Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019
7. Via Ferrata
(31.08.2019, wieczór, Blagaj koło Mostaru, Bośnia)
Zacznę od początku, żeby się nie zgubić, bo dzień był długi i obfitujący we wrażenia.
Rano wstałem dosyć wcześnie i przygotowałem nas do wyjścia na Maglić: plecaki, jedzenie, napoje. Monika wstała dosyć późno i trochę się guzdrała. Wreszcie powiedziałem jej dosyć ostro, że ma się pozbierać, bo musimy tak wymierzyć, żeby nie utknąć w górach wieczorem. Obraziła się śmiertelnie.
Odcinek, który pokonaliśmy samochodem wcale nie była taki straszny, jak się obawiałem. Bez trudności wjechaliśmy na jakieś 1600 m. Trasa nie umywała się do tej w Strazimirze w Macedonii przed wejściem na Korab.
Ale jeśli chodzi o samą wspinaczkę... Wejście było koszmarne, strome, niebezpieczne, groźne. Jak się później okazało, wybraliśmy najgorsze z trzech podejść. Tzw. Via Ferrata, którą chodzą doświadczeni wspinacze. Zaczęło się w miarę dobrze, choć widok góry nas przytłoczył. Ale po jakiejś pół godzinie zaczęło się strome podejście. Ja sam zacząłem się denerwować, a M., która ma lekki lęk wysokości zaczęła tracić spokój bardzo szybko. W pewnym momencie zeszliśmy ze szlaku i wpakowaliśmy się na stromy, kamienisty żleb, gdzie z każdym krokiem obsypywała się nam spod stóp mała lawina kamieni. W tym momencie już bym zawrócił, ale bałem się, że przy zejściu tym piargiem może nam się coś przytrafić, więc może zaraz będzie lepiej. Wreszcie odnaleźliśmy właściwy szlak, ale dużo nam to nie pomogło. M. coraz bardziej panikowała.
Kiedy z góry zeszło dwóch Bośniaków zaopatrzonych w liny i kaski, spytałem, czy zaraz zrobi się lepiej. Popatrzyli na nas z politowaniem, i powiedzieli że zaraz będzie o wiele gorzej. Postanowiliśmy zawrócić. Mężczyźni spytali, czy potrzebujemy pomocy. Odpowiedzieliśmy, że damy sobie radę. Kiedy zniknęli za zakrętem, M. zupełnie się rozkleiła. Zaczęła płakać, krzyczeć, no, zrobiło się niebezpiecznie, bałem się, że w panice zrobi jakąś głupotę, a zbocze było bardzo niebezpieczne. Na szczęście mężczyźni zawrócili. Okazało się, że są lokalnymi GOPRowcami na prywatnej wyciecze. Założyli M. uprząż, liny, i za rękę sprowadzili w dół. Tak że na szczęście wszystko skończyło się dobrze.
Kiedy usiedliśmy wyczerpani na dole, podszedł do nas pasterz i zaprosił na kawę do bacówki. Radovan. Od 40 lat mieszka w górach. Poprosił nas, żebyśmy mu znaleźli w Polsce kobietę, która chciałaby z nim zamieszkać. Obiecałem, że się rozejrzę. Poczęstował nas domowym kajmakiem. Dawno nie byłem tak bliski zwymiotowania. Ciepła, tłusta i śmierdząca breja nie chciała przejść mi przez gardło, ale nie chciałem urazić gospodarza, więc jakoś przełknąłem i szybko popiłem rakiją, której nam wcześniej nalał.
A później co?
- Kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy przez brzydkie, skaliste, zamglone i zimne tereny Hercegowiny.
- Staruszka w czarnej sukni i chuście szła powoli pustą jezdnią. Nawet się nie odwróciła, kiedy dojechaliśmy do niej samochodem. Ostrożnie ją wyminąłem.
- Trochę dalej, pomiędzy opuszczonymi, przekrzywionymi budynkami wśród mgle bawiły się dwie kilkunastoletnie dziewczynki w zachodnich ubraniach. Dziwnie wyglądały ich uśmiechy na tym cmentarzysku.
- Zatrzymaliśmy się w miłym miasteczku – Blagaj koło Mostaru. Trafiliśmy na wyjątkowo przyjemny kemping w samym środku miasteczka. Rzeczowy, lekko zblazowany, ale sumienny właściciel dał nam zestaw ulotek o Blagaju i okolicach, mapę i kupony na zniżkę do restauracji po drugiej stronie rzeki.
- W knajpce koło kempingu („Most”) wypiłem trzy rakije i zjadłem kawałek arabskiego słodycza, zupełnie wyleciała mi z głowy nazwa. M. wzięła naleśniki z nutellą. Siedzimy i planujemy. Zostaniemy tutaj jutro. Wyśpimy się, zrobimy pranie, później spacer, świątynia derwiszów, książka, pisanie, rysowanie. Właściciel kempingu zaproponował, żebyśmy się jutro przenieśli w lepsze miejsce, bliżej brzegu rzeki.
8. Vonnegut w Blagaju
(01.09.2019 rano, Blagaj, koło Mostaru, Bośnia)
Niemieccy turyści z Balkan Express Adventure Rally szykują się do wyjazdu. Niedługo zostaniemy na kempingu sami i będziemy mogli wybrać sobie lepsze miejsce. Tradycyjnie M. jeszcze śpi, a ja piję kawę i palę za dużo papierosów. O, obudziła się, macha mi wesoło z samochodu.
Obok nas szykuje się do wyjazdu również hiszpańska rodzinka. Porozmawialiśmy chwilę. Bardzo mili, uśmiechnięci. Ucieszyli się, że mogą pogadać po hiszpańsku. Ja zresztą też, choć chorwackie słówka uparcie próbowały zastąpić hiszpańskie. Ciężko się było przestawić.
***
M. sprawdziła właśnie w internecie opisy wejścia na Maglić. No tak, wybraliśmy najgorszą z możliwych tras. Innymi szlakami wchodzą nawet dzieci. No ale bez tej pomyłki nie mielibyśmy takich ekstremalnych przygód:)
M. jest dziś bardzo miła, wesoła, do rany przyłóż. Na szczęście szybko otrząsnęła się z wczorajszej traumy. Poranek się miło i leniwie przedłuża. Kupiłem sobie zimnego Heinekena w sklepie, jogurt na śniadanie, sok pomarańczowy. M. poszła się kąpać, a później ma w planie pranie w umywalce. Gospodinie, jako mi danas ujutra dobro.
***
Właściciel kempingu ma na imię Nedżad. Bardzo dba o miejsce. Chodzi, sprząta, podlewa, pilnuje, zagaduje. Widać, że to jego perełka. Rozmawialiśmy przez chwilę. Dostał tę ziemię od ojca. Pracuje tylko w sezonie, resztę roku ma dla siebie. Poczułem ogromną zazdrość. Taki właśnie skarb chciałbym znaleźć – coś, co uwolniłoby mnie od konieczności pracy na etacie.
Przygotowałem sobie pod ręką opowiadania Vonneguta. Odwlekam przyjemność czytania.
Mistrz Vonnegut
„Kim teraz będę?”
Opowiadanie wycisnęło mi z oczu kilka łez. On jest pustką i ona jest pustką. Ale kiedy wcielają się w role na scenie, to granie napełnia ich życiem. I nagle z ich pustki rodzi się miłość.
„Długi spacer do zawsze”
Kto by pomyślał, że Kurt tak sprawnie i rzewnie potrafi pisać o miłości? Zawsze był dla mnie błyskotliwym i smutnym cynikiem. Żołnierz ucieka z jednostki, żeby powstrzymać przed ślubem dziewczynę, którą kocha. „Noga za nogą, przez liście, przez kładki”. Ta fraza przewija się jak refren. I noga za nogą miłość wygrała.
„Noc dla miłości”
To opowiadanie to uczta. Czuję się, jakbym zaspokajał głód. Dwie starsze pary i wspomnienie pewnej dawnej, księżycowej nocy.
(około 18, Blagaj)
Wróciliśmy z długiego spaceru. Ładny ten Blagaj. Upał był nieziemski. Zaszliśmy najpierw nad rzekę. Był tam inny kemping. Pusty, nawet bez właściciela. Jedna strona to byłą wydrążona skała, gdzie w jaskini była kuchnia i salon.
Wskoczyłem do lodowatej wody nago, tysiące ostrych igieł odgoniło upał i poczułem się jak nowy. Nakradliśmy słodkich jak miód fig, ciepłych od słońca. Później M. zaprosiła mnie na obiad. Ja miałem wegetariański miks, a ona węgorza z ziemniakami. Sporo kasy tam poszło. A jeszcze więcej na jarmarku pod świątynią derwiszów. Dostałem od M. fajny kapelsusz z łyka, który od teraz jest moim ulubionym. A ja kupiłem jej zestaw trzech kapeluszy, w których wyglądała uroczo. No i oczywiście magnesy, które żarliwie kolekcjonujemy.
W świątyni derwiszów wpadłem w zadumę. Zawsze w miejscach kultu, ogarnia mnie zamyślenie. Czuję szacunek i pewien żal, że tak daleko odszedłem od życia duchowego, od modlitwy.
Jeszcze wcześnie. Pewnie wyskoczymy na wieczorny spacer i może jakąś przekąskę.




Pięknie napisany reportaż z podróży:) Czekam na ciąg dalszy.
ReplyDeleteDzięki :) Może dziś wieczorem się uda następny odcinek, jeśli dotrę z pracy w jakiejś ludzkiej porze:)
Delete