Monday, 13 June 2016

Podróż w tonacji molowej - część trzecia

Dziennik z włóczęgi do Portugalii i z powrotem

Część trzecia 
Z powrotem

29.04.2016

   Viseu
   wieczór
   No i wyjechałem. Stwierdziłem, że nie chce mi się czekać, aż ktoś z Rainbow pojedzie na wschód. Koło południa spakowałem plecak, namiot (nie jest aż tak źle wagowo, jak się bałem) i poszedłem. Po drodze spotkałem Nicka, pożegnałem się. Później zatrzymałem się w „moim” barze. Plan miałem taki, żeby dojść do Aguiar da Beira i tam złapać autobus do Viseu. Okazało się jednak, że grupka ludzi z Rainbow jechała do Porto, a Viseu jest po drodze. Zabrali mnie więc ze sobą, dzięki czemu zaoszczędziłem energii, pieniędzy i czasu.
   W Viseu poszedłem do hotelu, tego samego, w którym zatrzymałem się po przybyciu do Portugalii. Dostałem miły pokój z balkonem, lepszy niż ostatnio. Poszedłem połazić po mieście. Odwiedziłem też supermarket i zrobiłem zapasy na drogę i na wieczór. Wziąłem prysznic, pojadłem, pogadałem z Petią i teraz odpoczywam przy telewizorze.


















   Pod hotelem zapytałem taksówkarza, ile będzie kosztował mnie przejazd na stację benzynową na autostradzie. Tylko dziesięć euro. Skorzystam.
   To był dobry wyjazd, ale jednocześnie czuję ulgę, że wyrwałem się z Rainbow.
   Poczułem bardzo mocno, że nie chcę już „przesuwać granic”. Ekspandować i łamać tabu. Mam coraz silniejsze pragnienie spokoju, znalezienie swojej niszy, zaakceptowania swoich ograniczeń. Chciałbym zbudować swój mały azyl, w którym będę mógł się schronić, tworzyć, kochać. Od czasu do czasu wyrwę się gdzieś na poniewierkę, tak jak teraz, ale najbardziej chce mi się Domu. Chyba zawsze tak było, teraz jednak widzę to jaśniej. Jestem zmęczony podróżą. Tą konkretną i ogólnie, życiową.

***

   Boli mnie gardło. Nie doleczyłem przeziębienia. Ostatni miesiąc sporo wymarzłem, ale na szczęście nie zachorowałem na żołądek. Na Rainbow sporo ludzi miało problemy. Myślę, że z jednej strony to była wina niepewnego źródła wody, a z drugiej braku higieny. Kiedy dziś rano okazało się, że pewien chłopak złapał salmonellę, to naprawdę poczułem, że czas się zbierać.
   Spacerując po Viseu, zauważyłem:
   - Portugalczycy mają grube, krzaczaste brwi. Nawet dziewczyny.
   - Dziewczyny mają duże tyłki.
   - Jest tutaj kiepski wybór egzotycznego jedzenia, gorszy nawet niż w Polsce.
   - Żyje się tu powoli i cicho. Widać to nawet w sposobie, w jaki ludzie chodzą po ulicy. Powoli, leniwie. Jak antyteza Hiszpanii.
   - Ale łóżka w hotelach ścieli się tutaj tak samo, jak w Hiszpanii. Nie istnieją kołdry (hiszp. „nordicos”). Śpi się po prześcieradłami i kocami.
   - Tani chleb, tanie wino, drogie słodycze i sery.
   Delektuję się czystą pościelą. Cicho brzęczy telewizor. Sączę czerwone wino i czytam książkę.

30.04.2016

   gdzieś w Portugalii
   przed południem
   Początek podróży mam z przygodami. Spod hotelu wziąłem taksówkę. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie do najbliższej stacji benzynowej na autostradzie. Niestety, okazało się, że stacja była zamknięta. Musiałem jechać do następnej. Z dziesięciu euro zrobiło się siedemdziesiąt. Z goryczą pomyślałem, że za tyle, to mógłbym polecieć samolotem. Tak czy inaczej miałem tylko czterdzieści. Umówiłem się z taksówkarzem, że resztę przyślę mu po powrocie do domu. Tak więc na wstępie rozpieprzyłem więcej kasy, niż miałem na całą podróż. Takie są uroki włóczęgi.
   Stacja jest mała, pusta. Stoi tylko jeden tir na czeskich blachach. Porozmawiałem z kierowcą, ale okazało się, że jest ich dwóch. Uzbrajam się więc w cierpliwość. Ciężarówki śmigają autostradą, a ja siedzę, samotny, biały żagiel, na pustej stacji. Na szczęście pogoda i humor dopisują. Na wszelki wypadek rozglądam się za miejscem do obozowania. Wąska ścieżka prowadzi pod górę do małego zagajnika. Jeśli trzeba będzie, to znajdę miejsce na rozbicie namiotu.

   po południu
   Nic się nie dzieje. martwo. Zjadłem chleb z oliwkami, pomidorem i kawałkiem bri, zapaliłem papierosa.
   Podoba mi się podróżowanie samemu. Jest w tym spokój, wolność. Nikt nic nie mówi, niczego ode mnie nie chce, nigdzie się nie śpieszę. Ktoś się zatrzyma, czuję radość. Nikt? Wreszcie ktoś musi mnie zabrać.

   pod Madrytem
   18:00
   Zabierałem się właśnie za książkę na tej cichej stacyjce w Portugalii, kiedy zatrzymał się chłopak, Walley. Okazało się, że jest Giblartarczykiem, mieszkającym na stałe w Portugalii. Wybierał się do Murcii w Hiszpanii, żeby poprowadzić kurs permakultury. Gadaliśmy całą drogę. Najpierw o pierdołach, później weszło na związki, bitników, literaturę, duchowość, muzykę. Kiedy rozmawiam z kimś oczytanym, to mam wrażenie, jakbym stał w nurcie orzeźwiającego strumienia. Rzadko mam okazję.
   Miał mnie wysadzić pod Salamanką, ponieważ odbijał w stronę Madrytu, a ja planowałem wracać tą samą drogą, jaką przyjechałem, czyli przez San Sebastian. Stacja pod Salamanką była jednak kiepska i w końcu zadecydowałem, że pojadę w stronę Madrytu, a stamtąd pokieruje się na Barcelonę.
   Tak się zagadaliśmy, że przejechaliśmy ostatnia stację przed jego zjazdem. Choć miło spędzaliśmy czas, nie miałem ochoty skończyć w Murcji. Wysadził mnie więc na autostradzie i musiałem wrócić piechotą jakieś dwa kilometry.


























   Na stacji nic się nie dzieje. Stoją trzy polskie vany, ale okna zasłonięte, chłopaki najwidoczniej śpią. Usiadłem w cieniu i czekam, aż któryś się obudzi. Zobaczymy, czy będę miał szczęście.



























   wieczór
   Nie udało się nic złapać, ale jeden z polskich kierowców zaproponował, żebym rozłożył sobie śpiwór na pace jego ciężarówki. Ulżyło mi, bo nie miałem gdzie rozbić namiotu, a wieje straszliwie i ziąb, więc nie było mowy, żebym spał pod gołym niebem. Do tego kręci się tutaj jakieś szemrane towarzystwo. Młody Cygan, narkoman obmacuje wzrokiem mój plecak i próbuje od wszystkich wysępić na benzynę, bo skończyło mu się paliwo. Nie czuję się tutaj bezpiecznie.
















  Na pace nie wieje, choć cała ciężarówka kolebie się od wiatru. Czuję się, jak na łajbie. Rozłożyłem karimatę, śpiwór i od razu poczułem się lepiej. Jakieś schronienie jest. Mam też książkę.
   Pozostali dwaj kierowcy byli w supermarkecie. Kupili mi wino na rozgrzewkę. Miło z ich strony. Za to z prowiantem kiepsko. Taksówka z Viseu rozpieprzyła mi budżet. Przekąsiłem coś z moich skromnych zapasów (bułkę, czekoladę, ciastko i jabłko). Zaraz pewnie zasnę, jestem zmęczony.

01.05.2016

   pod Madrytem
  11:00
   Gdyby nie gościna chłopaków, to kiepsko byłoby ze mną w nocy. Bardzo spadła temperatura. Myślę, że mogło być nawet jeden, dwa stopnie. Wiatr również wcale nie zelżał. Nad ranem nawet tutaj, w środku, nie było łatwo. Nie spałem już gdzieś od czwartej, nie dałem rady. Dopiero około siódmej zaczęło się ocieplać.
   Wczoraj chłopaki zaprosili mnie na pogaduszki przy piwie. Sympatyczni, młodzi ludzie. Najstarszy miał jakieś dwadzieścia pięć lat. Na koniec imprezy zagrałem im kilka swoich kawałków. Widziałem, że docenili. Każdy nagrywał filmik, przeżywając, że odbył się u nich niespodziewany koncert, który ocieplił trochę obcość tej brudnej, pełnej ćpunów i prostytutek, stacji benzynowej.
   Dziś niedziela. Nie wiążę wielkiej nadziei z wyjazdem. Chłopaki dopiero jutro dostaną zlecenia. Jeden z nich, Bartek, zaproponował, że mogę się z nim zabrać.

   14:30
   Postałem na chwilę przy wylocie ze stacji, ale nie miało to większego sensu. Nie było żadnego ruchu. Podszedł do mnie Jose, bezdomny starszy pan, który od miesięcy mieszka z psem na tej stacji. Miał szczere, mądre oczy. Ostrzegł mnie przed narkomanami i złodziejami, od których się tutaj roi. Sam to już zauważyłem. Zaprosił mnie na jedzenie, a na koniec dał cztery papierosy. Powiedział, że ludzie ulicy muszą sobie pomagać.
   Ciągle wieje, więc wróciłem na pakę ciężarówki.
   Tęsknię za Petią. Jutro ma urodziny. Narysuję jej coś w prezencie.



























   18:00
   Dzień mija leniwie. Kierowcy (Bartek, Mariusz i Piotrek) wrócili z wycieczki do Madrytu. Bartek zaprosił mnie na obiad. Miał kurczaka. Kiedy dowiedział się, że jestem wegetarianinem, zaproponował ziemniaki i jajka. Wprawdzie nie jadam jajek, ale machnąłem ręką i usmażyłem sobie jajek sadzonych (pierwszych od dwudziestu lat). Przezwyciężyłem obrzydzenie i zjadłem je z ziemniakami. Bartek użyczył mi telefonu. Zadzwoniłem do Petii i mamy, żeby się nie martwiły.






















   Teraz z pełnym żołądkiem leżę w ciężarówce i drzemię. Poddałem się nurtowi. Kiedyś wreszcie dojadę do domu, kiedyś spotkam się z Petią, kiedyś dowiem się, o co chodzi w życiu, kiedyś stanie się wszystko, to co ma się stać.

   Droga

Autostradą sunie aut sznur.
Czasami czuje bezkresny mur,
XXI wiek, a wkoło prastary bór.
W nim ja.
Czyżbym tylko ja to czuł?
W słuchawkach DonGuralesko.
Czasami trąci groteską,
a czasami… Wiesz co?
Jakby ktoś otworzył księgę mądrości.
Mądrość, słów roztropność, jak ją posiąść?
Ogarnąć miłością, zrozumieniem?
Samotność.
Sprośność.
Jadąc wstęgą asfaltu,
autostradą,
autostopu mistyką,
czasami rozum błądzi,
syci się filozofią,
oderwaną od lodowca krą,
a czasami zwykłą chucią,
widokiem cycków,
na stacji pod Murcją.

A co?
A ja jadę w przód,
przede mną stary gród.
Gdy go minę, znów benzyny smród.
Czasami mam już dość.
Czasami jestem Buddą Siddhartą,
Wilkiem stepowym,
bitnikiem.
Czasami chłopcem,
co wysyła w gwiazdy
wołanie o obecność.

Bezdomny na trasie,
daje pomidory, cztery fajki, jego blask nie gaśnie.
U stóp czarny pies, to przyjaciel właśnie.
Czarodzieje szos, kula ich nie draśnie.
To są jogini drogi.
Kocham te baśnie.
Nie ma takiej samotności, jak na trasie.
Nie ma takiej ekstazy.
Czasem słońce, czasem deszcz…
To nie Bollywood.
Marzenia, smutki, czasem wkurwia coś.
Wiesz, o łóżku nie marzysz tak nigdy,
jak wtedy, gdy ci drogi zbrzydły.

Obce języki, nieufne twarze,
iluzje prysły.
Ale właśnie wtedy, gdy demony wstają,
pęka mydlana bańka, nic na mnie nie mają.
Bla, bla, bla, niech sobie grają,
niech nęcą i grożą, złoto dają.
Nigdy tak nie czułem miłości,
jak sam, na stacji, nocą,
odpędzając macki nicości.

***

   Oziębia się błyskawicznie. Godzinę temu siedziałem jeszcze bez koszulki, a teraz już włożyłem koszulę, bluzę, kurtkę, a i tak chłód podgryza. Niedługo wskakuję w śpiwór. Napisałem wiersz, czy raczej przelałem na papier strumień świadomości. Koślawy, ale czasami w poezji łatwiej uchwycić subtelne odczucia, nie przekładające się na prozę. Narysowałem też dwóch starożytnych joginów. Siwaitę i Wajsznawę. Moja sympatia kieruje się ku niebieskiemu. Wdzięczny jestem za moje wewnętrzne przywiązanie do osobowego aspektu Absolutu. Jest on moją przytulnością i radością. Ale Siwaitę, impersonalnego nurka po bezosobowym oceanie też lubię. Rzucił się wpław przez wielkie morze, nie wierząc w wielkiego Rybaka. Taka odwaga zasługuje na podziw. A zresztą Rybak i tak mu pomoże, tak samo, jak mi. Dlatego skradł moje serce ten z miłością drwiący z nas Kryszna.



02.05.2016

   pod Madrytem
   południe
   Ciągle czekam. Dziś jakieś święto w Madrycie, więc możliwe, że poczekam do jutra. Przyznam się, że chciałbym już jechać. Gdziekolwiek, żeby tylko już ruszyć się z tej stacji. Kupiłem w sklepie chleb, odrobinę sera i sok. Dokończyłem obrazek dla Petii. Dołożyłem kropkowanie, którego ostatnio sporo używam. Myślę, że dodaje głębi ilustracjom.
   Mimo czekania, czuje się w miarę wyciszony. Czas zabijam książką, rysowaniem i muzyką.

03.05.2016

   pod Jaen
   rano
   Bardzo dziwną trasą jadę do domu. Bartek dostał wreszcie dzisiaj zlecenie. Niestety nie na wschód, ale na południe, prawie przy samej Granadzie. Byłem już jednak tak zmęczony tamtym miejscem, że machnąłem ręką i pojechałem, żeby tylko zmienić scenerię.
   Patrzę na mapę i wydaje mi się, że mam tyle samo kilometrów do domu, co z Viseu. W piąty dzień podróży. Buhahahaha:)
   Czekamy teraz na następne zlecenie, modląc się o drogę na wschód.
 
***

   Andaluzja przywitała pustynnym gorącem. Było ponad trzydzieści stopni. Teraz jest już wieczór, który przyniósł trochę ulgi, ale i tak siedzę bez koszulki. Kleję się i cuchnę. Ostatni prysznic wziąłem w piątek, w Viseu.
   W restauracji, za ostatnie drobniaki kupiłem sobie szklankę świeżego soku z pomarańczy. Nigdzie pomarańcze nie smakują tak, jak tutaj. Nie zawiodłem się, to była rozkosz.
   Spać będę znów na pace, bo tutaj nie ma się gdzie rozbić. Bartek smaży jajka na cebulce. Mnie upał zupełnie pozbawił apetytu.

   Streszczenie wydarzeń od wczoraj:

   1. Pożegnalna impreza z chłopakami. Zrobiłem dla wszystkich spaghetti z cieciorką, oliwkami i serem. Jedli, aż im się uszy trzęsły. Cieszę się, że mogłem się odwdzięczyć za gościnę.



























   2. Nauczyłem ich grać w kości (w pokera). Rozegraliśmy kilka partyjek przy piwie.
   3. Zadzwoniłem do Petii. Mieliśmy małe spięcie. Wkurzła mnie swoją opryskliwością. Rano dowiedziałem się jednak, że miała trudną sytuację w domu, więc mi przeszło.
   4. Dziś pomagałem Bartkowi załatwiać sprawy w biurach. Przydał się mój hiszpański.

   późna noc
   Nie wiedziałem, co dzisiaj czytać. Miałem trochę dosyć Nekroskopa, zmęczył mnie ten naiwny horror. Zastanawiałem się nad Sołżenicynem, ale dałem sobie spokój. Dobrze się czyta, wciąga, ale nie miałem ochoty na zanurzenie się w oceanie okrucieństwa i totalitaryzmu. Przypomniałem sobie rozmowę z Walley’em, o książkach i bitnikach. Okazało się, że mam na kindlu „W drodze”  Kerouac’a. Zacząłem z oporami. Zmęczony miesiącem podróży, tęskniłem za domem, łóżkiem i wanną, więc przytłoczyła mnie włóczęgowska narracja. Ale niezauważalnie wciągnęło mnie po same uszy i nawet nie chce mi się spać.
   Zmęczenie podróżą zmieniło się nagle w zadowolenie z drogi, wyzwań i przygód.
   Trzeba jednak szykować się do spania, jutro kolejny, długi dzień.
   Bartek ogląda w kabinie jakiś kryminał z Dorocińskim. Na wietrze sucho szeleszczą liście jakiegoś południowego drzewa. Gdzieś obok przyciszona rozmowa po hiszpańsku. Banalna muzyka z baru. Kleją mi się oczy.

04.05.2016

   pod Jaen
   rano
   Ciepły poranek na andaluzyjskiej stacji. W restauracji kupiłem pączka, sok pomarańczowy i kawę. Zapłaciłem kartą. Myślę, że dobijam już do granic debetu. Czekamy na zlecenie. Ciekaw jestem, gdzie nas rzucą. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby była to Granada. Z chęcią przywitałbym się z Sacromonte, Alhambrą i cyganami.
   Miło obudzić się bez kaca. Lekkość, ciepło, kołyszące się leniwie palmy, ćwierkające ptaki. Rozochocony pogodą, wykąpałem się za samochodem chłodną wodą z butelki. Od razu lepiej.



























   pod Walencją
   wieczór
   Po oliwkowych gajach Andaluzji przyszła kolej na katalońskie sady pomarańczowe. Nie jest już tak gorąco. Tniemy autostradę, ale jestem zbyt zmęczony, żeby się tym cieszyć. Nie interesują mnie już widoki za oknem. Egzotyka straciła urok. Z niechęcią patrzę na obłe, zmurszałe góry i zgniłą, pozbawioną blasku zieleń. Tęsknię za domem, moją żyzną Europą Wschodnią. Najchętniej bym się zdrzemnął, ale nie dam rady. Bartek to prawdziwy pirat drogowy. Pisze smsy, wbija coś w GPSa, dzwoni, je, pije, wyprzedza, hamuje, przyśpiesza. Typowy narwany chłopak.
   W Alicante zapakowaliśmy ładunek do Bratysławy. Dziś w nocy mamy dojechać do Barcelony. Niestety, ładunek jest zbyt mały, Bartek będzie musiał czekać na przynajmniej jeszcze jedno zlecenie.
 
05.05.2016

   pod Barceloną
   południe
   Ogromny parking, a na nim chyba z piętnastu polskich kierowców. Zrobiłem ziemniaczki, mizerię z koperkiem i kotlety z fasoli, Bartek był wniebowzięty. Jeśli chodzi o mnie, to skurczył mi się żołądek, tak że dużo nie zjadłem, a oprócz tego zmagam się ze strawieniem smażonek.
   No i czekam.



























   wieczór
   Jadę do domu! Zmieniłem kierowców. Przeniosłem się do Arka, kierowcy busa, którego spotkałem pod Barceloną. W sobotę ma ślub kolegi, więc śpieszy mu się bardzo, co jest mi na rękę. Droga będzie ciężka. Arek chce jechać bez przerwy, a ja mam pilnować, żeby nie zasnął. Nie wiem, jak wytrzymam, bo już padam na ryj po tylu dniach autostopu.

***

   Często ludzie nie zdają sobie sprawy, jak męczący może być autostop. To nie tylko widoki, przygody i darmowa jazda. Za najbardziej wyczerpujący aspekt uważam konieczność podtrzymywania rozmowy z kierowcami. Człowiek jest już zmęczony, tęskni za samotnością, ciszą, prywatnością, ale przyzwoitość wymaga odpłacenia się jakoś kierowcy, który zdecydował się zabrać kompletnego nieznajomego. Jeszcze pół biedy, jeśli ma się wspólne tematy, jak na przykład było z Walley’em z Gibraltaru, albo Arkiem, z którym dojechałem do Viseu. Jednak z reguły kierowcy profesjonalni to proste chłopaki i jakoś mijamy się w rozmowie. Prostota nie musi być wadą. Gorzej, kiedy wchodzą tematy światopoglądowe i polityczne. Wielu z nich posługuje się światopoglądem będącym mieszanką nacjonalizmu, rasizmu, niechęci do innych nacji, koloru skóry, odmienności seksualnej, etc. Co mam wtedy robić? Unikam tematu.

06.05.2016

   gdzieś we Francji
   rano
   Po trzech godzinach snu (od trzeciej do szóstej) napiliśmy się kawy, odlali i ruszyliśmy w drogę. Za jakąś godzinę mamy wyjechać z Francji. W Tychach powinnyśmy być około północy.
   Pięknie jest we Francji. Sycę oczy soczystą zielenią łąk i lasów, niebieskim niebem, niebieskim do szaleństwa i żółcią rzepaku.


















 Pocieszyłbym się tym w ciszy, ale nie da rady. Arek nie przestaje głośno przeklinać kierowców. „Pedał jebany”, „żabojad pedalski”, „skurwysyn niewyskrobany”, „czarnuch śmierdzący”. Albo dzieli się mądrością: „Ciapaci, kozojebcy pierdoleni przejmą ten gościnny kraj. I dobrze tak tym skurwiałym żabojadom”.
   Kurwa, no próbuję dostrzec w każdym dobre strony, nieraz o tym pisałem. Ale czasami, tak jak teraz, to jest niezmiernie trudna sprawa. Chciałbym, żeby się już zamknął.

   Niemcy
   południe
   Zaraz za granicą natknęliśmy się na pierwszy korek. Trochę dalej następny. Arek postanowił to wykorzystać i zatrzymaliśmy się na godzinną drzemkę. Choć w samochodzie mnie ścinało, to teraz nie mogę spać. Autostrada ryczy, gdzieś tam w tle z trudem przebija się śpiew ptaków. Zdusiłbym z chęcią ten silnikowy, ohydny hałas i posłuchał po prostu śpiewu ptaków i szumu wiatru. Mierzi mnie trywialność wulgarnych rozmów, nachalnej, głupiej cywilizacji. W bezsensownej gonitwie próbuję usłyszeć dźwięk serca, ale bez powodzenia. Ludzkość się gubi. Nie czuję dziś współczucia. Tylko znużenie i nudę. Gdzie pędzicie ludzie, po co ten pośpiech, głupota i strach?

07.05.2016

   Tychy
   rano
   Jestem, ojczyzno!
   Kiedy wjechaliśmy rankiem do Tychów, z wielką ulgą wysiadłem z samochodu Artura. Nie wiem, co mnie bardziej wykończyło: sama jazda, brak jedzenia, czy on. Tyle złości i frustracji, nie do pojęcia. Wczorajszy dzień upłynął mu na telefonicznych kłótniach z dziewczyną. Przyczepił się do niej o jakąś bzdurę. Wrzeszczał na nią jak szalony, wyzywał od idiotek i pizd. Było mi jej trochę szkoda, ale z drugiej strony to był tylko cholerny telefon. W każdej chwili mogła się rozłączyć.
   No ale to już mam z głowy.
   W Tychach dopisało mi szczęście. Pierwszy trolejbus z przystanku jechał do samego dworca PKP, a już po chwili wsiadłem w pociąg, którym dojadę do samego domu.
   Za jakieś trzy godziny zrzucę śmierdzące łachy, wykąpię się i zjem coś ciepłego.
   Choć zmęczony, czuję radość. Świeci mocno słońce, zapowiada się gorący dzień. Pociąg jest pełen dzieciaków z plecakami, pewnie wybierają się na górską wycieczkę. Podekscytowane, uśmiechnięte, rozmawiają z ożywieniem. Ogarnęło mnie miłe rozleniwienie.

   Na tym zakończę dziennik z podróży. Bez syntezy i poezji, bez puenty.

6 comments:

  1. Opisałeś kompletnie obcy mi świat. Nie zdobyłbym się na taką wyprawę, bo zbyt lubię porządek, wygodne łóżko etc. Na dodatek zbyt często "jestem nieprzysiadalny":)

    ReplyDelete
  2. ha dobre 3 lata minelo od mego ostatniego odczytu posta, dzis mysle mam chwile, zielona herbata niech sie lepiej zaparzy... kukam, czytam a 'muminkowy Wloczykij' dalej w podrozy (; o

    ReplyDelete
    Replies
    1. Włóczykij zawsze opuszcza Dolinę Muminków i słyszy ujadanie wilków;)

      Delete
    2. Włóczykij zawsze opuszcza Dolinę Muminków i słyszy ujadanie wilków;)

      Delete
  3. No co tam? Milczysz i milczysz tak absorbująco...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Smuty życiowe, aż mi się nie chce pisać. Jak strzelilem ostatnio posta, to po godzinie go usunąłem z niesmakiem:) Dziś się z fejsa usunąłem. Jakoś się muszę odnaleźć. Dzięki za pamięć.

      Delete