Tuesday, 23 October 2018

Ljubljana



 Noc była chłodna, ale dwa śpiwory ogrzewały mnie aż nadto. Obudziłem się o szóstej, po długim, spokojnym śnie. Wstawiłem wodę na kawę na kuchence turystycznej, co wzbudziło zainteresowanie przechodniów zmierzających do pracy. Kawa i papieros odgoniły resztki snu. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę Ljubljany.
   Jechałem powoli, leniwie, ciesząc się złocistą pogodą. W radiu nastawiłem jakąś spokojną stację, nadającą słoweńską muzykę. Zatrzymałem się na śniadanie (przywieziony z Polski chleb i pasztet sojowy). Na łące zobaczyłem rzeźbę sympatycznego byka z bujną hipsterską grzywką. Podszedłem bliżej, żeby zrobić zdjęcie i okazałości, że to nie rzeźba, ale żywy, najpiękniejszy na świecie długowłosy byczek. Zastygł po prostu w bezruchu, zaskoczony moim pojawieniem się.
   Ljubljana jest urocza. Brukowane ciasne uliczki otaczają wzgórze z zamkiem. Przeszedłem chyba wszystkie. Wspiąłem się też na wzgórze, skąd roztacza się bajeczny widok na całe miasto.
   Przed powrotem do samochodu zjadłem pysznego falafela. Musiałem wrócić i wykupić dodatkowy bilet, ponieważ maksymalny czas parkowania to cztery godziny. A od dziewiętnastej, tak jak w Mariborze, nie płaci się nic, więc zostaję na noc.
   Błądząc po mieście trafiłem do Parku Tivoli, który po zejściu z głównej drogi zamienił się w ciemny, wilgotny las. Przy starych ruinach miałem krótka wizję artystyczno-emocjonalną;) Może ją rozwinę.
   Teraz siedzę opatulony przed pubem Levstik i piję piwo: ciemne mieszane z jasnym. Pycha. W Polsce nie ma takiego dobrego piwa. Nie wiem dlaczego.

No comments:

Post a Comment