Saturday, 26 March 2011

Zwykły dzień i niezwykły wieczór



Zwykły dzień i niezwykły wieczór
(Kopenhaga)

Siedzę na Højbro Plads. O piątej mam wizytę u lekarza, USG wątroby, dokucza mi cholerstwo ostatnio. Zostało mi parę godzin, ale wyjechałem z domu wcześniej, żeby być trochę sam, pomyśleć, odetchnąć. Stres ostatnich tygodni zaczyna się powoli odbijać na nastroju, drażliwość, próbuję znaleźć spokój w tym zamieszaniu. Wiadomo, nie jest łatwo, tym bardziej, że problemy zdrowotne sprawiają, iż ciężko powstrzymać czarne myśli. Zacząłem znów palić. Na razie niedużo, choć przez jakiś czas pewnie będę palić więcej, zawsze w okresach przejściowych biorę się za fajki, trochę łagodzą napięcie, pozwalają znaleźć grunt w nowych aranżacjach towarzyskich.

Uspakaja mnie bycie w tłumie. Czuję się jednym z wielu, nabieram dystansu do siebie. Patrzę na młodych, pewnych siebie, głośnych, uśmiechających się bez głębszej refleksji, cieszących się życiem. Szukam siwych głów, wycisza mnie pogodzenie się starych ludzi z upływem czasu, najprostsza mądrość wynikająca ze starości, ze świadomości bycia w ostatnim rozdziale, nie wymaga jakiejś szczególnej głębi, wystarczy słuchać siebie. Dla mnie na razie to okres przejścia pomiędzy ignorującą realność przemijania młodością, a dojrzałością, poprzedzającą nieśmiałą starość, nie nadążającą za zmianami.

Musiałem przesunąć się do słońca, chłodno jeszcze, przecież to dopiero marzec. Siedzę pod fontanną z żurawiami i żabami, porosłe mchem, w kafejce ktoś upuścił szklankę, zadźwięczało szkło, przeszła brunetka na wysokich obcasach z wielkim zadkiem, Cyganka poprosiła mnie o drobne, pachnie czosnkiem z budki kebabowej, brudni, niewyspani młodzieńcy z dredami jedzą falafela i sępią fajki, dwóch młodych homoseksualistów siedzi na ziemi i trzyma się za ręce, dzieląc się półgłosem poważnymi sekretami, gołębie liczą na coś ode mnie, ale nie mam nic, przed USG nie wolno mi jeść przez kilka godzin.

Pomimo rękawiczek, palce zmarzły mi już na kość, kończę.
Niedomyci młodzieńcy wstali, założyli kurtki Green Peace’u i łowią ludzi do ankiet. A ja myślałem, że to ulicznicy. Chyba, że są ulicznikami na pół etatu?

* * *

Czekam na dworcu w Ryparken na Tanię, idziemy na przedstawienie, ma grać Ruthanna.
Już ciemno, co chwila migają pociągi, na niebie widać światła startujących samolotów, po prawej wielkie boisko, niewyraźne postacie biegają z piłką, echem odbijają się ich okrzyki, mieszając się z zapowiedziami pociągów, wieje ostry wiatr, podciągam wyżej kołnierz kurtki, narzucam na głowę kaptur i piszę.
W ciągłej zmianie, w niekończących się podróżach, niedopasowaniu, można uchwycić mignięcie tego, czym jest życie. Ciągłą transformacją, przekładaniem się życia i śmierci, i znów życia, niekończący się kalejdoskop ról. To oznacza samotność i próby zapełnienia tej pustki. Usiłujemy uleczyć się, zawierając znajomości „na peronie”. Kilka rozmów, kanapka, żarty, gazeta, wjeżdża kolejny pociąg, który zabierze nas na kolejny peron.
Dlatego warto być w ruchu – żeby nie zapomnieć o prawdziwej sytuacji i skupiać się tylko na najważniejszych rzeczach. Problem jest jednak z wyborem. Bo co naprawdę jest najważniejsze? Jak odróżnić subiektywne od obiektywnego?
Wjeżdża pociąg Tani. Kończę.

* * *

Najpierw na scenę wyszła wysoka, głośna dziewczyna z charakterem, ubrana jak kurtyzana z odległej epoki, w burzę włosów wplątała się rolka papieru toaletowego i mały, stylowy abażur.
- Dziś wieczorem – zaczęła ściszonym głosem, wodząc po widowni potępieńczym wzrokiem – zabierzemy was na drugą stronę, gdzie króluje ciemność i szaleństwo. Ale nie obawiajcie się! Sprowadzimy was z powrotem! Ujrzycie straszne rzeczy, włos się wam zjeży na głowie, będziecie szczękać zębami, a czasami wydrze się wam okrzyk zgrozy. Wspaniale, krzyczcie, to dobre dla przedstawienia – mrugnięcie i cisza.

Zza łaciatej kurtyny, pokrytej pajęczynami i pająkami, zalanej przyćmionym barowym światłem, rozległy się ciche takty powolnej, swingowej muzyki, trąbka, kontrabas, pianino… Czyjaś niewidzialna ręka zarzuciła na szyję konferansjerki zwłoki lisa. Nagle lis podniósł głowę i zaczął śpiewać zachrypniętym głosem swoją historię – twardego mężczyzny, któremu każda kobieta w życiu sprawiła ból i każdy związek kończył się zranieniem i krzykiem, aż ostatnia wypróżniła w jego brzuch cały magazynek rewolweru.

W półmroku, publiczność siedzi w rozgorączkowanym milczeniu, nie roniąc ani słowa, słychać hamowane chichoty. Choć skończyło mi się podłe wino, nalane do plastykowego kubka, przez dystyngowanego, zblazowanego kelnera – wampira, nie wstaję od stołu, dając się uwieść opowieści i atmosferze. Po śmierci lisa podnosi się kurtyna. Zza instrumentów widać kawałki szalonego zespołu, absurdalna pstrokacizna i jarmarczne kontrasty. Konferansjerka podnosi akordeon i grając cicho walca, zapowiada kolejny punkt programu.

- Następna historia jest przerażająca: to dzieje rodzinnej tragedii na wschodzie Rosji. Historia brzydkiej, łysej dziewczynki mieszkającej w piwnicy – Petruszki, której brzydzi się cały świat i jej pięknego, podziwianego brata. Nie mogąc znieść swego upodlenia i jego chwały, zakrada się w nocy i obcina mu głowę. Wzburzona rodzina i mieszkańcy wioski karzą ją w okrutny sposób – oddają ją do cyrku, gdzie występuję jako wybryk natury, wraz z głową swego martwego brata.
- Petruszka! Petruszka! – woła głowa brata ze szklanego słoja. – Zaśpiewaj! Zaśpiewaj! Pokaż swój ohydny głos!
- Nie zaśpiewam, mój braciszku! Nie zaśpiewam! – woła piskliwie przez łzy brzydka Petruszka, manekin. – Zbyt wielkie moje cierpienie.
- Petruszka! Petruszka! – woła drwiąco głowa brata. – Zatańcz! Zatańcz! Pokaż swoje koślawe ciało!
- Nie zatańczę, mój braciszku! Nie zatańczę! Zbyt bardzo boli mnie mój grzech.

Po nieudanych próbach ożywienia plastykowych gołębi przez ruchliwą, malutką i nieśmiałą asystentkę kurtyzany, z imbryka wypełza niemowlę bez nóżek i w potępieńczych drgawkach pełznie po scenie wydając dziecięce kwilenia. Nagle imbryk unosi się w powietrze, powoli zbliża się do niemowlęcia, po czym oblewa go krwią. Na widowni ojciec zasłania oczy czteroletniego chłopca.

Słabną tony muzyki, cichnie blaszana trąbka i brzdękanie kontrabasu. Konferansjerka spogląda taksującym okiem na publiczność i zaczyna grać wesołą piosenkę na akordeonie. Jej asystentka zakłada sobie na ramiona maszynę do pisania i akompaniuje jej, z dziecięcą dumą i nieśmiałością oczekując na pochwałę. Uderza z entuzjazmem w klawisze, w maszynie przesuwa się zapisana kartka, głośny dźwięk dzwonka ogłasza skończoną linijkę. Urywa się muzyka, asystentka ciągnie za rękaw konferansjerkę i szepce jej coś do ucha. Konferansjerka podnosi rękę.
- Napisała piosenkę. Wielkie brawa!

Asystentka zżerana tremą wyciąga kartkę z maszyny i przebierając w miejscu stopami, podnosi ją na wysokość twarzy. I znów rozbrzmiewa skoczna muzyka. Kojarzę znajome tony, ale nie potrafię jeszcze określić, co to jest. Dopiero kiedy zaczyna się śpiew, w zniekształconym głosie rozpoznaję doskonałą parodię Shakiry. Sala wybucha śmiechem, wszyscy klaszczą do rytmu, a nawet wstają, żeby lepiej widzieć, co wyzwala reakcję łańcuchową; ci z samego tyłu, w tym też ja, wspinamy się na krzesła i stoliki.

Trzeba by jeszcze wymienić irytującego królika – pianistę, tańczące na linie nogi, orkiestrę myszy, więcej muzyki, więcej piosenek, więcej makabry, śmiechu i szaleństwa.

Po przedstawieniu zaczęła się impreza, stara muzyka, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Najpierw siedzieliśmy z Tanią w kącie, obserwując nieśmiało, ale z przyjemnością, jak serdecznie witają się ludzie, uśmiechy, objęcia, żarty. Kiedy Ruthanna odłożyła trąbkę i zeszła ze sceny, opadli ją adoratorzy i przyjaciele, nie chciałem się więc przepychać, dopiero kiedy zrobił się wokół niej luz, dałem jej znać, że jesteśmy. Wycałowały się z Tanią, nie widziały się już siedem lat, przekrzykując gwar i muzykę, zaczęły opowiadać sobie ostatnie dzieje. Przysiadł się Joachim, elegancki, w kremowej, starej marynarce ojca, wziął trochę mojego tytoniu, zaproponowałem mu piwo.
- Jak się czujesz?- spytałem.
Pokiwał głową z uśmiechem, wypuszczając niebieski dym.
- Dobrze, dobrze.
- Depresja przeszła?
Pokazał palcem za siebie, na chłopaka, którego spotkałem kilka dni wcześniej.
- Janus ma ostatnio przesrane w życiu, wyrzucono go z mieszkania, wprowadził się do nas. To dobra rzecz, bo teraz zamiast skupiać się na sobie, skupiam się na jego problemach. Pomagam w ten sposób i jemu i sobie. Lubię to. Cieszę się, że przez nasz dom przewija się tyle ludzi. Jesteśmy jak gniazdo dla ptaków z połamanymi skrzydłami. Kiedy jest im już lepiej, frrrruuuu – zatoczył szeroki ruch ręką - wylatują przez okno i robią miejsce następnym.

Ruthanna tańcząc ruszyła do kolejnej grupki znajomych, machając nam, żebyśmy szli za nią. Przedstawiła nas paru osobom, a później gdzieś zniknęła.
- I co myślisz? – pytam Tani, z której twarzy, tak jak i z mojej, nie schodzi szeroki uśmiech. – Czad, nie?
- Prawdziwy czad. Co za ulga - odpowiada.
Dokładnie – ulga. Czuję się żywy, pulsuje gorąca krew w żyłach, mogę być sobą, blisko innych, przyjaźń, wolność, nieprzewidywalność jutra, nieodgadnione perspektywy. Oddycham głęboko, oszołomiony radością, sztuką i winem.

5 comments:

  1. Mnie natomiast tłum paraliżuję i przeraża. Pozdrawiam i powodzenia :)

    ReplyDelete
  2. Wszyscy jesteśmy inni. Z żoną na przykład nie mogę chodzić na spacery po mieście, bo szybko wysiada jej wytrzymałość i zaczyna się wściekać na ludzi i chce uciekać:)

    ReplyDelete
  3. No to mam podobnie. Najlepiej czuję się sam ze sobą, we własnej samotni z dala od ludzi.

    ReplyDelete
  4. To kiszka, że jarasz szlugi, ja np. nie chwaląc się zbytnio rzucam od tygodnia (z dobrym skutkiem, a palę 16 lat, pół mego życia). Co się zaś tyczy spacerów, z partnerami lub bez, to ja wybieram to pierwsze (ma "w przyszłym roku żona", znaczy się narzeczona, biega ze mną, spaceruje i również rzuca fajki). Pozdrawiam Ciebie Marcinie.

    ReplyDelete
  5. Te fajki to tylko na chwilę, żeby opanować najgorszy stres.

    ReplyDelete