Wednesday, 3 June 2009

Pamiętasz Paryż?



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.6

- Pamiętasz Paryż? – spytała ze smutkiem Tania, przytulając się do mojego ramienia. Jasne, że pamiętałem. Wylądowaliśmy tam początkiem grudnia, zeszłego roku. Planowaliśmy zamieszkać przez kilka tygodni u ludzi z Hospitality Club, a później, jeśli nie wydarzyłoby się nic, co zatrzymałoby nas na dłużej, chcieliśmy pojechać do Hiszpanii.

Paryż okazał się całkowitą katastrofą. Nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, zrobiło się bardzo zimno, nie mieliśmy ciepłych ubrań, granie na akordeonie szło mi jak krew z nosa i z trudnością zarabiałem na odrobinę jedzenia. Zaczęliśmy się łamać.

Jakby nie było nam wystarczająco trudno, pewnego dnia Tani wysiadły plecy. Chodziła z wielką trudnością i każdy krok sprawiał jej ból. Cały plan, z podróżowaniem, Hiszpanią, szukaniem przyjaciół i mistyki, stanął pod znakiem zapytania. Choć nie czuliśmy się jak turyści, to ostatniego, wspólnie spędzonego dnia, poszliśmy pospacerować nad Sekwaną. Było wietrznie, mokro i prószył śnieg. Szliśmy powoli, ciasno przytuleni, próbując się jakoś ogrzać i nie urazić jej kręgosłupa.

Pamiętam Wieżę Eiffla, szarą wodę wzburzonej Sekwany, oraz stalowe niebo, ledwo widoczne spoza mokrej i gęstej ściany śniegu. W końcu, kiedy przestało na chwile sypać, usiedliśmy na ławce, nad sama rzeką. Tania rozpoznała miejsce, w którym Polański nakręcił jedną ze scen „Dziewiątych wrót” i odkrycie to ożywiło nas na chwilę. Tam zdecydowaliśmy, że wracamy do Polski zebrać siły i zastanowić się, co dalej. Wyciągnęliśmy z kieszeni wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy – niedużo; zaledwie kilka banknotów i monet. Okazało się, że nie wystarczy na powrót nas dwojga.

- Pamiętam – odpowiedziałem, przyciągając ją bliżej do siebie i zanurzając twarz w jej włosach. – Jak mógłbym zapomnieć? Minęły dopiero trzy miesiące.
- Pamiętasz jak odprowadziłeś mnie na autobus do Polski i powiedziałeś, że to ostatni raz, kiedy rozstajemy się w ten sposób?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Tania sięgnęła stopą do stojącego obok łóżka plecaka i kopnęła go mocno. Plecak przewrócił się bezgłośnie.
- Nie możemy być normalni? Musisz być taki szczególny? – powiedziała z wyrzutem, ale bez złości.
Przytuliłem ją jeszcze mocniej.
- Przestań… - Odepchnęła mnie, wstała z łóżka i stanęła przede mną, nerwowo mnąc w palcach brzegi spódnicy. Widziałem, że próbuje powstrzymać łzy. Przez chwilę zastanawiała się nad czymś, wyglądała jakby chciała mi coś powiedzieć, ale widać zmieniła zdanie. Wzięła głęboki oddech, przełknęła łzy, wyprostowała na sobie koszulkę i spróbowała się uśmiechnąć.
- Chcesz, żebym dla ciebie zatańczyła?
Nie czekając na odpowiedź, podbiegła do półki z kasetami i po chwili nerwowego, głośnego przerzucania plastykowych pudełek, znalazła muzykę, której szukała. Rzuciła mi kasetę.
- Załączysz? - Po czym podeszła do okna, żeby odgrodzić nas zasłonami od ciemności i (mało prawdopodobnych) gapiów.

Przy pierwszych nutach, weszła na środek pokoju i zamknęła oczy, biorąc głęboki oddech, ale nagle wpadła na nowy pomysł. Podeszła do swojej szafy z ubraniami, wyciągnęła z niej kolorową chustę i zawiązała ją sobie na biodrach. Wykorzystałem chwilę zwłoki, żeby przyciemnić trochę światła i odsunąć na bok plecak i akordeon, przygotowane już na jutrzejszą podróż. Bez górnego światła, płomienie grające w kominku, odbijały się na ścianach i twarzy Tani. Dopiero teraz zauważyłem, że jednak nie udało się jej powstrzymać wszystkich łez, których mokry ślad na policzkach, odbijał blask ognia.

Piosenka zaczynała się od dźwięku cymbałów, do której po chwili dołączył akordeon, darbuka, aż wreszcie ochrypłe, smutne słowa starej, irańskiej pieśni.
Ten taniec był najpiękniejszym pożegnaniem, jakiego kiedykolwiek doznałem. Pierwszy raz widziałem Tanię pogrążoną w czymś tak głęboko.
Patrząc na jej wirującą po pokoju postać, kołyszące się biodra i skupioną twarz, na roztańczone po ścianach cienie, ogień, który uciekł z kominka i wydawał się tańczyć razem z nią, wiedziałem, że jest to doskonały początek podróży. Było mi jej szkoda, wolałbym widzieć jej radość, niż smutek, ale w tamtym momencie zrozumiałem jak ważnym i pięknym elementem życia jest rozstanie.

Nie wiedziałem, czy była to muzyka pachnąca pustynią, ogień, czy też ciemne, błyszczące oczy mojej ukochanej, ale wydawało mi się, że nie jestem już w swoim przytulnym pokoju. Przeniosłem się gdzieś daleko, do krainy archetypów, gdzie pozwolono mi dotknąć oryginalnych uczuć, które niczym klejnoty lśnią w galeriach starożytnych bogów i to z nich właśnie bierze się miarę na naszą ziemska miłość, nienawiść, tęsknotę, czy przyjaźń.

Do oczu napłynęły mi łzy. Nagle zrozumiałem, że od jutra będę już całkiem sam.



c.d.n.

1 comment:

  1. Archetypy... tkwią w nas jak rezerwuar, do którego sięgamy w chwilach, gdy pojawia się chaos...

    pozdrawiam ciepło!

    ReplyDelete