Monday, 1 June 2009

Bakcyl



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.5

Od samego początku mieliśmy głowy w chmurach i na tą część naszego życia nie mogliśmy narzekać. Wspólnie wyobrażaliśmy sobie niemożliwe zbiegi okoliczności, które miały nam zapewnić wygraną na loterii, sławę osiągniętą dzięki jakimś nadzwyczajnym, odkrytym nagle i niespodziewanie talentom, przyjaciół na śmierć i życie, którzy zjawiali się nieoczekiwanie w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach, żeby uratować nas przed kabałą, w którą akurat się wpakowaliśmy, albo po prostu, żeby być z nami w trudnych chwilach…

Marzeń nam nie brakowało. Gorzej było z praktycznym radzeniem sobie w otoczeniu, które ciężko było nazwać „user friendly”. Zaraz na samym początku wpadliśmy po uszy w długi (po tej stronie spektrum przeznaczenia, los miał dla nas całkiem spory wachlarz niefortunnych i nieprawdopodobnych sytuacji), a każda kolejna robota, której się podejmowaliśmy, okazywała się kompletnym niewypałem, rojącym się od wrednych szefów, kiepskich zarobków i długich oraz nieprzyjemnych godzin pracy. Zwykle nie byliśmy w stanie wysiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż kilka miesięcy i kiedy tylko mieliśmy już dosyć, znajdywaliśmy jakiś niemożliwy do odparcia powód, który usprawiedliwiał naszą ucieczkę.

Lubiłem rzucać pracę na wiosnę. Skoro cały świat zrzucał z siebie brudne okrycie zimy i zaczynał od nowa, dlaczego nie mogłem i ja? Nie ma nic przyjemniejszego, niż po kilku miesiącach codziennej, szarej tyrki, powiedzieć szefowi, że się odchodzi i gwiżdżąc, wyjść na majową, albo czerwcową ulicę, będąc pewnym, że Wszechświat ma już w zanadrzu coś szczególnego, przygotowanego specjalnie dla ciebie. Brzmi naiwnie? Może i tak, ale dla mnie osobiście, najważniejszy był akt podjęcia decyzji o swoim życiu. Ta decyzja nie zawsze była odpowiedzialna, ale myślę, że ważniejsze niż rozsądek było poczucie pełnej wolności i to właśnie poczucie budziło głód jeszcze większej wolności, i w ten sposób, niczym śnieżna kula, rosło we mnie przekonanie, że tylko ode mnie zależy, jakie będzie moje życie. Dzięki sile tego przekonania byłem później w stanie z uśmiechem na twarzy stawić czoła bardzo trudnym sytuacjom.

Zima nie chciała się więc skończyć, ale coś we mnie, rozochocone po zeszłorocznej wędrówce, którą rzuciliśmy wyzwanie gwiazdom, ciągle nie czuło pełnej satysfakcji. Choć w listopadzie, pod koniec włóczęgi, dostaliśmy trochę w kość, to po kilku miesiącach odpoczynku wiedziałem, że tamta podróż była tylko rozgrzewką. Na początku marca zacząłem szperać po internecie, wczytując się we wszelkiego rodzaju podróżnicze dzienniki, autostopowe szaleństwa i powoli nowa podróż stała się moją obsesją. Marzyły mi się przebudzenia w nieznanych miejscach, historie ludzi, z którymi mogłem skrzyżować swoje ścieżki, jeśli tylko zebrałbym się na odwagę, nieobliczalność każdego dnia. Zazdrościłem Kindze i Szopenowi, którzy od kilku lat przemierzali świat, dzieląc się swoimi doświadczeniami w sieci. Pewnego dnia wpadła mi w ręce książka Edi Pyrka „Celem jest Orient”. Z tym gościem wsiąkłem już na całego, czytając z wypiekami na twarzy, jak ze stoickim spokojem i otwartym umysłem prawdziwego humanisty opisuje on świat.

Tania nie podzielała mojego entuzjazmu, ale rozumiała co się we mnie dzieje i kiedy pewnego dnia powiedziałem jej, że muszę wyjechać na jakiś czas, przyjęła to dosyć dobrze. Choć widziałem, że czuje smutek i niepokoi się o mnie, to jednak była w stanie dać mi zielone światło. W połowie marca zadecydowałem więc; kiedy tylko zrobi się trochę cieplej, spakuję swój kieszonkowy namiot, nieduży, stary akordeon, który sprawdził się zeszłej jesieni w Holandii i Francji, czysty notatnik na zapiski z drogi, oraz szeroko otwarte oczy dziecka i serce poszukiwacza skarbów. Czekałem już tylko na odrobinę słońca.

c.d.n.


3 comments:

  1. Cześć Margo. Dziś rano przez parę minut zastanawiałem się: "Na jakie CD ona czeka?!" :))

    Mam napisany jeszcze tylko maleńki kawałek, który wkleję pewnie jutro. A reszta w głowie i nie wiem kiedy uda mi się to przelać na papier.

    Dzięki za zainteresowanie moimi bazgrołami.

    ReplyDelete
  2. Mhm, fajny blog.
    Witam i pozdrawiam. Poobserwuję:)

    ReplyDelete