Saturday, 11 April 2020

Pierwsza Prawdziwa - Księżycowy terrorysta



Pierwsza prawdziwa

W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

Wszystko ma swój czas,
ja i Pani dziś przez park idziemy.
Przestrzeń między sercem twoim, moim chroni nas, aaaaa.
Nieśmiałych uśmiechów zawsze kilka mam na te okazje, tarara.
Auau, czy wyszedł mi?
Spróbuję jeszcze raz, czy wierzysz mi?

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

Thursday, 9 April 2020

Sesja ślubna (karczochy)

























Wieczór, wyciszenie, dziura po zębie się goi, już nie boli. Namalowałem taką historyjkę, wiktoriańska sesja zdjęciowa, z elfo-duchami i okiem, na spotify leci Maribou State, spokojna, płynąca nutka. Zmieniłem opony na letnie, nikt mi nie wlepił mandatu. Później wyprawa do Kauflanda, tam dużo smakołyków, nie chodzę za często, bo nie wyrobiłbym finansowo. Kupiłem cztery dorodne karczochy, jutro będę warzył, cały dom będzie pachniał jak szuwary, ale pomimo bagnistego zapachu, uwielbiam ten smak i ten cały rytuał jedzenia karczocha. Nauczył mnie tego ktoś w Hiszpanii 20 lat temu. Nie pamiętam, kto, ale zostało to ze mną na zawsze. Domownicy cały dzień w ferworze pracy, Łukasz budował gołębnik, Szymon z dzieciakami rozwoził koński nawóz i orał (będą ziemniaki), Heniek naprawiał schody. Wychodziłem czasami do nich. Poczęstowałem wszystkich curry kokosowym na słodko-ostro. Dzieciaki prawie płakały, z nosa im ciekło, ale zajadały ze smakiem, jak zwykle. Od urodzenia przyzwyczaiłem je do egzotycznego jedzenia. Trochę mi samotnie i dziwnie, ale nie jest to tak palące, jak często bywa.

Tuesday, 7 April 2020

Wyż i przejażdżka
















Dziś lekki wyż emocjonalny. Wczoraj wieczorem wsiąkłem na youtubie w filmiki psychoterapeuty, zajmującego się toksycznymi związkami. Poczułem dużą ulgę. Świadomość pewnych mechanizmów emocjonalnych, w których nieświadomie brałem się udział, podziałała kojąco na nerwy.
Dziś już nie myślę na poważnie o rzuceniu pracy. Chyba wystarczy urlop do końca tego tygodnia. Ważne jest mieć cel. Wiem, że z tą zarazą ciężko prognozować, kiedy wszystko wróci do normy, ale jestem zmotywowany, żeby zacząć odkładać pieniądze na kolejną bałkańską wyprawę. Marzy mi się taka trasa: Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina. Chciałbym mieć na to jakiś miesiąc. Może uda się na jesień?
Z nową energią zabrałem się za reklamę moich obrazów na FB. Szkoda mi się ich pozbywać, ale ściany zapełniły się już tak bardzo, że chyba nie ma się co trzymać kurczowo. Zapraszam do mojej wirtualnej galerii tutaj albo tutaj. Jeśli coś wam wpadnie w oko, to dajcie znać:) Zaczynam zbierać na wyprawę.

Dziura po zębie chyba zaczęła się goić. Zastanawiam się nad spacerem do lasu. Pogoda wymarzona.

***

A jednak skusiła mnie szosa:) Pojechałem do miasta kupić farby. Pokończyły mi się odcienie białego i brązu. Kupiłem też dwa pędzelki do drobiazgów. Trochę się stresowałem, co powiem policji, jeśli mnie sprawdzą. "Przejechałem 50 km, żeby kupić sobie farby"? No ale w sumie, dlaczego nie. To jest artykuł pierwszej potrzeby. Przejażdżka dobrze mi zrobiła. Zamiast wracać ekspresówką, pokrążyłem wąskimi, wiejskimi szosami. Było tak ciepło, że pierwszy raz w tym roku włączyłem klimatyzację i założyłem okulary przeciwsłoneczne.

A teraz w ramach myślenia nad książką, zrzucałem z bloga do dokumentu tekstowego stare wpisy z bloga. Fuck:) Od kilka lat naprawdę szarpię się w tych relacjach damsko-męskich. Miłość, rozstania, namiętność, zazdrość, samotność, wow, nieźle:) Fajnie popatrzeć na to z zewnątrz, jako czytelnik. Choć dużo tam cierpienia, to z perspektywy czasu nie zrezygnowałbym z tych doświadczeń. Mocne lekcje. No i ciekawy życiorys;)

Sunday, 5 April 2020

Spacer, smażonki, melancholia i dziura

























Kolejny dzień izolacji zbliża się ku końcowi. Dziwnie tak płyną dni. Tydzień temu męczyła mnie pandemia, ale jeździłem na rowerze, biegałem, coś tam robiłem spokojnie. Teraz, nafaszerowany lekarstwami, z ćmiącą dziurą po zębie, myślę sobie: kurde, jednak to prawda, że zawsze może być gorzej;)

Jak przeleciał dzień?

1. Kanapka + antybiotyk + środki przeciwbólowe
2. Malowanie obrazu (powyżej). Tytuł "Spacer". Nie trzeba dużo wyjaśniać, obraz wyjaśnia się sam. Jesień, surowość, smutny pan w palcie. Nadałem swojej samotności trochę cieplejszych kolorów. W rzeczywistości są one w odcieniach szarości. Ale po to właśnie maluję - żeby to wszystko pokolorować.
3. Zrobiłem obiad. Na głębokim oleju usmażyłem frytki, marchewkę i paprykę. W oddzielnym garnuszku podsmażyłem imbir, kminek indyjski i curry, wlałem na to śmietanę, jogurt i dodałem pomidorów. Wymieszałem ze smażonkami. Wyszło coś pysznego. Jeśli ktoś oczywiście lubi smażone jedzenie.
4. Nie podoba mi się myśl, że do piątku nie napiję się alkoholu. Miło rozgrzewał wieczory, łagodził ostre krawędzie.
5. Zaraz łóżko i coś na Netflixie. Jeszcze nie wiem, co. Może zacznę nowy serial?

Sublimacja i ząb literata

























Wyrwałem w środę bolącego zęba. Niełatwego, bo ósemkę. Zajęło mi kilka godzin szukanie dentysty, ale w końcu znalazłem 50 km ode mnie. Akurat fajnie się ułożyło, bo sprzedałem obraz, więc miałem za co. Po 3 dniach okazało się jednak, że wdała się infekcja. Wczoraj kilka godzin szukałem sposobu, żeby załatwić receptę na antybiotyk i jakiś mocny środek przeciwbólowy.

Izolację spędzam więc nadal w domu, tylko że obolały i podtruty mocnymi lekarstwami. Na przymusowej abstynencji.

Wziąłem wolne z pracy. Nie tylko z powodu zęba. Obniżenie nastroju poszło tak daleko, że nie dawalem rady pracować. Powiedzialem szefowi, jak wygląda sprawa. Że na razie biorę wolne, a jeśli się nie poprawi, to nie będę obciążał firmy i dam wypowiedzenie. Pewnie nie jest to zbyt rozsądne, rzucać pracę w czasach kryzysu, ale za bardzo nie mam tutaj wyboru. Dopóki jakoś się nie pozbieram, nie mogę robić więcej. Ostatnie tygodnie popełniam coraz więcej błędów w redakcji, nie mogę się skupić, nie mówiąc nawet o jakiejś inicjatywie i nowych pomysłach, których się ode mnie oczekuje. Nie mam serca do tego.

Taka jest moja rzeczywistość na ten moment. Zresztą nie wstydzę się tego. W naszych czasach tego rodzaju problemy, niepewność, wewnętrzne konflikty, smutek, stały się czymś wstydliwym. Ja tak nie uważam. Myślę, że takie okresy są bardzo ważne i zamiast od nich uciekać, trzeba je objąć i wyciągnąć z nich jak najwięcej. To tak w ramach dygresji. Uściślając - ja się nie skarżę na swój los. Podążając za dobrymi tradycjami artystów, filozofów i egzystencjalistów, staram się opisywać swoją rzeczywistość, jako zarówno obserwator, jak i uczestnik. Nie szukam współczucia ani ratunku. Moim celem jest raczej zrozumienie siebie i autentyczność (przeżywania i wyrażania się).

OK, wyjaśniłem, więc kontynuuję:)

Samotność mi nie służy. Rozstanie z M. zostawiło mnie trochę otępiałego. Mieszanka tęsknoty oraz bolesnych wspomnień niedopasowania i konfliktów.

Uff, co za okres. Świat wewnętrzny rozsypuje się wraz ze strukturami świata zewnętrznego:) Nie jestem jednak bierny. Dużo maluję. Prawie codziennie daję się pochłonąć farbom i pędzlom. W skupieniu sublimuję emocje - tęsknotę, samotność, lęk, bezcelowość, potrzebę bliskości. Sprawia mi to dużo radości i mimo przeciwności pomaga zachować balans.

Jest niedziela rano. Leżę w łóżku. W pokoju panuje półmrok, nie odsloniłem jeszcze okien. Ze ścian spoglądają na mnie postacie z kilkudziesięciu obrazów, które jeden po drugim wieszam, zamieniając mój dom w galerię.

Piszę na smartfonie. Za oknem słyszę wiosenny już zupełnie śpiew ptaków i szczekanie psa. Kominek stuka cicho - stygnący metal i cegły pracują. Niedługo wstanę i przyniosę drwa. Po zimie zostało już nieduzo opału. Zainfekowana dziura po zębie zaczyna lekko ćmić, ale nie spieszę się z lekami, najpierw coś zjem.


Monday, 30 March 2020

Autoportret

























Słucham muzyki (pod spodem link - boskie!). Skończyłem malować - smutny autoportret. Nie palę od 3 dni. Desmoksan, jogging, medytacja - męczy pragnienie nikotyny, w płucach siedzą wredne kritersy i wołają o dym, ale daję radę. Zapaliłem natomiast trochę zioła. Bez tytoniu, więc koszernie;) Smutek z autoportretu przerodził się we flow z nutą latynoskich hippisów.



Saturday, 28 March 2020

Androidka - sen

























Dziś w nocy moja wyobraźnia zaszalała nawet bardziej niż zwykle. Myślę, że zadziałał tutaj Desmoxan. Już kolejny raz próbuję rzucić papierosy z tym środkiem. Jednym z efektów ubocznych są bardzo realistyczne, często niepokojące sny. Klimat tego snu? Ciężki, mroczny, pełen beznadziei, choć jest tam też element przygody i romansu. Myślę, że gdybym dośnił go do końca, to może nawet udałby się happy end?

Androidka - sen 

Spojrzałam na mały licznik w dłoni. Udało się. Byłam w 2020 roku. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na zupełną ciszę w pokoiku, w którym wylądowałam. Na ścianie drewniana boazeria, obok tapczan i wytarty fotel. Nikt nas nie ścigał, nie słychać było krzyków, wycia, brzęku broni. Wszytko to zostało w 1720 roku. Obok mnie siedział nieruchomo mały chłopczyk. Patrzył na mnie spokojnie jednym okiem. Drugie było otwartą raną, z której wystawały kawałki metalu. Zaraz się nim zajmę.
Teraz miałam ważniejsze sprawy. On. Podniosłam do twarzy licznik i nacisnęłam przycisk. Z głośników zaatakowały mnie dźwięki bitwy, z której dopiero się wyrwałam. I nie tylko to. Usłyszałam jego oddech... Zdrętwiałam ze strachu. I z tęsknoty. Czy naprawdę już nigdy go nie zobaczę? Myśląc o tym, czułam ulgę. I żal.
- Zostawiłaś mnie - zachrypiał. Nie odpowiedziałam. Byłam przerażona. Przez chwilę czekał na moją odpowiedź. - Nie przypuszczałem, że masz to w sobie. Zaimponowałaś mi. Jak daleko się przeniosłaś? - znów zrobił pauzę.
- Daleko - powiedziałam prawie bezgłośnie. Ale usłyszał.
- Daleko... - szepnął. Czy usłyszałam w jego głosie ból? Nagle dobiegł mnie odgłos szamotaniny. Po chwili ucichł.
- Ciągle tam jesteś? - zapytał zdyszany.
- Tak... Jak wygląda sytuacja?
- Zostałem ja i może jeszcze dwóch Włóczęgów. Strażnicy zrobili kawał dobrej roboty. Wiedzieli, gdzie nas szukać, byli przygotowani - znów ucichł. - To ty zrobiłaś? - spytał. Zabrzmiał prawie dobrotliwie, zrezygnowanie. Ale wiedziałam, że to tylko fasada. Jego zło było skondensowane i czarne.
- Bałam się ciebie... I tego, co chciałeś uczynić mieszkańcom tej planety... Nie mogłam na to pozwolić. - Nie miało sensu się wypierać. Skąd wzięłabym przesuwacz temporalny? To była moja zapłata za zdradę.
- Wiesz... Ciągle cię kocham - powiedział cicho. Moje serce zatrzymało się. Boże, boże, ja też go kochałam. Tak bardzo...
- Gdzie jesteś? Który rok? - zapytał.
- Nie mogę... - całą siłą woli zmusiłam się, żeby nie odpowiedzieć. Byłam przekonana, że to jego koniec, ale jednak... Nie mogłam dać mu nawet szansy odnalezienia mnie.
- Muszę już iść - powiedziałam. Zapadła cisza.
Nagle licznik w moich dłoniach zabłysnął zielonym światłem. Równocześnie usłyszałam śmiech. Zastygłam ze zgrozy.
- 27 marca 2020 roku. Londyn - powiedział z satysfakcją. Udało mu się przebić zabezpieczenia. Jaka ja byłam głupia! Ale co mógł mi zrobić? Znajdowałam się 300 lat od niego. Muszę się rozłączyć...
- Wiesz, kochana.... Są różne sposoby podróżowania w czasie... - powiedział.
Rozłączyłam się.

Zastanowiłam się nad jego słowami. Są różne sposoby... Choć bardzo nie chciałam, to wiedziałam, co miał na myśli. Moja podróż w XXI wiek zajęła sekundę. On planował przejść ją w czasie rzeczywistym. Jeśli nie zabili go Strażnicy. Ale jeśli mu się udało to...
Nagle tknęła mnie przerażająca myśl. Spojrzałam na zamknięte drzwi. Jeśli znał dokładną datę i moje położenie... Pogłaskałam chłopca (mojego synka) po nienaruszonej części twarzy. Uśmiechnął się pogodnie jedną połową ust. Druga tylko zadrżała w kłębowisku mięsa i cienkich drucików.
- Zaczekaj chwilę.... - powiedziałam i podeszłam powoli do drzwi. Zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam. Schody niknęły w mroku. Miałam wrażenie, że ten mrok jest dotykalny, osobowy....
- Czekałaś na mnie Mon cheri?
Zachwiałam się. Z cienia powoli wynurzyła się potężna postać. W białej, pięknej twarzy żarzyły się czarne, obsydianowe oczy. Uśmiechał się. Był to uśmiech, którego bałam się bardziej od mroku kosmosu. I którego równie mocno pożądałam.
- To były bardzo długie trzy stulecia - powiedział i zaczął iść w moją stronę.

* * *

Wylądowali na tej małej planecie na peryferiach Galaktyki w 1540 roku, według kalendarza prymitywnej cywilizacji, która dała im schronienie. Francja. Było ich czterdziestu trzech - uciekinierów przed prawem. Łączyło ich jedno - wszyscy byli androidami - niewolnikami. Uciekli od swoich panów, zostawiając za sobą pas zbrodni, trupów i cierpienia. Ich przywódcą został On - najpotężniejszy, najodważniejszy i najokrutniejszy ze wszystkich. Jego towarzyszką była Ona. Jego kochanka, siostra i przyjaciółka. Nieraz była równie okrutna, jak jej ukochany, ale jej światło nie zgasło jeszcze zupełnie. I kiedy stworzyła dziecko z jego i swojego nasiona, jej pół mechaniczne a pół żywe serce zmiękło. On miał jednak dalekosiężne plany. Już nie wystarczyło mu przypadkowe okrucieństwo wobec tubylców. Chciał zniewolić całą planetę. Zamienić ją w piekło. A kiedyś - w końcu czas nie był dla ich rasy problemem - ruszyć dalej i siać zniszczenie w innych miejscach wszechświata. Wtedy go zdradziła, oddała Strażnikom w zamian za bilet w jedną stronę. W przyszłość.

* * *

W rozszarpanym ochłapie mięsa trudno było rozpoznać istotę ludzką. Przykucnął nad czymś, co najprawdopodobniej było kiedyś twarzą ofiary. Nie była to jego pierwsza sprawa. Pracował w wydziale zabójstw od dwudziestu lat. Londyn z pewnością nie był spokojnym i przyjaznym miejscem. Ale z takim bestialstwem spotkał się pierwszy raz. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak fizycznie i logistycznie, ktoś mógłby w taki sposób przenicować swoją ofiarę. Podniósł się i rozejrzał po korytarzu hotelu. Większość ludzi pochowała się w pokojach. Tylko przy windzie stała kobieta z dzieckiem. Przyciągnęła jego wzrok. Nie tylko swoją urodą - choć zaparło mu dech w piersiach. Miała w sobie coś... innego. Jakby nie pochodziła z tej epoki. Nawet nie to. Wyglądała, jakby nie pochodziła znikąd. Jakby była bytem niezależnym od niczego. Jej staroświecka, długa czarna suknia jeszcze podkreślała to wrażenie.
Skierował się w jej stronę.
- Dzień dobry. Starszy inspektor Martin Connely - przedstawił się.
Kiwnęła lekko głową.
- Czy mógłbym pani zadać kilka pytań? Jest pani gościem tego hotelu?
Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok wydawał się nieobecny, smutny.
- Proszę pani?
- Wszyscy powinni jak najszybciej stąd iść - powiedziała cicho.
- Słucham?
- Niech pan zabierze stąd wszystkich ludzi. Proszę. To dla ich dobra.
- Jeśli obawia się pani mordercy, to mogę panią zapewnić, że dookoła nas jest kilkunastu policjantów. Nic pani nie grozi.
Pokręciła głową.
- Nic pan nie rozumie.
Nagłe usłyszał przeciągły okrzyk, który przeszedł w jęk i ucichł. Dobiegał gdzieś z końca korytarza. Odwrócił się w tamtym kierunku.
- Niech pani tutaj zaczeka - powiedział do kobiety i wyciągnął broń.

* * *

Przez chwilę obserwowałam mężczyznę, który przedstawił się, jako Martin Connely. W tym stuleciu ludzie byli w jakiś sposób atrakcyjniejsi niż 300 lat temu. Bardziej inteligentni, mądrzejsi. I wyżsi. Szkoda, że tak się to dla nich kończy. On miał dla nich bardzo przykry plan. Czułam ogromny smutek. Ale wiedziałam, że to koniec. Jej towarzysz miał 300 lat, żeby przygotować swoją inwazję... I nikogo, kto próbowałby spowolnić jego pracę.
Drugi okrzyk dobiegł z pokoju obok. Po chwili następny. Mężczyźni w mundurach zdezorientowani wyciągnęli broń i z wahaniem szukali swoich spojrzeń. Wiedziałam, że nic ich już nie uratuje. Wcisnęłam guzik windy. Stary mechanizm zaczął skrzypieć, ciągnąć do góry skrzynię. W tym momencie dokładnie na przeciwko mnie otworzyły się drzwi. Czarny, niski stwór o dziesiątkach ostrych kończyn, zębów i macek rozrywał cichą, prawdopodobnie martwą ofiarę. Zobaczył mnie. Zostawił zwłoki i zaczął powoli pełznąć w moim kierunku. Za mną otworzyły się drzwi windy. Wepchnęłam do środka synka i nie spuszczając wzroku z potwora, tyłem weszłam za nim. Drzwi już się zamykały, kiedy potwór skoczył. Odbił się od drzwi, ale jedno z jego odnóży zdążyło mnie uderzyć. Ruszyliśmy w dół. Popatrzyłam na głęboką ranę i urwaną lewą pierś, wiszącą na kawałku skóry. Rana już zaczynała się zasklepiać. Popatrzyłam na synka. I znów połowa jego twarzy stała się miazgą. Biedny malec. Nachyliłam się i przesunęłam dłonią mięso, żeby choć z grubsza dopasować je do kształtu metalowej chłopięcej czaszki. Rozpoczął się proces regeneracji. Kiedy winda zatrzymała się na dole, wyglądał już jak zwykły, zdrowy chłopiec.

* * *

To była rzeź. Bardzo szybko porzucił myśl, żeby jakoś opanować sytuację. Teraz liczyło się tylko jedno - żeby wydostać się stamtąd żywym. Nie próbował nawet zrozumieć, co widzi. Czarne monstra siejące śmierć, poruszające się jak wielkie błyskawiczne pająki, których jedynym celem jest zniszczenie. Odwrócił się w stronę kobiety i jej synka, ale nikogo nie zobaczył. Miał nadzieję, że udało się jej wydostać. A może już nie żyła? Poczuł lekkie ukłucie żalu. Ale nie miał czasu, żeby zastanowić się nad tym uczuciem.
Zaczął biec. Strzelał na oślep, choć nie wydawało mu się, żeby kule raniły te koszmarne stwory. Na schodach potknął się i sturlał na sam dół. Chyba uratowało mu to życie. Turlając się podciął nogi jednemu z uciekających ludzi. Ten wywrócił się i potwór, który był tuż za nim, zajął się nieszczęśnikiem, którego potrącił. Zmartwiło go, że poczuł ulgę, że to tamtego dopadł. Nie spodziewał się tego po sobie.
Jakimś cudem znalazł się na ulicy. Spokojne zwykłe Soho. Ludzie przechadzali się jak zwykle. Czy to wszystko było tylko snem?


Wednesday, 25 March 2020

Na dobrowolnej kwarantannie






































No co, siedzę w domu, unikam interakcji. Widuję się tylko z rodziną, która mieszka obok. Maluję dosyć dużo. Ściany mojego mieszkania stały się kolorowe i magiczne. Patrzę sobie wieczorami i cieszę się, że odkryłem w sobie taką pasję.
A oprócz tego? Samotność. Brakuje mi bliskości, ciepła, dotyku, objęć, pocałunków, seksu, cichych rozmów przed snem. Tęsknię bardzo za M. Żałuję, że nie udało nam się zgrać. Wspomnienia dobrych chwil, a było ich sporo, sprawiają, że bardzo mi jej brakuje. Ale wtedy zmuszam się, żeby przypominać sobie ciągłe konflikty, kłótnie, szarpaniny i jakoś siłą rozsądku powstrzymuję się od nawiązania kontaktu. Smutno mi z tym bardzo. Wiem, że to fajna dziewczyna. Nasze problemy nie były spowodowane jakąś jej wadą, ale raczej dużym niedopasowaniem charakterów. Jest mi nas obojga szkoda. Wiem, że ona też bardzo cierpi.
Czytam sporo. "Europę" Davisa, a z lżejszych rzeczy skończyłem po raz kolejny "Ulicę Marzycieli" Wilsona, a dziś zacząłem "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego. Bardzo fajnie się czyta. Nie jest to wielka literatura, ale pomysł ciekawy (rzeczywistość alternatywna, w której po wojnie Polska dostała się w strefę wpływów Francji, a nie Związku Radzieckiego). Oglądam też serial "The Good Doctor" o lekarzu z autyzmem.
Pracę wykonuję trochę z przymusu. W tej całej sytuacji z epidemią i w osobistych problemach, nie mam serca do pracy. Ale sumiennie się nią zajmuję, czekając, aż poczuję się lepiej. Na szczęście ciągle ją mam, choć moja pensja poszła trochę w dół.
I tyle.


























Ostatni obraz (miniaturka 6 centymetrów) to wspomnienie M. Nigdy nie spotkałem dziewczyny równie pięknej jak ona.

Tuesday, 17 March 2020

Ukośnicy - sen


























Akurat wczoraj wieczorem powiedziałem sobie, że chcę znowu pracować nad pamiętaniem snów. A tu taka niespodzianka. Obudziłem się około drugiej w nocy i nagrałem całość na dyktafon, żeby nic nie umknęło. Dla uściślenia - nie istnieją żadne Prawa Wilsona (a przynajmniej nic o tym nie wiem:) To samo odnosi się do Wymiarów Ukośnych.

Ukośnicy - sen

Idę leśną ścieżką. Jest środek lata. Ścieżka wznosi się powoli do góry. Znam te tereny. Trochę dalej jest przecież przysiółek, w którym się urodziłem. Nie czuję jednak spokoju. Czeka mnie spotkanie, które budzi we mnie niepokój.

Rano dostałem wiadomość. Krótki list, który ktoś wsunął pod drzwi.

„Idź na Kotrysią Polanę. Po drodze zobaczysz coś, co nie będzie pasowało do całości. Tam się spotkamy.”

Więc idę.
Wreszcie widzę skrzyżowanie ścieżek. Nie przypominam sobie, żeby było tutaj wcześniej. Jedna droga prowadzi w prawo, do miejsca, które dobrze znam. W końcu tam się urodziłem. A druga? Niepewnie wchodzę na zaniedbaną ścieżynkę. Po kilku minutach czuję zapach wody. Skąd? Odsuwam krzaki i moim oczom ukazuje się jezioro. To niemożliwe... Nad brzegiem jeziora stoją trzej mężczyźni. Nie znam ich, ale jednak budzą we mnie wrażenie znajomości. I lęku.

- Witaj, Marco – mówi jeden z nich. – Czekaliśmy na ciebie.
Nie odzywam się i obserwuję ich z bezpiecznej odległości. To jezioro nie daje mi spokoju. Przecież tutaj nigdy nie było żadnej wody, co najwyżej leśny strumyk.
- Mamy mało czasu, podejdź do nas – mówi ten sam mężczyzna.
Kręcę głową.
- Nie chcę...
Jeden z nich prycha ze zniecierpliwieniem i rusza w moją stronę. Cofam się.
- Marco, naprawdę nie mamy czasu...
Wyciągam z kieszeni pistolet i skierowuję go na zmierzającego w moją stronę mężczyznę. Zatrzymuje się w pół kroku. Odwraca się do swoich towarzyszy.
- I co teraz? – pyta. – Ten gamoń przyniósł broń.
Skupiając się na moim rozmówcy, nie zauważam czwartego mężczyzny, który zaszedł mnie od tyłu. Coś uderza mnie w rękę, pistolet spada na ziemię. Wszyscy czterej rzucają się na mnie i przyciskają mnie do ziemi. Czuję paniczny strach. Nie przed przemocą, ale przed czymś strasznym, niewyobrażalnym, czego nie chcę wiedzieć.
- Nie nazywam się Marco – udaje mi się wydusić.
- Nazywasz, nazywasz... Zaraz zobaczysz.
Czuję jak jeden z napastników wbija mocno palec w bardzo specyficzny punkt na moim karku. Skądś znam ten dotyk. Wydaje mi się bardzo znajomy. Szarpię się, jak zwierzę.
- Nie chcę! – wołam, ale jest za późno. Palec napastnika robi coś dziwnego. Moje ciało wykręca się w makabryczny sposób. Nie. Wykręca to złe słowo. Przenicowuje się. Wyrywa z tego wymiaru.

I nagle wszystko pamiętam. Przestaję się szarpać.
- Już? – pyta któryś z mężczyzn.
Chrząkam potakująco. Ciągle jestem w szoku po przejściu, mam trudności z mową.
- Jak masz na imię – pyta badawczo.
- Marco – udaje mi się wykrztusić. To prawda. Kiedy jestem tutaj, nazywam się właśnie Marco. Każdy z nas, kiedy wchodzi tutaj, nazywa się inaczej. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Nie pamiętamy nawet naszych prawdziwych imion.

Puszczają mnie.
Podnoszę się na nogi. Jezioro ciągle tam jest. Pokryte grubą warstwą lodu. Po letnim, pogodnym dniu nie został nawet ślad. Zmarznięty śnieg skrzypi pod nogami. Zimno. Dawno tu nie byłem.

- Przesadziłeś z tym pistoletem, Marco – mówi Kotryś.
- To wy przesadziliście z tym durnym listem. Co sobie wyobrażaliście?
Kotryś wzrusza ramionami.

Ciągle mam szum w głowie. Rozglądam się dookoła. Cały świat jest ukośny. Drzewa, krzaki, promienie słońca, nawet zapach śniegu. Wzdrygam się z obrzydzeniem i próbuję przechylić głowę, żeby naprostować rzeczywistość.
- To zaraz minie – ktoś mówi.
- Wszystko jest ukośne – mówię ze wstrętem.
- Wszystko jest proste. To ty jesteś ukośny – śmieje się Zamróz.

Brakująca wiedza wraca na miejsce.
Jestem Ukośnikiem. Cała nasza piątka jest Ukośnikami.

Co to Ukośnik? Istota, która potrafi poruszać się w wymiarze ukośnym do naszego. No właśnie. Jesteśmy naukowcami. Odkryliśmy sposób przechodzenia do innego wymiaru. Robiąc nasz eksperyment, oparliśmy się na badaniu słynnych Praw Wilsona – teoretyka kwantowego. Okazało się, że do przemieszczania się między wymiarami, niepotrzebny jest żaden sprzęt. Człowiek to istota kwantowa, urodzony podróżnik. Cała tajemnica polega na odblokowaniu wrodzonego talentu. Problem jest w  tym, że po powrocie do własnego wymiaru, wszystko się zapomina. Kilkakrotnie na nowo odkrywaliśmy, że jesteśmy Ukośnikami, aż w końcu doszliśmy do wniosku, że jeden z nas zawsze musi pozostawać w Ukośnym Wymiarze (Ukos Pierwszy), żeby w odpowiedniej chwili nas wezwać . Oszczędzało to dużo czasu i pozwalało na to, żebyśmy zmienili na warcie tego, któremu przypadła dana zmiana i wspólnie kontynuować badania.
- Czekajcie... – mówię. – To przecież nie jest czas na zmianę. Co ja tutaj robię? Co wy tu wszyscy robicie?
Moi przyjaciele patrzą na mnie niepewnie.
- Wiesz, co Wilson mówił o dodatkowych wymiarach ukośnych? – pyta Boguc.
- Oczywiście. Jest ich cztery... – zapiera mi oddech. – Odkryliście kolejny Ukos???
- Nie... Nie my. To znaczy... – zaczyna Kotryś.
- Odkryliśmy drugi Ukos, tak – przerwał mu zniecierpliwiony Boguc.
- To w końcu odkryliście, czy nie? – pytam. Ciągle męczy mnie Ukośność. Jak zwykle. Chyba będę rzygał.
- Tak. Okazało się, że Drugi Ukos różni się od Pierwszego.
- Jak? – pytam.
- Jest zamieszkały...
To szokująca informacja. Ukośny świat faluje i nieprzyjemnie buczy. Nigdy nie przyzwyczaiłem się do tego miejsca. Drugi Ukos ma swoich mieszkańców. Fuck.
- Wiecie coś więcej?
- Kotryś przypadkiem znalazł blokadę Drugiego Ukosu. Jest tutaj – Boguc zakreślił skomplikowaną linię ciągnącą się od obojczyka do lewego ucha.
- I co? – pytam.
Boguc jest wyraźnie przerażony. Reszta też.
- Oni tam są. Zawsze byli. Wyglądają trochę jak my. Ale są zupełnie inni. Mniejsi. Drugoukośni. Ale to nawet nie to. Oni są zupełnie nieludzcy. Jacyś źli... Puści. I oni zawsze nas widzą. Nauczyli się blokować cały Drugi Ukos przed Prostopadłami.
Prostopadły... Czyli my, ludzie. Nie wiem, kto wymyślił tę nazwę, ale się przyjęła.
- To jak ci się udało? – pytam Kotrysia. Ale kiedy to mówię, już wiem... Nie zablokowali Pierwszego Ukosu, ponieważ tutaj nikt nie mieszka. Nie spodziewali się, że ludzie znajdą ich drogą dookoła.
- I co teraz? - pytam.
- Musimy dostać się do Instytutu – mówi Boguc. – Drugoukośni są bardzo wkurwieni. Boimy się, czy nie stanie się coś złego. Wiesz... - urywa. – Ich jest chyba o wiele więcej niż ludzi.
Patrzę na niego.
- Ty też tam zajrzałeś? – pytam.
Krzywi się z niesmakiem i lękiem.
- Tak. Może na 30 sekund. Ale wystarczyło. Nigdy więcej nie chcę tam pójść.

Nie ma czasu do stracenia. Zakładamy na buty narty i szybko zjeżdżamy w dół. Po drodze mijamy ludzi, którzy nas nie dostrzegają. Nieprzyjemnie jest na nich patrzeć. Wydają się być dwuwymiarowi, nierzeczywiści, ukośni. Muszę sobie przypomnieć, że to nie oni, to ja. Oni są typowymi Prostopadłami. Tak samo jak ja i cała nasza paczka, kiedy nie badamy Pierwszego Ukosu.

Budzę się.