Tuesday, 19 June 2018

Acapulco - sen

  Jednym z efektów ubocznych desmoksanu są realistyczne sny. Pomyslalem o tym przed zaśnięciem. I nie rozczarowałem się. To był piękny, smutny sen. Obudziłem się płacząc. Jest piąta rano, leżę w namiocie i czuję się dobrze. Większy, pełniejszy i wdzięczniejszy.

***

   Jest rok 1966. Moja ukochana jest w szpitalu psychiatrycznym. Jej schizofrenia nie pozwala jej odróżnić rzeczywistości od jawy. Nie rozpoznaje mnie, cierpi, jest niebezpieczna dla siebie i innych. Lekarze decydują się na lobotomię, żeby ulżyć jej cierpieniu. Żegnam się z nią. Ale coś się we mnie przekręca. Nie pozwolę miłości tak zgasnąć. Wychodząc z pokoju, przecinam rzemyki jej kaftanu bezpieczeństwa. Ona patrzy mi martwo w oczy, nie rozumiejąc, nie rozpoznając. Na zewnątrz mijam obojętnych lekarzy o bladych twarzach odbijających fluorescencyjne światło. Zamiast wyjść ze szpitala, rozbijam szybę alarmu przeciwpożarowego. Rozlega się ostry dzwięk. Wszyscy biegną na zewnątrz. Zawracam. Drzwi do pokoju mojej ukochanej są otwarte. Ona stoi oszołomiona i rozgląda się niepewnie. Nagle mnie dostrzega.
   - Marcin! - woła z uśmiechem. - Co się dzieje? Gdzie jesteśmy?         Chwytam ją za rękę.
   - Chodź szybko! Musimy uciekać!
   Nie rozumie, ale słucha mnie posłusznie. Przeciskamy się przez ludzi. Przy samych drzwiach dostrzega nas strażnik. Próbuje nas zatrzymać, ale wymierzam mu cios w twarz. Wybiegamy z budynku. Jest późny wieczór. Za szpitalem jest plaża. Biegniemy w stronę morza.
   - Czy to już koniec, najdroższy? -  pyta.
   Łzy lecą mi po policzkach. Nie odpowiadam. Biegniemu szybciej w stronę wody. Ona ściska mnie mocniej za rękę.
   - Pójdę z tobą wszędzie - mówi cicho.
   Łzy ściskają mi gardło. Wiem, że ona rozumie, co musimy zrobić.
   Jesteśmy już na plaży, piasek dotyka nam stop, biegniemy tak szybko, jak jeszcze nikt nie biegnął. Pod stopami nie ma już piasku, jest woda...zaraz się wszystko skończy...
   Unosimy się w powietrze. Biorę ja na ręce i lecimy coraz wyżej. Ona uśmiecha się zdziwiona.
   - Myślałam, że umrzemy.
   Patrzę na jej najpiękniejszą twarz, najcenniejszy uśmiech w którym dawno temu się zakochałem. Widzę też księżyc, gwiazdy, i jachty odpoczywające w dole na lśniących nocą falach.
   - Wiesz.... Miałam zły sen. Wszystko zapomniałam. Nawet ciebie. I mieszkały tam straszne potwory. 
   - Wiem, najdroższa. Ale ten sen się już skończyl. 
   Obejmuje mnie mocniej za szyję.
   - Uratowałeś mnie? Tak? 
   - Zawsze będę cię ratował. 
   Suniemy nad wodą jak mewy. Jest mi dobrze i smutno równocześnie. Wiem że mimo wszystko to jest pożegnanie. Ona też to wie. Kładzie mi głowę na piersi. 
   - Szkoda że tak krótko to trwało - mówię. 
   Chodzi mi o naszą miłość. I trochę o życie. Ale to jedno i to samo. 
   - Nie chcę jeszcze się żegnac - dodaję cicho. Czuję coraz większą rozpacz. - Chcę cię kochać do końca świata. 
   Podnosi twarz i uśmiecha się do mnie. 
   - Głuptasie. Nasza miłość jest wieczna. Nigdy się nie skończy. 
   Wiem że to nieprawda. Niezupełnie. Zostało nam bardzo niewiele czasu. Ale nic nie mówię. 
   Lecimy przez noc. 
   - Pamiętasz jak sie poznaliśmy? - pyta. 
   Co za głupie pytanie. Jak można zapomnieć dzień, w którym znalazło się dom? 
   - Chciałabym znów być w Acapulco. 

No comments:

Post a Comment