Monday, 28 January 2019

Mój dzień






















Mój dzień


W ziemniakach z cebulą
szukałem ciepła w żołądku,
które choć na chwilę można pomylić
z ciepłem w sercu.

W starym polskim filmie o miłości
szukałem tkliwych wrażeń,
którymi można sobie wyobrazić,
że te rzeczy są możliwe.

W króciutkich filmikach na fejsie
szukałem tego wrażenia lekkości i zapomnienia,
które z pewnością musi czuć
bzyczący bez celu komar.

W medytacji szukałem ciszy,
oraz źródła wstydu,
którego odnalezienie pozwoliłoby
się przytulić do siebie.

W poezji szukałem kontaktu
z drugim umysłem,
który to kontakt dałby mi poczucie,
że nie jestem sam,
nawet chociaż poetka 
umarła pięćdziesiąt lat temu.

Leżąc z rana w łóżku

   I nigdzie się wczoraj nie wybrałem. Z popołudnia zrobił się wieczór, i dzień przeleciał.
   Dziś też nie wiem, czy się pozbieram. Pruszy śnieg. Może po prostu nagotuję coś dobrego i poczytam książkę. Po Wojnie i pokoju nabrałem smaku na Tołstoja. Zastanawiam się nad Anną Kareniną.
   Jutro mam wizytę u barbera, którą odkładałem już za długo; zarosłem jak leśny dziad:)
   Odczuwam silnie samotność. Jest to nieprzyjemne, zimne uczucie, ale staram się pozostać otwarty i z pokorą asymilować lekcję. Nie chcę szukać na siłę nowych znajomości. Po pierwsze męczą mnie powierzchowne relacje, w tym momencie szukam czegoś głębszego. Po drugie jestem wyczerpany emocjonalnie po świeżym wyjściu z toksycznego związku. Nie potrafię wyobrazić sobie w tym momencie, że mógłbym otworzyć serce przed kimś. Muszę najpierw wyleczyć emocje.
   Najbardziej pomaga mi w tym podróż. Zastanawiałem się, czy już w ten weekend nie pojechać do Wenecji, ale ma tam cały czas lać, więc bez sensu.
   Zaprosiła mnie Sibila. Fajna osoba. Chorwatka, była kiedyś moją szefową w restauracji w Birmingham. Jak wszyscy kucharze, darliśmy ze sobą koty, ale polubiliśmy się i pozostajemy w kontakcie. Mieszka we Włoszech, wyszła tam za mąż. Jej mąż to stary hipis, który wygląda jak Michael Caine w Children of Men:)

   Odczucia na dziś:
   1. Samotność.
   2. Smutek.
   3. Ulga: że już nie muszę robić śledztw, chodzić na palcach, bo lada moment coś może wybuchnąć, walczyć o akceptację, odkrywać coraz to nowych kłamstw, czuć się jak petent ubiegający się o audiencję, a nie jak kochany partner, być lekceważonym, poprawianym, krytykowanym, taken for granted. Piszę to bez złości (choć może tak zabrzmiało). Główne uczucie w związku z tym, co napisałem, to właśnie smutek. I paradoksalnie tęsknota. Ale to jest naturalne na tym etapie. Nie można spłukać z siebie w ciągu kilku dni tych uczuć, energii, nadziei i planow, ktore zainwestowało się w bliską osobę. To zajmie trochę czasu.
   4. Głód (leżę w łóżku i jeszcze się nie zebrałem, żeby zrobić śniadanie:).
   5. Rozczarowanie ludźmi.
   6. Bardzo mała, ale jednak jakaś tam nadzieja, że najlepsze przede mną i po ostatnim dysonansie wreszcie los się odmieni.
 

Sunday, 27 January 2019

ot tak

 

   Dziś zszedłem z gór wcześnie. Już w południe byłem w domu. Poczułem ogromne zmęczenie ludźmi, gwarem, rozmowami. Kiedy na granicy rozstałem się z Marcinem, którego czekała jeszcze droga do Warszawy, i wsiadłem w samochód, to poczułem, że chcę jechać przed siebie, daleko, wyciszyć się jazdą. Ale stwierdziłem, że najpierw zajadę do domu. Umyć się, przeprać, odpocząć choć na chwilkę. Ale w tym cieple zrobiło mi się leniwie i zmęczenie po tygodniu pracy dopadło mnie jeszcze intensywniej. Siedzę przy kominku, piję herbatę i słucham którejś z moich playlist na youtubie.
   Wezmę kąpiel i się zastanowię. Chyba wybiorę się na tę popołudniową przejażdżkę. Oczyścić głowę z brzęczących wspomnień śmiechu, stukania garnków, skwierczenia tłuszczu, akordów gitarowych.

Friday, 25 January 2019

Szczerości trochę

Jeszcze trochę mam ochotę popisać. Skończyłem Wojnę i pokój. Mam po tej książce jakąś tkliwość w sercu oraz pokorę. Myśli i obserwacje Tołstoja, opis bohaterów, idee... Czuję się mały w porównaniu z duszą Tołstoja. Ale jednocześnie wiem, że te moje małe z szerszej perspektywy przeżycia są takie, że on też by coś napisał o tym, ująłby to, jakoś tak mądrze i głęboko.
Jeszcze wcześnie, ale już leżę w łóżku. Marcin B. gra na świetlicy, Mateo mu akompanjuje na basie, turyści śpiewają, miła atmosfera. Posiedziałem, dopóki czułem, że jestem tego częścią, ale szybko poczułem, że chcę być sam ze swoimi myślami. Jest wiele rzeczy, które chciałbym napisać. Ale czasami nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, co myślę. Przyznaję się. Wydzielam tutaj siebie. Nie jestem zupelnie otwarty. Na przykład nie piszę o swoich małostkach, albo co lubię w łóżku. Nie piszę o momentach desperacji i miłości, ani o niechęci i rozczarowaniu. Tzn. czasami o tym piszę, ale tylko trochę. Bo nie potrafię w taki postmodernistyczny, odwiązany sposób pisać, na chłodno. A wstydzę się pisać w rosyjskim, Dostojewskim klimacie.

Znajoma zaprosila mnie do siebie do Wenecji. Chyba pojadę. 1000 km to nie jest za dużo. Zobaczę kawałek karmawalu, zjem włoskiej pizzy, napiję się wina, czerwonego, wytrawnego i wrócę do mojej małej, zasypanej śniegiem wioski.


Mgnienie

Taka myśl na piątek wieczór. Schronisko, gitary, kominek. Urwałem się z towarzystwa, żeby zapisać myśl.
Miłość. Która się kończy. Wydaje ci się, że umrzesz, kiedy ta osoba zniknie z twojego życia. Tysiące minut. Rozmów, spojrzeń, spacerów, seksu, kłótni, godzenia się. Wydaje się, że po tym wszystkim świat się skończy, jeśli to zniknie.
Ale to jest trochę inaczej. Kiedy zakochujesz się, to tworzysz pewna opowieść. Twoje marzenia, pragnienia i lęki, układają się w pewna historię. Ta druga osoba ma tak samo. Jej wymarzony chłopiec zjawił się nagle znikąd i wszystko będzie już dobrze. Tajemnica powodzenia tej wspólnej historii leży w tym, żeby te dwie historie się połączyły w jedną. Opowiadamy swoją baśń w tej samej tonacji, a kiedy coś nie pasuje, jesteśmy w stanie doszlifować szczegóły. Ale może tak być, że okaże się, że nasze historie są coraz bardzo różne. Smutno się wtedy robi. Bo każdemu z nas się wydaje, że to drugie zepsuło, zdradziło, odeszło na inną ścieżkę.
I to przeczucie, że człowiek umrze, jeśli nie będzie z tym drugim człowiekiem, jest silne, obezwladniajace, ale wtedy, powoli, odzywa się rozsądek, rozum. I nie czujesz już żalu, złości, zazdrości. Tylko smutek. Że ta opowieść się skończyła. Ale równocześnie wiesz, że nic się nigdy nie kończy. I po tym rozdziale, nastąpi inny. I bardzo możliwe, że będzie jeszcze ciekawszy i piękniejszy niż ten. Dla ciebie i niej.
A za sto lat, już nawet tego żalu nie będzie. Wypijecie lampkę wina w paryskiej Café, czerwone krople popłyną po zmarszczkach i zaśmiejecie się z tego wszystkiego. A dla gwiazd to będzie tylko mgnienie.

Friday, 18 January 2019

Różowe pantofelki





















Różowe pantofelki

Zaprosiłem cię do podnóża
ciemnego, groźnego, jak zielona pierzyna lasu.
Chciałem pokazać ci ścieżki ze snów.
Te piękne, zachwycające,
ale nawet te obce i dziwne.
Byłabyś ty i ja,
i niczego byśmy się nie bali.
Gdyby na przykład spadło słońce,
to w oceanie nicości,
siedzielibyśmy sobie na tratwie,
jak u Pana Boga za piecem,
a nasza miłość stworzyłaby nowy świat.

Nie zdążyłem opowiedzieć do końca,
a ona zachichotała lekko, 
jak srebrzysta garść leśnych dzwoneczków,
i jeszcze lżej podbiegła
do lśniącego, 
z pustki utkanego dziwu.
„Zaczekaj” zawołałem.
Bo przecież plany był taki,
że razem będziemy patrzeć na dziwy.
Zatrzymała się z niechęcią
i niecierpliwie przebierała stópkami
w różowych pantofelkach.

Chciałem w twoich ustach
zaśpiewać piosenkę,
na którą czekałaś całe dziewięć żyć.
Zapadłyby się wtedy miasta,
skruszyły rdzą atomowe elektrownie,
a samochodowa blacha porosłaby mchem.
Czas zacząłby się na nowo.

Zacząłem śpiewać. 
Klasnęła delikatnymi dłońmi
i podskoczyła na jednej nodze.
Przy drugiej zwrotce dyskretnie ziewnęła.
Powiedziała: „Naprawdę ładne. To dla mnie?”
Pobiegła znowu
do kolejnego lśniącego, z pustki utkanego dziwu.
Policzki pałały jej jak czerwony bursztyn.
Zacząłem coś wołać,
ale nie słyszała.

Thursday, 17 January 2019

Drobiazgi

   Pojechałem do Bielska. Odwiedziłem mój sklep z papierosami elektronicznymi i kupiłem zapasową grzałkę. Później zakopałem się w księgarni na godzinę. Postanowiłem, że kupię sobie książkę za ostatnią kasę. Zdecydowałem się na tomik poezji Haliny Poświatowskiej. Ale i tak mnie serce zabolało, bo okazało się, że wyszło trzytomowe wydanie dzieł zebranych Jeremiego Przybory. Wszystkie piosenki, wiersze, listy z podróży i inne rzeczy. No ale nie było mnie stać na wydanie prawie trzystu złotych. To będzie mój następny zakup, kiedy wpadnie trochę gotówki.
   Wracałem już po ciemku, słuchając Trójki i ciesząc się ciepłym schronieniem złotej od świateł autostrady.
   Teraz już w domu. Słucham Adama Struga przy kominku (amana mana mana ma:). Ciągle mi smutno. Przydałoby się niedługo rozebrać choinkę. Może jutro się zmobilizuję.
   Odczuwam dziś mocno samotność. Zrobiłem cały półmisek suszonych pomidorów z czosnkiem, oliwkami i ziołami. Wyszły przepyszne. Chcesz spróbować, dziewczyno? Posmaruję ci do tego chleba masłem i ukroję kawałeczek sera z dziurami. Tak smakuje najlepiej. Do tego gorąca herbata, albo lampka reńskiego wina, co wolisz. W telewizji puszczają Gordona Ramseya, obejrzymy tego sympatycznego gbura. Mówisz, że jemu też by smakowały moje suszone pomidory na lekko czerstwym chlebie? Ja też tak myślę. Pojedziemy jutro na Słowację? Pooglądamy z oddali Tatry, a później zjemy coś w karczmie, wydamy moje zaoszczędzone euro, co ty na to? Że nic z tego? Bo nie istniejesz? To nic, głuptasie. Takie drobiazgi nigdy mi nie przeszkadzały.

Hopefully

 
    Mam kilka dni wolnego. Pełny bak w Xsarze, kilka groszy i nastrój na wycieczkę. Na drogach trochę zelżało, nie muszę się tak stresować.
   Jest mi trochę smutno. Przyzwyczaiłem się do weekendów z dziewczyną. Radości codzienności: wspólne ugotowanie sobie czegoś, spacer, rozmowa, oglądanie głupotki w telewizji, krótka wycieczka w jakieś ukryte miejsce w górach, paskudny obiad w drewnianej karczmie, rozmowy o niczym, czułość. Takie zwykłe rzeczy sprawiają mi radość, dają poczucie sensu i spokoju. Brak tych drobiazgów obudził we mnie smutek. Siądę więc w samochód, włączę mój podróżny miks i powłóczę się bez celu.
   Chcemy z chłopakami znów zacząć razem grać. Mam trochę nowego repertuaru, a i stare kawałki też trzeba przećwiczyć, może trochę wzbogacić muzycznie. Maro kupił nowego cajona, jest zainspirowany, Mateo też ma ochotę na granie. Przydałby nam się gitarzysta z okolic. Marcin jest świetny i miło się z nim gra, ale dojazdy z Warszawy są nierealne na dłuższą metę. Coś się wyklaruje.
   Chciałbym w weekend zrobić coś innego. Nie chce mi się siedzieć w domu. Nie wiem jeszcze co. Może kolejną wycieczkę?
   No dobra, ubieram się i jadę łapać subtelne nastroje i głębokie (hopefully) myśli.

Gwiazdy im śpiewały - Księżycowy Terrorysta




Gwiazdy im śpiewały

Przyniosła mu wiśni,
on jej narwał kwiatów,
wiśnie jak krwi krople,
kwiaty jak złe fatum.
Chodźże mój Stasienku,
księżyc zaraz wzejdzie,
mało mamy czasu,
rano cię nie będzie.

Ściągnął jej sukienkę,
rozłożył na trawie,
księżyc patrzył smutno,
było im wspaniale.
„Nie bój się Stasienku,
nie patrz z takim lękiem,
Bóg cię uratuje,
a ja czekać będę.”

Wojna, wojna, wojna,
jaka to głupota,
brat do brata strzela,
czołgają się w błotach,
a nad nimi świnie,
w pozłacanych szatach,
pieniądze i chwała,
a dla chłopców piach.

Drugi raz już wolniej
kochał się z dziewczyną,
gwiazdy im śpiewały,
do umarłych hymn,
jej biodra szerokie,
mokre, ciasne łono,
w niej by chciał utonąć,
ale musi iść.

Wojna, wojna, wojna,
jaka to głupota,
dla ambicji garstki,
płynie rzeka krwi.
„Stasienku kochany,
w lesie wyje wilk,
przytul mnie najmocniej,
Nie chcę już stąd iść.”

Księżyc na minutę
zdrzemnął się nad nimi,
kiedy znów popatrzył,
bardzo się zadziwił.
No bo chłopiec i dziewczyna
na niebie tańczyli,
a ich ciała piękne dwa,
z rzeką popłynęły.

Wednesday, 16 January 2019

Bez prądu. Przysypany. Wojna i pokój.

 















   Plusy awarii elektryki w domu:
   - Czytanie: w ciągu wieczoru przeczytałem prawie cały drugi tom Wojny i pokoju Tołstoja (pierwszy przeczytałem w schronisku – wreszcie udało mi się przebrnąć przez kilka pierwszych rozdziałów, które od lat były dla mnie zaporą nie do przejścia). Czytałem w wannie przy świeczce, a później w łóżku z czołówką.
   - Odpoczynek od mediów społecznościowych: to była ogromna ulga. Najpierw jeszcze zerkałem na komórkę, ale kiedy wyczerpała mi się bateria, byłem już zupełnie wolny.
   - Spokój i zwolnienie czasu, możliwość skupienia się na jednej rzeczy.

   Tydzień pracy w schronisku dłużył mi się niemiłosiernie. Zaczęło chwytać mnie choróbsko, czułem się słaby i rozdrażniony. Podobało mi się, że zasypał nas śnieg. Kilkumetrowe zaspy i szarawa biel, nie było widać, gdzie kończy się śnieg, a zaczyna mgła. To było przyjemne. Schodzenie w dolinę trochę mniej. Kilka razy wpadłem w zaspę po pachy. Cały szlak zawalony połamanymi świerkami. Trasę, którą normalnie pokonuję w 40 minut, tym razem przeszedłem (przeczołgałem) w 2 godziny.

   M. Mam trochę smutnych refleksji na ten temat. Nie udało się nam zbudować nic trwałego. Moim zdaniem największym problemem był brak komunikacji z jej strony. M. z jakiegoś powodu odmawiała komunikowania problemów. Zamiast tego wyłączała się, okazując mi przy tym niezadowolenie i opryskliwość. Kiedy ja próbowałem nawiązać kontakt, wyjaśnić nieporozumienie, ona wycofywała się jeszcze bardziej i traktowała mnie jeszcze gorzej. I tak to trwało regularnie przez półtora roku. Przyciąganie, odpychanie, przyciąganie, odpychanie. Do tego inne rzeczy, ale nie chcę tego rozwijać.
   Pozostawiło to we mnie pewną pustkę. Przywiązuję się bardzo do partnerki.  M. potrafiła być wyjątkowo urocza, interesująca, miła. Próbowałem przez długi czas sprawić, żeby to działało, dałem z siebie wszystko. Przez chwilę myślałem, że może to jest to, że znalazłem przystań. Teraz, kiedy w końcu się rozsypało, czuję dziwną mieszankę ulgi i próżni. No ale życie się nie zatrzymuje. Jestem nastawiony optymistycznie. Wiem już, że tam gdzie kończy się jedna rzecz, tam powstaje miejsce na rozpoczęcie nowego etapu. W gruncie rzeczy czuję się lekko podekscytowany tym wszystkim: zmianami, nowymi horyzontami, nieokreślonością przyszłości.

   Jeszcze nie ma 9 rano. Zadzwoniłem po elektryka. Choć fajnie było spędzić wieczór bez prądu, to co ma zrobić moja lodówka, albo pralka, w której kiśnie niedokończone pranie? Wyłożyłem stopy przed kominkiem. Trochę mnie parzy, ale nie chce mi się przestać. Myślę o lekkim śniadanku, do którego otworzę książkę i poznam dalsze losy księcia Andrzeja (czy ożeni się z Nataszą i będą szczęśliwi? Przeczuwam, że nie), Pierra, Rostowskiego. Klasyka mnie uspokaja.

   Słyszę, że na plac zajeżdża jakiś samochód. To pewnie elektryk.