Saturday, 27 November 2021

Mała myszka

Nie dam rady już wysiedzieć w tych czterech ścianach. Samotność jest jak oficer STASI, z kałasznikowem nad moją głową. Znalazłem gdzieś na FB wydarzenie, grupa randomowych ludzi wchodzi na Czantorię jutro, więc spakowałem śpiwór, kuchenkę, ciepłe ubrania, budzik nastawiłem na szóstą... To jest taki paradoks, bo nie mam ochoty gadać z nikim, a chcę być między ludźmi. Taki będę miał jutro klimat. Więc na 9 rano dojadę do Ustronia i stamtąd ruszę z bandą nieznanych człowieków w górę. Zapakowałem dwa śpiwory, może nie wrócę wieczorem do domu, ale zostanę gdzieś w trasie i przekimam w aucie, więc potrzebuję ciepła. Jeszcze głośnik JBL, jakbym wieczorem chciał sobie w mrozie zrobić klimat, butelka wina, fajki.

Teraz posiedziałem trochę z rodziną i znajomymi. Napiłem się wódki, pogadaliśmy o głupotach, temat przewodni to Łuksio z różdżkami, przeżywał bardzo, że umie znaleźć wszędzie wodę. Jak zawsze powtarzał wszystko po 5 razy, no tak już ma chłopak. Łuksio to mój brat najmłodszy.

Wczoraj dzwoniłem do M. Po co? Nie wiem. No, byłem na fazie. Ale też  żeby się upewnić, że to już koniec, że ma swoje życie. Jestem zablokowany, więc od razu do poczty przeszło. No taka jest ta kobieta. Ja mam tak, że do ostatniej kropli krwi przegadam temat. Ona zawsze, kiedy ją uraziłem czymś, odcinała mnie, jakbym nie istniał. Myślę, że to dobrze w tej sytuacji. Bo znów bym wpadł w ten toksyczny taniec. A tak jestem uratowany, ona już tam ma kogoś, wyciągniętego z rezerwowej puli (tak, jestem zgryźliwy, ale ona zawsze miała rezerwę, albo byłych wielbicieli, albo nowych, czekających na swoją kolej), i teraz ja znalazłem się na ławce rezerwowych. Nie chce mi się o tym gadać.

Hałas w kuchni. Od kilku dni krąży tu mysz. Nie chce się złapać, ale po hałasie wnioskuję, że może wpadła do mojej żywołapki. Normalnie poszedłbym z nią z kilometr, gdzieś nad rzeką, żeby nie trafiła z powrotem, ale dziś mi się nie chce, wyrzucę ją po prostu za próg. Idę sprawdzić...

Nie, nie złapała się. Po prostu buszuje gdzieś po szafkach. Więc będzie marudzić całą noc:)

Dobrze, że Grabaż i Koniec Świata dają nadzieję.

 

Friday, 26 November 2021

Pożegnanie z Czerwoną Damą


A ta czerwona dama to moja wierna Xsara. Właśnie kupiec wsiadł i pojechał w deszcz. Wiem, że to tylko samochód, ale jakoś bardzo smutno mi się zrobiło. Dużo przeżyłem w tym autku, łączyło się u mnie w głowie z bliskością, podróżami, przygodą. Pamiętam gwiazdy przed snem przez tylną szybę, kiedy szum Adriatyku kołysał mnie do snu, rozmowy z samym sobą, kiedy rozstawaliśmy się z M. i jechałem gdzieś przed siebie, albo rozmowy z nią, kiedy wszystko było dobrze, lejący się olej na jednej z wypraw, kiedy chyba z 10 litrów po drodze musiałem dolać, albo jak wjechałem na 1600 metrów po bezdrożach Macedonii, a później całe zawieszenie musiałem w Polsce wymienić, olśniewający seks na karimacie z tyłu, na kempingu w Słowenii, kiedy chłód wpływał przez blaszane ściany i para barwiła szyby jak mleko, kawę z kuchenki o 7 rano gdzieś nad jeziorem Międzybrodzkim, opowiadania Vonneguta w Blagaju, albo burzliwa noc na południu Chorwacji, kiedy ulewa, pioruny i fale połączyły się w jedno i wydawało się, że Xsara wyruszy w swoją pierwszą i ostatnią morską podróż... Sentymentalista:)

Tonacje molowe

Siedzę w aucie na parkingu pod szpitalem. Przywiozłem szwagierkę  złamała nogę jakiś czas temu, przyjechała do kontroli. Leje, grzeję się dmuchawą, choć szkoda paliwa. Podobno dziś ma już spaść śnieg. Kiedy wrócę do domu, naniosę tyle ile się zmieści drewna, żeby nie musieć już dzisiaj wychodzić.

Sprzedaje Xsarę. Stwierdziłem, że nie stać mnie na dwa samochody, a przyda się mały zastrzyk gotówki. Dziś ma przyjechać klient. Trochę mi smutno. Przywiązuję się do rzeczy, które często używam. Z tym autem wiąże się wiele wspomnień, podróży, Bałkany całe przejechałem wzdłuż i wszerz, tu jadłem, spałem, kochałem się. No ale czas, żeby posłać Xsarę w świat. No i będę się musiał nauczyć teraz parkować vanem w mieście, to będzie mój jedyny samochód od teraz.

Trochę utknąłem ze strona internetową. Jakąś wiedzę zbieram, ale na razie jest to jeden wielki bajzel w mojej głowie, muszę to dopiero uporządkować. Pewnie będę siedział nad tym dzisiaj cały dzień. Jak już to ogarnę, to misją na kolejne dni będzie robienie szałowych zdjęć do sklepiku. Mam kilka pomysłów, mój Nikon D90 da radę:)

A poza tym? Pustka duża wewnątrz, to się nie zmienia. Samotność. Nie idzie mi za bardzo przyzwyczajanie się do życia singla. Brak dotyku, głosu, bliskości, poczucia, że ktoś jest dla mnie i ja dla kogoś. Wypełniam tę  dziurę idiotycznie fajkami i winem, ale bez powodzenia. Tylko zagłuszam lekko to łaknienie. Byłoby łatwiej, gdybym miał obok jakichś przyjaciół, ludzi z którymi można pogadać od serca. Ale w tej dziurze czuję się odcięty. Są tacy, co marzą o życiu na wsi. Dla mnie wieś oznacza pustynię. Miałcy ludzie z małymi sprawami, te same rozmowy, brak jakiegoś polotu, doświadczenia życia, podróży, otwartości. Dlatego czekam, aż ruszą kiermasze, festiwale, żeby jakoś się wyrwać, pobyć gdzieś indziej, zmienić otoczenie, dać sobie szansę na poznanie innych.

Trochę jestem speszony, że te moje wpisy są tak bardzo w molowych tonacjach. Jest jakieś parcie z wewnątrz, że trzeba być pogodnym, szczęśliwym, a jeśli się jest smutnym i samotnym, to coś nie tak ze mną i muszę się tego w pewnym sensie wstydzić. Ale jakoś udaje mi się uniknąć paraliżu wypowiedzi. Co nie zmienia faktu, że jestem cholernie zmęczony. 

Tuesday, 23 November 2021

XIX Century guy

Wszystko, co zaplanowałem, załatwiłem. Wcale nie jechało się źle vanem, wręcz przeciwnie. Kiedy już siedzę wysoko, na ciężkim dieslowym silniku, to nie zamieniłbym tego na moją Xsarę. Potrzebowałem wycieczki, dobrze mi zrobiła. Kiedy ostatnim razem byłem w Katowicach, żeby zamówić namiot, było ciężko - wskoczyły mi setki wspomnień z M, w końcu spędzałem tam dużo czasu. Lubiła podróżowanie, zawsze byliśmy w ruchu. Dziś było lżej. Cieszyłem się słońcem, prowadzeniem samochodu, muzyką, papierosami. 

Zastanawiałem się dzisiaj, dlaczego tyle piszę na blogu, kiedy jestem sam. No ale to proste - choć jestem introwertykiem, to lubię się szczerze wygadać. Kiedy nie mam do kogo otworzyć gęby, to piszę. Rozmawiam wtedy z sobą i daje mi to ulgę. Oczywiście ktoś tam mnie czyta. Garstka osób, na jednej ręce można policzyć. Mam taką wtyczkę blogową, mogę zerknąć na mapie. Mam w sumie trzech czytelników. Adaś jest prawie codziennie, ogrzewa mnie swoim smutnym, ciepłym, gejowskim sercem:) Dwie inne osoby, które się pojawiają... Jeden stary znajomy, który pomógł mi ze startem biznesu, jego analityczny umysł fascynuje się kłębkiem uczuć, emocji, wewnętrznych walk, którym jestem. Nie może tego ogarnąć, choć czasami myśli, że wie, ale to tylko jego analityczny umysł go wciąga w pułapkę. Musiałby dużo puścić, ale nie wiem, czy potrafi. Jest jeszcze trzecia, myślę, że to M. Urażona, zraniona, porzucona, zgorzkniała, zagląda czasami, choć w życiu by się do tego nie przyznała. A może to zupełnie ktoś inny i geograficzna zbieżność jest po prostu przypadkiem. Kiedyś sporo osób mnie tutaj odwiedzało. Ale wtedy pisałem inaczej. Jeszcze za czasów Tani. Wtedy nie byłem rozbitkiem, ale po prostu lubiłem coś napisać, poczytać innych ludzi, komentowałem, poruszałem różne tematy, od Tarota do polityki, podróży, jakoś się ludzie przewijali. No a teraz mnie w sumie cieszy, że prawie nikogo nie ma. Mogę sobie to wszystko traktować bardziej osobiście, kameralnie. 

Sprzedałem dziś jednego z Behemotów. 150 zeta. Fajnie, bo byłem zupełnie bez kasy. Zrobiłem zakupy, wziąłem wino, pomidory w puszce, makaron, kawałek cheddara, z 3 jogurty, czekoladę, paczkę fajek. Zrobiłem spaghetti. I tyle z obrazu. Nich ktoś mi kiedyś ponarzeka, że za drogo sprzedaję...;) Wino dobre, hiszpańskie, Don Simon, czerwone, wytrawne, długo leżało w dębowej beczce, czasami, jak dziś lubię ten cierpki, dymny smak. Aha, wziąłem też kłębek grubej dratwy. Będą na niej wisiały obrazy w namiocie, żeby całą przestrzeń wykorzystać. 

No ale wydatki czekają mnie większe, za dwa tygodnie muszę zapłacić ubezpieczenie Xsary, a za cztery przegląd Trafica. Mam nadzieję, że te 3 kiermasze grudniowe uzbierają na to. A jeszcze prezenty świąteczne, paliwo i życie, pierwszy ZUS, jak przystało na przedsiębiorcę... Fuck...:) You are a real artist, my brother. Probably Russian and from XIX century... Tym tekstem zrobiłem sobie smaki na opowiadania Dostojewskiego:) Trzymałem kiedyś w ręce taki zbiór, "Białe Noce". Poszukam w sieci, ściągnę na Kindla i popłynę.

Listopadowy poranek (szczypie w palce)

Dziś dla odmiany z rana coś napiszę. Mam trochę załatwiań, najpierw poczta, a otwierają dopiero za pół godziny, więc na spokojnie wypiję kawę. Na poczcie wysyłam obraz, ktoś zamówił oryginalnego Behemota (nr. 15), przyda się kilka groszy, bo ostatnimi czasy brak gotówki uderzył ostro. Wczoraj nie mogłem nawet kupić sobie wina:) A na śniadanie i obiad usmażyłem frytki, znalazłem w szafie resztki ziemniaków (z długimi, białymi kiełkami) i trochę oleju kujawskiego. Pewnie między innymi dlatego miałem kiepski dzień. Przydałoby mi się trochę dorobić w schronisku, ale chłopaki bardzo się wycofali, rzadko dają znać, że potrzebują pomocy. No ale z drugiej strony może to będzie też inspiracja, żeby bardziej przyłożyć się do znalezienia kupców na moje prace.

Później jadę do Katowic odebrać namiot kiermaszowy. Kurier kosztowałby ponad 200 złotych, wolę więc pojechać. I jeszcze ulotki i wizytówki z drukarni, oraz plastykowe skrzynki w Castoramie, żeby mieć w czym wozić towar. Tak że dzień będzie pracowity. Trochę się stresuję, bo biorę vana, a jeszcze nie czuję się w nim w 100 procentach swobodnie, szczególnie kiedy trzeba szukać miejsca do parkowania. No ale przyda mi się trening.

Rzeczowo bardzo piszę, ciężko dopatrzeć się poezji. No ale rzeczywistość jest trochę chłodna i sucha. Zmagam się z samotnością i smutkiem, z bezsensem. Listopadowy, całodobowy mrok. Trywialność, brak kasy, brak kogoś, z kim można by to przegadać, poczuć, że nie jest się samemu na tej planecie.

Saturday, 20 November 2021

Co jestem - lista


 Rozkręcił się znowu ten mój blog. Zawsze jak jestem sam, kiedy dopada mnie smutek, no i po prostu samotność, odwracam się do środka. Dziś od rana malowałem Behemoty. Męczy mnie trochę bezsenność, budzę się o piątej, czwartej rano, więc start mam dobry. Nie mogę już zasnąć, bo dopadają mnie myśli różne. Nie martwię się biznesem, to jakoś ogarnę. Chodzi o emocje, miłość. Czuję, że to wszystko źle poszło. Tęsknię za M. choć tak bardzo wiem, jak ten związek był zły dla mnie, jak źle byłem traktowany, jak mnie to rozwalało, rozbijało samo serce, sedno tego, kim jestem. Nie mogłem jej ufać, od czułości potrafiła w sekundę przejść do wściekłości, zazdrości i agresji. Ciężko tak było funkcjonować. Ale i tak mi brakuje tych dobrych chwil, które też się zdarzały. Czułości, seksu, podróży. No ale co, to nie miało szansy się zmienić.

Sam już nawet nie wiem, czy brakuje mi jej, czy ogólnie bliskości, dotyku, świadomości, że jest ktoś bliski, piękny, pełen energii. Więc zostawiam to, niech swędzi to uczucie, aż wreszcie przestanie. A kiedy przestanie, to coś innego się wydarzy. Może.

Mam opory pisać o tych głębszych rzeczach, szczerze, bo jestem świadomy, że albo ona, albo inna ona, to przeczyta, i ktoś poczuje się zraniony, albo dostanie zielone światło, albo cokolwiek. Ale nie chcę się ciągle hamować, zastanawiać. Ten blog zawsze był takim szczerym zakątkiem, miejscem, w którym mogłem być sobą, w lepszych i gorszych momentach. Nie chcę ograniczać się strachem.

Jestem:

- samotny

- podekscytowany moim projektem

- zaniepokojony ilością fajek i wina w codziennym życiu

- niepewny, czy dobrze żyję, czy nie

- stęskniony za miłością

- smutny na to wszystko, co się dzieje na świecie

- pełen strachu, że mało życia mi zostało i nic nie zdążę (za 3 miesiąc będę miał 46 lat)

Popołudnie, ale w sumie już wieczór. Kończę butelkę Riojy, oglądam House'a, który mnie wycisza, unikam przebrania pościeli, choć pełno okruchów, bo żrę chipsy w łóżku, zastanawiam się, czy jutro się zbiorę, żeby posprzątać dom, myślę czy może jutro nie wybrać się na dłuższą przejażdżkę, żeby trochę się wyrwać, ale z drugiej strony nie mam kasy na paliwo, jeszcze cholerstwo podrożało, więc po prostu nie wiem, czy daleko zajadę. 

Friday, 19 November 2021

Zwykłe radości

Ignacio właśnie pojechał, wraca do Krakowa, a stamtąd do Wiednia odwiedzić byłą dziewczynę. Wczoraj wieczorem posiedzieliśmy przy winie z dwie godziny. Bardzo to było fajne, budujące. Nigdy wcześniej tak dużo nie podróżował, widzę, że jest zafascynowany Polską. Szczery, otwarty chłopak. Trochę się w końcu opił, rozłożyłem mu kanapę w kuchni, a sam przez chwilę oglądałem serial. Dziś rano zaprosiłem go na pierogi do knajpy, a później jeszcze gadaliśmy, paląc papierosy. Na wiosce przechodnie przyglądali się mu z zaciekawieniem. Ze swoją aryjską urodą wygląda jak germańska ikona. Żółte, prawie białe włosy, niebieskie oczy, entuzjastyczny uśmiech. Wyróżniał się.

Dziś doszły magnesy na lodówkę. 14 różnych wzorów po sto sztuk. Graficznie jestem bardzo zadowolony, ale miałem nadzieję, że będą trochę grubsze. No ale ciągle pięknie to wyszło. Część obrazów już kiedyś sprzedałem, nie mając dobrego zdjęcia, więc nie mogę z nich zrobić większych wydruków, ale na magnesowym rozmiarze wyszły świetnie. Dałem cały zestaw Ignaciowi i posłałem drugi Rolandowi na prezent urodzinowy.

Jestem wyciszony. Słucham jakiejś spokojnej playlisty na Spotify i przymierzam się do malowania. Koty same się nie zrobią, a jeśli wyrobiłbym się do końca weekendu, mógłbym jeszcze zamówić wydruki, żeby nie stać tylko z oryginałami. Miłe to jest - mam nastrój weekendowy i będę jako pracę robił to, co robiłem do tej pory dla relaksu. Strasznie mnie to cieszy.

Thursday, 18 November 2021

Koty

 A jednak udało się trochę pomalować:) Ignacio siedzi u mojej rodziny i jakoś gadają z translatorem, a ja się melinuję w swojej jaskini. Coraz bardziej zaczynam znajdować swoje koty...



Za oknem jesiennie

Wczesna godzina jeszcze. Rano woziłem mamę po sklepach, później miałem jechać odebrać wizytówki z drukarni, ale w ostatniej chwili okazało się, że Kubek (bratanek) pociął się piłą spalinową. Ścinał brzózkę i przygniotła go do piły. Na szczęście zdążył wyłączyć, zanim upadł, ale i tak poharatał twarz i dłoń. Zawiozłem go do szpitala, założyli mu sporo szwów. Dzięki Bogu nic poważniejszego. Szkoda mi tego młodego chłopaczka, który strasznie chce być poważnym mężczyzną.

Przed chwilą dowiedziałem się, że zjawi się dziś u mnie znajomy, ze Szwajcarii. Fajny koleś, był u mnie ostatnio z ojcem, którego znam już od lat. Zdaje się, że wpadła mu w oko dziewczyna w Krakowie i przyjechał się z nią spotkać, a przy okazji odwiedzić też mnie. Oj, ciężko tak, kiedy człowiek jest wycofany, introwertyzm mnie opanował, najlepiej mi w swoim towarzystwie. Ale spełnię rolę dobrego gospodarza. A poza tym to naprawdę szczery, przyjemny człowiek. Ma być za jakieś dwie godziny, więc chyba nie biorę się za malowanie, nie lubię tworzyć na czas. 

Za oknem już naprawdę jesiennie.

Wednesday, 17 November 2021

Wcale nie trudne







































Stasiuk "Droga do Babadag", uwielbiam bardzo, tak właśnie lubię podróżować, jak on. I pisze o tych samych miejscach, na które trafiałem we włóczędze, to samo zmęczenie, fascynacja, dystans, zachwyt, i w ogóle tyle uczuć. Kiedy znowu będę w drodze? Chcę bardzo.

Dziś większość dnia spędziłem w warsztacie. Zapoznawałem się z nowymi sprzętami. Zawsze czułem się lewy w majsterkowaniu, szukałem pomocy, sam sobie wmawiałem, że to nie dla mnie. A dziś miałem sporo zabawy. Uruchomiłem pierwszy raz heblarkę, z instrukcją w ręce, żeby coś nie spierniczyć, nie uciąć sobie ręki, bo zdrowy respekt mam. Przestrugałem kantówki - ale radość, kiedy pełne drzazg chropowate drewno zamienia się w gładki półprodukt, który później jeszcze przejechałem szlifierką i już w ogóle mógłbym się przytulać do takiej deski. Sam to zrobiłem! A jak już wszystko było gładziutkie i miłe, zabrałem się za konstruowanie: stworzyłem dwa stojaki na pocztówki i dwa stojaki na małe obrazy (potrzebuję na kiermasze). Z dumą zapaliłem papierosa i patrzyłem na moje dzieła. W takim razie mogę wszystko sobie zrobić, to wcale nie takie trudne.

Doszły wydruki obrazów na płótnie, całe mnóstwo. Radość sprawiło mi patrzenie na te wszystkie dobroci. Poczułem mocno, że będę miał bajeczne stoisko, nikt takiej magii nie będzie mieć, jak ja. A jeszcze dojdą pocztówki, kafelki, magnesy, oblane złocistym światłem z moich dziwnych, pięknych żarówek retro. Nie mogę się odczekać, aż gdzieś z tym już nie stanę i będę łowił przechodniów, żeby na chwilę wciągnąć ich do mojego świata, zadziwić, zaniepokoić, ułagodzić. Szczerze mówiąc to nawet nie myślę teraz jakoś o zarobku, choć wiadomo, kasa się przyda. Po prostu cieszę się, że udało mi się przejść przez przeszkody i stworzyć taki swój wędrowny kącik.

Już po siódmej. Przydałoby się wykąpać, ale nie chce mi się dzisiaj. Waham się pomiędzy Stasiukiem, a Housem.