Sunday, 6 March 2011

Następna stacja - Esperanza






Następna stacja – Esperanza

Dobiegł końca czas zbierania sił. Okres od powrotu z Anglii do teraz był w pewnym sensie czasem wyłączenia się z praktycznego życia – ale tylko w pewnym sensie – w innym był bardzo dynamiczny i wniósł sporo do mojego życia. Nie pisałem zbyt wiele w tym czasie, dużo działo się na bardzo osobistym poziomie, chciałem przeżywać to samemu. A zresztą nawet jeśli bym nie chciał, to nie miałem za bardzo wyjścia – przez te osiem miesięcy byłem odcięty od świata zewnętrznego, a przez Internet i tak nikt nie mógłby mi pomóc.

Początek był ciężki – depresja i to w takim natężeniu, jakiego jeszcze nie doznałem, poważnie się wystraszyłem. Odwiedziłem dwóch psychiatrów, dostałem jakieś leki (nie skorzystałem), planowałem terapię, zamówiłem z Allegro kupę książek na temat zdrowia psychicznego, szczególnie pomógł mi Kazimierz Dąbrowski i jego Teoria Dezintegracji Pozytywnej, zarzuciłem „heroic dose” grzybków – wszystko w poszukiwaniu drogi ucieczki z tej „nocy duszy”. Ostatecznie udało mi się wyjść na prostą, sam nie wiem kiedy i jak.

Gdybym miał podsumować ten czas – dlaczego był dla mnie ważny? Co z niego wyniosłem?

Na jakimś poziomie zaakceptowałem nieuchronność śmierci i niepowodzeń w życiu. Nie mam na myśli jakichś mistycznych przeżyć i ezoterycznego wglądu w naturę cierpienia oraz umierania, ale zwykłe, ludzkie uświadomienie sobie codzienności - coś, co o wiele łatwiej przychodzi tradycyjnym, żyjącym zgodnie z naturą społecznościom. W normalnych warunkach ludzie akceptują stratę, choroby, śmierć, jako część cyklu życia, coś zwykłego, nawet dodającego otuchy. Dzięki duchowości, rodzinie, bliskim więziom społecznym są w stanie z tym żyć i nie jest to negatywny czynnik w ich życiu, a raczej pozytywny – pozwalający uświadomić sobie związek z naturą, z nurtem życia, zobaczyć siebie jako część rodziny ze zwierzętami, roślinami, słońcem, gwiazdami, ziemią. W społeczeństwie „zachodnim”, „cywilizowanym” jest na odwrót – choroby, nieszczęścia i śmierć uznawane są za coś nienormalnego, dysonans, wstydliwy wrzód, o którym nie wolno myśleć. Życie „pełne” to życie w długim zdrowiu, satysfakcji, sprawności fizycznej, niegasnącej urodzie - stąd operacje plastyczne, viagra, spa dla sześćdziesięciolatek, etc. Naturalne zjawiska życia stają się wrogiem, jak sama natura, od której coraz bardziej odgradzamy się, a nawet niszczymy w jakimś gorączkowym odwecie za naszą własną klęskę. W takim braku harmonii pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością, naturą a świadomością, oczywiste jest, że nieszczęścia, zamiast pomagać w rozwoju jednostki, zamiast budować coraz głębszą, rozumniejszą osobowość, łamią ją, wprowadzają w stan pewnej symbolicznej schizofrenii – człowiek żyje w dwóch światach – w tym zaszczepionym mu przez zachodnią mentalność sukcesu, siły, urody i zdrowia, oraz w tym prawdziwym, gdzie mimo wszystkich naszych wysiłków zawsze będziemy chorować, tracić bliskich, a ostatecznie umrzemy.

Choć może to, co piszę brzmi na pierwszy rzut oka pesymistycznie, to takie nie jest, słowo daję. To jedna z najoptymistyczniejszych rzeczy, do jakich zacząłem dochodzić w tym roku.

Skończyłem właśnie czytać „Ishi – człowiek dwóch światów”, książkę o ostatnim przedstawicieli plemienia Yahi, który, po wymarciu całej reszty, po prostu wyszedł z ukrycia i oczekując śmierci, poszedł do białych. Ostatnie cztery lata życia spędził w San Francisco, poznając europejską kulturę, otwarty jak dziecko, ale nigdy nie porzucając w pełni starego sposobu życia. W końcu zmarł na gruźlicę. Niesamowite, jaką pogodę i stoicki sposób bycia potrafił zachować, w obliczu zagłady całego swojego ludu. Ostatnie kilkanaście lat było ich tylko pięciu, a ostatnie cztery lata przed desperackim ujawnieniem się, był zupełnie sam. Ten człowiek, jak i tysiące innych, żyjących w kulturach nieodciętych od bijącego serca natury, czuł że jest częścią czegoś większego, wierzył w istnienie kosmicznego porządku i swoje miejsce w tym porządku. To jest źródło spokoju i mądrości, od którego odcięli się ludzie kultury europejskiej. Prawdziwa tragedia. Trudno jest to odbudować w sobie samemu, bez pomocy wychowania, rodziców, plemienia, tradycji, ale myślę, że jest to możliwe. Trzeba przynajmniej próbować.

Druga rzecz – rozbieram doświadczenia ostatniego roku na punkty, ale w rzeczywistości łączą się one ze sobą w całość – to silne ugruntowanie się moich poglądów politycznych i społecznych. Intuicyjną, wrodzoną niechęć do hierarchii i narzuconych autorytetów podbudowałem intensywnymi studiami, lekturą i przemyśleniami.

Może i nie potrafię do końca zrozumieć uczonych wywodów ekonomistów, wyjaśniających, dlaczego rzeczywistość oparta na stosunkach rynkowych jest najlepszą z możliwych (albo nawet jedyną możliwą), ale potrafię odróżnić, jak każdy z nas, co jest dobre, a co złe. Myślę, że prawdę można poznać po tym, że jest na tyle prosta i intuicyjnie rozpoznawalna, iż każdy, nawet najprostszy człowiek będzie w stanie ją dostrzec. Kiedy natomiast ktoś mówi, że prawdy nie możemy pojąć, ale mądrzejsi od nas (taki na przykład Friedman) już ją przebadali, więc jedyne, co można zrobić, to ją zaakceptować - węszę w tym ściemę.

Prawda jest prosta – co jest lepsze: społeczeństwo oparte na wartościach humanistycznych, braterskich, duchowych, czy też społeczeństwo oparte na egoizmie i transakcjach handlowych? Czy normalny człowiek może mieć wątpliwości? I to nie jest naiwny idealizm. Idealizm – tak, ale nie naiwny. Istnieje wiele przykładów kultur opartych na zupełnie innych zasadach. Człowiek nie jest z natury egoistą i drapieżnikiem, jak próbuje się nam wmówić. W odpowiednich warunkach jest w stanie rozwinąć się w dobrą, społeczną, niezależną jednostkę, dla której wartości społeczne, moralne i duchowe są najważniejsze. Używając terminologii Fromma – człowiek może żyć zarówno w modus bycia, jak i w modus posiadania. Czyli istnieje wybór!

Dalej o prawdzie: czy można usprawiedliwić zabicie dziesiątków tysięcy cywili w Iraku, w wojnie, która została wywołana w oparciu o kłamstwo (a nawet gdyby Hussain naprawdę posiadał broń masowego rażenia, to czym zawiniliby w tym zwykli ludzie, jak ty czy ja)? Dlaczego więc świat jednogłośnie nie potępia tej zbrodni? A przecież nawet małe dziecko nie miałoby tutaj problemu z rozpoznaniem zła.

Czy można powiedzieć, że masowy przemysł zbrojeniowy jest dobry, bo powoduje wzrost gospodarczy? Kto przy zdrowych zmysłach może tak twierdzić? A zwolennicy wolnego, nieograniczonego rynku próbują przekonywać, że reguluje się on sam w naturalny sposób. Jakby w ogóle można było użyć słów: „naturalny” i „rynek” w tym samym zdaniu.

Podobnie jak i Tołstoj uważam, że zło i dobro to wartości obiektywne i każdy człowiek – jeżeli nie został jeszcze dogłębnie zdeprawowany - jest w stanie ocenić słuszność swojego lub czyjegoś zachowania. A wiedząc, co jest dobre, a co złe, można doskonalić siebie i świat dookoła (mam na myśli doskonalenie ludzkiego społeczeństwa – sam świat jest już wystarczająco doskonały). Problem jest taki, że obecnie ludzie zatracają, albo już zatracili obywatelski zmysł, nie wierzą, że mają wpływ na cokolwiek, stają się leniwi, odizolowani, zmuszeni przez kapitalizm do dbania tylko o własne interesy, o zapewnienie ciągłości i wysokiego poziomu konsumpcji, odwracają głowę od kwestii nie dotyczących ich bezpośrednio. Przestają utożsamiać się ze społecznością, z „plemieniem”. Tym samym znika największa broń przeciwko totalitaryzmowi ekonomicznemu i państwowemu – solidarność. Myślę, że ludzie ciągle w głębi duszy potrafią rozpoznać prawdę od fałszu, ale stali się duchowymi i społecznymi impotentami, i nie potrafią już sprzeciwić się oszustwu.

Nie będę tutaj pisał o całokształcie moich poglądów, dużo rzeczy przedstawiam w Jasnej Polanie, wybieram tam teksty, które uważam za ważne. Chciałem jedynie wyjaśnić, na czym opieram swój światopogląd społeczny i polityczny - na założeniu, że zasady moralne i prawda są proste, i największą obecnie potrzebą jest jasne zaznaczenie granicy między dobrem a złem - i wbrew intelektualnym wygibasom współczesnych sofistów, ta granica istnieje. Jeśli tego nie zrobimy, świat całkiem już wymknie nam się z rąk, będziemy tylko widzami.

Co jeszcze? Czuję, że wzmocniłem się jako osoba, bardziej wiem, czego chcę, mam silniejsze, niż wcześniej przekonanie, że chcę stosować się do pewnych zasad w życiu, bez względu na trudności.

Czuję się też wreszcie gotowy na wyjście poza granice „egoizmu”, robić coś nie tylko dla siebie, ale i dla świata, społeczności. Tak ciężko zobaczyć, że egoizm nas ogranicza, pozwala rozwinąć się tylko do pewnego etapu, ale będąc w jego środku, nie rozumiemy, że krokiem do dalszego rozwoju jest wyjście poza niego. Na razie dużo w tym teorii, broń boże nie mam na myśli, że wyzwoliłem się z egoizmu, do tego jeszcze długa, żmudna droga. Po prostu w silniejszy niż kiedykolwiek sposób uświadomiłem sobie potrzebę wyjścia poza siebie. Kiedyś myślałem, że satysfakcję, której mi brakuje, osiągnąłbym, znajdując odpowiednią dla mnie karierę. Nie myślę tak już. Trzeba pracować, żeby przeżyć, nie neguję tego, chciałbym jednak, żeby stało się to dla mnie sprawą drugorzędną. Powoli odkrywam rzeczy ciekawsze i ważniejsze od „kariery”. Budzi to we mnie niepokój - nie będę ściemniał - ale to dobry niepokój. Jak dreszczyk emocji przed rejsem dookoła światu albo lotem na księżyc. Wczoraj czytałem wstęp do „Losu Buntownika”. Autor napisał tam, że trzeba żyć tak, żeby robić dobrze i żyć ciekawie. Prosto napisane i mądrze. Co złego można oczekiwać, przyjmując taki drogowskaz?

Pojutrze wyjeżdżam do Kopenhagi. Skończył się okres cichej refleksji. Czas na skonfrontowanie przemyśleń i marzeń z rzeczywistością. Jeszcze nie załatwiłem mieszkania, czeka nas trochę papierkowych aranżacji, zawrót głowy, ale jak na razie optymizm jest silniejszy od stresu. Cieszę się, że znów mam szansę zetknąć się ze światem i ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Powiem szczerze, że nie znam wielu radości równych rozpoczynaniu od nowa w nowym miejscu. Tak – jest stres, zamieszanie, dużo wysiłku, ale krok w nieznane zawsze jest dla mnie, jak kiedyś oczekiwanie na święta. Rozumiecie – choinka, prezenty, poczucie obecności Wielkiego Ducha. Po prostu warto.

Nie wiem, kto to będzie czytał, ani na ile udało mi się przekazać nie tylko moje myśli, ale i autentyczny stan ducha. Szczerze próbowałem. W każdym bądź razie pozdrawiam, dzięki za odwiedziny, trzymajcie się.
Marcin

3 comments:

  1. BłOGOSłAWIENSTW WIELKIEGO DUCHA ... no i pomyślności

    ReplyDelete
  2. Dąbrowski pomocny.
    Wiele szczęścia i pomyślności Marcinsenie, za wszystko czym inspirujesz!

    ReplyDelete
  3. Dzięki. Potrzebuję wszystkich tych pozytywnych energii rzuconych w eter.

    ReplyDelete