Saturday, 3 April 2010

Stary Cygan



Znalazłem w starych folderach zarys opowiadania, które nigdy nie powstało. Nie wiem, czy jeszcze do niego wrócę. Może kiedyś znowu pojawi się inspiracja. Poniżej fragment notatek.

Stary Cygan

1. Jestem podróżnikiem. Włóczę się po Hiszpanii autostopem. Któregoś wieczoru ląduję w małej wiosce, w Andaluzji, niedaleko Granady. Już późno, wioska nieciekawa – z powodu plantacji i sezonu na winogrona, cała wioska pełna Marokańczyków, Rosjan, Cyganów, nieprzyjemnie, patrzą na mnie, coś szepcą.

2. Postanawiam poszukać jakiegoś spokojnego miejsca za miastem. Idę, idę, a plantacje się nie kończą, do tego wszędzie psy. W końcu, około północy dochodzę do wzgórz i znajduję jaskinię. Pogoda paskudna: leje, wieje, pogoda nie na tę porę roku.

3. Rozkładam ubrania, suszę, jem chleb z serem, rozmyślam (w ogóle chciałbym, żeby cały tekst był pełen rozmyślań o Hiszpanii, naturze i historii, żeby było czuć hiszpańską atmosferę).

4. Pojawia się stary Cygan. Najpierw nieufny, ale w końcu otwiera się trochę, kiedy dzielę się z nim posiłkiem.

5. Opowiada mi historię, która wydarzyła się w tej właśnie jaskini.

6. Grzał się tutaj, jako młody chłopak. Była wojna domowa, niedaleko odbywały się walki. Znał tutejsze szlaki górskie, nie bał się więc problemów. Pewnej nocy pojawił się młody żołnierz republikański. Polak, walczący w armii republikańskiej (nie w brygadach międzynarodowych). Piotr Brzeziński, który razem z ojcem, jeszcze jako dziecko, wyemigrował do Hiszpanii.

7. Piotrek jest dziwny. Wydaje się znać Cygana, choć nigdy wcześniej się nie spotkali. Wie też co się wydarzy. Unikają zasadzki Nacjonalistów dzięki jego wiedzy.

8. W końcu, kiedy wszystko się uspakaja, Piotrek opowiada swoją historię (budowa teleskopowa, a la Pamiętnik znaleziony w Saragossie).

9. Okazuje się, że Piotrek utknął w pętli czasowej. Ta noc, to spotkanie powtarza się już wiele razy i zawsze kończy się jego śmiercią. Jego i Cygana. (rozwinąć)

10. Nagle pojawia się dziewczyna, Małgosia. Dziewczyna z przyszłości, z którą Piotrek się zna. (rozwinąć). Później okazuje się, że ona też jest częścią pętli i pojawia się za każdym razem. Też ginie.

11. Ostatecznie, w jakiś sposób, Piotrek ocala Cygana, gdyż to jest jedyna szansa, żeby wyrwać się z pętli, nic innego nie działa.

12. Cyganowi udało się uciec. Piotrek dał mu karteczkę z informacją, która pomoże mu się wydostać z pętli. Cygan ją gubi. Wraca następnego dnia, ale nikogo nie ma. Nikt w okolicy nic nie wie o chłopaku.

13. „Zawsze kiedy tutaj przychodzę, myślę o Pedro, który być może, ciągle siedzi tutaj, tamtej jednej, deszczowej nocy i nie może się z niej wydostać.”


Friday, 2 April 2010

Magik o Bogu



Piękny kawałek o poszukiwaniu Boga. Kaliber 44 ma moc.




Moja obawa

Czym dla Ciebie jest świat?
Białe babie lato unoszone przez Twój podmuch
Tak, ot tak
Pokaż skrawek Twoich ust, pokaż
Swój mózg
Może słowa te za małe są
Przecież jestem tylko łza, przecież jestem tylko wszą
Nieliczne czarne babie lato
Opowiedz mi, powiedz, powiedz mi powiedz
Przecież ja nie jestem pewien, może oni łza
Ojcze!Tato! Jakie Twoje imię jest?!
A może Ś.P. Brat Joka odpowiedź już zna...
A może nie, a może tak
A może tak, tak, tak, tak!

Przyznaj się, że Ciebie nie ma - to legenda
Przyznaj się, że Ciebie nie ma - to legenda
Przyznaj się, że Ciebie nie ma - to legenda
Przyznaj się, że Ciebie nie ma - to legenda

Zawsze szybko umierają tacy jak ja
Tacy sami lecz ciągną nitki inny kolor
Wiedzcie, że jest
Bo ktoś musi być
Bo tak łatwiej żyć
W to można uwierzyć... pierdolą
do zobaczenia w piekle
Ona podała mi dłoń i ja dla niej klęknę
Ja dla niej padnę
Ani słowa ze strony ludzi i ja to odgadłem
Mnóstwo słów o Tobie:
Mówione, pisane, czytane i tak sie nie dowiem
Bo tajemnica owiane jest to:
Dobro czy zło

Białe lekkie babie lato...
Czarne lepkie babie lato...
Białe lepkie babie lato...
Czarne czyste babie lato!

100 stóp nad ziemią wyciągnięta ma dłoń
Będę mówić - dawno wyrzygałem knebel
I mój głos, i moja Wieża Babel
Ja urządzę post, otworze drzwi od klatki
Ja spojrzę na Ciebie, ja moimi oczyma
Ja spojrzę na Ciebie nie oczami mojej matki
I zobaczę coś... A może tam nic nie ma?
A może kto? powie - to legenda...
Ale ze mnie wszą... Ś.P. Brat Joka!
No i..., no i..., no i...

Podaj mi dłoń i podaj mi rękę...
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma
Bądź a klęknę!
No i podaj mi dłoń i podaj mi ręke...
Podaj mi dłoń
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma
Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma
Bądź a klęknę!

Saturday, 20 March 2010

Na głodno



Tak to jest, kiedy człowiek zabiera się do pisania z pustym żołądkiem. Moment kulminacyjny, bohater znajduje starożytny artefakt, który daje mu moc nad światem i co robi z tą potęgą?:)

Na głodno
(fragment opowiadania)

Nie wierzył w to, co widzi. Pod drzewem, na śnieżnobiałym obrusie leżały pełne półmiski, dzbany i talerze. Do ust napłynęła ślina. Otarł wargi, nie spuszczając wzroku z cudownej wizji. Było tam wszystko, o czym marzył, plus mnóstwo innych rzeczy, o których nie odważył się nawet pomyśleć: pieczone kostki bakłażana w pomidorach, wysmażone w złotym cieście szaszłyki z sera i warzyw, gęsta zupa z cieciorki i papryki, zabielana śmietaną, marynowane w occie pieczarki i ogórki, zaprawiane zieloną oliwą karczochy, faszerowane ryżem i grzybami liście kapusty, koreczki z czosnku i zasmażanego twarogu, do tego pachnący chleb o chrupiącej skórce, zakurzona butelka wina, kryształowa karafka wypełniona złocistym sherry, ciasta, torty, owoce nasączone w cukrowej zalewie…

Uklęknął i ciągle nie wierząc, wyciągnął nieśmiało dłoń. Dotknął skórki z chleba. Jeszcze ciepły! Pociągnął głęboko nosem. Bukiet smakowitych zapachów wypełnił nozdrza. Włożył rękę do najbliższej miski i zbliżył ociekającą sosem garść do twarzy. Jeszcze nie ufał swoim zmysłom. Dopiero kiedy włożył do ust ciepłe, cudownie przyprawione warzywa, zdał sobie sprawę, że to dzieje się naprawdę. Trzeba przyznać, że nie był do końca egoistą. Zanim rzucił się łapczywie na jedzenie, zawołał braci.

Friday, 19 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 6



O Bogu, duszy i wieczności 6

Bolesław Prus

Źródłem świadomości nie może być materia

- A teraz dowiodę panu twierdzenia zasadniczego. Brzmi ono tak: „Materiałem, w którym odbywa się zjawisko czucia, nie może być to, co nazywamy materią w znaczeniu chemicznym." A więc ani tłuszcz, ani fosfór, ani ich kombinacje, ani żadne komórki i włókna nerwowe...

- To pan chyba cud zrobi - szepnął Zdzisław.

- Gdyby mózg był substancją posiadającą władzę czucia (a wiemy z fizjologii, że mózg nie posiada czucia), w takim razie: primo - każdy atom tlenu, wodoru, fosforu itd., wchodzący w skład mózgu, musiałby posiadać czucie; secundo - musiałby istnieć jeden atom, do którego spływałyby doświadczenia innych atomów, i ten centralny atom stanowiłby naszą duszę. Rozumie się, duszę nieśmiertelną, gdyż atomy, według nauki, są niezniszczalne.

- Dlaczego pan nie przypuszcza, że z atomów nieczułych może wytworzyć się czujący agregat?... - wtrącił Brzeski.

- Zupełnie z tej samej przyczyny, dla której gromada ślepych nie utworzy agregatu, który by mógł widzieć.

- Ależ atomy zdolne są do tworzenia agregatów posiadających całkiem nowe własności. Kwas siarczany na przykład jest zupełnie różny od siarki, tlenu i wodoru, jest rzeczą nową i nie dającą się wyrozumować z własności jego pierwiastków...

- Nie, panie - odparł Dębicki - kwas siarczany nie jest rzeczą „nową"; on tylko ma nową postać energii chemicznej, w którą wsiąknęły energie chemiczne jego pierwiastków. Co ciekawsze, że kwas siarczany posiada mniejszą energię napiętą aniżeli suma składających go pierwiastków. Pod tym względem związki chemiczne są podobne do spółek finansowych. Pan A składa sto rubli, B dwieście; a C trzysta; razem złożyli sześćset rubli, ale z tej sumy jakaś część wsiąknie w lokal, sprzęty, księgi potrzebne do utrzymania spółki, a zaledwie sto -dwieście, może czterysta rubli będzie kapitałem obrotowym, czyli energią napiętą spółki. Lecz gdyby panowie A, B i C pojedynczo nie mieli ani grosza, to i spółka ich także nie miałaby ani grosza, jakkolwiek ustawilibyśmy tych panów obok siebie.

Przypuśćmy jednak (co nie jest rzeczą niemożliwą), że atomy posiadają czucie, a nawet świadomość, to jeszcze zgromadzenie ich nie utworzy całości, która by miała jakieś gromadzkie czucie i gromadzkie ja. Przecież ludzie są istotami czującymi, świadomymi, rozumnymi i mogą nawzajem komunikować sobie uczucia i myśli. Lecz co z tego?... Gdyby zeszło się dwu ludzi czy milion ludzi, gdyby porozumiewali się wszelkimi sposobami, gdyby nawet w tej samej sekundzie doznawali podobnych uczuć: miłości, radości, gniewu - to jesz¬cze nie utworzą razem jakiegoś nowego bytu, który posiadałby zbiorowe czucie i mógłby powiedzieć: ja, gromada, czuję to a to... Każdy bowiem z tych ludzi będzie posiadał tylko swoje własne czucie, które nie spłynie się z żadnym innym i nie utworzy wyższego czucia, wyższego - ja. Mógłby zajść jeden wypadek: oto gromada ludzi wybiera jakiegoś człowieka, komunikuje mu swoje myśli i tym sposobem wywołuje w nim coś na kształt umysłowości zbiorowej. Lecz i wtedy ów człowiek będzie czuł tylko sam - wywołane w nim myśli.

Podobnie z atomami mózgu. Może rozmaite atomy posiadają czucie, każdy własne; może nawet komunikują je jakiemuś jednemu atomowi, który tym sposobem łączyłby w sobie rozmaitość wrażeń z jednością czucia, czyli - byłby naszym ja, naszą duszą nieśmiertelną - jak on. Na nieszczęście fizjologia uczy nas, że atomy mózgu ciągle zmieniają się i choćby nawet istniał jakiś centralny atom, to i on wyleciałby z mózgu w ciągu kilku miesięcy, a wraz z nim i nasze j a, które przecież, z bardzo drobnymi zmianami, jest wciąż tym samym ja.



- No, tak!... - mruknął Brzeski po namyśle. - Ale dlaczego profesor rozumując o atomach zastępuje ich ludźmi, o których wiemy z góry, że mają czucie i świadomość?

- Dlatego, że nie jestem filozofem, który dla postawienia teorii światła nie zajmuje się światłem, ale knotem i naftą. Mówię o czuciu, chcę wytłomaczyć czucie, więc muszę szukać nie czego innego, tylko czucia, tam, gdzie ono jest, a więc - we mnie samym i w innych ludziach. Daj mi pan sposób obserwować czucie w zwierzęciu czy w roślinie, tak jak mogę je obserwować w sobie, a wówczas będę mówił o zwierzętach i roślinach a nawet o minerałach i pierwiastkach chemicznych.

- Widzi pan - odezwał się po chwili Brzeski - to, co pan mówił, niby jest dowodem, ale... nie robi wrażenia dowodu silnego...

- Cóż pan nazywasz dowodem silnym?

- Choćby mały rachunek...

- Dobrze. Dodaj pan, ile chcesz, bytów nieczujących, pomnóż byt nieczujący przez jaką chcesz liczbę, a ten rachunek przekona cię, że - nie otrzymasz czucia.

- Tak... No, a doświadczenie?... - wtrącił z uśmiechem Zdzisław.

- Weź pan gromadę czujących i świadomych ludzi, a przekonasz się, że łącząc ich w jakie zechcesz grupy, nie otrzymasz zbiorowego czucia ani świadomości.

- To będzie doświadczenie analogiczne, nie bezpośrednie...

- A gdzie pan masz doświadczenie bezpośrednie choćby w kwestii odległości ziemi od słońca?... - spytał Dębicki. - Mechanika, astronomia, fizyka w dziewięćdziesięciu dziewięciu zjawiskach na sto opierają się na dedukcji i analogii i - mimo to nazywają się naukami pewnymi. Dlaczegóż więc dedukcje w dziedzinie psychologii mają nie być pewnymi?... Wszak opierają się na czuciu, a czucie jest większym pewnikiem aniżeli jakikolwiek inny fakt na świecie czy w nauce.

Brzeski leżąc oparł głowę na ręku, wpatrywał się w profesora, rozmyślał, wreszcie rzekł:

- Ma pan słuszność, że nasze pokolenie nie jest oswojone z filozofią czy z dialektyką, i dlatego ja na przykład nie potrafię zbijać pańskich poglądów. Ale... co pan sądzi o Tainie?...

- To wielki myśliciel i stylista - odparł Dębicki.

- Widzi pan... - ciągnął Brzeski. - A przecież między tym wielkim myślicielem i panem jest olbrzymia niezgoda, bo pan mówi o jedności naszego ja, które nie może składać się z atomów, podczas gdy Taine dowodzi, że nasze ja właśnie składa się jakby z atomów, bo z nieskończenie małych wrażeń, które stoją tak blisko siebie, że zdają się tworzyć jedną istotę. Naprawdę więc nasze jednolite ja jest złudzeniem.

- Proszę pana - rzekł Dębicki - kto powołuje się na autora, musi pamiętać, o czym on mówi i czego chce dowieść. Otóż Taine, o ile go rozumiem, w książce O inteligencji chciał pokazać, w jaki sposób z drobnych wrażeń, pochodzących bądź ze świata zewnętrznego, bądź z naszego wnętrza - tworzą się umysłowe wizerunki tegoż świata i wnętrza. I objaśnił, że według niego owe wizerunki podobne są do mozaikowych obrazów, które z daleka wyglądają jak malowidło, z bliska zaś są zbiorem różnobarwnych kamyków. Co jednak jest podstawą, do której przylepiają się owe kamyki? czym jest owa istota, ów byt czy niebyt, który łudzi się jednolitością swoich mozaikowych obrazów?... o tym nie mówi. Lecz przypominam panu, że w końcu swego dzieła Taine uznaje możliwość metafizyki i legalność jej badań.

Dusza zaś należy tymczasem do zakresu metafizyki, chociaż moim zdaniem do takiej samej metafizyki należy cała dzisiejsza fizyka matematyczna z jej atomami, teorią gazów i optyką. W chwili gdy mówimy, że atom ma wielkość dwumilionowej części milimetra, że cząstka wodoru w ciągu sekundy uderza się dziewięć miliardów razy o cząstki sąsiednie, że światło czerwone polega na trzystu osiemdziesięciu siedmiu trylionach drgań na sekundę, w tej chwili opuszczamy dziedzinę eksperymentu i przenosimy się na ocean metafizyki. To darmo!... Albo trzeba wyrzec się szczytów, na jakich stanęła dzisiejsza wielka nauka, i zostać płytkimi sceptykami, którzy w to tylko wierzą, czego dotkną palcem, albo musimy pogodzić się z faktem, że „rzeczy widzialne są zrobione z rzeczy niewidzialnych" i że świat realny naprawdę zaczyna się poza granicami naszych zmysłów.


Thursday, 18 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 5




O Bogu, duszy i wieczności 5

Bolesław Prus

Proces myślenia i czucie

- Należy nam się od profesora objaśnienie - zaczął Brzeski. - Powiedział pan, że czucie, owo moje czucie, nie jest własnością organizmu materialnego. Więc... czegóż...

- Wytłomaczę się - odparł Dębicki. - Ale pierwej pan powiedz mi: w jaki sposób wyobrażasz sobie materialnie proces myślenia? Co tam robi się w mózgu?

- Kwestia ta nie jest jeszcze jasna dla anatomii i fizjologii, nie wiemy, jak się to robi, tylko odgadujemy... Trzeba pamiętać, że komórki nerwowe są machinami bardzo rozmaitego typu. Jedne przykładają się do kurczenia mięśni, inne są wrażliwymi: te wyłącznie na światło, tamte wyłącznie na dźwięk, owe na ciepło, jeszcze inne na zapachy. A ponieważ komórki nerwowe odznaczają się tak wielką rozmaitością uzdolnień, można więc przypuścić, że niektóre z nich posiadają w zawiązku - zdolność myślenia. Ile razy w komórce zajdzie jakaś zmiana, najpewniej chemiczna, której towarzyszy ciepło i elektryczność, tyle razy budzi się w owej komórce niby iskierka procesu umysłowego.



A jak z pojedyńczych iskier tworzy się wielki płomień, tak z elementarnych, niewyraźnych skutkiem swojej małości, procesów duchowych powstaje rozległa i wyraźna myśl o czymś... Muszę jednak przyznać - ciągnął dalej - że psychiczna strona myślenia nie przedstawia mi się jasno... Jakich zmian chemicznych potrzeba, ażeby w komórce obudziło się czucie? Czy każdy proces chemiczny jest czuciem, czy przywilej ten posiadają tylko komórki mózgowe?... nie umiałbym odpowiedzieć. Trzeba dodać, że komórki mózgowe mają zdolność przechowywania jakby śladów - dawniejszych wrażeń, a ta ich zdolność jest podstawą pamięci. Skończyłem.

- Cóż - odparł profesor - zbijać ani dowodzić tego, co pan powiedział, nie potrzebuję. Wolę dowieść czego innego, że czucie wraz ze swoimi rozgałęzieniami, które nazywamy: spostrzeganiem, wnioskowaniem, świadomością i w ogóle - myśleniem, że owo czucie w żaden sposób nie może być produktem mózgu. Moje czucie, które każdy z nas posiada, jest faktem elementarnym. Jeżeli niepodobna dać ślepemu pojęcia o tym, co znaczy kolor, choćby za pomocą najzawilszych kombinacyj: dźwięków, zapachów, dotykań, to jeszcze mniej podobna, za pomocą jakichkolwiek ruchów nerwowych, jakichkolwiek procesów fizycznych czy chemicznych - objaśnić zjawisko czucia.

Czucie odsłania przed nami cały świat, ale milion takich widzialnych i dotykalnych światów nie objaśni czucia. Może kiedyś chemia rozłoży pierwiastki chemiczne, może kiedyś potrafi z ołowiu robić złoto. Ale nikt i nigdy nie rozłoży tego pierwiastku: ja czuję, i nikt z procesów chemicznych i fizycznych nie zrobi czucia. A jeżeli zapytacie o dowód, odpowiem: takie jest nasze najgłębsze uczucie tej sprawy, takie jest przekonanie naszej duszy, władzy, która odczuwa całą naturę i sama jedna decyduje o prawdzie lub nieprawdzie. Toteż gdyby jaki fizjolog otworzył nam żywy i zdrowy mózg ludzki, gdyby pokazał jego mikroskopijne falowania i objaśnił, że to drgnienie znaczy gniew, tamto miłość, to kolor żółty, a tamto smak kwaśny, patrzylibyśmy, może nawet zapamiętalibyśmy formy tych drgań, lecz sami - nie odczulibyśmy ani kwasu, ani miłości, ani żółtości, słowem - niczego.

Z drugiej strony, gdyby to moje czucie było złudzeniem, w takim razie wszystko jest złudzeniem: natura i człowiek, siła i materia, życie i śmierć. Nie byłoby już o co troszczyć się, o czym rozmawiać i myśleć. Wtedy najwłaściwiej byłoby wziąć do łudzącej ręki złudzenie zwane pistoletem i rozsadzić nim inne złudzenie - zwane mózgiem. Zbliżam się do węzła kwestii. Czy dowody, jakie wam przytoczę, będą nowymi - nie wiem. W każdym razie są moimi i zapewne dlatego przypisuję im ważność. A teraz kilka pytań. Czy zgadzasz się pan, że w całym obszarze naszej wiedzy największą prawdą jest fakt, że - my czujemy, że mamy czucie?...



- Rozumie się - odparł Brzeski.

- Czy zgadzasz się pan, że nasze czucie jest faktem fundamentalnym? To znaczy, że czucie towarzyszy nie tylko naszym wyobrażeniom o istnieniu siły, materii, światła, praw, jakie nimi rządzą, ale nawet naszym wyobrażeniom o - nieistnieniu tych rzeczy? Wszak możemy myśleć o tym, że świat kiedyś zginie, że jego prawa zmienią się, że pierwiastki chemiczne zostaną rozłożone; lecz myśląc o tych katastrofach nie możemy pozbyć się poczucia naszych myśli. Nawet wyobrażając sobie własną śmierć i nicość jeszcze robimy to na podstawie czucia; innymi słowy: nawet nicość wyobrażamy sobie na tle czucia...

- No... jużci chyba tak... - mruknął Zdzisław. - Choć pytanie to wydaje mi się zawikłanym...

- Niech pan to pilnie rozważy - nalegał Dębicki. - Ja bowiem wykładam fakt, że mechanizm naszego czucia jest rozleglejszy od mechanizmu tej części natury, którą widzimy i dotykamy. W naszym czuciu istnieją nie tylko zwierciadła do odbijania realnych zjawisk natury, ale istnieją także szufladki, w których wyrabiają się pojęcia niekiedy wręcz sprzeczne z doświadczeniem. My na przykład nie widzieliśmy wystygłego słońca, rozbitej ziemi, a choćby naszego własnego ciała w postaci rozkładających się zwłok. A jednak o wszystkich tych rzeczach możemy myśleć...

- Innymi słowy - przerwał Brzeski - profesor mówi o tym, że człowiek posiada zdolność fantazjowania?

- Tylko o tym. Ale istnienie fantazji dowodzi, że dusza nasza nie jest płytką fotograficzną, na której odbija się świat zmysłowy, lecz jest machiną, która przerabia spostrzeżenia pochodzące od świata.

- Rozumiem.

- Doskonale!... - prawił Dębicki. - A czy wierzy pan w dalszym ciągu, że dusza nasza, czyli rozwinięte czucie, jest - nieprzenikliwym? To znaczy, że ani ja nie mogę przeniknąć pańskiego czucia, ani pan mojego?

- Tak.

- Pysznie!... A czy zgadza się pan, że nasze czucie, czyli dusza, jest czymś jednym i jednolitym pomimo rozgałęzień, jakimi są zmysły zewnętrzne, zmysły wewnętrzne, pamięć, wyobraźnia, pragnienia, radości, gniewy i tak dalej?...

- No, o tym można by pogadać...

- Ale bardzo krótko - odparł Dębicki. - Proszę pana, to, co nazywamy naturą, składa się z mnóstwa przedmiotów oddzielnych. Są oddzielne drzewa, oddzielne krowy, oddzielne muchy, oddzielne ziarnka piasku, oddzielni ludzie, oddzielne promienie światła i oddzielne zmiany, jakim ulegają te promienie. Tymczasem w duszy naszej istnieje tak potężny popęd do jedności, że tę jedność narzucamy naturze i mówimy: las, stado, rój, ława piaszczysta, społeczeństwo, optyka.

Wszystkie teorie naukowe i wszystkie dzieła sztuki, wszystkie prace ludzkie i wyroby techniczne powstały stąd, że dusza nasza narzuca swoją jedność nieskończonej rozmaitości, jaka istnieje w naturze. Prawda, że są przedmioty na pozór jednolite, na przykład: stół, woda, ściana... Ale ta jednolitość opiera się na niedokładności zmysłów; w gruncie rzeczy bowiem stół, woda i ściana składają się z cząstek, a te cząstki z oddzielnych i nie przylegających do siebie atomów. Krótko mówiąc: dusza nasza jest tak jednolitą, że z największą siłą narzuca swoją jednolitość wszystkiemu. I dopiero wówczas uznaje rozmaitość, gdy ją do tego gwałtem zmuszą zmysły, w każdej chwili przeszkadzając jej do - utworzenia jedności.

- Istotnie, że to tak wygląda - mruknął Brzeski.


Wednesday, 17 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 4



Kolejny rozdział roztrząsujący różnice pomiędzy duchem, a materią, oraz pomiędzy dwoma narzędziami poznania rzeczywistości - duchowym i materialnym.

O Bogu, duszy i wieczności 4

Bolesław Prus
Materializm i duchowość

- Pozwolisz pan, że jeszcze raz zboczę z tematu - mówił profesor. - Poglądy materialistyczne popularyzują się dość łatwo, szczególniej między młodzieżą, która zaczyna studiować nauki przyrodnicze. Przyczyną tego jest małe ukształcenie filozoficzne, dalej - popęd do nowości, który cechuje wiek młody, wreszcie - jasność nauk przyrodniczych i porządek, jaki w nich panuje. Są to jednak przyczyny drugorzędne. Ale wiesz pan, co stanowi fundament popularności materializmu?... Prawie niepodobna uwierzyć, a przecie tak jest: podstawą łatwości, z jaką ludzie przyjmują materialistyczne poglądy, jest.. Domyśl się pan, co... Oto pewne gramatyczne skrócenie!... Mówimy zwykle w ten sposób: „Ogień parzy - kamień jest ciężki - dwa a dwa jest cztery - słońce jest odległe od ziemi o dwadzieścia jeden milionów mil jeograficznych."

Tymczasem są to skrócone formy mówienia; dokładnie bowiem należałoby mówić: „Ja czuję, że ogień parzy - ja czuję, że kamień jest ciężki - ja ciągle doświadczam, że dwa a dwa jest cztery - ja, na podstawie spostrzeżeń, czyli zmysłowych czuć, wywnioskowałem, że słońce jest od nas odległe na dwadzieścia jeden milionów mil... " Różnica tych dwu form mówienia jest ogromna. Człowiek bowiem, nieukształcony filozoficznie, mówiąc krótko: „kamień jest ciężki", wyobraża sobie, że głosi jakąś prawdę bezwarunkową która istnieje poza nim. Lecz gdy powiemy: „Ja czuję, że kamień jest ciężki", rozumiemy w tej samej chwili, że dla naszej wiedzy ciężkość kamienia nie jest żadnym objawieniem, ale tylko: sformułowaniem stanu naszego czucia.

Otóż wszystkie nasze sądy o świecie zewnętrznym, wszystkie tak hucznie reklamowane „obserwacje i eksperymenta" opierają się na tych zasadniczych faktach, że „ja coś czuję, ja coś wiem i ja w coś wierzę". Czy świat realny naprawdę istnieje? i czy on wygląda tak, jak my go widzimy? czyli też cała natura jest złudzeniem naszych zmysłów, niknącym obrazem, który trwa dopóty, dopóki żyjemy sami? tego nie jesteśmy pewni. Ale jedno jest dla nas niewątpliwe, że czujemy samych siebie i - coś, co nie jest nami, czyli czujemy własną duszę, na którą działają jakieś wpływy zewnętrzne.

Z tego objaśnienia wynikają dwa ważne wnioski. Pierwszy jest ten, że nielogicznie jest tłomaczyć zjawiska duchowe za pomocą zjawisk materialnych; nielogicznie jest objaśniać prawdę pewniejszą za pomocą prawdy mniej pewnej. To, co nazywamy naturą, jest sumą naszych czuć: wzrokowych, dotykowych, muskularnych, słuchowych, czyli jest wyrobem naszego ducha. Zatem - nie mamy prawa uważać siebie za wyrób natury, jak zegarmistrz nie ma prawa mówić, że sam został zbudowany przez swoje zegary. Tym mniej mamy prawa twierdzić, że nasza dusza jest wytworem komórek mózgowych albo: tlenu, azotu, węgla, wodoru, fosforu... Jeżeli bowiem to, co nazywamy np. fosforem, jest sumą wrażeń, które odczuwa nasza dusza, więc ta - odczuwająca dusza jest czymś innym aniżeli suma jej wrażeń, jest co najmniej płótnem, na którym odbijają się wrażenia.



Druga kwestia jest jeszcze ciekawsza. Materialiści mówią: „Natura składa się z sił i materii", trzeba zaś mówić: „Natura składa się z sił i materii a przede wszystkim - z duszy, która ją odczuwa i określa." To więc, co nazywamy rzeczywistością nie jest podwójne (siła i materia), ale potrójne (duch, siła i materia), i pierwsza jednostka z tej trójki, mianowicie duch, jest dla nas pewniejszą aniżeli dwie inne: siła i materia. Otóż z tej uwagi wypływa wniosek olbrzymiej doniosłości: jeżeli fizyka i chemia dowiodła niezniszczalności siły i materii, tym samym dowiodła - niezniszczalności ducha. Duch bowiem, siła i materia nie są trzema rzeczami niezależnymi od siebie, ale jakby trzema bokami tego samego trójkąta. Mój duch, który wzniósł się tak wysoko, że dostrzegł nieśmiertelność swoich własnych utworów, sam również musi być nieśmiertelny, tylko pełniejszy, bogatszy od nich w chwale nieśmiertelności.

- Pan Dębicki ma słuszność: my, młodzi, nie posiadamy ukształcenia filozoficznego, a nawet - mamy wstręt do metafizyki. Tymczasem metafizyka uczy, że na świat można patrzeć z innego punktu niż materialistyczny. I nic nie stracilibyśmy na nowym poglądzie. Bo jeżeli spotka nas nicość, przynajmniej nie martwilibyśmy się za wcześnie. Ale jeżeli naprawdę za wrotami śmierci jest jakiś świat doskonalszy, to filozofia materialistyczna - złą usługę oddaje ludzkości... Chociaż... wszystko to może być tylko marzenie!... Mnie, rozdrażnionego, metafizyka może uspokoić na parę dni. Ale gdyby wszyscy ludzie zapomnieli o rzeczywistości!...

Dębicki uśmiechnął się.

- Jak to trudno - mówił - otrząsnąć się z nałogów. Dla pana dusza wobec materii wciąż zdaje się posiadać mniejszy stopień rzeczywistości aniżeli ciało. Tymczasem dusza jest bardziej rzeczywistą niż ciało, jest jedyną rzeczywistością. Boisz się pan, ażeby ludzkość nie utonęła w marzeniach, czyli w rozważaniu świata duchowego. Ależ tym światem musimy się zajmować, bo on jest nami i w nas, jest naszą istotą i przyszłością; zresztą jest co najmniej zwierciadłem, w którym odbija się natura zmysłowa. O naturze zaś i o życiu realnym ludzie nie zapomną: głód, chłód, pragnienie i tysiące innych bodźców są doskonałymi środkami mnemonicznymi. Trzeba tylko zachować równowagę: nie topić się we własnym wnętrzu, nie rozpraszać w zmysłach, ale chodząc po ziemi trzymać głowę w niebie, dopóki - nie przeniesiemy się tam całkowicie.

Co się tycze metafizyki, z której tak wytrząsa się materializm, ach, panie Brzeski, jak ten materializm nie zna nowożytnej nauki! Przecie to rzecz wiadoma, że wielka nauka stanowczo przekroczyła granice zmysłowości i wypłynęła na ocean metafizyki. Weź pan astronomię, która mówi, że światło ubiegające trzysta tysięcy wiorst na sekundę musi lecieć do najbliższych gwiazd stałych przez cztery lata, dwadzieścia lat, pięćset lat i tysiące lat... Gdzie pan ma środki na uzmysłowienie tego rodzaju odległości?... Weź pan fizykę, która chcąc objaśnić nam wymiary atomu daje taki przykład. W główce szpilki jest osiem sekstylionów atomów. Gdybyśmy co sekundę odrzucali z tej główki po milionie atomów, w takim razie skończylibyśmy nasz rachunek w ciągu dwustu pięćdziesięciu trzech tysięcy lat... Nie dziw, że po tego rodzaju rachunku Clerk Maxwell powiedział: „To, co widzimy, zrobione jest z tego, czego się nie widzi."

A przypomnij pan sobie te setki trylionów drgań eteru na sekundę?... Albo weź pan sam ów eter. Ma on być tysiąc kwadrylionów razy rzadszy od wody, ale nie jest ani gazem, ani płynem, raczej ciałem stałym i ciągłym, rodzajem galarety. Eter ma być miliard razy mniej sztywnym od stali, ale każdy cal angielski ugniata z siłą siedemnastu bilionów funtów. Powiedz pan, czy to nie jest najfantastyczniejsza metafizyka... A przecież jest ona tylko wnioskiem z obserwacyj naukowych nad ciałami i zjawiskami materialnymi.

- Więc człowiek zawsze musi wątpić!... Nigdy nie pozna prawdy!... - zawołał z goryczą Zdzisław uderzając laską w ziemię.

- Palcem nie dotknie prawdy ani nie dojrzy jej okiem, ale znajdzie ją duchem i w duchu - odparł Dębicki.

c.d.n.


Sunday, 14 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 3



Kiedyś patrzyłem na naukę bardziej przychylnie. Wychowany na SF, Sondzie i Lemie wierzyłem w obiektywizm naukowego podejścia i otwartość umysłu oraz umiłowanie prawdy samych naukowców. Z czasem zdałem sobie sprawę, że tzw. racjonalizm nie może wyjasnić wszystkiego, a naukowcy są często kapłanami świątyni nauki, a nie poszukiwaczami prawdy. Nie stało się to z dnia na dzień, ale po wielu rozmowach rozczarowałem się, widząc, że arogancja i protekcjonalność są często reakcją na próby sprowadzenia rozmowy na tory filozoficzne i duchowe. Tak, jakby badanie i dociekanie o transcendencji było czymś wstydliwym i sentymentalnym. Z czasem zdałem sobie sprawę, że większość z tych osób nie ma tak naprawdę porządnych argumentów - najczęstsze to "bo nie widziałem", albo "nie można udowodnić empirycznie". Podoba mi się, jak Dębski radzi sobie w tej rozmowie.


O Bogu, duszy i wieczności 3

Bolesław Prus

Narzędzia badania świadomości

- Opowiem bajkę - ciągnął profesor. - Ktoś, uderzony faktem, że zwykli ludzie zachwycają się niknącymi obrazami, postanowił osobiście zbadać tę kwestię. W tym celu poszedł na przedstawienie niknących obrazów, ale ażeby nie poddawać się wrażeniom tłumów, które bardzo często są omylne, wie pan, co zrobił?... Zalepił sobie oba oczy...

- Puszcza się profesor!... - zawołał Brzeski.

- Zaczekaj pan. Siedzi tedy na przedstawieniu nasz filozof z zalepionymi oczyma, słyszy muzykę katarynki, brawa publiczności i robi wnioski. „Uważam - mówi sobie - że ci państwo najczęściej biją brawa wówczas, gdy katarynka gra melodie smętne, a śmieją się, gdy gra skoczne. Widzowie z pierwszego rzędu są najbardziej ożywieni, gdyż siedzą na wyściełanych krzesłach. Przy ostatniej zaś serii obrazów dlatego panowało tak uroczyste milczenie, ponieważ latarnia zaczęła kopcić i swąd napełnił salę." Co byś pan powiedział o takim badaczu niknących obrazów?... - zapytał nagle Dębicki.

- Że jest głupiec - odparł Zdzisław.

- Masz pan słuszność. Badacz ten jest głupcem, ponieważ do badania pewnej grupy zjawisk użył niewłaściwego zmysłu, a co gorsze: zapieczętował sobie właściwy zmysł. Teraz opowiem drugą bajkę - ciągnął Dębicki. - Inny mędrzec chciał zbadać własności światła. W tym celu zapalił lampę naftową i wykonał na niej szereg doświadczeń, z których okazało się: że nafta nieczysta daje gorsze światło aniżeli czysta; że przy podniesieniu knota światło wzmacnia się, a przy zniżaniu knota światło słabnie. Że światło również słabnie, gdy na knocie utworzy się grzybek albo gdy knot będziemy naciskać patykiem i tak dalej.



Wreszcie skończył eksperymenta i na ich zasadzie ogłosił, że światło jest funkcją knota i nafty; poza knotem i naftą nie istnieje. Światło nie ma żadnych innych własności oprócz tych, które można zbadać na knocie za pomocą szrubki i patyka. Po spaleniu się knota światło ginie i - tak dalej. Tymczasem ktoś, obeznany z optyką, odparł mu na to, że światło może istnieć poza swoim źródłem, czego dowodzą bodaj gwiazdy, które od wieków mogły zgasnąć, a niemniej światło od nich wciąż przepływa nieskończoność. Że światło ma własności inne aniżeli knot: odbija się, załamuje się, dzieli się na pojedyńcze barwy, polaryzuje się i tak dalej. Że nareszcie potrzeba być głupcem, ażeby nie odróżniać światła od knota albo opierać optykę na produktach spalania nafty.

Otóż, kochany panie Zdzisławie, w człowieku są trzy różne rzeczy: organizm, który odpowiada knotowi, zjawiska fizjologiczne odpowiadające promieniowi, który powstaje ze spalenia się nafty w powietrzu, i - dusza, która odpowiada światłu. Ta dusza ma swoje własności pozacielesne i swoje zjawiska pozafizjologiczne. Ta dusza nie jest produktem strawienia i utlenienia pokarmów, ale jest oryginalną farmą energii czy ruchów, które odbywają się nie w substancji mózgowej, ale w jakiejś całkiem innej, może być w eterze wypełniającym wszechświat.

- Nie dość jasno chwytam cel pańskiego porównania - wtrącił Brzeski.

- Widzi pan, chciałem to powiedzieć, że materializm zyskał niby faktyczne podstawy od czasu, gdy za pomocą fizjologii chciano wytłomaczyć, a może i zastąpić psychologię. Cóż się pokazało? Oto, że kalecząc mózg można paraliżować ruchy, wywołać zapominanie wyrazów, zakłócić uwagę, nawet przyćmić świadomość. Czyli: kalecząc knot można wywołać kopcenie lampy, nawet zgasić światło. Czy jednak fizjologia objaśniła nam naturę duszy? Wcale nie. Nie ona bowiem odkryła, że zasadniczymi objawami duszy jest myśl, uczucie, wola; nie fizjologia też powiedziała, że posiadamy zdolności bierne, pamięć, twórczość, współczucie, cele...

Zatem fizjologia z całym systemem swoich cięć, podwiązywań, elektryzowań, zatruć i tak dalej nie jest organem właściwym do badania duszy, jak węch albo słuch nie są organami właściwymi do badania obrazów niknących. Naturę duszy, czyli rozmaite jej zdolności i nieskończone łańcuchy duchowych zjawisk odkrył nam nie wzrok, nie skalpel, ale - wewnętrzna obserwacja, nasze poczucie samych siebie. Więc to poczucie jest właściwym zmysłem, jedynym zmysłem, którym bezpośrednio możemy badać naszą duszę. Nie twierdzę, że anatomia i fizjologia na nic nie przydadzą się psychologii. Owszem: odkrycie prędkości wrażeń, ogrzewania się mózgu w czasie pracy, zużywanie się pewnych materiałów, elektryczne prądy mózgowe i mnóstwo innych odkryć mogą mieć olbrzymią doniosłość praktyczną.

Dzięki anatomii i fizjologii poznajemy bliżej tę zdumiewającą fabrykę, w której dokonywają się najcudowniejsze działania w naturze. Może nadejść czas, że anatomia i fizjologia opiszą nam i wytłomaczą budowę każdego mechanizmu wykonawczego, z jakiego składa się nasz system nerwowy. Ale nigdy nie wytłomaczą i nie opiszą zasadniczej własności ducha, jaką jest - czucie. Czuję kolor czerwony i zielony, tony wysokie i niskie, czuję twardość i miękkość, ciepło i zimno; czuję zapach octu i róży, głód i trudność w oddychaniu, ruchy moich rąk i nóg. Czuję radość i smutek, miłość i nienawiść, czuję, że czegoś pragnę, a czegoś lękam się, że pamiętam przeszłość.

Czuję wreszcie, że jedne z moich kombinacyj umysłowych odpowiadają faktom spostrzeżonym przez zmysły, a inne kombinacje są - moimi własnymi utworami. Słowem - odkrywam cały świat zjawisk będących tylko rozmaitymi formami czucia, tego dziwnego czucia, które czuje nawet - samo siebie. A jednocześnie spostrzegam, że ani fizyka, ani chemia, ani teoria komórek, ani wszystkie razem wzięte doświadczenia fizjologiczne nie powiedzą mi: czym jest czucie? Jest to bowiem fakt elementarny i dla każdego człowieka jedyny.

Wiem, że w przestrzeni krążą i palą się miliony słońc, że dokoła mnie żyją miliony istot, że wszyscy ludzie - myślą, cieszą się, pragną, pamiętają. Ale również wiem, że czucie, które ja posiadam i którym ogarniam cały świat, że to moje czucie jest jedyne w naturze. Ja za nikogo czuć nie mogę i nikt za mnie; ja nikomu nie zajrzę w głąb jego czucia i nikt nie zajrzy w moje. Pod tym względem jestem istotą wyłączną i niezastąpioną. I z tego punktu miałeś pan rację twierdząc wczoraj, że gdyby zgasł twój duch, czyli twoje czucie, razem z nim zginąłby jeden wszechświat. Otóż to czucie to moje czucie; nie jest własnością tego, co nazywamy organizmem materialnym.

- To zaczyna być interesujące - odezwał się zamyślony Brzeski.



Saturday, 13 March 2010

Nie będę narzekał



Nie będę narzekał

Podjechałem rowerem do końca Glaucester Road, tam gdzie ta ławeczka na wzgórzu skąd widać cały Bristol. Włączyłem hiszpańską muzykę, otworzyłem piwo, w plecy świeci mi zachodzące słońce. Zapaliłbym, ale nie chcę kupować całej paczki, żeby za chwilę wyrzucić ją z wyrzutów sumienia. Szkoda kasy, tym bardziej, że zaczęliśmy ostatnio oszczędzać.

Niedługo wyjeżdżamy, więc lżej się patrzy na świat z tą świadomością. Już nie czuję się jak więzień. Znów wraca ciekawość przyszłości, radość ze spoglądania w nieokreślony, szeroki horyzont. Jeszcze trochę ponad trzy miesiące i już. Wolność.

Ostatnio na blogu nie piszę o teraźniejszości, o świecie który mnie otacza. Skupiłem się na ideach, filozofii, marzeniach. Dlaczego? Nie chce mi się pisać o tym miejscu. Nie lubię Anglii i Anglików. Ich chłodu, dwulicowości i przekonaniu o własnej wyższości. Czasami mi ich szkoda – w końcu to nie ich wina, że urodzili się tutaj i ich umysły zostały ukształtowane w określony sposób, ale większość czasu czuję niechęć i z niecierpliwością odliczam dni do wyjazdu. Po co więc pisać o „teraz”? Żeby pisać szczerze musiałbym narzekać, a tego ludziom nie chce się czytać chyba jeszcze bardziej niż wywodów o Bogu z książki Prusa ;).

Choć starałem się wykrzesać w sobie zainteresowanie tym miejscem, kulturą i ludźmi, nie udało się. Zabrzmi to drastycznie, ale dla mnie to miejsce jest martwe. Nie miałem tego w innych krajach. W Hiszpanii, Danii, Holandii i Irlandii czułem życie pulsujące pod powierzchnią – ciekawych ludzi, muzykę, radość, historię. Tutaj widzę tylko pochłoniętych konsumpcjonizmem, samolubnych, zakochanych w sobie, nieszczerych ludzi. Nieliczne wyjątki nie mogą zmienić mojego nastawienia.

To tyle o UK. A co u mnie? Gardło! Polepszyło się! Po siedmiu miesiącach bólu i rozpaczliwego strachu przed rakiem, wydaje się, że lekarze odkryli źródło problemów. 22 marca mam jeszcze prześwietlenie, żeby się upewnić, ale jak na razie, po dwóch tygodniach zażywania wydaje się, że tabletki działają. Mam podobno refluksową chorobę przełyku. Mój żołądek produkuje za dużo kwasu i w nocy, kiedy śpię kwas wpływa mi do gardła i przypala tkankę, stąd ból i opuchlizna. A że nie mam zgagi, nie powiązałem bólu gardła z żołądkiem. Pierwszy raz od ponad pół roku mogę przełykać bez bólu. Alleluja!:)

Dotarły mi z Polski Listy i Dzienniki Tołstoja – cztery opasłe tomiska – czysty nektar. Kiedy czytam, czuję że oddycham. Proste prawdy, człowieczeństwo, duchowość, a nie to współczesne udziwnianie i relatywizm. Piękna sprawa. Tania też ze mną czyta.

Dziś słuchaliśmy Stachury. Podoba mi się jak śpiewa. Lekko sepleniąc, ale z mocą i szczerością.

Ostatnio więcej czasu spędzam na modlitwie, wieczorami trochę ćwiczę (mięśnie) stosując się do mojej starej książki z gimnastyką. Widząc okładkę, wszyscy żartują, że gejowska, a to przecież tylko umięśniony facet. Znalazłem ją na allegro. Miałem kiedyś taką samą, jeszcze za gówniarza, ale rozleciała się na strzępy. Z sentymentu kupiłem to samo wydanie.

Piszę powoli opowiadanie o Pankracym – będzie to jedno z kilku o tym samym bohaterze i tych nigdzie nie wysyłam – chcę uzbierać na książkę. Poprzednie były rozgrzewką, ale tym wystartuję na rynek. Może to głupota, ale w ogóle się nie martwię, czy się uda. Czuję, że tak. Że to jest moja rzecz, dlaczego więc miałaby się nie udać?

Zrobiło się chłodniej. Muszę pisać w rękawiczkach. Miałem nadzieję wydębić od kogoś papierosa, ale pustki. No i dobrze. Skoro ćwiczę, to po co zatruwać się fajkami? Zaszło słońce i powiało mrozem. Kończę. Wsiadam na rower i do domu.