Tuesday, 13 January 2015

Pierwszy dzień na skłocie

   Pierwszy dzień na skłocie. Wyprowadziłem się z Lewisham, czynsz mnie dobijał, a poza tym stwierdziliśmy z Petrą, że skoro już nie jesteśmy parą, to lepiej będzie się odwiązywać od siebie i zaczynać nowe życie. Tak że samotnie trochę, ale z drugiej strony nowi ludzie, nowe miejsce, nowy sposób życia.
   Lubię skłotować. Życie ma dla mnie smak prowizoryczności, ale nie zawsze odczuwam to źle. Dziś siedziałem z ludźmi na spotkaniu organizacyjnym, rozmawialiśmy skąd zbierać darmowe jedzenie, część ludzi zgodziła się, że woli skipować (ogarnianie śmietników pod targami warzywnymi i supermarketami), inni stwierdzili, że wolą shoplifting, co dla mnie jest zbyt stresujące.
   Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, zagrałem parę kawałków na ukulele i podzieliłem się ekstremadurskim serem kozim od Fernandy i czerwonym winem.
   Nasza grupa skłoterska wygląda tak: jedna para włoska, jedna rumuńsko-włoska, Włoch (Graciano, który mnie wprowadził, ze względu na naszą krysznowską historię), Czech,Gambijczyk, para Polska (Maciek i Natalia, świetni młodzi ludzie, anarchiści, którzy lubią pop z lat dziewięćdziesiątych:), jeszcze jeden Włoch, heroinista, który z wyboru mieszka na dole i nie miesza się z nami za bardzo, ale to brat Bronca, jednego z Włochów, tak że nikt go nie odrzuca, no i teraz ja.
   Nie wiem, czy skłot pociągnie długo, bo dopiero zajęli go trochę ponad tydzień. Byłoby fajnie, bo duże miejsce. Biura w Camberwell, puste od trzech lat. I tak dziwnie, że nikt ich nie zaskłotował wcześniej. Pięć minut spaceru ode mnie z pracy. Ale nawet jeśli nas wyrzucą, co najprawdopodobniej się stanie w przeciągu miesiąca, to będąc częścią grupy, ruszę z resztą do następnego miejsca.
   W tym akapicie wspomnę, że dzisiaj miałem rozwód. Po 16 latach razem, oficjalnie jestem już sam. Smutek ogromny, bezsilność i marzenie o zawróceniu czasu. Ale czasu się nie da zawrócić, trzeba żyć z owocami swoich wyborów. Myślę, że dlatego dobrze, że trafiłem tutaj. Wszystko jest, jak już wspomniałęm profilaktyczne, ale i żywe, zamieszane, nowe, twórcze. To powinno mi pomóc przejść przez ten smutny czas.
   Dziś śniłem o naszym ślubie. Jak nie mogliśmy rozbić kieliszków na szczęście, bo szkło było twarde. I jak dostaliśmy telewizor od Łuksia, a babcia śpiewała  Hare Kryszna, a później pytała, czy to ten sam Bóg, co nasz. A jeszcze później zasnęliśmy razem z Tanieczką, przytuleni, szczęśliwi z naszych dwudziestu kilku lat i nieograniczonej przyszłości.
   To tyle na dzisiaj. Wklejam obrazek Tani, gdzie też się załapałem, pod K. (Kalpataru, moje duchowe imię).
   Za oknem szum samochodów, w środku szumi grzejnik, dziurawy dmuchany materac coraz miększy, będę musiał pewnie dopompować nad ranem, pomodlę się przed snem, prosząc o łaskę zadziwienia każdym dniem. I do spania.
   Trzymajcie się.


7 comments:

  1. Dzieki Adam:) Pierwsza noc po rozwodzie była ciężka, dużo koszmarów, a później leżenie nad ranem i patrzenie w sufit, w cichej desperacji. Na szczęście zaraz do pracy, strząsnę wszystko z siebie, aż do wieczora.

    ReplyDelete
  2. podziwiam Cię za odwagę i umiejętność nawiązywania nowych znajomości
    bardzo lubię Cię czytać :)
    siły i wytrwałości!

    ReplyDelete
    Replies
    1. zięki ananke za czytanie i życzenia. Ze znajomościami jest różnie:) Stresuje mnie poznawanie nowych osób. ale chcę, bo wierzę, że gdzieś tam są rozsypane bratnie dusze. Jak nie będę się mieszał z ludźmi, to jak je znajdę?:)

      Delete