Monday, 13 June 2016

Podróż w tonacji molowej - część druga

Dziennik z włóczęgi do Portugalii i z powrotem

Część druga
Tam
 
  Rainbow
  16:29

























   Już jestem. Rozbiłem namiot na wzniesieniu nad kuchnią. Obok szumi spora rzeczka, gdzie można się będzie wykąpać. Trochę dalej kamienne ruiny młyna. Raz słońce, raz deszcz. Akurat się rozpogodziło, więc szybko wywiesiłem na drzewach mokre ubranie.















   No więc dojechałem. Ale od razu włączyła mi się lekka fobia społeczna. Zawsze tak mam w dużej grupie. Nie lubię grupowej dynamiki, tarć, itd. Wolę kameralnie, twarzą w twarz. Dlatego rozbiłem namiot w krzakach, ale blisko centrum wydarzeń. W ten sposób nie ominą mnie ważne rzeczy, a w każdym momencie będę mógł się schować.
   Pierwszy raz rozbiłem ten namiot porządnie. Naciągnąłem, gdzie miałem naciągnąć i teraz wydaje się dwa razy większy. Ale ciągle, jeśli na przykład chcę ściągnąć koszulę, to muszę wychylić się na zewnątrz.
   Ciekawe. Tutaj też czuję się niedopasowany. Taka natura, co zrobić.
   Nie ma żadnych Słowian. Głównie to Portugalczycy, Francuzi, Niemcy, Hiszpanie. Poznałem też jednego Anglika.
   Odpocznę, poczytam, później się rozejrzę. Mam nadzieję spotkać jakichś przyjaciół.

13.04.2016

   Rainbow
   przed południem
   Nad ranem przestało lać i trochę się ociepliło, ale pogoda może się zmienić w każdej chwili, więc nie mam dużo nadziei na wysuszenie ubrań. Jakoś trzeba będzie wytrzymać z jedną zmianą bielizny, aż słońce pojawi się na dłużej.
   Poranne „rytuały” już zakończone:
   1. Umycie zębów i twarzy z butelki.
   2. Zdobycie gorącej wody na herbatę + papieros.
   3. Znalezienie w miarę odległego miejsca na sranie.
   4. Zrobienie zapasu pitnej wody na dzisiaj.
   5. Śniadanie. Dziś bułka, pół puszki czerwonej fasoli i dwa paski czekolady.
   Myślę, że z tym wszystkim zmieściłem się w półtorej godzinie.
   Wczoraj wieczorem wspólna kolacja była w opuszczonym domu. Nie dało się pod gołym niebem, bo lało.
   Trochę udało mi się wyjść ze skorupy. Posiedziałem z ludźmi przy ognisku, które zapalili w środku. Jedzenie było okropne: ryż z rana wymieszany z surówką z jakichś żółtych liści, twardych badyli i jabłek, ale klimat był bardzo pozytywny.
   Póki co nie udało mi się nawiązać z nikim głębszego kontaktu (piszę jak astronauta na obcej planecie:). Większość to młodzi, entuzjastyczni ludzie, radośni hipisi. Zaiskrzyło tylko z Ingrid. Francuzka, na oko jakieś 26 – 27 lat. Wpadła mi w oko od samego początku. Zamieniliśmy kilka słów. Myślę, że też jej przypadłem do gustu; trzymała się blisko przez większą część wieczoru. Przyznam, że bardzo mi się spodobała. Czarne włosy, czarne oczy, myśląca twarz, lekko zdystansowana, nie narzucająca się.





















   Dziś nanosiłem trochę drewna na główny ogień. Teraz siedzę przy kuchni razem ze wszystkimi. Obserwuję ludzi i cieszę się odrobiną słońca. Jeśli pogoda utrzymałaby się do wieczora, może wreszcie wyschłyby mi ciuchy.
   Narysuję parę charakterów, rzucających mi się w oczy.

























   Tak wygląda mój dzień. Krążę od miejsca do miejsca, siadam w kąciku, piję kawę lub herbatę, palę papierosy, rysuję, od czasu do czasu z kimś zagadam.

   wieczór
   Coraz lepiej się tutaj czuję. Aklimatyzuję się. Rozmawiam z wieloma ludźmi, zaczynam czuć się częścią grupy.
   Poznałem Estrellę, której wesołość  i łatwość obycia zapamiętałem z wczorajszego ogniska w domu na wzgórzu. Jej chłopak to jednak ani Pierre, ani Francuz (tak go narysowałem). Nazywa się Jordan i jest Niemcem. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Nigdy nie miałem skłonności homoseksualnych, więc to chyba nie to. Ma piękną, wyrazistą twarz, o wielkich brązowych oczach i greckim profilu. Jest doskonale piękny.



























   Ingrid nie pokazała się dzisiaj. Może już wyjechała? Smutno by było. Poczułem dużą bliskość.
   Siedzimy wszyscy pod kuchenną plandeką. Ścieśnieni, bo ciągle leje i zimno. Dzisiejszą kolację pewnie też zjemy pod dachem, ale może być problem z pomieszczeniem się. Codziennie przybywa ludzi.

14.04.2016 



























   Rainbow
   poranek
   Kurwa mać! Ale załamka. W trakcie wczołgiwania się do namiotu, oparłem się o coś łokciem. Usłyszałem głośne chrupnięcie. I tak pożegnałem się z kindlem. Mój największy przyjaciel z drogi odszedł w niebyt. Nie mogę w to uwierzyć. Cały czas leje jak z cebra, nie ma gdzie pójść, czym się zająć. Nawet się cieszyłem na ten deszcz, bo lubię czytać w namiocie, kiedy leje. A teraz nie mam pojęcia czym się zająć. Żeby nie lało, pojechałbym od razu do Viseu i kupił nowy czytnik. Wprawdzie nie mam już kasy, ale mam jeszcze debet na angielskim koncie. Później znalazłbym jakiś sposób, żeby przenieść książki ze starego na nowy, może w jakiejś kafejce.
   Właśnie zacząłem świetną książkę jakiejś rosyjskiej pisarki SF. Wciągnęła mnie na całego… Co za durne miejsce, żeby zostawić Kindla. Zaraz przy wejściu. Eh… No nic. Poczekam, aż przestanie lać (jeśli w ogóle przestanie) i pójdę szukać transportu do miasta.


























  po południu
   Deszcz trochę zelżał. Rano polamentowałem nad kindlem, czekając aż przestanie lać. Nie przestało. Wreszcie wyszedłem w mokry świat i poczłapałem przez kałuże na parking, szukać kogoś, kto jechałby do miasta. Nikt się nie wybierał, więc dałem sobie spokój. Przy ognisku pograłem trochę na ukulele. Po obiedzie (warzywa z kuskusem) przez jakieś dwie godziny rozpalałem ognisko w głównym kręgu. Nie było łatwo, drewno jest dosłownie nasiąknięte wodą, ale wreszcie się udało. Zajęły się grube bierwiona, ogień huczy i nie zgaśnie nawet w ulewie.
   Przycupnąłem w kuchni i słucham jam session. Sytuacja z kindlem zmusiła mnie, żeby być bardziej obecnym w grupie. Może to i dobrze.



























   Dziś rano pokazała się Ingrid. Jednak nie wyjechała. Ucieszyłem się, zagadałem. Bardzo sympatyczna, wesoła. Niestety, mam tak, że kiedy ktoś mi się podoba, język mi kołkiem staje.
   Tak więc z braku książki oddaję się wyimaginowanym romansom. Choć pewnie i tak bym się oddawał. Szukam czegoś, szukam intensywnie. Jakiejś doskonałej miłości, oddania, związku serc. Taka idealistyczna fantazja, eskapistyczny odlot. Że w tej miłości utoniemy, uciekniemy przez mechanicznością i zimnem tej niezrozumiałej egzystencji materialnej.

    Napiszę parę słów o ludziach, których poznałem do tej pory.

   Axa – stary fiński hipis. Przyszedł dzisiaj, od razu pomógł mi z ogniskiem. Później zniknął gdzieś w krzakach, żeby sprzedać komuś grama naturalnej trawy.
   Bułgarska Dziewczyna z Parasolem – zjawiła się dzisiaj, emanując wesołością. Schowałem się pod jej parasolem i żartowaliśmy, zaśmiewając się z bzdur. Ma brodawkę z włosami na brodzie.
   Estrella – radosna Hiszpanka, o której już wspomniałem. Sympatyczna, głośna, w centrum uwagi. W pełni zasługuje na swoje imię.

   wieczór w namiocie
   Leje, leje, leje. Dziś były tylko dwie krótkie przerwy w deszczu, dokładnie na posiłki. W namiocie mam w miarę sucho, ale widzę, że na szwach zaczęły się robić zacieki. Nie wiem, czy to od deszczu, czy od skraplającego się oddechu. Trzeba było zaimpregnować, no ale nie spodziewałem się takiej pory monsunowej w Portugalii.
   Brak książek daje mi się dotkliwie we znaki. Włączyłem Kindla, żeby użyć jego lampki do pisania. Na pokiereszowanym ekranie ciągle widać nazwy folderów. Na razie nie poznam dalszych losów Saszy, studentki na uniwersytecie wiedźm i czarowników.
   Widzę, że te dziesięć dni wyrzeczeń (siedem w podróży i trzy tutaj) zmieniają mnie. Powoli twardnieję. Nie mazgaję się, choć dzisiejszy dzień dał mi w kość. Skupiam się na małych radościach. Jak na przykład teraz: mam ciepłe stopy, opatulone w grube skarpety i śpiwór. Pierwszy raz dzisiaj jest mi sucho i ciepło. Potrafi mnie ucieszyć miska ciepłej strawy. W normalnych warunkach z trudem przełknąłbym tutejsze, mdłe jedzenie, a tutaj jem z apetytem i ciągle mi mało. Zostało mi jeszcze pół tabliczki gorzkiej czekolady. Dopycham się po sobkowemu, sam w namiocie, po posiłkach.


























   Poprzez uderzenia deszczu o namiot, dobiega mnie dźwięk bębnów i indiańskich zawodzeń. Nie chce mi się jeszcze spać, ale nic innego nie zostało do roboty. Wyłączę lampkę i spróbuję zasnąć.
   Deszczu, idź już sobie, nikt cię tu nie chce.

15.04.2016

   Rainbow
   południe
   Udało mi się dostać do pobliskiego miasteczka (Aguiar da Beira), ale w sklepie elektronicznym nie mieli czytników. Musiałbym pojechać do Viseu albo Satao. Kupiłem za to trochę żywności: owoce, czekoladę, chleb i butelkę porto. Choć nie mam ochoty na alkohol, to kto wie, kiedy znowu uda się złapać samochód wyjeżdżający do cywilizacji. Kupiłem też kawał porządnej folii i sznurek. Przy tym deszczu namiot już zaczyna przepuszczać wodę. Rozepnę dziś płachtę między drzewami, będę miał suchy kawałek ziemi dla siebie. Spytałem sprzedawcy w sklepie o pogodę. Powiedział, że po niedzieli ma być lepiej. Zobaczymy.
   Przyjechałem z Frankiem i Sweney’em. Swenem musiał iść na policję. W tym tygodniu był na basenie, gdzie ktoś ukradł kamery CCTV i teraz podejrzewają, że to mógł być on. Mam nadzieję, że pozytywnie załatwi sprawę.
















   Nie wiem, co więcej napisać. Rzeczywistość na Rainbow zalana deszczem i szarością. Człowiek przemyka między suchymi miejscami  i okresami, skupiając się na utrzymaniu w miarę suchych butów i ubrań. Na razie nie ma jeszcze głównego, zadaszonego miejsca, gdzie mogłaby się schronić większa grupa ludzi, więc wszyscy zbierają się w małych grupkach rozrzuconych po całym lesie, pod rozpiętymi kawałkami folii albo w opuszczonych domach. Nastroje też raczej kiepskie. Ludzie zmęczeniu już są wodą i zimnem. Niektórzy obozują tu prawie trzy tygodnie w takich warunkach.

   wieczór, w śpiworze
  Pozytywny dzień. Po drodze z miasta gadałem ze Swiney’em. To był pierwszy człowiek, jakiego spotkałem na Rainbow. Początkowo zrobił na mnie wrażenie cwaniaka. Dziś okazało się, że to sympatyczny, inteligentny chłopak.


























   Frank, Francuz, który przywiózł nas do miasteczka swoim vanem, też bardzo miły. Szczery, normalny, uczynny. Tłumaczył dla nas na portugalski. Wyskoczył ze mną w deszcz, na pocztę, poprosić o adres poste restante (może namówię Petię, żeby przysłała mi swojego Kindla).


























   Po powrocie do obozu przestało lać i wyszło słońce. Poprosiłem Wowę, litewskiego włóczęgę, żeby pomógł mi skonstruować coś do rozpięcia folii nad namiotem. Otworzyliśmy do tego butelczynę Porto i udało nam się złożyć niezłą nawet konstrukcję. Dołączył do nas Conny, Niemiec, z którym przyjechałem tutaj pierwszego dnia taksówką z Satao.
   Pogadaliśmy, aż skończyło się porto.


























   Na lekkim rauszu poszedłem na „food circle”. Zachęcony portweinem zainicjowałem śpiewnie „The River is Going”. Dobrze, że ludzie znali więcej niż jedną zwrotkę i podchwycili. Powoli się zadomawiam.
   Dobrej nocy.

16.04.2016

   Rainbow
   południe
   Słońce! Jak miło wygrzać wreszcie zmarznięte stopy w jego blasku.



























   Rano przespacerowałem się do pobliskiego baru na kawę i Internet. Wysłałem kilka wiadomości i naładowałem komórkę. Po powrocie w kuchni spotkałem Ingrid. Zjedliśmy razem posiłek. Nie mam żadnej gotówki, a okazało się, że w barze jest prysznic za półtora euro. Ingrid obiecała, że pójdziemy razem i mi pożyczy. Dobrze, bo wczoraj, po wejściu do śpiwora czułem już niezły smrodek.

   wieczór w namiocie
   Piszę przy świetle księżyca, tak że nie wiem, czy to jutro przeczytam. Poszliśmy z Ingrid do baru. Postawiła mi piwo, frytki i prysznic. Kiedy tylko wybiorę gdzieś pieniądze, muszę się jej odwdzięczyć.
   Troszkę się wstawiliśmy. Wydurnialiśmy się, jak dzieciaki, żartowali, flirtowali. Po powrocie do obozu uczyłem ją grać w kości. Kiedy zaczął się wieczorny krąg, zaczęliśmy chichotać, kontestując uroczysty nastrój grupy. Krąg rozszerzał się coraz bardziej, aż wreszcie doszedł do nas. W porywie hultajstwa puściłem głośnego bąka, po czym dusząc się ze śmiechu, uciekliśmy poza zasięg blasku ogniska.
   Teraz zostałem sam, Ingrid już poszła. Dopijam butelkę wina i patrzę w gwiazdy. Okrzyki docierające z ogniska są coraz bardziej szalone. Bębny nabierają mocy. Trans. Choć śmieję się trochę z hipisów i Rainbow, to jest niewinne wyśmiewanie. Lubię tu być.

























17.04.2016

   Rainbow
   rano
   Obudziłem się w złym humorze. Deszcz znowu leje. Wczoraj zgubiłem gdzieś kosmetyczkę. Pewnie zostawiłem ją pod prysznicem w barze. A poza tym czuję się jak idiota. Wczoraj po alkoholu puściły zahamowania, czułem się swobodnie i wesoło, ale dziś powrócił wewnętrzny cenzor i zastanawiam się na ile zrobiłem z siebie głupca. Niepotrzebnie powiedziałem jej, że ją lubię. To było chyba zbyt natrętne. Eh, stary dureń.





















   Przydałaby się teraz książka. Przeleżałbym dzień w namiocie z jakąś dobrą opowieścią.
   Wczoraj wieczorem, po ostatnim wpisie, poszedłem jeszcze poszwendać się po obozowisku. Napiłem się w kuchni herbaty, patrząc na ludzi tańczących przy ognisku. Estrella rozebrała się do naga i tańczyła jak prawdziwa wiedźma. Akurat przyszło kilku miejscowych, zobaczyć, jak my tu żyjemy. Szczęki im opadły. Patrzyli na Estrellę jak zaczarowani. Miałem wrażenie, że troszkę przestraszyło ich to wieczorne szaleństwo. Tym bardziej, że kilka osób wzięło LSD i grzyby, więc nastrój był naprawdę dziki, nierealny.
   Przyplątała się Ana – rosyjska bhaktinka. Studiowała w Pradze, mówi więc doskonale po czesku. Wie, że Kryszna jest mi bliski, więc do mnie lgnie. Szkoda mi jej trochę. Duże, brzydkie dziecko. Brak jej obycia, uprzejmości, jest opryskliwa, czasami nachalna. Myślę, że nie będzie miała łatwego życia. Jednocześnie czuję do niej sympatię.

   Praca w kuchni wre. Doczekałem się na herbatę (z czosnkiem!) i przeniosłem do zadaszenia obok głównego kręgu. Nie chciałem, żeby ktoś zaczął mnie angażować do kuchenny prac. Nie mam ochoty na prace społeczne. Mam kaca, jestem aspołeczny. Herbata z czosnkiem jest ohydna, ale przynajmniej gorąca, więc ciało przyjmuje z wdzięcznością.
 
   Uśmiechnięta dziewczyna w śnieżnobiałej sukience podzieliła się ze mną bananem. Smakował bosko (choć nie zabił smaku czosnku). Wyszło słońce.

***

   Wysrałem się w lesie i zakopałem gówno. Później zjadłem dwie kromki z serem i sosem piri-piri (bardziej słony niż ostry), kawałek czekolady i zapiłem to wszystko źródlaną wodą. Oddałem Ingrid jej dziennik, który wczoraj zostawiła mi na przechowanie. Leży teraz obok, drzemie. Nie pali się do rozmowy. Chyba jednak wczoraj przedobrzyłem. Siedzę smętny. Wkurza mnie, że nie mam większej stabilizacji wewnętrznej. Że mój nastrój zależy tak bardzo od nastroju innych. Skąd tak jest? Czy to przez ten brak w środku, tę dziurę, którą próbuję zapełnić?
   Ględzę. Zły nastrój nie chce przejść. Trzeba nauczyć się z siebie śmiać. Poczucie własnej ważności, jak pisze Castaneda, to główne źródło problemów.

***

   Dziś mam ochotę się stąd urwać. Tylko bez gotówki to ciężka sprawa, a zbyt dobrze pamiętam autostopowy znój. Jeszcze nie jestem gotowy. Teraz mam przynajmniej namiot i dwa ciepłe posiłki dziennie. Tylko pogadać z kim nie ma. Dookoła szczęśliwi, uśmiechnięci hipisi. Jak znaleźć płaszczyznę porozumienia z ludźmi będącymi tak daleko?
   Mam w kieszeni jakieś osiemdziesiąt centów. Na kawę powinno wystarczyć. Po jedzeniu przejdę się do baru i poczytam facebooka.

***

   Po drodze do kafejki zatrzymałem się na parkingu. Pogrzałem przy ogniu stopy, napiłem się mocnej kawy, posłuchałem muzyki. Weltschmerz trochę zelżał. Niedługo wszyscy pójdą na obiad do głównego kręgu, ale ja dam sobie spokój. Słowami Świetlickiego: jestem dziś nieprzysiadalny.
   Fiński chłopiec tłumaczy na angielski piosenkę o korzeniach, gałęziach i źródłach. Patrzę na stopy. Obdarte do krwi od mokrych sandałów. Dym gryzie w oczy, kura dziobie coś przy ognisku, kukułka odlicza miliona lat do ślubu. Paolo, szorstki, sympatyczny maczo smaruje mi stopy olejkiem z leczniczymi ziołami.



























***

   Przypomniałem sobie dzisiejszy sen. Dziwny, nie wiem, skąd się taki wziął. Byłem w Stanach. Złapali mnie studenci w jakimś akademiku. Trzymali mnie w pokoju, torturowali, przypalali papierosami, bili. W międzyczasie pili i ćpali. Widać było, że wystraszyli się tej sytuacji, ale zabrnęli za daleko, nie wiedzieli już, jak z tego wybrnąć. Zdałem sobie sprawę, że będą musieli mnie zabić, jeśli mają z tego jakoś wyjść.
   W pewnym momencie zostałem w pokoju sam na sam z jednym ze studentów. Gruby, w okularach, najwidoczniej niepopularny. Był wystraszony kabałą, w jaką się wpakował, ale  chciał się dopasować, zaimponować kolegom. Żeby uciec, musiałem go zabić. Było mi go bardzo szkoda, bo wiedziałem, że tak, jak i ja, stał się więźniem sytuacji, ale to była moja jedyna szansa.
   Roztrzaskałem mu głowę magnetofonem i uciekłem. Biegłem przez zatłoczone korytarze, aż wreszcie jakimś cudem znalazłem się na ulicy. Za sobą dostrzegłem goniących mnie porywaczy, ale wiedziałem, że teraz już nic nie mogą mi zrobić. Odetchnąłem z ulgą. I tylko tego nieśmiałego grubasa było mi żal.

***

   Zbieram się do spania. Skrobnę jeszcze tylko parę słów, ale szybko, bo zimno jak cholera, palce grabieją. Niebo dziś wieczorem jest bezchmurne, nic nie trzyma ciepła.
   Pod wieczór nastrój mi się poprawił. Pogadałem z Ingrid i Frankiem. Zdałem sobie sprawę, że Ingrid nie miała nic do mnie. Po prostu tak, jak ja, miała zły humor. Pożartowaliśmy we trójkę, zjedliśmy i uciekłem wreszcie z zimna.

18.04.2016

   Rainbow
   rano
   Noc była mroźna, najzimniejsza odkąd opuściłem dom. Nie mogłem ogrzać się w śpiworze, udało mi się zasnąć dopiero po północy. Za to poranek przywitał mnie słońcem. Czekam, aż zagotuje się woda na herbatę i ostatni już kisiel przywieziony z Polski. Po śniadaniu jadę do Aguiar da Beira. Grupka ludzi wybiera się busem do miasteczka, dołączę się. Wybiorę parę groszy z konta, żeby tutaj było na kawę i piwo. Humor dzisiaj mam dobry. To wpływ słońca i garstki wczorajszych przemyśleń. Żeby akceptować wszystko, nie porywać się z motyką na słońce. Pozwolić rzeczom płynąć, zobaczyć, gdzie mnie zaniesie fala, nie martwić się tym, że to akurat odpływ albo przypływ.

   Lista niepełna:

   1. Wczoraj wieczorem w namiocie marzyłem sobie o założeniu rodziny. Kobieta, córka, kawałek ziemi, spokój.
   2. Axa, fiński hipis spytał mnie, jak daję radę bez Kindla. Miło, że pamiętał. Teraz krząta się po kuchni, rozpala ogień, szykuje herbatę.
   3. Koniecznie musze kupić pastę do zębów. Przez to, że zgubiłem kosmetyczkę, wczoraj w ogóle nie wyszorowałem paszczęki.
   4. Dawid, Czech, dmucha przez rurkę w zawilgłe drzewo, próbując od godziny zagotować wodę.
   5. Gadałem wczoraj z Zuzą, którą poznałem ostatnio na Krawcowym Wierchu. Przyjeżdża dwudziestego ósmego z koleżanką.
   6. Kopcę jak lokomotywa. Przestałem już nawet kaszleć, najwidoczniej smoła pokryła już całe płuca. Na razie nic z tym nie robię.

* * *

   Jestem w Aguiar da Beira z Ingrid. Wyciągnąłem ją rano na pieszą wyprawę do miasteczka. Po drodze zatrzymał się Frank i podwiózł nas do miasta. Zaprosiłem Ingrid do baru na obiad i wino, żeby odwdzięczyć się za jej ostatni poczęstunek. Później spotkaliśmy na mieście całą watahę hipisów. Dołączyłem się do jam session. Paliliśmy jointy, pili wino, śpiewali. Poza Rainbow czuję się z tymi ludźmi swobodniej. Myślę, że chodzi o to, że tutaj wszyscy jesteśmy „poza nawiasem”, a tam to jednak jest już społeczność, do pewnego stopnia zorganizowana, a na to mam alergię.



















19.04.2016

   Rainbow
   rano
   Leje. Jak do tej pory to motyw przewodni tej wycieczki. Jeśli ktoś to kiedyś przeczyta, będzie miał wrażenie, że mieszkałem w stawie.
   Leżę w namiocie i nie chce mi się dupy ruszyć z suchego miejsca. Kiedy przestanie lać, pójdę do kafejki na prysznic i kawę z mlekiem.
   Sny miałem szalone, jak co dzień. Jechałem z Tanią pociągiem. Na jednej ze stacji uparła się, żeby zrobić zakupy w supermarkecie. Nie dało się jej od tego odwieść, zostawiliśmy więc wszystkie rzeczy w pociągu i poszliśmy poszukać sklepu. Popędzałem ją, ale pociąg i tak nam uciekł. A później stara historia: płakałem, żeby mnie nie zostawiała. Na nic się to jednak nie zdało. Nie można kogoś zmusić do miłości.
   W dalszej części snu fruwałem pod niebem i bardzo mi się to podobało. Po smutku nie został ani ślad.

   południe
   Już po prysznicu. Czuję się świeżutki. Wykąpałem się, przeprałem ciuchy, pogadałem na Internecie z rodziną, wypiłem kawę, doładowałem mp3jkę.
   Do obozowiska wróciłem dokładnie na obiad. Kuskus i sałatka owocowa. Axa sprzedawał komuś zioło. Doczepił się do niego stary hipis-ortodoks. Chyba przez godzinę męczył go wykładem o tym, że na Rainbow nie powinno się nic sprzedawać. Idiota. Widać przecież, że Axa to nie jakiś dealer kapitalista, ale stary włóczęga, któremu ta kasa pozwoli przetrwać jakiś czas. Kiedy męczydupa sobie wreszcie poszedł, Axa podszedł do mnie. Zapytał, jakie książki czytam. Pogadaliśmy o literaturze i magii czytania. Opowiedział, jak czytał do snu swoim dzieciom Tolkiena, a teraz czyta wnukom. Jego córka ma męża Polaka, górala. Był pod wrażeniem góralskiego wesela. To było gdzieś w moich okolicach, ale nie pamiętał nazwy wioski.
   Poszedłem poleżeć do namiotu. Przyszedł Wowa poprosić o papierosa. Okazało się, że nie ma już kasy, więc dałem mu paczkę tytoniu z moich zapasów.

***

   DonGuralesko z „Magnus Ignotum” rozpierdala system. Cała płyta to poemat o samotności i wolności płynącej z niezależności od innych. Wolności w odnalezieniu swojego miejsca w naturze i uświadomieniu sobie własnej unikalności i nieważności (w której głębiej kryje się ważność transcendentalna).

„Było nas stu, dziś zaledwie jest kilku, 
kiedy zasypiam, słyszę ujadanie wilków, 
włóczykij znów opuszcza dolinę Muminków,
 zobacz huragan ognia, patrząc na drwa w kominku”

   Axa – czuję ogromną sympatię. Prosty, niewinny człowiek. Stary, a jest jak dziecko. Serdeczny, uczynny, ciągle coś działa dla społeczności, ale nie oczekuje za to żadnej wdzięczności, czy pozycji. Mówi z pewną nieśmiałością, nic nie ukrywa. Jak każdy Fin, z dumą mówi o swoich fińskich lasach i groźnej zimie.





























***

   Już po wczesnej kolacji. Był pyszny makaron. Dziś trafił się kucharz z samego Rzymu. To było czuć. Tylko cholernie mało. Jestem bardziej głodny, niż przed posiłkiem. Gdyby nie deszcz, poszedłbym do baru na frytki, ale nie chce mi się znów moknąć. Już i tak czuję, że wilgoć weszła w każde włókno moich ubrań. Nawet rzeczy, które „wyschły”, są jakby ciężkie, pachnące wodą i szamponem, w którym zwykle piorę. Rozpadało się jeszcze bardziej. Tyle deszczu nigdy nie widziałem. Nawet w Irlandii i Anglii. Chlupoczące kałuże, błoto, cieknące sufity, przemoczone skarpety, nigdy nie schnące, pokryte gliną buty, brunatna zieleń, wilgotne konary, które nie chcą palić się w ogniu i dlatego cuchnący dym zapełnia każde tipi i każde zdarzenie.
   Tak to mniej więcej wygląda.

***

    Alvin to jest charakter. Francuski, aż do poziomu absurdu. Kobieciarz, romantyk, sarkastyczny nihilista, nostalgiczny Arlekin, ukrywający smutek i niespełnienie pod maską humoru. Błyskotliwy. Nieprzeciętna inteligencja, złośliwość błazna, oczytanie artysty.



























***

   Wiem, że sporo narzekam. Proces destylacji duszy nie jest łatwy. Zimno, deszcz, odrzucenie, wyobcowanie, to jak magiczne substancje wspomagające alchemiczne reakcje. Nie odszedłbym stąd (jeszcze nie). Ważność tej chwili, tych momentów jest dla mnie klarownie jasna. Szukam schronienia w oddaniu się Wszechświatowi, podporządkowaniu się jego lekcjom. Uczę się być dzieckiem.





























20.04.2016

   Rainbow
   południe
   Wróciłem właśnie z baru. Zjadłem frytki, wypiłem dwa piwa, poczytałem, co na fejsie. Porozmawialiśmy z Petią. Tęsknię za nią i czuję się winny, że nie doceniam jej bardziej. Ścigam cienie, a przecież mam fajną dziewczynę. Spędziliśmy razem już kawał czasu. Bycie z nią na zasadzie przyjaciel/kochanek, a w międzyczasie szukanie „prawdziwej miłości” jest nie fair. Ale nie jestem jeszcze pewien, co z tym fantem zrobić.
   Grzeję się na słońcu, bez koszulki. W ciepłych promieniach ludzie ożyli.
   Może jakaś lista?

   1. Amerykanka z Idaho śpiewa swingowo „Don’t trust me”. Akompaniuje jej fiński gitarzysta.
   2. Brak kobiety odczuwam coraz większym zwracaniem uwagi na piersi i tyłki.
   3. Nick – angielski facet, mieszkający na stałe w Hiszpanii. Bardzo go lubię. Kulturalny, dowcipny. Można uciąć sobie z nim zbalansowaną, szczerą pogawędkę. Nie jest do końca „zhippisowany”, to dobrze. Taki włóczęgowski, angielski gentelman.

























 4. Palę dużo. Już nawet nie mam ochoty, ale palę dla zabicia czasu albo odnalezienia się w towarzystwie.
   5. Podeszła Ingrid. Zamieniliśmy parę miłych słów, ale raczej unikam, nie narzucam się. Niech ma swoją osobistą przestrzeń.
   6. Fajnie się patrzy na zabawy grupowe (właśnie jakaś się odbywa). Ale chyba jeszcze ze szkoły została mi fobia do tego typu rozrywek. Co nie przeszkadza mi obserwować z lekką zazdrością.
   7. Piję głównie deszczówkę. Czystsza niż woda w rzece.
   8. Pograłbym z kimś w kości. Ale ciężko znaleźć tutaj ludzi do takich indywidualnych rozrywek. Może Nicka namówię, gdzieś się tu szwendał.

   wieczór
   Nie zasymilowałem się dziś ze społecznością. Próbowałem, ale nie dałem rady. W końcu zwinąłem się, rozłożyłem przed namiotem karimatę i słuchałem DonGuralesko, popijając wino. Dziś widzę za dużo pretensjonalności, naciąganej miłości. Lepiej mi samemu z Guralem na słuchawkach.

21.04.2016

   Rainbow
   rano
   Obudziłem się z lekkim kacem. Na szczęście zapobiegawczo kupiłem w barze butelkę oranżady.
   Wczoraj po wieczornym kręgu postanowiliśmy z Nickiem pójść razem do baru napić się i pograć w kości. Było już późno, więc nie spotkaliśmy żadnych hippisów. W barze siedzieli tylko miejscowi. Zamówiliśmy piwo, jedzenie, wyciągnąłem kości. Miejscowy popatrzyli na nas z sympatią. Dostrzegli wspólny kontekst i od razu im ulżyło. Kilku się dosiadło.
   Zaczęliśmy rozmawiać łamanym Hiszpańskim. W międzyczasie postanowili zaprezentować nam lokalne trunki. Jeden za drugim donosili kieliszki najróżniejszych napojów, czekając na nasze reakcje. Nieźle już podchmieleni zabraliśmy się z Nickiem za grę w biliarda. A wymieszana rzeka trunków nie przestawała płynąć. W końcu odłożyliśmy kije, bo już nic z tego nie wychodziło i lekko chwiejnym krokiem wróciliśmy do obozowiska.






 

















   wieczór
   Dzień był pracowity, więc nie pisałem. Tylko streszczę wydarzenia.

   Lista skrótowa:

   1. Napisał do mnie Janusz Deblessem, redaktor z Trójki. Prowadzi audycję „Gitarą i piórem”. Jakimś sposobem trafiła do niego płyta Księżycowego Terrorysty i chciałby coś z tego puścić w audycji.
   2. Poszedłem do Aguiar da Beira. Kindle od Petii już doszedł! Na parking znalazłem kogoś z laptopem i przeniosłem kolekcję książek z zepsutego czytnika do nowego. Więc znów mam swój mały świat.
   3. Chwyciło mnie przeziębienie. W miasteczku kupiłem jakieś proszki, zażyję przed snem.
   4. Jutro wyjeżdża Ingrid. Przejmuję jej duży namiot, ona zabiera mojego liliputa. Rano muszę się spakować i sfinalizować zamianę, zanim wyjedzie.
   5. Teraz trochę lektury przed snem. Wreszcie.

22.16.2016

   Rainbow
   rano
   Wycieczka do baru stała się moją codzienną tradycją. Wziąłem długi, gorący prysznic, zrobiłem przepierkę. Jem frytki, piję piwo, ładuję Kindla. Przeziębienie ciągle mnie trzyma, chcę więc doładować czytnik do oporu i przeleżeć parę dni w namiocie, wychodząc tylko na posiłki.
   Dziś przeprowadzam się do namiotu Ingrid.
   Odzyskanie mojej biblioteczki wprawiło mnie w dobry humor. W namiocie mam butelkę wina, chleb i wędzony ser owczy. Ser będę musiał trochę okroić, bo mały, psi skurwysynek wygrzebał go w nocy z namiotu i dogłębnie wylizał. Kiedy znienacka się pojawiłem, wyglądał na rozczarowanego. Patrzył na mnie zirytowany i czekał, kiedy sobie pójdę. Widząc, że nie odpuszczę, obrażony odszedł wolnym krokiem.

   wieczór
   Mam nowy domek. Namiot Ingrid, po trzech tygodniach w mojej trumience, wydaje mi się pałacem. Tyle przestrzeni! Mogę nawet siedzieć. Trochę nie przemyślałem sprawy z wagą. Ingrid powiedziała, że waży dwa i pół kilo. Mój stary ważył kilo osiemdziesiąt, więc nie martwiłem się tą lekką nadwyżką. Okazało się jednak, że źle przeczytała parametry. Dwa i pół to on ma metrów. A waży trzy osiemdziesiąt. Ale na razie się nie martwię, cieszę się po prostu rozmiarem.

























   Położenie też jest świetne. Na górce, w lesie. U moich stóp ściele się soczyście zielona łąka i wstążka rzeki. Naprawdę pięknie, spokojnie. Obok jest „Welcome Center”, zawsze warzą tam kawę albo czaj. Kawałek dalej shit pit.


























   Byłem już zmęczony mieszkaniem w głównym obozowisku. Za dużo ludzi, hałasu, bębnów. Tutaj mogę się wyciszyć.
   Wyciągnąłem japas, wymantrowałem rundę, później modliłem się do Kryszny, żeby wypełnił tę samotność swoją obecnością.
   Nie wiem, czy pójdę dziś na wieczorny krąg. Zostanę raczej w namiocie i poczytam.

   wieczór ciąg dalszy
   A jednak nie udało mi się uciec od towarzystwa, ale nie żałuję. Przyszedł Nick i przesiedzieliśmy kilka godzin przy namiocie. Poczęstowałem go serem, chlebem, winem. Gadaliśmy o wszystkim: o miłości, medytacji, Krysznie, podróżach astralnych, reiki. Inteligentny miły człowiek. W ogóle nie męczę się w jego towarzystwie. On zresztą też się chyba dobrze ze mną czuje. Mamy podobne poczucie humoru.

23.04.2016 

   Rainbow
   południe
   Rano trochę pokropiło, ale przestało, choć niebo zachmurzone. Zrobiłem kawę w Welcome Center, odwiedziłem shit pit, teraz leżę przy ogniu (czyli w dymie) i rozmawiam z ludźmi.
   Miałem ciekawy sen. Chciałem go zapisać od razu po przebudzeniu, ale poddałem się lenistwu. Teraz zostały mi tylko skrawki. Byłem uczennicą uczonego okultysty. Zdobyliśmy starożytną talię kart, zawierającą wszystkie tajemnice wszechświata.

   popołudnie
   W środku kręgu tańczy dziewczyna z wygolonymi bokami głowy. Jest naga od pasa w górę. Ma doskonałe piersi. Nie za duże, nie za małe, kierujące się lekko do góry. Grupka chłopaków gra na bębnach. Gdzieś z tyłu dobiega mnie dźwięk skrzypiec. Jakaś celtycka melodia. Kilku żonglerów ćwiczy skomplikowane układy. Kasia, polska dziewczyna, z którą nie udało mi się kliknąć, daje masaż muskularnemu blondynowi. Dzieci biegają wesoło, bezmyślnie, przez śmiech krzyczą do siebie w mieszance angielskiego, niemieckiego, hiszpańskiego i portugalskiego. Pomiędzy nimi psy. Zachodzące słońce razi w oczy. Nick zastanawia się głośno, czy nie rzucić wszystkiego i nie przyłączyć się do wędrownej grupy cyrkowców. Nie mówi na poważnie. Łaknę słodyczy i smażonek. Przypomina mi się szkocki przysmak: sneackersy w cieście smażone na głębokim oleju. Usta napełniają się gęstą śliną.

   wieczór, w namiocie
   Kolejny dzień przeleciał. To nie jest łatwa podróż. Nie jedna z tych beztroskich wędrówek, o których czasem można poczytać na autostopowych blogach. Jestem w drodze prawie trzy tygodnie i większość czasu zmagam się z sobą. Z samotnością, przeszłością, zmęczeniem, zimnem, czasami głodem. Jestem jednak na tyle świadomy, że akceptuję to, wiedząc, że czasami dobrze, że boli. To znaczy, że w środku coś się oczyszcza, regeneruje.



























   Przy kolacji rozmawiałem trochę z Aną. Ukąsił ją kleszcz i martwiła się boreliozą. Byłem niemiły. Nie chciało mi się słuchać jej biadoleń. Potakiwałem znudzony, aż wreszcie powiedziałem z sarkazmem, że tak, na pewno ma boreliozę i do tygodnia umrze. Rozpłakała się. Zdałem sobie sprawę, że przeholowałem. Przeprosiłem ją, poklepałem po plecach i przekonałem, że na pewno wszystko jest w porządku, nic jej nie będzie. Bidulka.

24.04.2016












   Rainbow
   popołudnie
   Noc skurwysyńsko zimna. Leżałem w śpiworze zawinięty jak mumia, a i tak nie przespałem prawie całej nocy. Wreszcie koło ósmej wyczołgałem się z namiotu i rozpaliłem ognisko. Zaparzyłem dla siebie kawy, a dla potencjalnych gości zrobiłem czaj. Później czytałem książkę, aż zaczęli schodzić się ludzie. Przyjąłem rolę gospodarza. Częstowałem wszystkich gorącym napojem i miłym słowem. Wreszcie koło południa poszedłem do baru.   Doładowałem konto w telefonie, napisałem Petii, że za nią tęsknię, napiłem się porto, zjadłem też talerz miejscowego przysmaku wegetariańskiego: fasoli przysmażanej z kapustą i kawałkami chleba. Nazywa się migas (czyt. migeś).
   Boli mnie gardło i czuję się trochę niepewnie na żołądku.
   W obozowisku spotkałem Nicka. Zdecydowaliśmy przejść się do Aguiar da Beira. Zrobimy większe zakupy, porozmawiamy. Bardzo lubię rozmowy w trakcie długich, pieszych wędrówek.
   Dzień jest fajny. Fizycznie nie czuję się za dobrze, ale duchowo jestem spokojny, zadowolony. Rano dostałem troskliwego, miłego smsa od Petii, a później rozmawiałem z Piotrkiem. Bardzo sympatyczny chłopak. Polecił mi kawałek „Power of Now” Eckharta Tolla, rozdział o związkach. Budująca, rozsądna lektura.

   wieczór, w namiocie
   No i koniec dnia. Minął przyjemnie, spokojnie. Tak, jak planowaliśmy, poszliśmy z Nickiem do miasteczka. Część drogi przeszliśmy, część przejechaliśmy stopem. W supermarkecie kupiłem ser, bułki, kokosanki, czekoladę, owoce.



















 Po powrocie posiedzieliśmy jeszcze w barze przy piwie. Wróciliśmy do obozowiska na kolację, ale byłem tak pełny, że prawie nic nie zjadłem. Oboje zwinęliśmy się wcześnie. Nick chciał poczytać książkę, a mnie coraz bardziej boli gardło.
   W namiocie wziąłem dwa nurofreny, wciągnąłem na siebie dwie pary spodni, koszulę, kamizelkę, sweter i czapkę. Noco, jestem gotowy! Teraz zażyję jeszcze trochę lektury przed snem, jak co dzień. A jutro to, co zwykle: kawa, sranie, jedzenie, szwendanie się, pogaduszki z Nickiem i resztą. Powoli wchodzę w przyjemny, leniwy rytm na tych hipisowskich koloniach wakacyjnych.



























25.04.2016

   Rainbow
   południe
   Dzień zacząłem w barze. Frytki, sałatka, piwo, prysznic, rozmowa z Petią.















   Gardło boli mnie mniej, żołądek już się uspokoił. Dużo osób rzyga i ma sraczkę. Coś nie tak z wodą. Ciągle mam nadzieję, że mnie ominie.
   Teraz siedzę na patio baru z Patrykiem, Karoliną i Inez. Inez to po polsku będzie Agnieszka?



























   wieczór
   Dzień przeleciał spokojnie i leniwie. Przed obiadem zawiązała się z nas paczka Polaków. Posiedzieliśmy, powydurnialiśmy się wspólnie, delektując się żartami, których niepolak by nie zrozumiał. Zaprosiłem ich na popołudnie do mnie, na ciastka i ser, ale jakoś wszyscy się rozeszli i nic z tego nie wyszło. Później, przy namiocie coś mnie wzięło na śpiewanie moich piosenek i posmutniałem (a wiadomo, że dużo mi nie trzeba). Dopiłem resztkę miejscowego wina, westchnąłem z wrodzoną nostalgią i przespacerowałem się do głównego kręgu.
   Patrzę w ogień. Dwóch Hiszpanów gra flamenco. Wokół Estrelli zebrała się grupka ludzi. Uczy ich tańca. Nick też tam jest, wygina się zabawnie i sztywno. Tak wygląda Anglik tańczący flamenco.




























26.04.2016

   Rainbow
   przed południem
   Kolejny słoneczny dzień. Gorąco wygoniło mnie z namiotu już około siódmej. Skacowany zjadłem jogurt, banana, napiłem się soku. Później wylałem na siebie półtoralitrową butelkę wody, żeby ochłodzić się i trochę umyć.
   Kac? No więc wczoraj wieczorem poszliśmy z Nickiem do baru. Wypiliśmy butelkę wina, drugą wzięliśmy ze sobą. Nick przyniósł koc, baranią skórę do siedzenia i świeczkę. Byłem lekko podpity, ale zapaliliśmy jointa i to mnie rozłożyło. Poczułem, że nie jest mi najlepiej. Pożegnałem Nicka i położyłem się z mp3jką na uszach.





















   Dziś rano zapaliłem papierosa. Smak dymu wzbudził we mnie taki wstręt, że wyrzuciłem resztkę tytoniu, bibułki i filtry. Miałem dosyć tego ciągłego kopcenia, które już nawet nie daje mi radości. Chcę sobie zrobić choć kilkudniową przerwę. Ten gest sprawił, że poczułem lekkość na duszy. Szedłem sobie przez las i pośpiewywałem wesoło, ciesząc się z wolności.
   Siedzimy z Michałem przy głównym kręgu. Naga, perfekcyjnie zbudowana dziewczyna ćwiczy jogę. Patrzymy łakomie, próbując podtrzymać konwersację.
   - Ta dziewczyna to prawdziwa harpia – mówi Michał łypiąc na nią z mieszaniną niechęci i chęci.
   - Miałeś z nią jakieś przejścia? – pytam.
   - Wczoraj przy kolacji zaatakowała mnie, że paliłem papierosa w kręgu.
   - To jeszcze nic złego –  odpowiadam z roztargnieniem. Naga joginka wypróbowuje karkołomną asanę nie zostawiającą nic dla wyobraźni.
   - Ale to nie było zwykłe zwrócenie uwagi. To był lodowaty, pasywno-agresywny występ, mający pokazać mi moje miejsce.
   Dziewczyna patrzy lodowato z oddali, nie przerywając ćwiczeń. W jej zimnym wzroku jest coś, co sprawia, że wierzę Michałowi.

***

   Złożyłem codzienną wizytę w barze. Piwo i frytki. Kusiły mnie papierosy, więc kupiłem dwie paczki Hallsów do ssania. Przez większość czasu rozmawiałem z Agnieszką, Polką, którą wczoraj poznałem. Miła dziewczyna. Robi biżuterię, wolontariaty, podróżuje. Pełna spokojnej, nieśmiałej energii.
   Świeci słońce, ale nie jest już tak gorąco, jak rano. Słyszę dalekie brzdękanie. Tak dalekie, że wkomponowało się w śpiew ptaków i szum wiatru w koronach drzew. W dole, na łące, jakaś para zbiera zioła i jadalne trawy.

   środek nocy
   Obudził mnie sen. Dziwny, niepokojący, ale nic z niego nie zostało, tylko nieprzyjemne uczucie. Zjadłem ostatniego kokosanka, dwa paski czekolady i dwie łyżki dżemu. Przez wczorajsze niepalenie musiał spaść mi cukier (choć co ja tam wiem o ludzkim ciele). Włączyłem mp3jkę, żeby przegonić ciemne myśli.
   Jestem już zmęczony. Chcę uwolnić się od żalu i poczucia winy. Minęły dwa lata od rozstania, a to ciągle wraca. Jakaś część mnie nie chce puścić. Dziecko w środku chce powrotu do znajomej, bezpiecznej przeszłości. A przecież tak się nie da. Woda już przepłynęła. Rzeka wydaje się ta sama, ale to tylko ramka brzegu. A woda już jest inna. Tamtej nie ma. Odpłynęła do oceanu. A ja już nie jestem dzieckiem. Czas dorosnąć.

27.04.2016

   Rainbow
   rano
   Poranne, gorące słońce przegoniło nocne mary. Otoczył mnie radosny śpiew ptaków i szum wodospadu. Obudziłem się z satysfakcją, że wytrzymałem cały dzień bez papierosów. Dziś może być trudniej. Pierwszy dzień zawsze jest łatwiejszy.
   Plan na dzisiaj:
   - obskoczenie parkingu i wypytanie o kurs do Niemiec (powoli planuję powrót)
   - spacer do baru, Internet i piwko
   - wyprawa do Aguiar da Beira dla uzupełnienia zapasów
   Zaczyna się chmurzyć, ale mam nadzieję, że nie będzie lało.

***

   Siedzimy w barze z Nickiem. Przyplątała się do nas Amerykanka, zapomniałem jak ma na imię. Bardzo drażniący charakter. Unikam jej od wczoraj, odkąd usiadłem obok niej przy kolacji. Doprowadzała mnie do szału. Starsza kobieta, koło pięćdziesiątki, próbująca zachowywać się „cool”, infantylnie przesadzająca z entuzjazmem i swoją hipisownością. Każdy wybuch nienaturalnego śmiechu kończy głośnym chrumknięciem.
   Najgorsze jest to, że usłyszała, że idę do Aguiar da Beira i teraz chce się dołączyć. Zachowuję się opryskliwie, próbując ją odstraszyć.
   Bardzo chce mi się palić.

***

   Ostatecznie nie poszedłem do miasteczka. Odstraszyła mnie ambiwalentna pogoda. Zimny wiatr i chmury nie wróżyły najlepiej.
   Połaziłem po parkingu, ale w najbliższym czasie nikt nie wybiera się w stronę Niemiec. Szkoda, bo mam coraz większą chęć na powrót. Z drugiej strony nic mnie nie trzyma. Robin, rumuński stary włóczęga powiedział mi dzisiaj:
   - Ale czym się martwisz? Jesteś wolny. W każdej chwili możesz sobie pójść, nie musisz na nikogo czekać.
   W sumie racja.

28.04.2016




















   Rainbow
   popołudnie
   Wczoraj chciałem się zerwać, ale dziś czuję się swobodnie i swojsko.
   Rano rozpierała mnie energia. Poszedłem na przechadzkę do Aguiar da Beira (to jakieś osiem kilometrów od obozowiska). Po drodze słuchałem Beaty Bocek i DonGuralesko. Moje myśli stały się przejrzyste, radosne. Rezonowałem z muzyką, z przekazem. Poczułem głęboką wolność i radość, że jestem tutaj, sam, nic mnie nie wiąże, mogę iść, gdzie chcę, zrobić, co chcę. Cudownie wyzwalające doświadczenie.
   W miasteczku kupiłem gofry, dżem, bułki, jogurt i sok. Później usiadłem w kafejce, zamówiłem frytki, sałatę i cydr. Spędziłem tam z dwie godziny. Na Internecie wysłałem trochę wiadomości na couchsurfingu, szukając hosta albo w Lizbonie, albo w Porto. Skoro już jestem w Portugalii, to chciałbym zobaczyć któreś z tych dwóch miast.



























   W drodze powrotnej zatrzymał się Frank i Cecylia. Lubię ich. Z Frankiem miałem wcześniej lekki problem z powodu Ingrid, ale już mi przeszła ta dziecinna zazdrość. Cecylia jest Portugalką. Spokojna, miła, piękna w łagodny, nienarzucający się sposób.


























   Nie wiem, czy to pogoda, długi spacer, czy cydr, ale do obozu wróciłem w wyśmienitym humorze. Nad rzeką spotkałem Piotrka. Dałem się mu namówić na kąpiel w rzece. Woda była lodowata! Kiedy zamoczyłem stopy, prawie stchórzyłem, ale wreszcie przemogłem się i wskoczyłem na golasa. Cudowne orzeźwienie.
   Po wyjściu z wody natknąłem się na Nicka rozmawiającego z jakimś starszym, miejscowym panem. Tubylec mrugnął do mnie porozumiewawczo i odchylił połę marynarki, spod której wystawała szyjka butelki. Wypiłem kieliszek swojskiego bimbru z jagód, szczerze pochwaliłem i poszedłem się wysuszyć.
   Teraz leżę przy głównym kręgu, słucham muzyki i obserwuję ludzi. Relaks.



























   Jestem zadowolony  z tego obrazka. Duża ilość wolnego czasu i brak „praktycznych” obowiązków to najlepszy przepis na kreatywność.
   Myślę o tym uczuciu z dzisiaj, w czasie spaceru do Aguiar da Beira. Człapiąc sobie po portugalskiej szosie, słuchając Beaty Bocek, to była naprawdę fajna sprawa. Dobrze byłoby utrzymać ten stan świadomości cały czas, albo chociaż częściej, niż teraz. Ale to nie jest łatwe. Jestem (albo jesteśmy, jako całość ludzkości) na określonym etapie, na drodze do tej wolności. Utrzymanie takiego stanu nie jest jeszcze możliwe. To długi proces pozbywania się ego, przywiązań, pragnień. Ale nie martwię się. Ta droga też jest ekscytująca. Satysfakcja z przejścia kryzysów i wynurzenie się po drugiej stronie. Choćby nawet na chwilę, na nabranie energii przed kolejnymi próbami.
   Jestem cholernie naładowany seksualnie. Rozłąka z dziewczyną, słońce, nagość, lenistwo. Dobrze jest czuć tę kipiącą w środku energię.

   wieczór, w namiocie
   Jest już koło jedenastej. Choć chłodno, to już nie te chłody, co jeszcze kilka dni temu, kiedy po zachodzie słońca uciekałem do śpiwora. Humor mi dzisiaj dopisywał. Odwiedzili mnie Piotrek i Michał. Chciało im się słodkiego, a wiedzieli, że mam prowiant. Nakarmiłem ich goframi i dżemem. Później włączyłem im „Zabierz mnie do domu”. Odlecieli, nie spodziewali się, że moja muzyka będzie miała ręce i nogi. Pewnie sprawiam takie nieprofesjonalne wrażenie:).



















   Przy ognisku na początku było bardzo fajnie. Muzyka, tańce, śpiewy. Ale w końcu zaczęło mi czegoś brakować. Wprawdzie alkohol jest zabroniony, ale za to wszyscy kopcą tyle zioła, że po pewnym czasie gubię łączność.
   Estrella, bidulka, była bardzo smutna, płakała. Chyba pokłóciła się z chłopakiem. Pogłaskałem ją po dredach, pocieszyłem, jak mogłem.
   Paweł, Polak: ciekawy charakter. Jakoś tak po czterdziestce. Czerwony nos, różowa czapeczka, ciągle w biegu. Sympatyczny, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany, zadowolony w swoim własnym świecie.
   Dobranoc.

Podróż w tonacji molowej - część pierwsza

Dziennik z włóczęgi do Portugalii i z powrotem

Część pierwsza
W tamtą stronę



























   06.04.2016

   jeszcze Polska
   rano
   Siedzę w pociągu do Katowic. Naprzeciwko drzemie Petia. Za oknem zielona wiosna, słońce i zapach nowej trawy. Licealiści patrzą w komórki albo nerwowo wymieniają się szkolnymi informacjami.
   Rozpocząłem podróż.
   Wstałem wcześnie, przed piątą, w kiepskim nastroju. Pozlepiała mnie niemoc, brak energii, celu. Patrzyłem żałośnie na spakowany plecak, podczas gdy Petia robiła herbatę. Po co mi to? Co próbuję sobie udowodnić? Przed czym uciekam? Ludzie myślą, że ot tak, z lekkim sercem ruszam w świat. Ostatnie kilka dni dostawałem lekko zazdrosne życzenia szerokiej drogi i wielu przygód. Przyjmowałem je z uśmiechem, od czasu do czasu rzucając zadziornymi żartami. Że co tam te parę tysięcy kilometrów, taka moja cygańska dusza. Ale to nie tak. Nie mam lekkiego serca. Wyjeżdżam właśnie dlatego, że ciąży mi to serce niemiłosiernie i chcę jakimś sposobem zrzucić przygnębienie i cynizm, który zaczął coraz bardziej obrastać mi duszę. Zapuściłem się, cholera.
   Więc choć jestem w kawałkach, choć serce boli po rozwalonym małżeństwie, choć Weltschmerz do potęgi, to spakowałem śpiwór, ukulele, blaszany kubek i jadę, próbując coś zostawić, coś znaleźć.
   Z Petią rozstajemy się w Katowicach. Ona jedzie autobusem do Pragi, stamtąd z ojcem do domu, do Teplic, a ja będę szukał jakiejś wylotówki na Wrocław. W Katowicach zaopatrzę się w prowiant i zamienię złotówki na euro. Budżet to 450 złotych. I jeszcze „rezerwa” na angielskim koncie, gdzie mogę wejść na debet, ale wolałbym raczej nie.
   Dobrze, że słonecznie, ciepło. Wiosna umila start. Spod przygnębienia z trudem przebija się ekscytacja przygodą, nieznanym, wyzwaniami.
   Jeśli dobrze pójdzie, to dzisiaj przekroczę granicę w Zgorzelcu.

   07.04.2016

   pod Frankfurtem
   Wczoraj autostop szedł przepięknie. W Katowicach zdecydowałem się wziąć taksówkę na wylotówkę z miasta. Wydałem sto złotych, ale chciałem jak najszybciej znaleźć się na trasie. Na pierwszej stacji czekałem niecałe dwadzieścia minut, aż zatrzymał się starszy pan pracujący dla jakiejś firmy kolejowej. Miły facet tuż przed emeryturą. Ponarzekał na nowe porządki na kolei i z nostalgią wspominał komunę. Przed Wrocławiem włączył CB i spróbował wywołać jakiegoś kierowcę zmierzającego na Niemcy. Odezwał się Andrzej. Zajechał na stację i zabrał mnie do Chemnitz. Było wcześnie, dopiero koło szóstej po południu, pomyślałem więc, że jeszcze postoję z kciukiem w górze. Dobrze zrobiłem, bo dosłownie po piętnastu minutach zatrzymał się sympatyczny chłopak spod Lublina. Jechał do pracy w winnicy. Przejechałem z nim jakieś trzysta kilometrów na sporą stację za Frankfurtem. Z uśmiechem popatrzyłem na mapę. Nieźle. Pierwszego dnia zaliczyłem około tysiąca kilometrów. W tym tempie byłbym w Portugalii już w weekend. Ale wolałem nie zapeszać. Hiszpania jest ciężka dla autostopowiczów, Francja zresztą też.
   Wieczorem, już po dziesiątej rozbiłem namiot w chaszczach za stacją. Zajęło mi to z pół godziny. Dawno nie używałem mojego namiotu, a poza tym było już ciemno. Byłem zmęczony. Nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, więc długo nie mogłem zasnąć. Minęło kilkanaście lat, odkąd podróżowałem stopem. Zapomniałem o największej zmorze autostopowicza: niekończących się, grzecznościowych rozmowach z coraz to nowymi  kierowcami. Gdzie jedziesz? A po co? Nie boisz się? Jaką masz pracę? Masz żonę? Dzieci?


























   Męczyły mnie też myśli o Tani. Tak się złożyło, że wszyscy kierowcy byli w długoletnich, udanych związkach. Ich historie przypomniały mi boleśnie, co utraciłem i za czym tęsknię. Stabilizacja, zaufanie, schronienie. Zastanawiałem się czy nie wrzucić ostatniej pozostałej tabletki relanium, ale zrezygnowałem. Powiedziałem sobie, że to jest podróż dla odkrycia siebie, bez Tani, bez Petii, po prostu włóczęga dla samej idei i nikt mi tego nie zepsuje. Uspokoiło mnie to. Tuż zanim przyszedł sen, przemknęło mi przez głowę, że dobrze byłoby jutro spotkać jakichś szczęśliwych rozwodników. Dla równowagi.

***

   Rano, spędziłem godzinę na obieraniu śpiwora, plecaka i ubrań z przylepnych nasion jakiegoś chwastu. Wczoraj po ciemku przedzierałem się przez zarośla i tam nałapałem tego paskudztwa.
   Gdy wyszedłem z namiotu, zdałem sobie sprawę, że rozbiłem namiot w samym środku króliczego miasta. Otaczały mnie dziesiątki króliczych nor. Kiedy wracałem na stację, jeden skubaniec śmignął mi spod stóp. Był wystraszony bardziej ode mnie.
   Teraz piję kawę (dwa euro), palę skręta i zaraz idę się wysrać. A później dalej, w drogę.

***

   pod Mulhouse
   Zdaje mi się, że to tyle na dziś. Już szósta. Jestem pod Mulhouse we Francji. Zmęczony jak cholera. Piję wino na rozjaśnienie nastroju. Dzień był dobry. Spotkałem kilku miłych ludzi. Najpierw pod Frankfurtem jakiś facet przyniósł mi kawę i życzył szczęścia w podróży. Później zatrzymał się Axel. Pracuje w niemieckiej telewizji. Niedługo zaczyna projekt związany z Polską, który wymaga kilkumiesięcznego pobytu w kraju. Nie zrozumiałem, czym dokładnie będzie się u nas zajmował. Rozmowa zeszła na politykę. Spytał, czy naprawdę jest w Polsce tak źle, jak się u nich mówi. Nie ukrywałem, że różowo nie jest. Autorytarne zapędy PiSu są przerażające, rosnący nacjonalizm i rasizm są na porządku dziennym, coraz to nowe pomysły rządu wydają się żywcem wzięte z filmu Kusturicy. Tą rozmową z inteligentnym, sympatycznym Niemcem przypieczętowałem swoją pozycję Polaka gorszego sortu, który pierze brudy poza domem. Ale tak już jest. Moja tożsamość jest bardziej europejska i lewicowa, niż narodowa.
   Po Axelu złapałem Steve’a w nowiutkim kamperze. Zrobił sobie wakacje od życia rodzinnego. Po rozwodzie. On ma swoje dzieci, jego nowa żona swoje i trochę się to nie układa. Po krótkiej rozmowie miałem wrażenie, że problem leży w tym, że stworzyli sobie dwa obozy: ja z moimi dziećmi, ty z twoimi i teraz każdy obóz walczy o przewagę. Nie wiem, jak mogłaby wyglądać wygrana któregokolwiek z obozów. Ale jak mógłbym oceniać? Widzę po sobie, jak łatwo utknąć w emocjonalnych szaradach. Steve przypadł mi do gustu, choć dostrzegłem w nim jakąś ciężką do zdefiniowania słabość. Przy czterdziestu siedmiu latach wydawał się chłopcem, z dobrymi i złymi stronami dziecka. Sam zresztą się do tego przyznał.
   Patrzył na mnie z podziwem.
   - Też bym tak chciał. Gdybym tylko mógł się wyrwać… - wyjąkał. – Ty to jesteś odważny i wolny.
   Pokręciłem głową.
   - To nie tak. Wolność nie przychodzi łatwo. To jest ciągła walka. Też czuję się małym chłopcem. Też bym chciał, żeby ktoś się mną zaopiekował i żebym wreszcie mógł odpocząć. Ale czy gdyby ktoś tak się zjawił, czy naprawdę bym tego chciał?
   - Nie chciałbyś? – spytał.
   - Nie wiem… Może i tak. Ale to takie gadanie. Fakty są takie, że jestem sam, nikt nie bierze mnie pod swoje skrzydła. Więc muszę pokonywać słabość i strach. Muszę raz za razem ustanawiać moją wolność. Nie mam po prostu innego wyjścia.
   Nie powiedziałem mu, że najważniejsza wolność – od siebie, ciągle mi umyka.
   Dobrze się rozmawiało.
   Następny kierowca, również Niemiec, w średnim wieku, mówił bardzo kiepskim angielskim. Mimo to udało nam się jakoś porozumieć mieszanką angielskiego, hiszpańskiego i francuskiego (ten ostatni język to raczej z jego strony). Zapalony motocyklista, włóczęga, uśmiechnięty, przystojny, szczęśliwy. Jechał właśnie na zlot szamański. Wyczułem w nim wesołego trickstera, któremu, mimo jego urokowi, nie można ufać
   - Wiesz, stary – powiedział mrużąc drwiąco oczy – miłość to jedna sprawa, seks to coś zupełnie innego. Dobra zabawa, ot co się naprawdę liczy. Mam prawie pięćdziesiąt lat. Sypiam z dziewczynami o trzydzieści albo dwadzieścia lat młodszymi, podróżuję, robię, co chcę, odkrywam siebie, świat.
   - A miłość?
   - Mam żonę i kocham ją z całego serca. Ale co ma jedno do drugiego? – wzruszył ramionami. – Nie gryź się, bracie. Za dużo się gryziesz, to widać. Dobra zabawa. Tego potrzebujesz. Dobra zabawa…
   Przytaknąłem bez przekonania. Dobra zabawa. Co to znaczy? Dlaczego po „dobrej zabawie” często czuję się pusty i jałowy? Może facet ma rację, może za bardzo się gryzę. Ale ciągle nie potrafię sobie wyobrazić życia, jeśli miałbym porzucić mój nadszarpnięty wprawdzie, ale ciągle tlący się idealizm.
   Herr Trickster wysadził mnie w paskudnym miejscu. Na opuszczonym parking, na granicy niemiecko-francuskiej. Chciał dobrze, kiedyś musiało to być ruchliwe miejsce, o czym świadczyły ruiny wielkiej restauracji. Teraz jednak, oprócz dwóch zardzewiałych wraków bez kół, warstwy pustych butelek i starych gazet, nie było tam nic. Rozejrzałem się, gdzie mógłbym złapać kogoś z autostrady, ale samochody pędziły jak szalone, nie było szans.
   Nagle zatrzymał się wóz, z którego wysiadła dziewczyna z plecakiem. Ucieszyłem się, poznając w niej autostopowiczkę. Podszedłem się przedstawić. Dziewczyna przywitała mnie zimno, nie patrząc na mnie, rozglądając się po parkingu. Zdała sobie sprawę, że wylądowała w kiepskim miejscu, a na dodatek miała we mnie konkurencję. Przykro mi się zrobiło. Miałem ochotę na damskie towarzystwo, ale nie chciałem się narzucać. Dziewczyna przyjęła to z widoczną ulgą. Machnęła mi na odczepnego i stanęła na autostradzie. Po dwóch minutach odjechała. Bez dwóch zdań, dziewczynom jest łatwiej na stopie.
   W międzyczasie na parking zajechał tir na czeskich blachach. Serce mocniej mi zabiło. Podszedłem przetestować mój czeski, którego trochę liznąłem przy Petii. Możliwe, że to mnie uratowało. Kierowca nie palił się do zabrania autostopowicza, ale okazało się, że mieszka tylko kilka kilometrów od mojej dziewczyny, czyli byliśmy prawie jak rodzina. Powiedział, że nie jedzie daleko, ale może podrzucić mnie na jakąś większą stację we Francji.

   wieczór
   Robi się coraz ciemniej i chłodniej. Nie rozłożyłem jeszcze namiotu. Włożyłem na siebie dwie bluzy, kurtkę, czapkę. Kręcę papierosy i piję wino.
   Przed chwilą porozmawiałem z dwoma polskimi kierowcami ciężarówek. Poradzili mi, żebym nie jechał na Lyon. Skoro chcę jechać w stronę San Sebastian, na Portugalię, to powinienem dostać się na Portugalkę, trasę w stronę Bordeaux.



















   Usiadłem przy stoliku naprzeciwko. Z jednego z tirów wysiadł wysoki, sympatyczny, wyglądający na Senegalczyka (jak się okazało, miałem rację) kierowca. Zagadałem po hiszpańsku. Dosiadł się na chwilę. Jechał w podwójnej obsadzie, więc nie miałem szansy na podwózkę, ale rozluźniony winem, miałem ochotę porozmawiać z kimś z odległego, nieznanego świata. Opowiedział mi o swoim życiu w Hiszpanii. Że jako czarnoskóry imigrant, do tego muzułmanin, w Hiszpanii musi się zmagać z życiem.
   - Nie jest łatwo być imigrantem w Hiszpanii – potwierdziłem. – Nawet białym. Poznałem to na własnej skórze.
   - A jak jest w Polsce? – zaciekawił się.
   - A jak myślisz?
   Zerknął przez ramię na polską ciężarówkę, później na mnie, wahając się.
   Uśmiechnąłem się zachęcająco.
   - Wal, nie przejmuj się. Ja jestem obywatelem świata – zażartowałem.
   - Jeżdżę dużo po Europie, często spotykam polskich kierowców… - powiedział niepewnie. – Wydają się większymi rasistami, niż Hiszpanie. Takie mam wrażenie.
   - Bo są. Nie wszyscy oczywiście. Ale klasa pracująca choruje u nas na ostry rasizm – przyznałem.
   Nie czułem się głupio, w końcu to nie ja jestem rasistą. Boli mnie tylko bezsilność. Przecież to takie durne. Ci polscy kierowcy (i nie tylko kierowcy) pracują jak osły za marne pieniądze, wykorzystywani przez pracodawców, oszukiwani przez państwo, a oni kierują swój gniew i pogardę na Bogu ducha winnych, takich samych roboli, jak oni, tylko o innym kolorze skóry.
   Kiedy Senegalczyk odszedł, zauważyłem, że tych dwóch Polaków, których pytałem o drogę, patrzy na mnie nieufnie.
   No dobra, już wieczór. Idę rozbić namiot w jakichś krzakach, odpocząć przed jutrem. Mam jeszcze kawał drogi przed sobą.

08.04.2016

   100 km od Bordeaux
   wieczór
   Ciężko jakoś, męczyłem się dzisiaj w trasie. Ale najpierw streszczenie wczorajszego wieczora.
   Po rozmowie z Senegalczykiem miałem już zabierać się do spania, kiedy zjawił się Mariusz, dwudziestoczteroletni chłopak z Polski, autostopowicz. Dosiadł się i zrobił herbaty na turystycznej kuchence gazowej. Fajny wynalazek, ale przy tej ilości maletów nie mógłbym pozwolić sobie na dodatkowy ciężar. Pogadaliśmy przez chwilę, ale szybko zaczęło robić się ciemno i coraz zimniej. Znaleźliśmy ustronne miejsce na rozbicie namiotów za gęstymi krzakami. Zaproponowałem rozpalenie ogniska. Mariusz był trochę sceptyczny, byliśmy przecież na stacji benzynowej, ale powiedziałem, że biorę to na siebie. Miałem po prostu chęć na ogrzanie się przy ogniu.



 























   Noc była bardzo zimna. Pozapinałem się w śpiworze, że nawet nos mi nie wystawał, ale i tak budziłem się, co i rusz. Kiedy wstałem rano, okazało się, że namiot pokrył się cienką warstewką lodu.
   Mariusz dopiero co wstał. Postanowiłem nie czekać na niego i poszukać kogoś, kto zabrałby mnie w stronę Bordeaux. Poszczęściło mi się. Zgodził się pierwszy facet, do którego podszedłem. Po paru godzinach przesiadłem się do chłopaka z tej samej firmy, Bartka. Nie mieliśmy wspólnych tematów, gadka się nie kleiła. Koło szóstej po południu wysadził mnie na parkingu dla tirów. Miejsce mi się nie spodobało. Ciemne, wilgotne, jakby w jakiejś dziurze. Do tego zaczęło lać jak z cebra. Kilku rumianych, obleśnych Francuzów kręciło się koło toalet i łypało lubieżnie.



 














   Widząc scenerię, postanowiłem jeszcze popróbować, ale tylko zmoczyłem buty. Karton z napisem „Bordeaux” rozpadł się w deszczu. Wreszcie dałem sobie spokój. Wyszedłem z parkingu, minąłem małą plantację winogron i rozbiłem namiot w małym, cuchnącym zgnilizną zagajniku. No i jestem teraz tutaj.


























   Wiatr wyje nieprzyjaźnie, deszcz siecze o namiot, w tle przytłumiony szum samochodów na autostradzie. Źle mi wewnętrznie. Nie tylko dzisiaj. Po rozstaniu z Tanią zrobił mi się chyba jakiś regres psychologiczny. Tęsknię, wspominam i czuję się jak opuszczony dzieciak. W tej chwili, w tym namiocie, w brudzie, zmęczeniu, zimnie, te uczucia jeszcze się potęgują. Chciałbym uwolnić się od myślenia od przeszłości, ale nie potrafię. Tylko ona wydawała mi się prawdziwa ze wszystkich ludzi. Reszta to jakby aktorzy. Męczy mnie towarzystwo każdej osoby na świecie. Jedni są mi obojętni, inni trochę bliżsi, ale z nikim nie łączy mnie nic głębszego, dotykającego duszy. Teraz, bez Tani, mam wrażenie, że zostałem zupełnie sam. Trudne uczucie. Czasami, tak jak teraz, chciałbym zniknąć, rozpłynąć się jak mgła ze wschodem słońca. Nie rozpływam się tylko dlatego, że gdzieś tam tli się nadzieja, że pojawi się w tym słońcu coś nowego.
   Wreszcie rozgrzały mi się przemoczone stopy. Śmierdzę niemiłosiernie. Jutro spróbuję na jakiejś stacji poszukać prysznica. Grunt to wydostać się z tego zadupia. Mam nadzieję, że ci homoseksualiści z parkingu są niegroźni. Zresztą zapuściłem się w las dosyć głęboko, nikt nie powinien mnie tutaj znaleźć.

09.04.2016

   Alsasua
   wieczór



























     Kończy się czwarty dzień podróży. Dziś wreszcie dojechałem do Hiszpanii. Wprawdzie niedaleko granicy, w prowincji Nawarry, no ale to już Półwysep Iberyjski. Jestem prawie w domu.
   Wczorajsza noc była ciężka emocjonalnie. Po ostatnim wpisie dopadła mnie bezdenna rozpacz. Rozpłakałem się jak dziecko i szlochałem przez chyba pół godziny. Żaliłem się, przepraszałem, prosiłem. Jakby puściła tama, którą blokowałem problemy ostatnich dwóch lat.
   Wreszcie wyczerpany zasnąłem. Śniło mi się, że właściciel ziemi, na której rozbiłem namiot, szedł z rodziną na wycieczkę i natknął się na mnie. Wyglądał jak Doctor Who (ten z Davidem Tenantem). Długo się z nim kłóciłem, aż w końcu wezwał policję. Bardzo to było realistyczne.
   Obudziłem się o świcie, chyba z zimna. Spakowałem mokry namiot, śpiwór i wróciłem na gejowski parking. Stały tylko cztery tiry z zasłoniętymi oknami. Usiadłem na ławce i zapaliłem papierosa. Nagle z łazienki wyszedł mężczyzna. Rozpoznałem słowiańskie rysy.
   - Polak? – zapytałem.
   Podszedł i wyciągnął rękę.
   - Tak. A co?
   - Jadę w stronę Hiszpanii. Zabierze mnie pan?
   - No to masz szczęście, za chwilę wyjeżdżam. Bierz plecak.
   Zbyszek. Przejechałem z nim 240 kilometrów, czyli całkiem nieźle. Zatrzymaliśmy się na parkingu prywatnym. Zbyszek musiał zatrzymać się na jedenaście godzin. Parking był marny, a wredny właściciel policzył nas za kibel. Ten kierowca był w porządku. Nietypowy tirowiec. Bardzo religijny. Należał do ruchu Badaczy Pisma Świętego (podgrupa Epifania, czy też Epifanium, nie pamiętam). Porozmawialiśmy o duchowości. Choć jego zrozumienie Boga i wszechświata pod pewnymi względami były dziwne, to jednak znaleźliśmy kilka wspólnych punktów. W pewnym sensie zainspirował mnie. Ze zrozumieniem mówił o tym, jak można znaleźć lekkość, harmonię i sens w zwracaniu się do Boga. Przyszło mi do głowy, że jego ustami Absolut odpowiedział na moje nocne, rozpaczliwe modlitwy.
   Jak już pisałem, parking był kiepski. Stanąłem na zjeździe i zacząłem machać do samochodów. Podjechał po paliwo polski tir. Podszedłem do dość młodego faceta (przed czterdziestką).
   - Zabierzesz mnie do Hiszpanii? – spytałem bezpośrednio.
   Popatrzył spod byka i tylko pokręcił głową. Rozczarowany wróciłem na zjazd. Wydawał się niemiły, więc może to i dobrze, że nie zabrał.
   Po zatankowaniu minął mnie, ale po kilku metrach wyhamował, zawrócił i otworzył okno.
   - A wsiadaj, podrzucę cię kawałek.
    Andrzej. Facet okazał się bardzo sympatyczny. Słuchaliśmy heavy metalu i przegadaliśmy całą drogę, wspominając lata dziewięćdziesiąte. Zrelaksowałem się przy nim. Nie miał laptopa do oglądania filmów, za to na łóżku leżało całe pudło książek z biblioteki.
   Ledwo wystartowaliśmy, z nieba runęła prawdziwa ulewa. Zabrał mnie dosłownie w ostatniej chwili.
   Dojechaliśmy za Bordeaux. Tutaj zaczynała mu się długa przerwa. Zaproponował, że możemy razem wyskoczyć do pobliskiego supermarketu po piwo, a jeśli nic więcej nie znajdę, to jutro mogę się z nim zabrać. Byłem trochę zmęczony, pasował mi więc pomysł odpoczynku, ale dosłownie po wyjściu z samochodu złapałem następnego Polaka, Arka. Bardzo miły człowiek. Pięćdziesiąt cztery lata, oczytany, interesuje się historią. Przy nim już zupełnie poczułem luz. Jego pogoda, entuzjazm, spokój podziałały na mnie kojąco.
   W pewnej chwili zadzwoniła jego żona. Porozmawiali przez dłuższą chwilę. Dosłownie ogrzewałem się przy cieple i czułości, z jakimi rozmawiał ze swoją drugą połową. Praca, zaufanie, życie zwyczajnym życiem. Chce mi się tego. Czy już za bardzo przekroczyłem granice, żeby jeszcze móc wrócić do tak zwykłego życia? Nie wiem.
   W końcu dojechaliśmy tutaj, pod Alsasuę w Nawarrze.
   Było już za późno na dalszą podróż. Na stacji benzynowej wziąłem prysznic za trzy euro. Rozkosz! Jak mi tego brakowało. Okazało się, że przez cztery dni bez kąpieli odparzyłem sobie napletek. Czerwony, opuchnięty, szczypiący dawał się we znaki. Później w namiocie wysmarowałem wazeliną i przyrzekłem, że będę się starał znaleźć prysznic częściej.
   Przez chwilę próbowałem jeszcze coś złapać, ale nie miało sensu, wszyscy zajeżdżali na noc. Jutro niedziela, mało kto będzie wyjeżdżał, pewnie utknąłem do poniedziałku. Arek obiecał, że popyta Polaków, stoi kilka ciężarówek z jego firmy (Mielczarki). Nie byłoby źle, gdyby w poniedziałek udało się złapać coś do samej Portugalii. Jutro przeleżałbym w namiocie i poczytał książkę.  Prowiantu powinno mi starczyć, poza tym mam jeszcze czterdzieści euro.
   Hiszpania. Po przejechaniu granicy poczułem przypływ radości i pozytywnej nostalgii. Swojsko się tutaj czuję. Patrząc na góry Nawarry pomyślałem o Camino de Santiago. Jak tutaj, zaraz niedaleko człapaliśmy sobie razem przez góry i lasy. Wzruszyłem się.



























  Namiot rozbiłem na wzgórzu nad stacją. Kropi, wieje, ale mam wrażenie, że jest cieplej niż wczoraj. Na wszelki wypadek ubrałem jednak na noc grube, górskie skarpety. Teraz poczytam coś, albo posłucham wykładu Swamiego. Wczoraj jego głos i filozoficzne, jasne słowa pozwoliły mi się wyciszyć i zasnąć.
   Wyszczuplałem przez te kilka dni. Szczególnie widać na twarzy.
   Obok biegnie autostrada. Buczą ostatnie tiry, czasami w wyższej tonacji zabuczy osobowy. Gdzieś szczeka pies. Jestem czuły na dźwięki, głosy, kroki. Mój namiot jest prawie niewidoczny we wrzosie i krzakach, ale i tak popiskuje atawistyczna czujność na obcego.
   Samemu, w drodze, w poszukiwaniu siebie.

10.04.2016 

   Alsasua
   około 12:00
   Choć raczej utknąłem dziś na tej stacji, to nastrój mam dobry. Wietrznie, chłodno, ale słonecznie, a słońce od razu poprawia mi humor. Jeśli dziś nie uda mi się wyjechać, to jeden chłopak, kolega Arka, obiecał, że rano zabierze mnie do Valadoid. Zawsze to po drodze. Dobrze by było sunąć już przez Hiszpanię.
   Udało mi się połączyć z Internetem. Pozytywne wiadomości od Petii, Tani, rodziny. Muszę jednak oszczędzać, roaming w Orangu na kartę jest kosmicznie drogi.

   16:00
   A jednak jadę! Myślałem, że dziś ani rusz, a tu okazało się, że Arek jedzie dziś do Bilbao, a jutro do Viseu. Trochę czuje się winny, nie lubię nadużywać gościnności, ale mam wrażenie, że szczerze mnie zaprasza. Przed samy wyruszeniem dwóch chłopaków z jego firmy, których poczęstowałem wcześniej piwem, zaprosiło mnie na nocleg do ich ciężarówek. Fajni, serdeczni ludzie. Dlatego lubię autostop. Czasami daje w kość, ale tej radości nie da się z niczym porównać. Człowiek spotyka się z ogromną dozą serdeczności i bezinteresownej przyjacielskości. Niesamowita sprawa.





















   Rano w barze kupiłem zupę z cieciorki z warzywami, bo już słabłem. Pięć dni na chlebie z serem to nie przelewki. Czułem, że brakuje mi protein, a przecież dźwigam ciężki plecak. Pasek zapinam już na trzecią dziurkę, a w dniu wyjazdu zapinałem na ostatnią.
   Nastrój? Pozytywny. Słońce wygoniło gdzieś wczorajszą słabość.
   Jeśli dobrze pójdzie, to jutro dotrę na Rainbow. Ciekaw jestem, jakich ludzi tam spotkam.

   Guarnizo
   22:30
   Zatrzymaliśmy się na noc w niewielkim miasteczku. Rano Arek ma rozładunek. Nie było gdzie rozbić namiotu, ale wyszło to na dobre. Chciałem się umyć i porządnie odpocząć. Za resztę kasy wynająłem pokój w hotelu. Trzydzieści dziewięć euro. Wziąłem rozkoszny prysznic. Później w barze kupiłem butelkę wina, przy której oglądam teraz telewizję. Już zapomniałem, jaka u nich krzykliwa, kiczowata telewizja. I love it.


























   No więc dziś trochę cywilizacji, a od jutra znów włóczęga, namiot, bród i zimne noce. Chociaż w Portugalii powinno być cieplej.
   Wysłałem wiadomość do Petii. Ciekaw jestem, co u niej.
   Wczoraj, jadąc przez Hiszpanię, Bilbao, Santander wspomnienia zalewały mnie rwącym strumieniem. Ich żywość, intensywność były oszałamiające. Ale teraz, w hotelu, po prysznicu, przy kojącym brzęczeniu telewizora jest już dobrze. Strumień uspokoił się, mogłem wrócić do teraźniejszości. Dlatego postanowiłem napisać parę słów do Petii.
   Porozmawiałem też z Fernandą. Namawiam ją na przyjazd na Rainbow. Z Hiszpanii nie ma przecież daleko. Cieszyłbym się bardzo. Czuję w niej bliską przyjaciółkę, prawie siostrę. Wysłała mi długą wiadomość. Została wegetarianką, w Indiach zainteresowała się duchowością. Napisała mi, że czuje ze mną wyjątkową więź.
   Pooglądam jeszcze głupoty w tele i do spania. Jutro kolejny długi dzień.

   Lista w hiszpańskim miasteczku:

   1. Big Brother w telewizji. Relaksują mnie te bzdury. Nie wiem dlaczego.
   2. Wino naprawdę dobre, bardzo intensywne, jak to Rioja.
   3. Mam wyrzuty sumienia, że jadę z Arkiem aż tyle czasu. Mam wrażenie, że wolałby być sam, ale poczucie przyzwoitości zmusza go, żeby mnie zabrać. Poproszę go później o adres i wyślę „Amerykę przed Kolumbem”. Interesuje się historią, spodoba mu się, a ja już przeczytałem.
   4. Hiszpańska reklama Actimel z muzyka BeeGeez (Stayin’ Alive). Uśmiech 8 na 10.
   5. W kanałach nie ma pornosów…
   6. … Miałem na myśli kanały telewizyjne, ale później usłyszałem to tak: „W kanałach nie ma pornosów. Tylko szczury, stare reklamówki, puszki po piwie i bezdomni chroniący się przed deszczem”.

11.04.2016

Viseu
21:13

   Jest coś dziwnego w przybyciu do obcego miasta w obcym państwie, w którym nigdy się nie było.
   Słaniając się na nogach doszedłem do Viseu. Jakieś osiem kilometrów, najpierw autostradą, później przedmieściami. Obładowany plecakiem, ukulele i torbami z prowiantem, człapałem utykając. Ludzie dotykali mnie szybkim spojrzeniem, ale od razu odwracali głowy. Pytałem o drogę, ale spora część przechodniów nie zwracała na mnie uwagi. Musiałem wyglądać jak kupka nieszczęścia.


























   Później pod prysznicem, spłukując brud, popatrzyłem w lustro. Poczułem się sobie obcy. Przerzedzone włosy, zakola, wąska twarz, wklęsłe policzki, oczy, które jak gdyby zapadły się do środka. Pewnie ze zmęczenia.
   Rozejrzałem się sceptycznie po malutkim pokoiku. Zimne światło energooszczędnej żarówki, szaroniebieskie ściany, stara szafa, mały, może dwudziestoletni telewizorek z kolosalnym kineskopem, zimno. Udało mi się włączyć ogrzewanie, ale temperatura podnosi się bardzo powoli.
   Jestem wykończony, więc streszczę dzień w punktach. Tak będzie łatwiej.

   Lista zmęczona w Pensao Rosio Parque:

   1. Wspomnienie z wczorajszej nocy w hiszpańskim hotelu: sąsiadka oddająca się głośnym rozkoszom i wykrzykująca chrapliwie hiszpańskie sprośności, „metelo ahi, si, si, follame, follame fuerte! ” Z mojej strony mieszanka pożądania i irytacji, bo chciałbym już spać, a muszę słuchać, w co ma jej włożyć i że jest małą kurwą.
   2. W tirze z Arkiem – zmęczenie i senność. Arek gadał i gadał, ale miałem już tylko siłę potakiwać i wydawać zainteresowane dźwięki.
   3. Wysadził mnie na stacji przy autostradzie, kilka kilometrów od Viseu. Nie wiedziałem, jak się wydostać, ale wreszcie jakiś niesympatyczny manager poradził mi, żeby iść wzdłuż autostrady, za barierkami. Miasto zaczynało się jakieś dwa kilometry od stacji. Cała droga miała z siedem, osiem kilometrów. Szedłem z coraz większym trudem. Dała mi się we znaki stara kontuzja kolana, a do tego zrobiły mi się odciski, które później pękły. Zmokły mi od tego całe skarpetki. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że dalej niż Viseu już dzisiaj nie pojadę. Rainbow będzie musiało zaczekać do jutra.
   4. W Viseu znalazłem w miarę tani hotel. Dwadzieścia pięć euro ze śniadaniem. Zostawiłem tam rzeczy i ciągle kulejąc poszedłem poszukać supermarketu. Kupiłem chleb, ser, szparagi w słoiku, sok pomarańczowy, jogurty wiśniowe i vinho verde. W hotelowej restauracji pożyczyłem kieliszek do wina, a na recepcji zdobyłem hasło do wi-fi.
   5. Uświadomiłem sobie, że podróżując z dziewczyną mam więcej energii i czuję się pewniejszy siebie. Kiedy opiekuję się kimś, jestem silniejszy. A sam z sobą, tracę czasami napęd, czuję się zagubiony, mały, niewidzialny.
   6. Grzejnik nad drzwiami rzęzi niemiłosiernie.
   7. Obserwacja na temat portugalskiej telewizji: jest zupełnie inna, niż krzykliwa telewizja hiszpańska. Mam wrażenie, jakbym oglądał polską telewizję sprzed dwudziestu lat. Przaśna, niedopracowana, powolna, z przeciętnymi, starszymi twarzami.
   8. Da się tu dogadać po hiszpańsku, choć trzeba w to włożyć trochę wysiłku.
   9. Byłem dziś zbyt zmęczony, żeby ocenić portugalskie dziewczyny. Wydały mi się bez wyrazu, ale to może dlatego, że ze zmęczenia sam byłem bez wyrazu?

12.04.2016

Viseu
09:37
   Mam ponad dwie godziny do autobusu do Satao. Pogoda kiepska. Mokro i chłodno. Pani z hotelu powiedziała, że to najzimniejsza wiosna od lat.
   Rano zrobiłem przepierkę. Stwierdziłem, że lepiej będzie wyprać w ciepłej wodzie, w kabinie prysznicowej, niż później, w jakiejś lodowatej rzeczce. Ale coś za coś. Przez mokre pranie, przybyły mi ze trzy kilogramy, choć wyciskałem, ile miałem sił. Później zjadłem śniadanie w kafejce (wliczone w cenę). Właścicielka podała mi dzban kawy, mleka, bułki, ser, dżem i masło. Zamieniliśmy parę słów. Bardzo sympatyczna kobieta.
   Po odpoczynku, dobrym śnie i posiłku, mam dziś bardzo dobre wrażenie o Portugalczykach. Wydają się prości i spokojni. Dziewczyny ładne, ale w sumie jestem już tydzień bez kobiety, więc nie wiem, na ile jestem obiektywny.
   Co dalej? O dwunastej autobus do Satao, a stamtąd będę kombinował. Ciągle zostanie z dziewiętnaście kilometrów, a z moim bagażem będzie ciężko tak sobie przejść. Podobno jest jakiś autobus do Decermilo. Stamtąd miałbym może z pięć kilometrów. To już jakoś by się dało przejść.

Friday, 3 June 2016

Stary niedźwiedź mocno śpi - Księżycowy Terrorysta

   Hej koledzy i koleżanki. Już prawie pierwsza. Skończyłem właśnie nagrywać kawałek, który uważam za najlepszy ze wszystkich dotąd. Nie wiem dokładnie, jak to opisać. Wiecie, jak to jest, kiedy chodzi wam coś twórczego po głowie, ale kiedy już duch oblecze się w materię, to nie jest to, czegoś brakuje. Tym razem udało mi się złapać to, co chciałem. Pracowałem nad tym od wczoraj, z małą przerwą na sen. Dobrze, że mama przyniosła mi ruskich pierogów, bo bym padł:)
   Kiedy tworzę, to na chwilę udaje mi się wydostać z trywialności istnienia, z poczucia własnej bezużyteczności i miałkości. Dzięki ci Boże, za te rzadkie chwile:)
   PS. Maluchy od Łukasza dały się namówić na chórki:)




Stary niedźwiedź mocno śpi

intro
Mówi: nie bój się, jestem obok tuż,
Milion Dolar Hotel,
jeśli chcesz, zapal papierosa,
nie powiem ani słowa.
Gdzieś w dole klakson taksówki,
odganiam nachalny dźwięk,
ona schyla się i szepce,
jej głos odgania lęk

ref.
Tańczymy w środku lasu, nie ma granic, zniknął czas,
Om Namo Sivayah, Kryszna, Alleluja.
Głowy wolne od słów, serca pełne, jestem zdrów
Trzymam twoją dłoń, bracie, siostro, graj to znów.

Stary niedźwiedź stary niedźwiedź stary mocno śpi,
w jego głowie, starożytne o wolności sny,
o tyranach co przelali całe morze krwi,
gdy obudzi się obudzi, będzie bardzo zły.

1
Spójrzcie za okno, co zrobili nam,
ja te ich bzdury, bardzo dobrze znam,
karzeł i małpa, w ręku błyszczy nóż,
chciałbym już uciec stąd, ale przecież nie jestem tchórz

Jak w Hiszpanii w 36, znów podnoszą łeb,
narodowe hasła, wolność sprzedana za chleb.
Nienawiścią mordy skrzywione, niech was liże pies,
krzyżem zasłaniacie waszą pustkę, w końcu przyjdzie wasz kres.

ref
W lesie rośnie drzewo,
niedźwiedź mocno śpi,
zaraz zaczniemy sabat,
księżyc jasno lśni.

Nasz bóg nie żąda krwi,
naszą matką jest Ziemia,
i wolność nam się śni,
stary niedźwiedź mocno śpi.

2
Świnie u władzy, znowu wybuchł strajk.
Nowa wojna, a oni liczą zyski, zamiast strat.
W Polsce narodowe bagno, katolicki raj,
a na świecie banki, rzeźnie, Syria, USA

Wczoraj w radiu usłyszałem, ludźmi rządzi strach.
Komuś zależy, w telewizji bla bla bla bla bla.
Z Damaszku chłopiec, ciemna twarz we łzach.
Mieszkam w pobożnym kraju, o zamkniętych drzwiach.

ref.
Tańczymy w środku lasu, nie ma granic, zniknął czas,
Om Namo Sivayah, Kryszna, Alleluja.
Głowy wolne od słów, serca pełne, jestem zdrów
Trzymam twoją dłoń, bracie, siostro, graj to znów.

Stary niedźwiedź stary niedźwiedź stary mocno śpi,
w jego głowie, starożytne o wolności sny,
o tyranach co przelali całe morze krwi,
gdy obudzi się obudzi, będzie bardzo zły



Wednesday, 1 June 2016

Życie

 



















 
 Może powoli wychodzę ze skorupy? Dzięki Adam za wyciągnięcie mnie za uszy:)
   Dziś dosyć dobry dzień, choć z lekkim kacem. Wczoraj ściągnąłem sobie wszystkie odcinki Pitbulla i oglądałem do pierwszej w nocy, sącząc piwo (pięć sztuk Desperado). Dziś pojechałem zarejestrować się w urzędzie pracy. Liczyłem tylko na ubezpieczenie zdrowotne, ale okazało się, że jest szansa na zasiłek. Przydałoby się parę dodatkowych groszy. Za pracę na razie nie zamierzam się brać, mam silny wstręt do zorganizowanej roboty, a jak na razie ze "sztuki" wpływa tyle co na jedzenie i napoje.
   Jestem w domu, w górach. Po powrocie z włóczęgi autostopowej, lekko straumatyzowany czerpię radość z prostych wygód: wanny, pieca, prądu. Zrobiłem ogródek warzywny. Codziennie odwiedzam, patrzę jak rosną dynie, cukinie, botwinka, fasolka, zioła. Uspakaja mnie to na maksa.
   W zeszłym tygodniu byłem w Warszawie, w Trójce. Nie jestem zadowolony z wywiadu. Byłem spięty, nie czułem się sobą, rozmowa się nie kleiła. Miałem wrażenie, że pan Deblessem z Gitarą i piórem miał inne oczekiwania. Że pojawi się wesoły, swobodny chłopak podróżnik, wiedzący, o co chodzi w życiu. A przyszedłem ja, zamotany, lekko wycofany, nieprzekonany. "Czy czuje się pan wolny?", "Czy jest pan szczęśliwy?" Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przecież nie zacznę na antenie walić z grubej rury o moim prywatnym życiu. No i zresztą, jak jednoznacznie odpowiedzieć? Czuję się wolny: nie ograniczają mnie ludzkie opinie, w każdej chwili mogę iść gdzie chcę, robić co chcę, mówić co chcę.  I robię. Ale częścią dorosłości jest uświadomienie sobie swoich ograniczeń. I w tym sensie, do wolności mi daleko. Albo z tym szczęściem. Czasami nie chce się żyć. Ale czasami patrzę na to życie i cieszy mnie. To co zrobiłem, kogo spotkałem, kim jestem.
   Troszkę zmieszany powiedział na koniec, że coś z tego spróbuje złożyć, ale skupi się bardziej na muzyce.
   W weekend wchodzę w góry, pomóc Szymkowi w schronisku. Wezmę ukulele, jakąś książkę na wieczory.
   To jest ciekawe. Czy można być szczęśliwym i nieszczęśliwym jednocześnie? Chyba tak właśnie mam. Leci Trójka, pali się w piecu, woda się grzeje na kąpiel, za oknem właśnie przestało lać, nikt mi dupy nie truje, kupiłem sobie w mieście słoiczek jalapenos i nowy olejek do e-papierosa, dostaję miłe maile od słuchaczy mojej muzyki i w ogóle ludzie ostatnio do mnie lgną (choć ja uciekam przed nimi, chowam się i wychodzę dopiero przyciśnięty do muru). Jestem dziś zadowolony z życia.

Monday, 30 May 2016

Kilka słów wieści i jest PŁYTA!


























Cześć wszystkim. Długo się nie odzywałem, wiem, ale nie chciało mi się. Taki okres. Niby dużo się dzieje, ale energii nie mam, introwertyzm mi się włączył ostrzej niż zwykle. Niedługo wrzucę relację z podróży autostopem do Portugalii. No ale jeśli mnie weźmie, to zacznę pisać więcej. Póki co, jest jak jest.
   Ale ja nie tylko o tym. Zrobiłem płytkę z muzyką Księżycowego Terrorysty. Zebrałem na niej najlepsze moim zdaniem utwory, zgrałem w dobrej jakości, zaprojektowałem okładki i teraz wysyłam, jeśli ktoś jest zainteresowany. Jako niespodzianka: każda płytka jest ilustrowana ręcznie, więc można powiedzieć, że każda ma obrazkowy autograf. W tym momencie to moje jedyne źródło utrzymania, więc nie krępować się, zamawiać:) O szczegóły pytajcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com.
   Na razie.
   Wasz
   Edgar Montresor Cthulhu

   PS. W czwartek byłem w Warszawie, miałem wywiad w Trójce. Będziecie mnie mogli posłuchać w Gitarą i piórem w tę albo przyszłą środę. Dam znać:)

Sunday, 20 March 2016

Jaya Śri Caitanya


























   Skończyłem dziś wreszcie zamówienie dla mojej siostry duchowej. Caitanya Mahaprabhu w falach Yamuny, medytujący o Radharani i Krysznie. Dziewczyna chce to wydrukować na płótnie i sprezentować mężowi na urodziny. Myślę, że fajnie będzie wyglądać w dużym formacie.
   Następne zamówienie to Kryszna grający w piłkę z chłopcami pasterzami. Wyzwanie, ale powinienem dać radę.
   Lubię tworzyć w duchowych klimatach. Czuję wtedy, że dla mnie to też jest mocna medytacja. Wycisza mnie.
   Poza tym to noc miałem paskudną. Koszmary, te same od dwóch lat. Ale jakoś się rano pozbierałem. Znalazłem spokój w codziennych czynnościach. Palenie w piecach, mycie garów, gotowanie. Dziś zrobiliśmy z Petią duszonki na ognisku. Wziąłem kąpiel, ale ciągle śmierdzę dymem.
   Zastanawiamy się, czy nie pojechać stopem do Portugalii na Rainbow Gathering. Jeśli byśmy się zdecydowali, to ruszylibyśmy za tydzień z kawałkiem. Walczy we mnie lenistwo i błogość domowego ogniska, z chęcią włóczęgi i spotkania z ludźmi.

Friday, 18 March 2016

Taki dzień

















Obrazek Wiktorii, mojej bratanicy. Odlot!


   Obudziłem się o pierwszej w nocy. Dołożyłem do kominka, później czytałem z dwie godziny Marukamiengo "Przygodę z owcą". To jedyny współczesny pisarz, którym się dosłownie delektuję.
   Wstałem około siódmej rano. Poczytałem Bhagavatam, próbując zrozumieć wyższe, transcendentalne uczucia i wznieść się choć trochę ponad materialny, nudny, antropocentryczny paradygmat. I tak po prostu, obudzić w sobie choć trochę oddania dla Stwórcy. Po lekturze napaliłem w kuchni i w kominku, przez pół godziny podnosiłem ciężarki, wreszcie spłukałem z siebie pot i ugotowałem gnocchi z sosem pieczarkowym. Palce lizać.
   Teraz psychodelicznie słucham Pretty Lights i czekam na Toma. Całą paczką idziemy do sauny i ruskiej bani, wymoczyć się i lekko opić winem, w ten chłodny słoneczny dzień. Później będziemy siedzieć z Tomem do późna i gadać. Mam jeszcze trochę zioła i cały hard drive dobrej muzy.
   Coraz częściej jest mi dobrze z samotnością.


Sunday, 13 March 2016

Lista przykominkowa

 

















 Lista przykominkowa

   1. Chcę się nauczyć grać i śpiewać dwie ulubione kołysanki. „Był sobie król” i „Iskierka”. Kojarzą mi się jakoś tak miło. Coś tam przez mgłę wspominam, że tata mi je śpiewał, kiedy byłem jeszcze niewielkim pacholęciem.
   2. Rejs odwołany. Tzn. nie sam rejs, ale nasze w nim uczestnictwo. Chemia między nami a Beretem nie była, jak trzeba. Po tygodniu wspólnej włóczęgi (Łódź – Kraków - Kamień Pomorski) spakowaliśmy się i uciekli w góry, do mojej małej chatki nad rzeką w górach.
   3. Nie jestem podłamany. Raczej poczułem ulgę. No i dzięki temu pomysłowi wyrwałem się wreszcie z Londynu. Gdyby nie rejs, to pewnie dalej bym tam siedział. A tak to mogę spróbować (znów:) się zadomowić. Kasy nie mam, może na jakiś miesiąc życia, nie więcej, ale nie martwię się. Szymek powiedział, że czasami możemy pomagać mu w schronisku, parę groszy wpadnie. Do tego mam kilka zamówień na obrazki. No i kilka pomysłów.
   4. Odnawianie domku zajęło nam kilka dni. Od trzech lat nikt tu nie mieszkał. Trzeba było naprawić kominek, wodę, odgracić. Jestem zadowolony z efektu. Przytulnie, ciepło. Z Łukaszem porżnęliśmy starą jabłonkę i konkretny konar, który odpadł od brzozy. Drewna starczy może do końca miesiąca. Później mamy na oku jeszcze jedną uschniętą jabłonkę.
   5. Próbuję zwracać się codziennie do Boga. Rano palę w piecu w kuchni, później mantruję przy domowym ołtarzyku i czytam kilka stron ze Śrimad Bhagavatam. Lepiej mi z tym. Uspakaja mnie myśl, że poza tym chaosem, zmaganiami, trywialnością, jest coś pięknego, czystego, przyjaznego. Tym jest dla mnie Bóg.
   6. Kilka dni przed wyjazdem z Londynu poszliśmy z Petią do Muzeum Historii Naturalnej. W dziale o człekokształtnych wpadłem na pomysł powieści SF. Rzeczywistość alternatywna. Oprócz Homo Sapiens Ziemię zamieszkują jego kuzyni, którzy w tej wersji historii nie wyginęli. Jak by to wyglądało? Jakie problemy stanęłyby przed ludzką rodziną? Jak wzbogaciłaby się nasza kultura? Na razie to tylko mglisty zarys pomysłu, ale może kiedyś się bardziej wkręcę?