zmroziło mi serce. W piasku, na brzegu, wiły się dwa ciała. W świetle księżyca dostrzegłem pot lśniący na skórze. Usłyszałem jęki. Chciałem pobiec na pomoc Lateice, którą, jak się domyśliłem, zaatakował jakiś złoczyńca. Niestety, nie mogłem uczynić najdrobniejszego ruchu. Nie wiem, czy to moja wola została sparaliżowana, czy moje ciało, ale byłem niczym kłoda drewna: martwy i sztywny.

Ach, ile bym dał, żeby moje oczy też były wtedy martwe! Patrząc bezsilnie na walczące postacie, ujrzałem twarz Lateici. Nie była to twarz skręcona bólem i zmaganiem, ale rozkoszą. Nagle zrozumiałem, co oznaczały jęki. Nie były to odgłosy cierpienia, o nie!

Walczyłem z opinającymi ciało niewidzialnymi więzami. Szarpałem się jak zając złapany we wnyki, wyjąc bezgłośnie, nie będąc w stanie zamknąć oczu. Teraz jednak myślę, że nawet gdybym mógł, nie oderwałbym wzroku od tamtej sceny. Lateica wiła się z rozkoszy, drapiąc spocone plecy nieznajomego, pod którego skórą tańczyły stalowe muskuły. Na każdy ruch odpowiadała uległym jękiem i poruszeniem bioder.

Nie wiem, ile to trwało, ale tamtej nocy wiele razy przeszedłem na stronę szaleństwa. Choć jakaś część mnie chciała tam zostać, uciekając w ten sposób przed bólem, to gniew był silniejszy niż tchórzostwo; byłem w końcu prawdziwym dzieckiem mojej ziemi. Zrozumiałem wtedy, że nienawiść potrafi być bardziej paląca niż miłość.

W końcu porzuciłem walkę i z dzikim skupieniem wzbiłem wzrok w kopulującą parę. Chciałem zobaczyć twarz mężczyzny. Chciałem ją zapamiętać, a później zabić tego, kto ją nosił. Nigdy wcześniej nie byłem tak bardzo żądny czyjejś śmierci.

Wreszcie miłosny pojedynek dobiegł końca. Lateica, po godzinach rozkoszy, zapadła w sen. Nieznajomy mężczyzna stanął na nogi. Był wysoki i harmonijnie zbudowany. Ciągle nie widziałem twarzy. „Odwróć się, odwróć się”, powtarzałem w myślach, niby zaklęcie. Wtem, niczym sztukmistrz pokazujący ostatni fragment magicznego triku, złożył ukłon niewidocznej publiczności i popatrzył w moją stronę.

To byłem ja. Mężczyzna, który przywłaszczył sobie moją kobietę, ukradł też mój wygląd. Powoli ruszył w moim kierunku. Kiedy stanął przede mną, przysunął swoją twarz do mojej i zaśmiał się drwiąco.

– Odwaliłem za ciebie najcięższą robotę, Kamau – powiedział. – Mam nadzieję, że jesteś mi wdzięczny.
Patrzyłem mu w oczy. Byłem czystą nienawiścią.
– Jeśli jednak znów kiedyś będziesz chciał sobie uciąć drzemkę, zamiast dogodzić samicy, przywołaj moje imię. Zawsze możesz na mnie liczyć.
Sobowtór skłonił głowę i odszedł. Kiedy zniknął w zaroślach, paraliżujące mnie zaklęcie przestało działać. Upadłem na kolana. Zawyłem. Mój głos zabrzmiał jak skowyt oszalałego z bólu zwierzęcia:
– Jakie jest twoje imię?!! Powiedz mi swoje imię!
Odpowiedział szyderczy śmiech. Po chwili, jakby płynący z innego świata głos dodał:
– Anansi. Nazywają mnie Anansi.

Wiedziałem, że nie uda mi się go doścignąć. Jak mógłbym złapać Anansiego, boga–pająka, mistrza kłamstwa? Zaszlochałem z bezsilności. Podszedłem do śpiącej Lateici. Oddychała równo, a jej śpiącą twarz ozdabiał uśmiech. Ziarnka piasku przykleiły się do spoconej skóry. Na udach dostrzegłem kilka rozmazanych kropel krwi. Dotknąłem jej ramienia. Westchnęła przez sen i położyła swoją dłoń na mojej. Nagle zesztywniała i otworzyła powieki. Wbiła we mnie wzrok, który był lśniący i zimny niczym stalowy nóż. Moje oczy, skierowane na nią, były tak samo zimne i obojętne. Cofnąłem powoli rękę. Zrozumiałem, że tak patrzą na siebie obcy ludzie. Anansi ukradł nie tylko jej ciało; skradł również naszą miłość.

Zostawiłem ją tam, w lesie i zacząłem biec. Nigdy jeszcze tak nie biegłem. Moje płuca, podobnie jak serce, były niczym metalowe maszyny białego człowieka: silne i niezawodne. Moje nogi niosły mnie przez dżunglę, wzgórza i rzeki. Nie myślałem, nie czułem. Mełłem tylko w ustach jedno słowo: Anansi. Wreszcie, zmęczony, zatrzymałem się i położyłem tam, gdzie stałem. Natychmiast zapadłem w sen.

Znalazłem się w wielkim domu. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego budynku. Dopiero później, kiedy poznałem świat i zobaczyłem pałace hinduskich radżów oraz europejskich królów, mogłem powiedzieć, że znalazłem coś, co można było porównać do pałacu z mego snu. Jednakże nigdy nie natknąłem się na nic, co dorównywałoby jego ogromowi i przepychowi. Kopulaste sufity pokoi ginęły wysoko w chmurach. Gigantyczne witraże pokazywały ruchome sceny z legend ludzi i bogów, a przez okna, które były ich pozbawione, widziałem planety i gwiazdy. Pośród nich na pojazdach z kwiatów krążyły piękne anioły i upiorne demony. Słyszałem dźwięki niebiańskiej muzyki, piękniejszej niż wszystko, czego wcześniej doznałem w swoim życiu i piękniejszej niż wszystko, czego doświadczyłem później. Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie mój czas i dobry Jah zabierze mnie do Swojego królestwa, będę mógł Go o coś poprosić. Jeśli się zgodzi, poproszę Go o to, żebym jeszcze raz mógł usłyszeć tamtą melodię.

Piękno i niezwykłość tego miejsca nie ugasiły jednak mojej nienawiści. Z nadzieją patrzyłem dookoła. Być może we śnie trafiłem do domu Anansiego?

Nagle kogoś zobaczyłem. W kącie komnaty siedział na drewnianym, nie pasującym do całości, skromnym krześle, mężczyzna. Był czarny jak ja, ale w jakiś sposób wiedziałem, że jest ponad kolorami skóry i tak naprawdę ponad wszystkim, co mogłem sobie wyobrazić. Choć siedział przygarbiony, widziałem, jaki jest wysoki. Ubrany był w czarny płaszcz i proste, czarne spodnie. Kiedy go dostrzegłem, jego głowa była pochylona, nie mogłem więc zobaczyć twarzy, tym bardziej, że czarne, długie włosy tworzyły gęstą zasłonę.

Nie czułem strachu. Przez chwilę myślałem, że to Anansi odpoczywający w zaciszu swojego domu, w krainie bogów. Zacząłem powoli iść w jego stronę, pochylony, wstrzymując oddech, jak zwykłem robić, gdy polowałem z nożem na dziki. Nie miałem żadnej broni. Miałem swoją nienawiść i to mi wystarczyło. Wtem mężczyzna podniósł głowę. Zrozumiałem swoją pomyłkę.

Kiedy wcześniej spojrzałem w oczy Anansiego, widziałem, że nie jest człowiekiem, ale istotą starszą niż nasza wioska. Gdy zobaczyłem oczy tego mężczyzny, poczułem że spadam w otchłań, że pochłaniają mnie eony lat, nieskończoność czasu i przestrzeni. Zobaczyłem w nich gwiazdy. Zrozumiałem, że jest starszy niż niebo, starszy nawet niż bogowie. Może był to jeden z pierwszych synów Jah? Nie wystraszyłem się jednak, o nie. Nigdy nie musiałem chylić przed nikim czoła. Nie wiedziałem, kim jest, ale zdawałem sobie sprawę, że jego moc przewyższa moc Anansiego, oszukańczego boga–pająka.



– Czy możesz mi pomóc? – spytałem.
– A ile jesteś gotowy poświęcić? – odpowiedział cichym głosem.
– Poświęcić? A czy zostało mi jeszcze coś, co mógłbym poświęcić?
Mężczyzna w czerni wstał i było to jakby wstał sam Zmierzch.
– Nie spytasz mnie nawet o imię, śmiertelniku? Czy dobre wychowanie wśród ludzi jest już przeszłością?
Moje serce pozostało mężne.
– Nie znalazłem się tutaj z własnej woli, nie prosiłem o gościnę. Jeśli chcesz powiedzieć, kim jesteś, to twoja sprawa.
– Czyżby? – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. Widziałem, że popatrzył na mnie inaczej. Rozpoznał dumną krew.
– Dobrze więc, śmiertelniku – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Powiem ci moje imię. Jestem władcą snów. Kiedyś ludzie w krainie filozofów, mędrców i dobrego wina nazywali mnie Morfeuszem. W górzystej Szkocji surowi Celtowie nazwali mnie Angusem, a na kontynencie twoich przodków wołano mnie imieniem Eyengui. Tak naprawdę mam tyle imion, ile jest planet i krain, które na nich leżą.
– Jakiego imienia sam używasz? – zapytałem.
– Możesz nazywać mnie Sandmanem.
Potrafiłem docenić jego gest. Skłoniłem głowę.
– Mnie nazywają Kamau.- Choć nie było to łatwe, znów spojrzałem mu w oczy. – Pomóż mi znaleźć Anansiego.
– Na cóż śmiertelnik poszukuje boga?
– Nie szukam boga. Szukam złodzieja, którego chcę ukarać.
– Co takiego skradł ci Anansi?
– Miłość, która była moim jedynym skarbem.
– Co zrobisz, kiedy go znajdziesz?
– Zabiję go i odbiorę to, co ukradł.
– Zabijesz boga? – Sandman zaśmiał się drwiąco. – Jak chcesz to zrobić?
– Mój gniew silniejszy jest niż boskie moce. Doznałem niesprawiedliwości i wierzę, że łaska Jah jest ze mną.
Nie opuszczałem wzroku, choć wiedziałem, że jeśli trochę dłużej będę patrzył w dwie studnie jego oczu, mój umysł zagubi się na zawsze pośród bezdroży snów.
– Dobrze więc. Pomogę ci, choć nie przeceniaj moich możliwości. Mogę dać ci jedynie informację. To, co chcesz uczynić, musi być w pełni twoim dziełem.
Czy żebrak może odmówić jałmużny? Skinąłem głową.
– Jedź do Londynu. Tam znajdziesz swojego wroga.
– Londynu? – spytałem zaskoczony. – Dlaczego Anansi miałby mieszkać w krainie białego człowieka? Czy nie jest to nasz bóg, którego moi przodkowie przywieźli z Afryki?
– Świat jest o wiele bardziej złożony, niż ci się wydaje, Kamau – powiedział bóg snów i usłyszałem w jego głosie miękkość. Czy jednak mogłem mu ufać? Choć byłem pełen wątpliwości, nie miałem wyjścia. Musiałem uwierzyć jego słowom. Rozejrzałem się za wyjściem, niecierpliwy, by rozpocząć podróż.
– Widzę, że jesteś kąpany w gorącej wodzie, mój mały Kamau.
– Pokaż mi wyjście z tego miejsca.
– Dobrze więc – powiedział. Upadłem na chłodną posadzkę.
– Pamiętaj to, co teraz powiem, śmiertelniku. Anansi jest również moim wrogiem. Tak jak ty, pragnę jego śmierci. Niestety, on o tym wie i nigdy nie odwiedzi mojej krainy, mnie natomiast prawo zakazuje zabijania w miejscach innych niż moje królestwo. Tylko dlatego zaprosiłem cię tutaj i ofiarowałem pomoc. Od teraz jednak jesteś sam.
Jego głos zaczął rozpływać się w ciemności, w której zatonął również mój umysł. Zdążyłem jeszcze zaśmiać się w duchu. Czy naprawdę znalazłem pomoc? Czy może stałem się właśnie pionkiem w grze bogów?

Kiedy się obudziłem, nie wątpiłem, że moje spotkanie z bogiem snów było prawdziwe. Nie dlatego, że niczym nasze stare kobiety, wierzyłem w każdą zjawę czy sen, ale nie miałem niczego innego, co nadałoby mi kierunek.

Tego dnia rozpocząłem podróż. Ruszyłem do Kingston. Nie była to łatwa droga. Czarny, młody, zdolny do pracy mężczyzna wzbudzał zainteresowanie. Drogi pełne były bezlitosnych łowców zbiegłych niewolników. To wtedy, w drodze do Kingston, zabiłem pierwszego człowieka. Nie białego, ale czarnego brata, który zaprzedał duszę diabłu i chciał zaprowadzić mnie do białego pana. Miotał się niczym ryba, kiedy zaciskałem dłonie na jego szyi. Czułem, jak ucieka z niego życie. Nie miałem litości. Być może Anansi ukradł z mojej duszy coś więcej niż miłość. Może to jednak ja sam, z własnej woli stałem się ślepcem. Ta śmierć była pierwszą z wielu.

Nie będę opisywał całej drogi. Powiem tylko, że była ona długa, pełna przemocy i krwi. Zaciągnąłem się na statek korsarzy. Tylko w ten sposób taki nigger jak ja mógł opuścić Jamajkę. Płynęliśmy od lądu do lądu, mordując, kradnąc i gwałcąc (a w każdej, krzyczącej ze strachem i nienawiścią kobiecie, w którą wchodziłem, widziałem Lateicę). Moja dusza stała się czarna jak morze w środku nocy. Nie dbałem jednak o to. Chciałem jedynie krwi. Chciałem znaleźć Anansiego.



Mijały lata. Nasze statki zawijały do każdego zakątka ziemi, a gdziekolwiek ludzie widzieli nasze żagle, wkrótce rozbrzmiewały krzyki rozpaczy i płacz. Ciągle jednak nie zbliżałem się do angielskiej ziemi, gdzie, jak obiecał mi bóg snów, miałem znaleźć Anansiego. Flota królewska była zbyt silna, żeby móc zbliżyć się do brzegów Anglii. Gdziekolwiek jednak płynęliśmy, moje oczy zawsze skierowane były w jej kierunku.

Pewnego razu przypłynęliśmy w pobliże kraju, o dotarciu do którego marzyłem. Na horyzoncie wypatrzyliśmy bandery angielskiej floty. Mój kapitan popatrzył przez chwilę na las masztów. Wreszcie odwrócił się do nas, nakazując odwrót. Bez wahania wyciągnąłem nóż i wbiłem go głęboko w jego serce. Gorąca krew zalała zaciśniętą na nożu pięść. Skoczyłem za burtę. Jah ocalił mnie od kul współtowarzyszy. Dopłynąłem do angielskiego statku i powiedziałem, co uczyniłem. Skłamałem, że jestem już zmęczony korsarstwem i od teraz chcę służyć królowi Anglii. Słysząc te słowa, biali oficerowie wybuchnęli śmiechem, a prości marynarze zawtórowali im głośno. Zapędzili mnie do ładowni, pełnej czarnych niewolników.

– Chcesz służyć królowi Anglii? – zapytał drwiąco pierwszy oficer statku i wręczył mi bat.
– Niech szczury pilnują szczurów – usłyszałem jeszcze, jak zażartował do marynarzy. Odpowiedzieli wstrętnym rechotem.

Nienawidziłem białego człowieka za to, do czego mnie zmusił, ale jeszcze bardziej nienawidziłem Anansiego. Nie szczędziłem więc bata i wkrótce czarni bracia nienawidzili mnie bardziej niż Anglików, choć wcale nie przerastałem ich w okrucieństwie.

Nasz statek nie zawijał nigdy do brzegów Anglii. Brytyjskie prawo głosiło, że na angielskiej ziemi nie może postać noga zniewolonego człowieka. Kursowaliśmy więc pomiędzy Afryką a Ameryką i Karaibami. Angielski król dostawał swój udział z każdego sprzedanego niewolnika.
Znów minęło kilka lat. Moje serce stało się jeszcze czarniejsze, tak czarne jak pustka nocy, gdy na niebie nie widać gwiazd. Jedna tylko myśl prowadziła mnie wtedy: Anansi. A kiedy chwiała się moja determinacja, przypominałem sobie zimne oczy Lateici i krew na jej spoconych udach. Te myśli dodawały mi sił i rozpalały nienawiść na nowo.

Wreszcie, któregoś lata, nasz statek wezwano do Anglii, by pomóc w nadchodzącej wojnie. Dowódca pozwolił mi zostać w załodze i służyć jako sprzątacz i pomocnik. Kiedy dobiliśmy do Bristolu, pierwszej nocy uciekłem na ląd. Ruszyłem do Londynu.

Droga zajęła wiele dni. Choć podobno stąpałem po ziemi wolnych ludzi, wkrótce zrozumiałem, jakie to oszustwo. Czarny człowiek nigdy nie będzie wolny na ziemi białych gospodarzy.

Nie spotkałem po drodze ani jednej dobrej duszy. Cierpiałem głód i poniżenie. Choć byłem zmęczony zabijaniem, to znów wyciągnąłem nóż i wziąłem sobie pożywienie, trunek i kobiece ciało. Nie potrafiłem jednak ugasić pragnienia serca. Chciałem tylko jednej rzeczy: spotkać Anansiego. Teraz, po latach, znalazłem się wreszcie u celu.

Londyn był ogromy, brudny i zły. Myślę, że był nawet gorszy od statku, na którym spędziłem kilka ostatnich lat. Tam przynajmniej panowały jakieś prawa i biali oficerowie uznali mnie w końcu za członka załogi. W Londynie nie rządziło żadne prawo, oprócz prawa silniejszego i bogatszego. A czarny człowiek był na samym dole drabiny.

Nie martwiło mnie to jednak. Przecież byłem tam, gdzie kiedyś skierował mnie bóg snów, choć nie wiedziałem już teraz, czy nasze spotkanie nie było tylko ulotną wizją cierpiącego umysłu. Czy miałem jednakże jakieś wyjście? Do czego miałbym wracać? Nienawiść była wszystkim, co posiadałem.

Włóczyłem się po ulicach Londynu, żyjąc z tego, co ukradłem, nie zwracając uwagi na przelaną krew i cierpienie, jakie sprawiałem innym. Każdego dnia spędzałem godziny na cuchnących i wilgotnych ulicach miasta, badając twarze przechodniów. Kiedy któryś dostrzegał mój wzrok, szybko odwracał głowę, próbując otrząsnąć się ze strachu, jaki wzbudziły w nim moje zimne oczy.

Nie pamiętam, ile spędziłem tam czasu. Być może kilka miesięcy, być może kilka lat. Londyn wysysał ze mnie życie szybciej niż morze.

Któregoś dnia spełniły się moje marzenia. Spacerując po ulicy, spotkałem Anansiego. Chociaż był teraz biały i choć nigdy nie widziałem go w prawdziwej postaci, rozpoznałem jego spojrzenie: wiekowe i złośliwe. Choć z pewnością zobaczył wlepione w siebie oczy, nie rozpoznał mnie. Miałem już prawie czterdzieści lat. Grzeszne życie korsarza i bandyty odcisnęło swoje piętno, wyglądałem więc na więcej. Jego wzrok spłynął obojętnie po mojej twarzy i Anansi, bóg–pająk, poszedł w swoją stronę. Bez wahania ruszyłem jego śladem. Dopóki szliśmy po dzielnicy biedoty, nie było problemu, ale kiedy zaczęliśmy mijać czyste ulice oraz parki białej i bogatej części Londynu, coraz trudniej było mi ukryć się w tłumie.

Kiedy zobaczyłem, że Anansi podchodzi do drzwi jednego z bogatych domów, zawołałem jego imię.

Odwrócił się lekko zdziwiony i zawrócił, żeby zobaczyć kim jestem. To prawda, wyglądał jak człowiek, ale ja byłem w stanie widzieć to, co ukrywało jego wnętrze. Może dlatego, że moja dusza stała się tak zła jak jego? Kiedy stanął naprzeciwko, zajrzał mi w oczy. Znów, tak jak tamtej nocy, wiele lat temu, poczułem paraliżujące więzy. Macki jego spojrzenia weszły w moją duszę i odczytały wspomnienia. Wreszcie szeroki uśmiech wykrzywił mu usta.

– Kamau? Co za niespodzianka! – zawołał i objął mnie w imitacji serdeczności. Kilku przechodniów popatrzyło na nas podejrzliwie. Dlaczego ten biały gentelman z taką przyjaźnią obejmuje czarnego, obdartego bandulu?
Zbliżył usta do mojego ucha.
– Czyżbyś znów potrzebował pomocy przy rżnięciu tej małej kurwy? Nie potrafiłeś jednak zmieścić się w moich butach? – szepnął.
– Nie jest łatwo mi dorównać, wiem – dodał głośno – ale jestem pewien, że ta mała z pewnością podzieliła się z tobą kilkoma sztuczkami, których ją nauczyłem.
– Walcz ze mną, tchórzu – wykrztusiłem z trudnością, próbując zrzucić magiczne więzy.
Anansi gwizdnął z udawanym podziwem.
– Muszę przyznać, że ten czarnuch to twarda bestia. To lubię.
Nagle poczułem, że znów jestem wolny. Niewiele myśląc, wyciągnąłem ukryty za pasem nóż i wbiłem w pierś Anansiego. Nawet nie drgnął.
– Naprawdę myślałeś, głupcze, że to takie proste? Że znajdziesz mnie i wbijesz w serce nóż, jak jakiemuś pierwszemu lepszemu przechodniowi, któremu kradniesz portfel? – parsknął. Nóż z brzękiem spadł na ulicę.
– Musisz wiedzieć, że boga nigdy nie można zabić w jego przybranej postaci, a tylko głupi bóg przechadza się, tak jak go Bóg stworzył – zachichotał, zadowolony z dowcipu.
Choć plan zawiódł, zobaczyłem jednak, że zmienił się lekko wyraz jego twarzy. Czyżbym dostrzegł odrobinę podziwu? Czy może było to częścią kolejnej, oszukańczej intrygi?
– Czego ty ode mnie oczekujesz, Kamau?
– Zabrałeś mi coś cennego. Chcę to odzyskać.
– Masz na myśli tak zwaną miłość, pomiędzy tobą i tą czarnulą? Jak jej było...
– Lateica.
– A tak, Lateica, pamiętam – westchnął z udawanym rozmarzeniem.
Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby ważąc jakiś pomysł.
– Co powiesz na układ, Kamau?
– Układ? Dlaczego miałbym ci ufać?
– Choć, jak już pewnie wiesz, nie jestem przykładem uczciwości – mówiąc to mrugnął ironicznie – to nawet bogowie muszą przestrzegać pewnych praw. Jednym z nich jest bezwzględny nakaz dotrzymania słowa danego śmiertelnikowi.
– Co proponujesz?
– Nie tutaj. Już i tak wzbudzamy sensację. Nawet na wolnej ziemi czarnuch nie powinien podchodzić za blisko do domu swojego władcy – zarechotał i wskazał palcem na pobliski Pałac Buckingham.

Była wiosna. Park oczarowywał przechodniów zielenią drzew i krzewów, których urok podkreślały dodatkowo klomby róż. Wiatr przyniósł zapach świeżo skoszonej trawy i dźwięk dziecięcego śmiechu. Spoglądając na plecy idącego przede mną Anansiego, uświadomiłem sobie, że pierwszy raz, odkąd opuściłem wioskę, nie czułem nienawiści. Dlaczego? Czyżbym zrozumiał, że cały ten czas byłem tylko pionkiem, wciągniętym do gry przez wyższe siły? Że moja zemsta nie była wcale moją? A może zdałem sobie sprawę, że nie mogę zabić Anansiego, przez co cała moja wyprawa była pomyłką?

Weszliśmy głębiej w park, który zaczął pustoszeć, choć przecież był to środek słonecznego dnia. Jakaś siła pchała ludzi do wyjścia. Widziałem, jak nie rozumiejąc swojego strachu, rozglądają się w oszołomieniu dookoła. Zamilkł wesoły gwar głosów. Ucichły nawet ptaki. Po chwili byliśmy sami.
Anansi zatrzymał się w, jak mi się wydawało, najciemniejszym zakątku.
– Tutaj powinno być dobrze – powiedział wesoło i usiadł na ławce. Wskazał miejsce obok siebie. – Siadaj, Kamau, przebyłeś długą drogę.
Odmówiłem ruchem ręki.
– Twoja sprawa – prychnął z urazą Anansi. – Przejdźmy więc do naszego układu. Co ty na to?
– Mów.
– „Mów”? Ha, ha, widzę, że nie złamało cię jeszcze życie, choć wiem, że musiałeś sporo ostatnio przejść. A to wszystko z powodu małej, czarnej dziwki. - Przerwał, czekając na reakcję. Nie odpowiedziałem. Rozczarowany, pokręcił głową.
– Dobrze więc, skoro chcesz, przejdźmy od razu do interesów. Mam taki stary zwyczaj, o którym być może słyszałeś. Moja propozycja jest bardzo jasna: zadam ci trzy zagadki. Jeśli odpowiesz, będziesz mógł poprosić, o co zechcesz. Będę zobligowany do spełnienia twojego życzenia i odzyskasz to, czego tak bardzo pragniesz. Jeśli jednak choć jedno z moich pytań pozostawisz bez odpowiedzi, zostaniesz moim niewolnikiem.
Słowo „niewolnik” zabolało jak cięcie nożem. Nigdy nie byłem niewolnikiem, nawet kiedy służyłem w angielskiej flocie, pilnując czarnych braci. Zawahałem się tylko przez sekundę.
– Dobrze więc, pytaj.
Anansi zaśmiał się tryumfalnie.
– Świetnie, lubię ludzi, którzy nie uciekają przed ryzykiem!
– Ty nie ryzykujesz?
– Ja? Jeszcze nigdy nie przegrałem.



Czy się bałem? Nie jestem pewny. Wiedziałem, że Anansi ma coś w zanadrzu. Coś, co nie pozwoli mi zwyciężyć. Dlaczego więc przystałem na jego propozycję? Wtedy myślałem, że pragnę wreszcie zakończyć tę historię, nawet jeśli miałaby ona oznaczać przegraną. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, wierzę, że jakaś część mnie, przeczuwała, że bierze udział w większym planie.

– Gotowy? Tak? Więc zaczynajmy bez zwłoki... Pierwsze pytanie: „Ten, kto to wytwarza, nie potrzebuje tego, ten, kto to kupuje, nie będzie tego używał, ten kto będzie tego używał, nigdy tego nie zobaczy.”
Zdziwiłem się. Czyżby Anansi robił sobie kpiny? W mojej wiosce nawet dzieci znały tę zagadkę.
– Trumna.
– Brawo! – zaklaskał Anansi i ukłonił się w udawanym podziwie. – Wreszcie znalazłem godnego siebie przeciwnika. Gotowy na następne pytanie?
Skinąłem głową.
– Trzymam za ciebie kciuki, Kamau. Tak więc: „Mój ojciec ma studnię na podwórzu, którą może zmącić mały pyłek kurzu”. Co powiesz na to?
Teraz już byłem pewny, że Anansi bawi się ze mną. Ta zagadka również pochodziła z mojej wioski. Poczułem gniew.
– Oko – wyszeptałem.
– Prosimy zawodnika o wyraźne powtórzenie odpowiedzi – zawołał drwiąco.
– Oko – powtórzyłem głośniej.
– Coś niesamowitego. Anansiego ogarniają wątpliwości; czyżby miał go pokonać małowioskowy rogacz? – kpił bóg-pająk, wijąc się ze śmiechu na ławce.
– Zadaj mi ostatnie pytanie – powiedziałem cicho. Chciałem doprowadzić grę do końca.
– Chcesz ostatnie pytanie? – Anansi spoważniał. Wstał z ławki i przysunął swoją twarz do mojej. – Pożrę cię żywcem – syknął. Wiedziałem, że nie mówi tego w przenośni.
– W takim razie niech tak będzie. Może tym razem coś bardziej ambitnego... Słuchaj uważnie, Kamau: „Jest taki kraj, do którego wszyscy ludzie, zwierzęta i bogowie podróżują codziennie, by napić się wody życia, ale Anansi nie ma tam wstępu. Co to za miejsce?”
Jego oczy lśniły chciwością i złem. Widziałem jak szykuje się do skoku. Przez chwile wyglądał jak pająk, który ma właśnie zaatakować schwytaną w pajęczynę muchę. Był tak pewny wygranej, że nie zwrócił uwagi na moją ulgę.
– Ta kraina to Królestwo Snów, którego władcą jest Sandman.
Anansi zadrżał i z sykiem wypuścił powietrze. Przez chwilę panowała cisza. Wreszcie przemówił:
– Widzę, Kamau, że cię nie doceniałem. Zdaje się, że nie jestem jedynym bogiem, jakiego znasz, czyż nie?
Nie czekając na odpowiedź, dodał niechętnie i zimno:
– No cóż, mój chłopcze, udało ci się dokonać tego, czego pragnąłeś. Możesz wreszcie odzyskać miłość swojej kobiety.
– Wcale tego nie pragnę – odpowiedziałem, po czym zażądałem: – Chcę zobaczyć twoją prawdziwą postać.
W ostatniej sekundzie, kiedy Anansi ciągle miał jeszcze ludzką twarz, ujrzałem w niej strach. Po chwili, spod moich stóp próbował uciec tłusty, czarny pająk. Miękki odwłok pękł pod ciosem buta, jak odwłok każdego zwykłego pająka.

Otarłem podeszwę o trawę i usiadłem na ławce. Po chwili usłyszałem pierwsze głosy powracających przechodniów. Znów zaczęły śpiewać ptaki. Jeden ze spacerowiczów usiadł obok.
– Udało ci się, śmiertelniku. Dokonałeś swojej zemsty.
Rozpoznałem ten głos. Obok mnie siedział Sandman, w którego oczach mieszkają gwiazdy.
– Co teraz? – spytałem.
– Skąd mam wiedzieć? Wy, śmiertelnicy, kształtujecie sobie życie własnymi rękami, choć tak często próbujecie zrzucać swoje decyzje i ich skutki na bogów.
Zapadała cisza. Wzrok Sandmana ze smutkiem prześlizgiwał się po ludziach.
– Chciałem cię o coś spytać, Kamau, mogę?
Po raz pierwszy nie usłyszałem w jego głosie władczej nuty.
– Od kiedy to bóg potrzebuje pozwolenia śmiertelnika, żeby mówić?
– Nie mówię teraz jako bóg.
– W takim razie jako kto?
– Po prostu, ja... Dlaczego nie poprosiłeś Anansiego, żeby oddał ci uczucie do Lateici? Czyżby potrzeba zemsty była silniejsza niż miłość?
Zacząłem się śmiać. „Oto wielki Sandman, bóg snów” – zakpiłem w myślach.
– Nie rozumiem – powiedział cicho.
– Nie rozumiesz? Ty? – pokiwałem z niedowierzaniem głową. – Prawdziwej miłości nie można nikomu zabrać.
– Jak w takim razie Anansi...
– Najwidoczniej nie była to prawdziwa miłość.
Znów zamilkliśmy na chwilę.
– Czy teraz ja mogę cię o coś spytać, Sandmanie?
– Pytaj.
– Co Anansi zabrał tobie?
Spojrzał mi w oczy. Przez jedną chwilę nie widziałem boga, ale mężczyznę, jak ja.
– Właśnie uświadomiłeś mi, że nic.
– Aha...
W końcu bóg snów wstał z ociąganiem.
– Pójdę już.
– Idź.
Odszedł kilka kroków i stanął. Wiedziałem, że chce coś powiedzieć, wiedziałem nawet co, ale przemówiłem pierwszy.
– Tamtej nocy, nad jeziorem, kiedy czekałem na Lateicę, to nie Anansi zesłał na mnie sen, tak?
Jego plecy zgarbiły się trochę.
– Użyłeś mnie jako przynęty, żeby załatwić własne porachunki.
Nie odpowiedział.
– Jak na boga, to straszny z ciebie skurwysyn.
Sandman zadrżał i przez jedną, małą chwilę myślałem, że...
– Przepraszam – powiedział cicho i zniknął.

*

Bębny już dawno umilkły. Ucichł nawet wiatr. Otarłem łzę. Stary rastaman odchrząknął flegmę i splunął przez ramię.
– To już koniec? – spytałem.
– A co jeszcze byś chciał, mój chłopcze? To nie są „Piraci z Karaibów”. Przykro mi.
– No ale co stało się później? Co zrobiłeś? Wróciłeś do Lateici?
– Do Lateici? – prychnął. – Spałeś, czy co? Lateica kaput. Nigdy nie było prawdziwej miłości.
– Ale...
– Czy poczujesz się lepiej, jeśli powiem, że wróciłem na Jamajkę, do swojej wioski, gdzie znalazłem dobrą dziewczynę, która dała mi wiele dzieci?
– Czy tak naprawdę było?
– Mogło być... Mogę ci jednak powiedzieć na pewno jedną rzecz.
– Tak?
– Od tamtego dnia każdej nocy mam najpiękniejsze sny na świecie. Staremu draniowi zostało jednak trochę sumienia.
– Masz na myśli Morfeusza?
– No dobra, koniec pytań – uciął i wziąwszy do ręki talię tarota, wyciągnął jedną kartę.
– Ta jest specjalnie dla ciebie, białasku – powiedział teatralnie posępnym głosem i rzucił mi ją na kolana.
Z karty szczerzyła zęby biała czaszka.
– Co to znaczy?! – krzyknąłem, zrywając się na nogi.

*

– Spokojnie, młody człowieku, spokojnie – śmiejąc się, zawołał Mistrz. Po starym rastamanie nie było ani śladu. Zniknęły palmy, a zapach oceanu zamienił się z powrotem w zapach wilgotnego lasu.
– Spokojnie? – pokazałem na kartę. – Kamau powiedział, że ta jest specjalnie dla mnie!
– Hę? Kamau? A któż to taki? Czyżbyś się na chwilę zdrzemnął? No tak, drzemka w krainie snów musi być ekstra mocnym przeżyciem – powiedział, puszczając oko. – Co do karty, nie masz się czym martwić. Karta Śmierci nie oznacza, a przynajmniej nie musi oznaczać zakończenia życia (choć nie rozumiem, co byłoby w tym strasznego. Nie wydaje mi się, żeby śmierć była mniej przyjemna od snu, a nikt przecież nie robi w portki przed każdym pójściem do łóżka). W tarocie Śmierć oznacza jedynie koniec czegoś, koniec cyklu, etapu w życiu... koniec opowieści.
Mistrz zadumał się na chwilę.
– Wiesz, Pankracy, co jest najlepsze w zakończeniach?
Popatrzyłem pytająco.
– Po każdym zakończeniu zawsze przychodzi nowy początek.
Obróciłem w palcach kartę z kościotrupem. Skoro tak, to faktycznie nie ma się czego bać.
– Jesteś gotowy na nową historię? – zapytał Mistrz, pokazując mi ręką, żebym usiadł.
Skinąłem głową. Podał mi talię.
– Może tym razem spróbuj wyciągnąć coś lżejszego...


2 comments:

  1. Naprawdę nieźle, właśnie dokończyłem czytanie. Prawie jak Paulo Coelho, tylko żywsza akcja :-)

    ReplyDelete
  2. Dzięki Mat! Wiele dla mnie znaczy twoja opinia. To było moje pierwsze opublikowane opowiadanie:)

    ReplyDelete