Saturday, 11 December 2021

Terapjutik Love - sen

 

Mieszkam w wielkim domu, wszyscy mamy tam terapię, trochę jest to jak szkoła, trochę jak akademik. 
Kocham się w mojej terapeutce. Jest młodsza ode mnie. Mądra, trzeźwa, ma super poczucie humoru. Ale jest też w niej jakaś atrakcja do mnie, choć jestem trochę bajzlem. Wszyscy inni terapeuci też tam mieszkają. To dziwny dom. Trochę szpital, trochę dom, trochę miasto, wszystko w jednym. Może to statek kosmiczny? Któregoś razu żartujemy i ona w wygłupach nachyla się, jak gdyby chciała mnie pocałować. Ma to sens w tym żarcie. Na to ja odpowiadam poważnie, że bardzo długo na to czekałem. Ona się szybko odsuwa, zmieszana. Jest zła na siebie i na mnie. Mówi że to niewłaściwe , że ona jest moją terapeutką. Mówię, że mam to gdzieś, zresztą widzę, jak na mnie patrzy i się zachowuje w mojej obecności, więc wiem, że jest zainteresowana.

Wychodzi w złości. Ale wiem, że jest coś więcej. Cieszę się, że jej powiedziałem. Później widzimy się kilka razy. Trochę przypadkiem, ale później mam sesję terapeutyczną. Widzę, że jest poddenerwowana, bo to pierwsza nasza sesja po moim wyznaniu. No i ma rację, że się denerwuje. Nie zamierzam unikać tematu. Przechodzę do sedna. Mówię, że ją kocham i chcę żebyśmy byli razem. Najpierw się broni, ale widzę, że bez przekonania. W końcu pyta:
- Na pewno? Jestes w 100 procentach pewny? Nie jestem zabawką. Jeśli otworzę serce, to chcę być kochana na dobre i na złe  całym tobą, nie tylko kawałkiem.
- Ja też.
Zostajemy parą. Bez jakich wzniosłych zakochań, sztuczności, uniesień. Od początku jest tak cudownie normalnie. Żartujemy, przyjaźnimy się, kochamy, zaczynamy wspólne życie.

***
Mam wrażenie, że znam tę osobę na jawie, ale ciężko mi ją umieścić. Trochę była  jak pewna dziewczyna na kiermaszu, która mi się spodobała. Przyniosła mi grzańca. Myślę  że to ona była pierwowzorem, choć we śnie stała się blondynką. 

Wednesday, 8 December 2021

Poranny żarcik jarmarkowy

Budzik wyrwał spokojną melodyjką ze snu o piątej rano. Samochód miałem już spakowany, tylko kawę sobie zrobiłem i zapaliłem papierosa, zanim wyruszyłem na jarmark świąteczny w Tychach. 90 kilometrów. Troszkę pokrążyłem wokół miejsca, gdzie miał być kiermasz, ale w końcu stwierdziłem, że te sześć starych bud pomalowanych łuszczącą się, niebieską farbą, za halami targowymi to chyba musi być to. Popatrzyłem krytycznie. Na zdjęciach FB budy były piękne, w kolorze naturalnego drewna, wśród drzew, ozdób świątecznych, świateł i romantycznych, świątecznych przechodniów.
No rozumiem - taki chwyt marketingowy. Postanowiłem posiedzieć przy zapalonym silniku (na zewnątrz mróz) i zaczekać na innych wystawców. Czułem się trochę jak w książce Stasiuka. Brakowało jeszcze żuli i Cyganów, choć rzeźnicy wnoszący skrzynki mięsa do hali wpisali się w klimat. 
Po godzinie ciągle byłem sam. Zadzwoniłem do organizatorów.
- Dzień dobry pani D. Rozglądam się wokół i nie widzę, żadnych innych wystawców. Jestem w dobrym miejscu?
Od razu wyczułem zmieszanie.
- Niech pan zaczeka chwilkę... - szelest przewracanych stron. - Dziś wystawia się tylko pan.
No tak, teraz zmieszanie ma sens.
- Do końca tygodnia?
- W piątek ma przyjechać pan z choinkami.
- A w przyszłym?
Znów szelest kartek.
- Jeden... dwa... W przyszłym tygodniu będzie pięć stoisk...
Zaśmiałem się pod nosem. Ale szczerze, nie złośliwie.
- No to ja rezygnuję, pani D. Myślałem, że to będzie konkretny jarmark świąteczny.

Nie byłem nawet poirytowany. Po ostatnim weekendzie ogarnął mnie jakiś spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze szło, że nie mam się o co martwić. Ruszyłem w powrotną drogę. Obliczyłem w myślach paliwo. Kosztowała mnie ta wycieczka jakieś 120 złotych. Da się znieść. 
Po drodze podjechałem do Garika, bo coś słabo ogrzewanie działa. Umówiliśmy się na przyszły czwartek. Możliwe, że to termostat, ale może też i nagrzewnica.

W domu wszystkie pudła z obrazami i pocztówkami wniosłem z powrotem do domu, choć już w weekend mam jechać do Wisły. Chciałem skorzystać ze słońca i zrobić sesję zdjęciową do sklepiku online z towarem. Zajęło mi z dwie godziny, ale fajnie wyszło. W Lightroomie ogarnąłem część obrazów, z których chcę zrobić wydruki, a które wcześniej uznałem za nie nadające się dla szerszej publiki. Ale po zeszłym weekendzie odważyłem się, żeby też z nich zrobić fotoobrazy. Im kolorowiej i szaleniej na moim stoisku, tym lepiej:)

Zadzwonił znajomy, zaprosił mnie do swojej chatki w górach na jutro. Posiedzimy, napijemy się wódki, pogadamy. Bardzo inteligentny, oczytany człowiek, fajnie się z nim spędza czas. 

Co z resztą wieczoru? Coś by się przydało zjeść, może zrobię jakiś makaron. Później odcinek House'a, a na późniejszy wieczór "Taksim" Stasiuka. To dziwne, ale jego mrok mnie wycisza.

Próbuję przyzwyczaić się do samotności. Ciągle uwiera ten brak, ale oswajam się z sobą. 

Saturday, 4 December 2021

Wloczega po Zmierzchu - pierwsza krew:)

 A skrobnę kilka słów przed snem. Pozawijałem się w dwa śpiwory, na górę rzuciłem kołdrę i nie straszny mi mróz. Śpię dziś w moim vanie, w Cieszynie. Znalazłem ciemny kąt na parkingu, daje mi to poczucie komfortu i spokoju.


Dziś był mój pierwszy kiermasz. Ulga. Do końca miałem wątpliwości. Ze może za daleko poszedłem w tej swojej fantazji, żeby żyć ze swojej sztuki. Po pierwszym dniu mogę powiedzieć, że odwaga się opłaciła. Poczułem mocno, że nie ma co patrzeć na innych, ani słuchać wewnętrznych wątpliwości, i warto spełniać marzenia. Moje prace schodziły cały dzień, ludzie zatrzymywali się, żeby porozmawiać, wypytać, no i wydać trochę pieniędzy. Utarg miałem świetny, aż ciężko było mi uwierzyć, kiedy policzyłem wieczorem pieniądze. Wiem, że to okres świąteczny, ale z tego co inni rękodzielnicy mówili, w lecie jest o wiele lepiej. Więc teraz tylko tworzyć, podróżować i się cieszyć.

Ogrzewałem się grzanym winem. Przywiozłem w termosie swojego, a kiedy skończyłem, to co chwila ktoś tam mi donosił. Zamówiłem pizzę, podzieliłem się ze starszym państwem, którzy sprzedawali obok ręcznie robioną biżuterię. Aż się wzruszyli. Dużo dzieci ciągnęło do mnie rodziców, którzy nie zawsze byli zainteresowani, ale kiedy widziałem, że jakiś dzieciak naprawdę lubi moje malowidła, to dawałem mu na prezent pocztówkę albo magnesik. Tak się cieszyły:)

No to tyle w skrócie.

Jest mi ciepło, ale zamarza mi nos:) 

Friday, 3 December 2021

Gigantyczna dłoń i nowe perspektywy

No i ostatni wieczór (patrzę na zegar, a tu dopiero za dziesięć czwarta:) przed pierwszym kiermaszem. Trema lekka jest, ale bardziej ekscytacja. Cały towar już skompletowałem, jest tego w cholerę, vana zapakowałem prawie po dach. Trochę mi było przykro, że nie wyrobiłem się ze stroną www i ze sklepikiem, ale usiadłem na 2 godziny i zrobiłem w Canvie ofertę, powrzucałem na FB, może ktoś gdzieś tam postanowi się oprezentować u mnie. Tutaj link do oferty. Chyba wyszło to w miarę fajnie, nie wiejsko:)

Kiermaszów udało się załatwić sporo, prawie cały grudzień będę w ruchu, najwięcej w Tychach. No i tyle, kości zostały rzucone.

A oprócz tego? Nastrój w miarę ok. Czasami łapie mnie smutek, nuda, bezsens, ale znam to na tyle, że pozwalam temu płynąć, wiem że przejdzie. Zaczął się nowy rozdział życia, człowiek potrzebuje chwilę, żeby się zsynchronizować. A tak naprawdę coraz częściej czuję radość i nadzieję. Tyle jest jeszcze rzeczy, które mnie czekają, ludzi, uczuć, wyzwań, perspektyw. Fajne to.

Miałem dziś mocny, mistyczny sen. Jeden z tych, że trochę wiem, że śnię i czuję, że dzieje się coś mistycznego, ważnego. Nie wiem, czy było w nim głębsze znaczenie, ale takie właśnie było odczucie. Spałem i nagle poczułem, że ciągle śpię, ale jestem świadomy, w swoim pokoju, w ciemności, z mrozem za oknem. Porzuciłem ciało i pofrunąłem przez okno, zachłyśnięty wolnością, lataniem, pędem. Później zgubiłem wrażenie świadomego snu, ale i tak było ciekawie. Byłem w Londynie, na imprezie z ludźmi z pracy. Po którymś drinku popatrzyłem na wieczorne chmury i poczułem zachwyt pomieszany z niepokojem. Były piękne, dziwne, nietypowe. Popatrzyłem wtedy wyżej, widać już było gwiazdy, a one też były dziwne, łączyły się w pradawne wzory. Przypomniało mi to mój trip po grzybach sprzed lat. Popatrzyłem na resztę paczki.
- Czy ktoś wrzucił mi coś do drinka?
Chloe popatrzyła na mnie speszona.
- Trochę grzybów...
- Fuck... Ja nie mogę brać grzybów, miałem kiedyś bardzo złego tripa, zbyt potężnie to na mnie działa.
Chloe wzruszyła ramionami.
- Sorry.
No nic, będę musiał dać sobie z tym radę. Niebo stawało się coraz bardziej szalone, kolorowe, zacząłem tracić kontrolę. Bałem się, ale równocześnie traciłem dech z zachwytu nad pięknem tego wszystkiego. W którymś momencie pośród gwiazd pokazała się gigantyczna dłoń i pogroziła mi palcem...

Taki miałem sen. 

PS. Zdjęcie z pewnego pięknego jesiennego dnia.

Monday, 29 November 2021

Ranek po przesileniu

Uff, wczoraj miałem chyba jakieś przesilenie. Obudziłem się dziś jak ze snu, ze zdziwieniem patrząc na wczorajsze emocje. Muszę po prostu przejść tę żałobę. Miałem napisać "godnie", ale ten moment już raczej minął, nie ma się co oszukiwać, więc przejdę ją po prostu tak, jak umiem:)

Dziś w planie kilka rzeczy praktycznych: urząd komunikacji, żeby wyrejestrować auto, wypisać je z ubezpieczenia, zatrudnienie księgowej, wizyta u mechanika ze światłami. Kiedy wrócę do domu, posiedzę nad stroną internetową, ciągle sporo mi zostało. Ale już chyba bliżej do końca niż dalej.

Ale mam zakwasy po wczorajszej wycieczce na Czantorię. Dawno nie dałem sobie takiego wycisku. 

Podsumowując - dziś jest lepiej, kamień może jeszcze nie zsunął się z ramienia, ale na pewno ubyło mu z połowę wagi.

Sunday, 28 November 2021

Rezygnacja


 Wróciłem z wycieczki. Piszę na komórce w łóżku, jestem tak zmęczony, że nie dałbym rady siedzieć przy komputerze. Myślałem, że dobrze mi zrobi wyjście do ludzi, ale nie przełamałem się. Ledwo zamieniłem kilka słów. Weszliśmy na Czantorię, we mgle i deszczu ze śniegiem. W czeskiej knajpie zamówiłem ser smażony z frytkami, ciemnego Kozela. Usiadłem sam przy stoliku. Inni chyba czuli, że jestem nieprzysiadalny, nikt mi nie przeszkadzał. Myślałem cały czas o M. Los to żartowniś. Wysłałem jej rozpaczliwego maila i w tym momencie do knajpy weszło dwóch jej najbliższych przyjaciół. Zawsze ich lubiłem. Przywitali się lekko speszeni, usiedli ze mną. Zrobiło mi się jeszcze smutniej. Grupa, z którą przyszedłem, weszła na szczyt, ja zostałem na jeszcze jedno piwo. Rozmawialiśmy neutralnie, widać było, że nie chcą poruszać tematu. Kiedy grupa wróciła ze szczytu, pożegnałem się z chłopakami i zszedłem na dół. Przebrałem się w samochodzie w suche ubrania. Sprawdziłem na alkomacie, nie mogłem jeszcze prowadzić, więc zawinąłem się w śpiwór i puściłem sobie House'a. Po godzinie miałem już 0,12 promila, więc odpaliłem silnik i pojechałem do domu. Napaliłem w piecu, rozpakowałem się, wziąłem prysznic. Zorientowałem się po drodze, że długie światła nie działają, jutro podjadę do mechanika. Muszę tak czy inaczej pojechać do miasta wyrejestrować Xsarę i wypisać się z ubezpieczenia.

Dawno tak się nie czułem. Pojawia się jakiś rodzaj rezygnacji. Może to dobrze, może rezygnacja przyniesie ulgę. Czuję się małym, zagubionym dzieckiem. 

Saturday, 27 November 2021

Mała myszka

Nie dam rady już wysiedzieć w tych czterech ścianach. Samotność jest jak oficer STASI, z kałasznikowem nad moją głową. Znalazłem gdzieś na FB wydarzenie, grupa randomowych ludzi wchodzi na Czantorię jutro, więc spakowałem śpiwór, kuchenkę, ciepłe ubrania, budzik nastawiłem na szóstą... To jest taki paradoks, bo nie mam ochoty gadać z nikim, a chcę być między ludźmi. Taki będę miał jutro klimat. Więc na 9 rano dojadę do Ustronia i stamtąd ruszę z bandą nieznanych człowieków w górę. Zapakowałem dwa śpiwory, może nie wrócę wieczorem do domu, ale zostanę gdzieś w trasie i przekimam w aucie, więc potrzebuję ciepła. Jeszcze głośnik JBL, jakbym wieczorem chciał sobie w mrozie zrobić klimat, butelka wina, fajki.

Teraz posiedziałem trochę z rodziną i znajomymi. Napiłem się wódki, pogadaliśmy o głupotach, temat przewodni to Łuksio z różdżkami, przeżywał bardzo, że umie znaleźć wszędzie wodę. Jak zawsze powtarzał wszystko po 5 razy, no tak już ma chłopak. Łuksio to mój brat najmłodszy.

Wczoraj dzwoniłem do M. Po co? Nie wiem. No, byłem na fazie. Ale też  żeby się upewnić, że to już koniec, że ma swoje życie. Jestem zablokowany, więc od razu do poczty przeszło. No taka jest ta kobieta. Ja mam tak, że do ostatniej kropli krwi przegadam temat. Ona zawsze, kiedy ją uraziłem czymś, odcinała mnie, jakbym nie istniał. Myślę, że to dobrze w tej sytuacji. Bo znów bym wpadł w ten toksyczny taniec. A tak jestem uratowany, ona już tam ma kogoś, wyciągniętego z rezerwowej puli (tak, jestem zgryźliwy, ale ona zawsze miała rezerwę, albo byłych wielbicieli, albo nowych, czekających na swoją kolej), i teraz ja znalazłem się na ławce rezerwowych. Nie chce mi się o tym gadać.

Hałas w kuchni. Od kilku dni krąży tu mysz. Nie chce się złapać, ale po hałasie wnioskuję, że może wpadła do mojej żywołapki. Normalnie poszedłbym z nią z kilometr, gdzieś nad rzeką, żeby nie trafiła z powrotem, ale dziś mi się nie chce, wyrzucę ją po prostu za próg. Idę sprawdzić...

Nie, nie złapała się. Po prostu buszuje gdzieś po szafkach. Więc będzie marudzić całą noc:)

Dobrze, że Grabaż i Koniec Świata dają nadzieję.

 

Friday, 26 November 2021

Pożegnanie z Czerwoną Damą


A ta czerwona dama to moja wierna Xsara. Właśnie kupiec wsiadł i pojechał w deszcz. Wiem, że to tylko samochód, ale jakoś bardzo smutno mi się zrobiło. Dużo przeżyłem w tym autku, łączyło się u mnie w głowie z bliskością, podróżami, przygodą. Pamiętam gwiazdy przed snem przez tylną szybę, kiedy szum Adriatyku kołysał mnie do snu, rozmowy z samym sobą, kiedy rozstawaliśmy się z M. i jechałem gdzieś przed siebie, albo rozmowy z nią, kiedy wszystko było dobrze, lejący się olej na jednej z wypraw, kiedy chyba z 10 litrów po drodze musiałem dolać, albo jak wjechałem na 1600 metrów po bezdrożach Macedonii, a później całe zawieszenie musiałem w Polsce wymienić, olśniewający seks na karimacie z tyłu, na kempingu w Słowenii, kiedy chłód wpływał przez blaszane ściany i para barwiła szyby jak mleko, kawę z kuchenki o 7 rano gdzieś nad jeziorem Międzybrodzkim, opowiadania Vonneguta w Blagaju, albo burzliwa noc na południu Chorwacji, kiedy ulewa, pioruny i fale połączyły się w jedno i wydawało się, że Xsara wyruszy w swoją pierwszą i ostatnią morską podróż... Sentymentalista:)

Tonacje molowe

Siedzę w aucie na parkingu pod szpitalem. Przywiozłem szwagierkę  złamała nogę jakiś czas temu, przyjechała do kontroli. Leje, grzeję się dmuchawą, choć szkoda paliwa. Podobno dziś ma już spaść śnieg. Kiedy wrócę do domu, naniosę tyle ile się zmieści drewna, żeby nie musieć już dzisiaj wychodzić.

Sprzedaje Xsarę. Stwierdziłem, że nie stać mnie na dwa samochody, a przyda się mały zastrzyk gotówki. Dziś ma przyjechać klient. Trochę mi smutno. Przywiązuję się do rzeczy, które często używam. Z tym autem wiąże się wiele wspomnień, podróży, Bałkany całe przejechałem wzdłuż i wszerz, tu jadłem, spałem, kochałem się. No ale czas, żeby posłać Xsarę w świat. No i będę się musiał nauczyć teraz parkować vanem w mieście, to będzie mój jedyny samochód od teraz.

Trochę utknąłem ze strona internetową. Jakąś wiedzę zbieram, ale na razie jest to jeden wielki bajzel w mojej głowie, muszę to dopiero uporządkować. Pewnie będę siedział nad tym dzisiaj cały dzień. Jak już to ogarnę, to misją na kolejne dni będzie robienie szałowych zdjęć do sklepiku. Mam kilka pomysłów, mój Nikon D90 da radę:)

A poza tym? Pustka duża wewnątrz, to się nie zmienia. Samotność. Nie idzie mi za bardzo przyzwyczajanie się do życia singla. Brak dotyku, głosu, bliskości, poczucia, że ktoś jest dla mnie i ja dla kogoś. Wypełniam tę  dziurę idiotycznie fajkami i winem, ale bez powodzenia. Tylko zagłuszam lekko to łaknienie. Byłoby łatwiej, gdybym miał obok jakichś przyjaciół, ludzi z którymi można pogadać od serca. Ale w tej dziurze czuję się odcięty. Są tacy, co marzą o życiu na wsi. Dla mnie wieś oznacza pustynię. Miałcy ludzie z małymi sprawami, te same rozmowy, brak jakiegoś polotu, doświadczenia życia, podróży, otwartości. Dlatego czekam, aż ruszą kiermasze, festiwale, żeby jakoś się wyrwać, pobyć gdzieś indziej, zmienić otoczenie, dać sobie szansę na poznanie innych.

Trochę jestem speszony, że te moje wpisy są tak bardzo w molowych tonacjach. Jest jakieś parcie z wewnątrz, że trzeba być pogodnym, szczęśliwym, a jeśli się jest smutnym i samotnym, to coś nie tak ze mną i muszę się tego w pewnym sensie wstydzić. Ale jakoś udaje mi się uniknąć paraliżu wypowiedzi. Co nie zmienia faktu, że jestem cholernie zmęczony. 

Tuesday, 23 November 2021

XIX Century guy

Wszystko, co zaplanowałem, załatwiłem. Wcale nie jechało się źle vanem, wręcz przeciwnie. Kiedy już siedzę wysoko, na ciężkim dieslowym silniku, to nie zamieniłbym tego na moją Xsarę. Potrzebowałem wycieczki, dobrze mi zrobiła. Kiedy ostatnim razem byłem w Katowicach, żeby zamówić namiot, było ciężko - wskoczyły mi setki wspomnień z M, w końcu spędzałem tam dużo czasu. Lubiła podróżowanie, zawsze byliśmy w ruchu. Dziś było lżej. Cieszyłem się słońcem, prowadzeniem samochodu, muzyką, papierosami. 

Zastanawiałem się dzisiaj, dlaczego tyle piszę na blogu, kiedy jestem sam. No ale to proste - choć jestem introwertykiem, to lubię się szczerze wygadać. Kiedy nie mam do kogo otworzyć gęby, to piszę. Rozmawiam wtedy z sobą i daje mi to ulgę. Oczywiście ktoś tam mnie czyta. Garstka osób, na jednej ręce można policzyć. Mam taką wtyczkę blogową, mogę zerknąć na mapie. Mam w sumie trzech czytelników. Adaś jest prawie codziennie, ogrzewa mnie swoim smutnym, ciepłym, gejowskim sercem:) Dwie inne osoby, które się pojawiają... Jeden stary znajomy, który pomógł mi ze startem biznesu, jego analityczny umysł fascynuje się kłębkiem uczuć, emocji, wewnętrznych walk, którym jestem. Nie może tego ogarnąć, choć czasami myśli, że wie, ale to tylko jego analityczny umysł go wciąga w pułapkę. Musiałby dużo puścić, ale nie wiem, czy potrafi. Jest jeszcze trzecia, myślę, że to M. Urażona, zraniona, porzucona, zgorzkniała, zagląda czasami, choć w życiu by się do tego nie przyznała. A może to zupełnie ktoś inny i geograficzna zbieżność jest po prostu przypadkiem. Kiedyś sporo osób mnie tutaj odwiedzało. Ale wtedy pisałem inaczej. Jeszcze za czasów Tani. Wtedy nie byłem rozbitkiem, ale po prostu lubiłem coś napisać, poczytać innych ludzi, komentowałem, poruszałem różne tematy, od Tarota do polityki, podróży, jakoś się ludzie przewijali. No a teraz mnie w sumie cieszy, że prawie nikogo nie ma. Mogę sobie to wszystko traktować bardziej osobiście, kameralnie. 

Sprzedałem dziś jednego z Behemotów. 150 zeta. Fajnie, bo byłem zupełnie bez kasy. Zrobiłem zakupy, wziąłem wino, pomidory w puszce, makaron, kawałek cheddara, z 3 jogurty, czekoladę, paczkę fajek. Zrobiłem spaghetti. I tyle z obrazu. Nich ktoś mi kiedyś ponarzeka, że za drogo sprzedaję...;) Wino dobre, hiszpańskie, Don Simon, czerwone, wytrawne, długo leżało w dębowej beczce, czasami, jak dziś lubię ten cierpki, dymny smak. Aha, wziąłem też kłębek grubej dratwy. Będą na niej wisiały obrazy w namiocie, żeby całą przestrzeń wykorzystać. 

No ale wydatki czekają mnie większe, za dwa tygodnie muszę zapłacić ubezpieczenie Xsary, a za cztery przegląd Trafica. Mam nadzieję, że te 3 kiermasze grudniowe uzbierają na to. A jeszcze prezenty świąteczne, paliwo i życie, pierwszy ZUS, jak przystało na przedsiębiorcę... Fuck...:) You are a real artist, my brother. Probably Russian and from XIX century... Tym tekstem zrobiłem sobie smaki na opowiadania Dostojewskiego:) Trzymałem kiedyś w ręce taki zbiór, "Białe Noce". Poszukam w sieci, ściągnę na Kindla i popłynę.