Sunday, 12 December 2021
Powrót do domu
Wewnątrz to, co w sumie towarzyszy mi ostatnio na co dzień. Smutek, samotność, poczucie odcięcia od nurtu życia, lęk.
Hotelowy świt
Drugie skojarzenie to samotność. Wiele razy gdzieś tam uciekałem, im bardziej zagubiony, tym dalej. W jakimś lichym pokoiku chciałem odetchnąć po dniach wśród hałasu, tłumu, obcości, zimna. Ale pokoje hotelowe nie są najlepszym miejscem na ciepło. Bezosobowe, tymczasowe. Po chwilowej uldze (że już cicho), zaczynają się myśli, rozkminy, wątpliwości.
Wczoraj zasnąłem wcześnie, pewnie koło ósmej. Obudziłem się przed północą. Kac zupełnie mnie otrzeźwił. Wiedziałem, że szybko nie zasnę. Przepłukałem usta zimna wodą, zapaliłem papierosa i obejrzałem jakiś kiepski film na Netflixie. Jeden z tych, które kojarzą mi się z długimi podróżami autokarem: jakaś banalna akcja, sensacja, jeszcze banalniejszy happy end. Kiedy lata temu, zanim jeszcze loty stały się niewytłumaczalnie tanie, jeździłem autobusem do Danii, Anglii, Holandii, a nawet Hiszpanii. Zawsze zastanawiałem się, czy istnieje jakiś osobny wydział w Hollywood, który produkuje filmy dla polskich firm autokarowych. No bo nigdzie indziej na te filmy nie trafiałem.
Wreszcie koło 4 rano zasnąłem. Rano spłukałem z siebie sen i pot, używając taniego hotelowego mydła do rąk. Szczoteczka i pasta zostały w samochodzie więc nie umyłem zębów. Zrobiłem mocną kawę w hotelowej "kuchni" na korytarzu i już nie czułem, że coś zdechło mi w ustach. Wypaliłem dwa papierosy przed hotelem. Główna ulica była mroźna i pusta. Miałem nadzieję, że miasto się zaludni. Przydałoby się trochę utargu, żeby choć zwróciło się paliwo. Więcej nie oczekuję.
Saturday, 11 December 2021
Teorie spiskowe - sen
Tu Wisła
Terapjutik Love - sen
Wednesday, 8 December 2021
Poranny żarcik jarmarkowy
No rozumiem - taki chwyt marketingowy. Postanowiłem posiedzieć przy zapalonym silniku (na zewnątrz mróz) i zaczekać na innych wystawców. Czułem się trochę jak w książce Stasiuka. Brakowało jeszcze żuli i Cyganów, choć rzeźnicy wnoszący skrzynki mięsa do hali wpisali się w klimat.
Po godzinie ciągle byłem sam. Zadzwoniłem do organizatorów.
- Dzień dobry pani D. Rozglądam się wokół i nie widzę, żadnych innych wystawców. Jestem w dobrym miejscu?
Od razu wyczułem zmieszanie.
- Niech pan zaczeka chwilkę... - szelest przewracanych stron. - Dziś wystawia się tylko pan.
No tak, teraz zmieszanie ma sens.
- Do końca tygodnia?
- W piątek ma przyjechać pan z choinkami.
- A w przyszłym?
Znów szelest kartek.
- Jeden... dwa... W przyszłym tygodniu będzie pięć stoisk...
Zaśmiałem się pod nosem. Ale szczerze, nie złośliwie.
- No to ja rezygnuję, pani D. Myślałem, że to będzie konkretny jarmark świąteczny.
Nie byłem nawet poirytowany. Po ostatnim weekendzie ogarnął mnie jakiś spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze szło, że nie mam się o co martwić. Ruszyłem w powrotną drogę. Obliczyłem w myślach paliwo. Kosztowała mnie ta wycieczka jakieś 120 złotych. Da się znieść.
Po drodze podjechałem do Garika, bo coś słabo ogrzewanie działa. Umówiliśmy się na przyszły czwartek. Możliwe, że to termostat, ale może też i nagrzewnica.
W domu wszystkie pudła z obrazami i pocztówkami wniosłem z powrotem do domu, choć już w weekend mam jechać do Wisły. Chciałem skorzystać ze słońca i zrobić sesję zdjęciową do sklepiku online z towarem. Zajęło mi z dwie godziny, ale fajnie wyszło. W Lightroomie ogarnąłem część obrazów, z których chcę zrobić wydruki, a które wcześniej uznałem za nie nadające się dla szerszej publiki. Ale po zeszłym weekendzie odważyłem się, żeby też z nich zrobić fotoobrazy. Im kolorowiej i szaleniej na moim stoisku, tym lepiej:)
Zadzwonił znajomy, zaprosił mnie do swojej chatki w górach na jutro. Posiedzimy, napijemy się wódki, pogadamy. Bardzo inteligentny, oczytany człowiek, fajnie się z nim spędza czas.
Co z resztą wieczoru? Coś by się przydało zjeść, może zrobię jakiś makaron. Później odcinek House'a, a na późniejszy wieczór "Taksim" Stasiuka. To dziwne, ale jego mrok mnie wycisza.
Próbuję przyzwyczaić się do samotności. Ciągle uwiera ten brak, ale oswajam się z sobą.
Saturday, 4 December 2021
Wloczega po Zmierzchu - pierwsza krew:)
A skrobnę kilka słów przed snem. Pozawijałem się w dwa śpiwory, na górę rzuciłem kołdrę i nie straszny mi mróz. Śpię dziś w moim vanie, w Cieszynie. Znalazłem ciemny kąt na parkingu, daje mi to poczucie komfortu i spokoju.
Dziś był mój pierwszy kiermasz. Ulga. Do końca miałem wątpliwości. Ze może za daleko poszedłem w tej swojej fantazji, żeby żyć ze swojej sztuki. Po pierwszym dniu mogę powiedzieć, że odwaga się opłaciła. Poczułem mocno, że nie ma co patrzeć na innych, ani słuchać wewnętrznych wątpliwości, i warto spełniać marzenia. Moje prace schodziły cały dzień, ludzie zatrzymywali się, żeby porozmawiać, wypytać, no i wydać trochę pieniędzy. Utarg miałem świetny, aż ciężko było mi uwierzyć, kiedy policzyłem wieczorem pieniądze. Wiem, że to okres świąteczny, ale z tego co inni rękodzielnicy mówili, w lecie jest o wiele lepiej. Więc teraz tylko tworzyć, podróżować i się cieszyć.
Ogrzewałem się grzanym winem. Przywiozłem w termosie swojego, a kiedy skończyłem, to co chwila ktoś tam mi donosił. Zamówiłem pizzę, podzieliłem się ze starszym państwem, którzy sprzedawali obok ręcznie robioną biżuterię. Aż się wzruszyli. Dużo dzieci ciągnęło do mnie rodziców, którzy nie zawsze byli zainteresowani, ale kiedy widziałem, że jakiś dzieciak naprawdę lubi moje malowidła, to dawałem mu na prezent pocztówkę albo magnesik. Tak się cieszyły:)
No to tyle w skrócie.
Jest mi ciepło, ale zamarza mi nos:)
Friday, 3 December 2021
Gigantyczna dłoń i nowe perspektywy
Kiermaszów udało się załatwić sporo, prawie cały grudzień będę w ruchu, najwięcej w Tychach. No i tyle, kości zostały rzucone.
A oprócz tego? Nastrój w miarę ok. Czasami łapie mnie smutek, nuda, bezsens, ale znam to na tyle, że pozwalam temu płynąć, wiem że przejdzie. Zaczął się nowy rozdział życia, człowiek potrzebuje chwilę, żeby się zsynchronizować. A tak naprawdę coraz częściej czuję radość i nadzieję. Tyle jest jeszcze rzeczy, które mnie czekają, ludzi, uczuć, wyzwań, perspektyw. Fajne to.
Miałem dziś mocny, mistyczny sen. Jeden z tych, że trochę wiem, że śnię i czuję, że dzieje się coś mistycznego, ważnego. Nie wiem, czy było w nim głębsze znaczenie, ale takie właśnie było odczucie. Spałem i nagle poczułem, że ciągle śpię, ale jestem świadomy, w swoim pokoju, w ciemności, z mrozem za oknem. Porzuciłem ciało i pofrunąłem przez okno, zachłyśnięty wolnością, lataniem, pędem. Później zgubiłem wrażenie świadomego snu, ale i tak było ciekawie. Byłem w Londynie, na imprezie z ludźmi z pracy. Po którymś drinku popatrzyłem na wieczorne chmury i poczułem zachwyt pomieszany z niepokojem. Były piękne, dziwne, nietypowe. Popatrzyłem wtedy wyżej, widać już było gwiazdy, a one też były dziwne, łączyły się w pradawne wzory. Przypomniało mi to mój trip po grzybach sprzed lat. Popatrzyłem na resztę paczki.
- Czy ktoś wrzucił mi coś do drinka?
Chloe popatrzyła na mnie speszona.
- Trochę grzybów...
- Fuck... Ja nie mogę brać grzybów, miałem kiedyś bardzo złego tripa, zbyt potężnie to na mnie działa.
Chloe wzruszyła ramionami.
- Sorry.
No nic, będę musiał dać sobie z tym radę. Niebo stawało się coraz bardziej szalone, kolorowe, zacząłem tracić kontrolę. Bałem się, ale równocześnie traciłem dech z zachwytu nad pięknem tego wszystkiego. W którymś momencie pośród gwiazd pokazała się gigantyczna dłoń i pogroziła mi palcem...
Taki miałem sen.
PS. Zdjęcie z pewnego pięknego jesiennego dnia.
Monday, 29 November 2021
Ranek po przesileniu
Dziś w planie kilka rzeczy praktycznych: urząd komunikacji, żeby wyrejestrować auto, wypisać je z ubezpieczenia, zatrudnienie księgowej, wizyta u mechanika ze światłami. Kiedy wrócę do domu, posiedzę nad stroną internetową, ciągle sporo mi zostało. Ale już chyba bliżej do końca niż dalej.
Ale mam zakwasy po wczorajszej wycieczce na Czantorię. Dawno nie dałem sobie takiego wycisku.
Podsumowując - dziś jest lepiej, kamień może jeszcze nie zsunął się z ramienia, ale na pewno ubyło mu z połowę wagi.
Sunday, 28 November 2021
Rezygnacja
Wróciłem z wycieczki. Piszę na komórce w łóżku, jestem tak zmęczony, że nie dałbym rady siedzieć przy komputerze. Myślałem, że dobrze mi zrobi wyjście do ludzi, ale nie przełamałem się. Ledwo zamieniłem kilka słów. Weszliśmy na Czantorię, we mgle i deszczu ze śniegiem. W czeskiej knajpie zamówiłem ser smażony z frytkami, ciemnego Kozela. Usiadłem sam przy stoliku. Inni chyba czuli, że jestem nieprzysiadalny, nikt mi nie przeszkadzał. Myślałem cały czas o M. Los to żartowniś. Wysłałem jej rozpaczliwego maila i w tym momencie do knajpy weszło dwóch jej najbliższych przyjaciół. Zawsze ich lubiłem. Przywitali się lekko speszeni, usiedli ze mną. Zrobiło mi się jeszcze smutniej. Grupa, z którą przyszedłem, weszła na szczyt, ja zostałem na jeszcze jedno piwo. Rozmawialiśmy neutralnie, widać było, że nie chcą poruszać tematu. Kiedy grupa wróciła ze szczytu, pożegnałem się z chłopakami i zszedłem na dół. Przebrałem się w samochodzie w suche ubrania. Sprawdziłem na alkomacie, nie mogłem jeszcze prowadzić, więc zawinąłem się w śpiwór i puściłem sobie House'a. Po godzinie miałem już 0,12 promila, więc odpaliłem silnik i pojechałem do domu. Napaliłem w piecu, rozpakowałem się, wziąłem prysznic. Zorientowałem się po drodze, że długie światła nie działają, jutro podjadę do mechanika. Muszę tak czy inaczej pojechać do miasta wyrejestrować Xsarę i wypisać się z ubezpieczenia.
Dawno tak się nie czułem. Pojawia się jakiś rodzaj rezygnacji. Może to dobrze, może rezygnacja przyniesie ulgę. Czuję się małym, zagubionym dzieckiem.





