Thursday, 21 May 2009

Tak, byłem w Sacromonte...



Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę.

(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Po kilku dniach w Granadzie, poczułem się już trochę zmęczony miastem i ludźmi. Wypiwszy poranną kawę w kawiarence na Plaza Nueva, zaopatrzyłem się w chleb, owczy ser, sok pomarańczowy oraz butelkę Riojy i postanowiłem wspiąć się na Sacramonte, tyle tylko, że tym razem nie od strony Albayzin.

Szedłem tak jak pierwszego dnia, w stronę Abadin de Granada, ale zamiast iść prosto, drogą, która zaprowadziłaby mnie do zrujnowanego klasztoru, za radą spotkanego chłopaka z psem, skręciłem w lewo, w czarną metalową bramę. Już po chwili znalazłem się w sieci ścieżek, wijących się pomiędzy zamieszkałymi jaskiniami, gdzie w miniaturowych ogródkach wygrzewali się w porannym słońcu obdarci (a może to tylko moja wyobraźnia zasugerowała się barwnymi opisami Waltera Starkie z „Don Gypsy”) tubylcy.

Jaskinie z tej strony Sacromonte okazały się o wiele lepiej utrzymane i zadbane niż te od strony Albayzin. Tam są to raczej dziury w ziemi, otoczone złomem i gruzem, tutaj natomiast dobudowane ganeczki, drzwi i kable z elektrycznością, świadczyły o dobrej infrastrukturze i teraz mogłem zrozumieć, jak Vinia mogła zameldować się w jaskini.

Po kilku minutach zostawiłem osiedle za sobą i krętymi ścieżkami, które zaprowadziły mnie najpierw do rzadkiego lasu, dotarłem wreszcie na szczyt.



Atillo i Mateo obozowali w krzakach na samym szczycie i kiedy wyczołgali się z potarganego, krzywo rozbitego namiotu, od razu przyszli się przywitać i przy okazji spytać, czy mam coś do palenia. Poczęstowałem ich tabaką (choć nie o to dokładnie im chodziło) i spędziliśmy z godzinę na rozmowie. Pochodzili z Włoch, z Rzymu i planowali spędzić rok, podróżując po Hiszpanii i sprzedając artesanias podczas festiwali, w różnych miastach całego kraju. Poczęstowali mnie jabłkiem i powiedzieli, że jeśli chcę, mogę iść z nimi, a oni pokażą mi dzielnicę cygańską (która okazała się być górną częścią Albayzin).

Choć było jeszcze wcześnie, na ulicy już można było spotkać Cyganów, oferujących tanią trawę i haszysz. Atillo i Mateo zaopatrzyli się obficie, po czym rozstaliśmy się; oni poszli wziąć prysznic w domu jakichś przyjaciół, a ja zszedłem w dół, aż trafiłem do Mirador de San Nicolas.

Nazwałbym to miejsce Montmartre Granady. Jest to brukowany placyk otoczony murkiem, z widokiem na Alhambrę i Sierra Nevada, pełen młodych malarzy, oferujących swoje usługi siedzącym na murku turystom oraz handlujących koralikami i szkicami Alhambry włóczęgów i hipisów.

Kilka metrów po mojej prawej stronie cygański gitarzysta śpiewał pieśni flamenco, spłukując każdą łykiem wina i pociągnięciem haszyszowego skręta. Zdawało mi się, że rozpoznałem w nim Cygana, który grał w barze, do którego pierwszej nocy naszej znajomości zaprowadził mnie Eduardo, ale nie byłem tego pewny.

Słońce przyjemnie przypiekało mi plecy i pomyślałem, że chyba zostanę tu do wieczora. Nie miałem ochoty wracać do miasta. Wolałem spędzić mój ostatni dzień w Granadzie tutaj, czytając Lauriego Lee, pisząc w dzienniku i słuchając muzyki.

Jedyne miejsce z niezajętym cieniem (lub raczej z jego odrobiną) znajdowało się pod murkiem, gdzie wyłożyłem się w pozycji horyzontalnej i oddałem lekturze „I Can’t Stay long”.
Z neutralnego szumu rozmów wybił się nagle głośny szloch.
- Carmen! Carmen! Quiero solo ayudarte! (Chcę ci tylko pomóc!) – jasnowłosy dandys krzyczał przez łzy do telefonu.
- Nie rozłączaj się! Proszę! – wołał łkając, obojętny na otaczających go ludzi, przemierzając równocześnie plac szybkimi, długimi krokami, w najróżniejszych, przypadkowych kierunkach. Angielscy i niemieccy turyści przyglądali mu się z zaciekawieniem i przestrachem, ale miejscowi starsi panowie, oparci o laski, zaczęli się tylko śmiać oraz rzucać głośne komentarze, dotyczące cierpień miłości, okrucieństwa kobiet i płomieni pierwszego zauroczenia. Robili to jednak bez z złośliwości, ale raczej z sympatią i nostalgią.
W końcu dziewczyna musiał się rozłączyć, bo szloch chłopaka przeszedł w głośny jęk.
- Nie! Nie! – zawołał, po czym obojętny na resztę świata pobiegł uliczką gdzieś w dół, najprawdopodobniej pod okno tajemniczej i niedostępnej Carmen.

Tuesday, 19 May 2009

Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii...



Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy.
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Lista południowa:

1. W Vico, na małą wioskę zawalił się kilkuset tonowy głaz, który wisiał nad jej domami od setek lat. Przez jeden dzień przejęci mieszkańcy, na których zawalił się świat są w centrum uwagi całej Hiszpanii.

2. Kupiłem prezenty. Dla Tulasi czerwoną, kwiecistą sukienkę i misternie zdobioną szkatułkę z drewna, jakie na setki sprzedają arabsc
y handlarze. Dla Nicka kupiłem zestaw herbat o szumnie brzmiących nazwach, jak Cuentos de Alhambra, Esplendor Andaluci, Pasion Turca.

* * * * * * * * *

We wtorek po raz kolejny odwiedziłem Raices, miłą wegetariańską restaurację, w której najadłem się pierwszego dnia pobytu w Granadzie i gdzie, jak podejrzewam, zgubiłem pięćdziesiąt euro. Widząc jak moje konto w banku topnieje szybciej niż śnieg w kwietniowy, słoneczny dzień (facet, to ma być literackie porównanie?!), zamówiłem tylko jedno danie. Patatas de la Casa, czyli frytki zalane śmietaną i obsypane smażonymi pieczarkami. Do tego cierpka Rioja i sernik jagodowy na deser.

Znów obsługiwała mnie ta sama, miła dziewczyna co ostatnio. Długie kręcone włosy, szczery uśmiech i miła twarz; wprawdzie pozbawiona klasycznej, zmysłowej urody, ale ładna dzięki przebijającej z wewnątrz przyjacielskości i prostocie. Bardzo lubię takich ludzi i miałem ochotę porozmawiać z nią przez chwilę, ale po kilku latach pracy w restauracjach wiem, jak męczący są klienci, którzy w godzinach szczytu próbują uszczęśliwić obsługę przyjazną konwersacją.

Sama restauracja też zrobiła na mnie duże wrażenie. Menu mieściło się w grubej, opatrzonej zdjęciami i szczegółowymi opisami księdze i jako były kucharz wiedziałem ile wysiłku kosztuje zaprezentowanie tak zróżnicowanego wyboru potraw. Ceny również były przystępne i gdybym był krytykiem gastronomicznym, Raices dostałoby dziesięć gwiazdek, na dziesięć możliwych.

* * * * * * * * *

Pomimo wyśmienitego posiłku, przegrywałem pojedynek z depresją. Próbowałem walczyć głównie z tego powodu, że chciałem opublikować zapiski z podróży; albo w jakimś czasopiśmie, albo przynajmniej w internecie, a komu chce się czytać o czyichś mentalnych problemach, skoro większość z nas ma swoje? W końcu dałem sobie spokój z próbowaniem na siłę i wrzuciłem na luz. Najważniejsza jest autentyczność i naturalność.

Za oknem było już prawie ciemno. Wysmarowałem swędzącą wysypkę kremem, który w ogóle nie działał, ale nie chciałem rezygnować z choć minimalnego efektu placebo, tym bardziej, że wizytę u lekarza miałem dopiero w następny poniedziałek. Programy w telewizji były marnej jakości, być może jeszcze gorszej niż standardowa, europejska sieka. Nie chciało mi się jeszcze spać, tak więc choć czułem się leniwy i słaby, postanowiłem połazić jeszcze po ulicach i być może napić się piwa w jakimś małym, przyjaznym barze z dobrą muzyką.

Na korytarzu natknąłem się na hospitalero, który stojąc na drabinie, wkręcał żarówkę.
- Hola caballero! Idziesz na spacer? – zawołał do mnie przyjaźnie.
- Buenas tardes. Tak, ileż można siedzieć w pokoju?
- Dziś jest piękny i ciepły wieczór. Doskonały wieczór na spacer.



Faktycznie wieczór był przyjemny, muskany ciepłą bryzą i przesiąknięty zapachem wiosennych kwiatów z pobliskiego parku. Towarzystwo przechodniów, oraz hałas samochodów i skuterów przegoniły trochę kąsającą samotność. Na Plaza Nueva zastałem grupki włóczęgów, pijących piwo z litrowych, pękatych butelek, kelnerów powoli sprzątających krzesła, marokańskich sklepikarzy, wypatrujących ostatnich klientów i spoglądających z niezdecydowaniem na zegarek oraz przyglądających się przechodniom policjantów. Doszedłem aż na Plaza de St. Anna, gdzie usiadłem na chwilę na ławce, słuchając dobiegającej z nad rzeki melodii granej na flecie.

* * * * * * * * *

Kiedy doszedłem pod Catedral, panowała już noc. Na placu ciągle było jeszcze kilka osób, głównie zakochane pary. Gdzieś na innej ulicy, niewidoczny, stary Rumun, grał coś smutnego na akordeonie. Pod bramą katedry zobaczyłem początkujących cyrkowców, którzy ćwiczyli jazdę na unicyklu, korzystając z nocy, zapewniającej mniejszą liczbę gapiów.



Później dołączył do mnie Paco, kelner. Opowiedział mi jak nienawidzi swojej pracy, w której czuje się jak niewolnik, ale niedawno zakochał się i ożenił, tak że musiał wziąć się za jakąś robotę. Poradził mi też, że jeśli kiedykolwiek będę chciał kupić dobry haszysz, powinienem pójść do przejścia podziemnego, pod parkiem El Triunfo, gdzie muszę wypatrywać młodych Marokańczyków.

Kiedy Paco poszedł odpocząć przed kolejnym dniem zmagań, o mało co nie najechał na mnie chłopak, sunący szybko na biurowym krześle. Za nim biegła zmieszana dziewczyna, która rzuciła mi przepraszające spojrzenie i podniosła w biegu, zgubiony przez jej towarzysza but.

Był też pies, a zakochani cyrkowcy zaczęli całować się namiętnie obok porzuconego unicykla. Trochę dalej, po drugiej stronie placu, młody, czarny jak smoła Afrykańczyk wracał do domu, po całym dniu sprzedawania na ulicy pirackich płyt i chyba z przyzwyczajenia przemykał pod ścianą, rozglądając się ukradkiem na boki.

Zaczęło robić się coraz chłodniej i prawie umilkł szum pojazdów, które dziś już senne, jutro znów miały z rykiem opanować ulice.

Licha, niedokończona katedra i złociste światło latarni.

Lśniący w księżycu granatowy bruk.




Sunday, 17 May 2009

Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.



Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Poranek przywitał mnie jednoznacznym błękitem oszlifowanego diamentu nieba. Choć w cieniu chłód ciągle jeszcze szczypał, to z minuty na minutę, zamiast szukać słonecznego blasku, instynktownie zacząłem przylegać do popękanych, białych ścian, które kusiły ożywczym cieniem. Niezdecydowany co do tego, gdzie uraczyć się mleczną kawą, w końcu skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie poranny, niedzielny spokój, w niczym nie przypominał wczorajszej atmosfery festynu. Zamówiłem kawę, oraz tosta z masłem i dżemem, po czym na pół godziny zawędrowałem razem z Laurie Lee do przedwojennej Segovii i Madrytu.

Był to inny świat od tego, który miałem przed swoimi oczami teraz; biedniejszy, oryginalniejszy i niewinny, na rok przed bratobójczą wojną, której cienie do teraz prześladują Hiszpanię. Niektóre rzeczy pozostały jednak takie same. Ciasne kafejki z dumnymi i smutnymi (nierzadko bezczelnymi) kelnerami, zmęczeni i brzydcy żebracy, monotonnie i mechanicznie zbierający swoje grosiki, których pokornym prośbom, zaprzeczają chytre i nieprzyjemne oczy. Oprócz tego flamenco, słońce, Cyganie, choć dziś już nie tak malowniczy jak wtedy i oczywiście turyści, którzy w krótkim okresie Republiki, zalali Hiszpanię w poszukiwaniu słońca i wrażeń.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy w końcu nie zwiedzić Alhambry i nawet wdrapałem się pod samą jej bramę, ale okazało się, że dostępne są tylko dwa rodzaje biletów – jeden ważny od ósmej do czternastej, a drugi od czternastej do dwudziestej, doszedłem więc do wniosku, że tak jak planowałem wcześniej, wolę jednak pójść tam wieczorem. W sklepiku z pamiątkami kupiłem mały przewodnik po pałacu i zszedłem z powrotem w dół, w stronę rzeki, a następnie do Albayzin, gdzie dobiegające ze sklepu z pamiątkami (Galeria Albayzin na Plaza del Salvador) dźwięki grającej flamenco gitary, skusiły mnie, żeby usiąść na zanurzonej w cieniu kamiennej ławce.

Wyraźnie znudzona dziewczyna, która, jak mi się wydawało prowadziła sklepik, wyszła na zewnątrz, usiadła na murku i zaczęła czytać jakąś książkę, do momentu, gdy młody, jasnowłosy chłopak nie przywitał jej dźwięcznym „Hola guapa!”. Kiedy odpowiedziała, zaskoczył mnie jej przyjemny, melodyjny głos, w ogóle nie pasujący do jej zwalistej, prawie otyłej figury i czarnych, zniszczonych trwałą ondulacją, błyszczących (pewnie polakierowanych) włosów. Towarzystwo chłopaka sprawiło, że przestała się garbić, porzuciła swoją niedbałą, leniwą postawę, na rzecz zalotnej pozy, lekko podkreślającej wcięcie talii i figlarnie przekrzywiła głowę.

Wyżej, ponad areną starożytnej, męsko-damskiej gry i ponad dźwiękami zawodzącego flamenco, przed moimi oczami rozciągało się zbocze Sacromonte (Świętej Góry), nad której twarzą, pooraną bliznami jaskiń, wznosiła się dumna korona arabskiego muru, pozostałość innego, ciągle jeszcze niezapomnianego tutaj świata.

Z mojej ławki mogłem widzieć obydwa miejsca, w których wczoraj odpoczywałem; kamieniste wzniesienie, gdzie byłem świadkiem zaciekłej kłótni tłustej starej Hiszpanki i jej konkubenta – nerwowego, kościstego Marokańczyka, a po lewej, pod samym murem, strome, ukryte pośród drzewek zbocze, u stóp biało-brązowego budynku, gdzie cieszyłem się drzemką.



* * * * * * * * *

Drugie śniadanie postanowiłem zjeść w El Triunfo; małym parku, kilkanaście minut spaceru z Plaza Nueva. W niedzielę, w Hiszpanii większość sklepów jest pozamykana, ale udało mi się znaleźć mały, kiepsko zaopatrzony, chiński sklepik. Kupiłem chleb, ser, oliwki, karczochy i rozłożyłem się w cieniu, na betonowej ławce, ukrytej wśród drzew. Niedaleko ode mnie, leżał na kartonie starszy pan, Marokańczyk, który z wdzięcznością przyjął zaproszenie do posiłku.

Kiedy skończyliśmy jeść, staruszek poszedł kontynuować drzemkę, a do mnie zbliżył się wielki facet, około pięćdziesiątki, o wyłupiastych brązowych oczach i szczerbatym uśmiechu.
- Buen dia nino, nie przeszkadza ci, że sobie z tobą usiądę?
Z radością przyjąłem towarzystwo i zrobiłem trochę więcej miejsca na ławce. Wielki mężczyzna wyciągnął z kieszeni grubego skręta.
- Zapalisz porrito?
- Trawa, czy czekolada?
- Trawa, trawa, nie palę czekolady, za bardzo uderza do głowy.
Zaciągając się pachnącym jointem, Pepe zaczął wychwalać Granadę i Andaluzję jako miejsce, którego zazdrości im cały świat. Po chwili wyciągnął z plecaka butelkę rozrobionego z Fantą wina i pociągnąwszy dużego łyka, podał mi trunek. Prawie nie poczułem alkoholu w tej miksturze, ale i tak byłem na leciutkim rauszu, skończywszy przed chwilą wino, którego zostało mi trochę z wczoraj.

Pepe należał do typu dużych, żartobliwych i gadatliwych olbrzymów, którzy w jakiś sposób są w stanie znaleźć wspólny język z każdym i których rubaszność zmieszana z grubiaństwem sprawia, że jesteś w stanie dużo im wybaczyć. Pepe słysząc, że lubię podróżować, wyciągnął komórkę i zaczął pokazywać mi z dumą swoje zdjęcia z podróży do Włoch i do Belgii, opowiadając o górach po jakich się wspinał i winach które próbował.

Później przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Pepe zaczął okazywać zainteresowanie otoczeniem.
- Hombre, patrz na tę sikorkę – oblizując się, wskazał głową na spacerującą niedaleko, młodą, cycatą dziewczynę. Po chwili zagwizdał na chudą Cygankę w średnim wieku i na krótko ostrzyżoną, drobną punkówę. Jakby czytając moje myśli, wyjaśnił:
- Dla mnie nie ma znaczenia, czy kobieta jest chuda, gruba, ładna, młoda, stara, czy brzydka. Ja widzę tylko ich kobiecość, esencję i nic ponad to.
- Y usted jest żonaty? – spytałem.
- Właśnie dlatego nie jestem! Dlaczego miałbym unieszczęśliwiać jakąś mujer? Nigdy nie wytrzymałbym z jedną.

Musiałem przypaść mu do gustu, bo powiedział mi, żebym zaczekał, a on w tym czasie przyniesie drugie wino. Nie zdążyłem nawet napisać pięciu zdań w swoim dzienniku, kiedy był już z powrotem, z kartonem najtańszego wina (Don Simon) i butelką Fanty. Sprawnie rozrobił trunek z oranżadą, w dwóch plastykowych butelkach, z których jedną podał mi, a drugą położył na ławce, obok swojej ręki.

Posiedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, komentując grających na bębnach rastamanów, którzy siedzieli kilka ławek dalej i każdą dziewczynę, która zjawiła się w zasięgu wzroku, tzn. Pepe komentował, a ja zgadzając się, albo i nie, i tak potakująco kiwałem głową.

W końcu zostawiłem go ze starszym panem, który przysiadł się na naszą ławkę i ruszyłem po raz kolejny w stronę starego miasta.

Friday, 15 May 2009

Mądrość Greka Zorby.



— Jak sądzisz, szefie? Bóg istnieje czy nie? A jeśli istnieje — bo wszystko jest możliwe — to jak go sobie wyobrażasz?
Wzruszyłem ramionami.
— Widzisz, nie śmiej się ze mnie, ale ja przypuszczam, że Bóg podobny jest do mnie, tylko wyższy, silniejszy, z większą fantazją, i do tego nieśmiertelny. Siedzi wygodnie na miękkich jagnięcych skórkach, a jego barak — niebo — nie jest sklecony ze starych kanistrów jak nasz, tylko z obłoków. W prawej dłoni nie trzyma miecza ani wagi — to dobre dla rzezimieszków i sklepikarzy. On dzierży wielką gąbkę nasyconą wodą jak chmura deszczem. Po jego prawej stronie znajduje się raj, po lewej piekło. Przychodzi biedna dusza — nagusieńka, bo nie ma ciała — i drży. Bóg spogląda na nią i uśmiecha się pod wąsem. Wnet jednak przybiera groźną minę. “Chodź tu — powiada grzmiącym głosem. — Chodź tu, przeklęta!" — i zaczyna ją wypytywać. Dusza rzuca się do stóp Boga. “Litości! Przebacz mi!" — woła, a potem wylicza swoje grzechy. Recytuje je niby litanię bez końca, Bóg wkrótce ma tego dość i ziewa. “Zamilcz już — krzyczy — głowa mi pęka!" — i szast-prast, jednym machnięciem gąbki ściera wszystkie grzechy. “Wynoś się do raju! — mówi. — Piotrze, pozwól wejść tej nieboraczce!" Bo musisz wiedzieć, szefie, że Bóg jest wielkim panem, a wielkość to przebaczenie.

"Grek Zorba" Nikos Kazantzakis.

Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?



Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Otworzyłem oczy i bez powodzenia spróbowałem przełknąć nieobecną ślinę. „Pić…” jęknąłem. Po chwili jęknąłem jeszcze raz, uświadamiając sobie, że nie mam żadnego soku, ani nawet wody, żeby ugasić pragnienie. Dotyk chłodnej posadzki mojego hotelowego pokoju otrzeźwił mnie trochę i pomógł odzyskać zmysł równowagi. Poczłapałem do kuchni, w wyobraźni widząc już jakiś zapomniany przez hospitalero karton soku pomarańczowego. W końcu znalazłem tylko cytrynę, którą wycisnąłem do dzbanka wody i tak zaopatrzony wróciłem do pokoju. Kiedy wreszcie ugasiłem pierwsze pragnienie, spróbowałem uporządkować chaotyczne i mgliste wspomnienia z drugiej połowy wczorajszego dnia.

Z El Triunf, tak jak planowałem, wróciłem do centrum starego miasta. Mijając Plaza Nueva, poprzez Carrera del Darro doszedłem do Plaza de St. Anna, pod Alhambrą i spędziłem tam kilka godzin, czytając w blasku słońca (o czym świadczyła moja piekąca, czerwona twarz) i paląc kiepską tabakę.

Kiedy zacząłem już tracić zainteresowanie książką, usłyszałem głośną muzykę - coś wesołego z lat dwudziestych. Podniosłem głowę i zobaczyłem ubraną w spódniczkę z trawy dziewczynę, pląsającą jak szalona, niczym pijana artystka z moskiewskiego cyrku. Dziewczyna, która miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego, wkrótce przyciągnęła uwagę ludzi odpoczywających na okolicznych ławkach i klientów pobliskiego baru, siedzących wygodnie pod osłaniającymi ich od palącego słońca parasolami. Pokaz trwał z piętnaście minut. Choć taniec nie był profesjonalny i czasami wydawał się przypadkowym zlepkiem kroków i podskoków, to spodobał mi się entuzjazm, z jakim go wykonywała. Kiedy skończyła, wrzuciłem jej monetę i zaproponowałem papierosa i łyk wina, co przyjęła z wdzięcznością.
- De donde eres? (Skąd jesteś?) – spytałem.
- Soy Polaca.
- Hej! Ja też!



Dziewczyna pochodziła gdzieś z północy Polski i mieszkała w Granadzie już od czterech lat, kiedy to przyjechała autobusem, zobaczyć jak wygląda Hiszpania i ostatecznie spodobało się jej tak bardzo, że została. Teraz mieszkała w jaskini na Sacromonte, gdzie, jak z dumą ogłosiła, udało się jej ostatnio nawet zameldować. Wyciągnąłem z niej tylko jej lokalne imię – Vinia.
Kiedy zaczęła przygotowywać się do kolejnego występu, pożegnałem ją i skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie chciałem zjeść pozostałości z obiadu (chleb, ser i oliwki) i dokończyć butelkę wyśmienitej Riojy.

Tam właśnie spotkałem Eduarda – Baska, któremu zawdzięczałem większą część mojego siarczystego kaca.
Kiedy jadłem, obok mnie, na ziemi usiadł długowłosy chłopak, w moim wieku i zaczął czytać książkę. Kiedy skończyłem jeść, rozgrzany towarzysko po dzisiejszych spotkaniach, wyciągnąłem do niego butelkę.
- Napijesz się?
Brodaty, ciemnowłosy chłopak o czystych, sympatycznych oczach przyjął poczęstunek i powiedział żartobliwie:
- Szkoda, że nie podzieliłeś się swoim obiadem. Wyglądał przepysznie – i przysiadł się bliżej, wyciągając rękę.
- Eduardo.
- Martin – odpowiedziałem mocnym uściskiem.



Rozmowa szła nam przyjemnie i wartko. Eduardo był młodym architektem, który niedawno dostał pracę w Granadzie i pochodził z małej wioski, gdzieś w Pais Basko. Po chwili okazało się, że obaj dzielimy doświadczenie Camino de Santiago i następną godzinę poświęciliśmy na grę zgadywania i przypominania sobie kolejnych miast, albergues i hospitaleros z trasy.

Kiedy skończyliśmy wino, Eduardo zaproponował, że kupi następne i pobiegł do pobliskiego, jedynego otwartego w niedzielę sklepu.

Kiedy wrócił, rozmawialiśmy jeszcze o Hiszpanii, wojnie domowej, rewolucji (przy czym próbowałem go bezskutecznie przekonać, że jeśli rewolucja ma się gdzieś zacząć, to właśnie tutaj, w Hiszpanii), o Anglii, Bogu, jego życiu, moim życiu. W połowie butelki dołączyło do nas kilku jego przyjaciół, i wkrótce stworzyliśmy całkiem sporą i głośną grupkę. W międzyczasie zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wszyscy stwierdzili, że trzeba by znaleźć jakieś schronienie. Wreszcie większość zdecydowała się pójść do domu jednego z chłopaków, żeby kontynuować imprezę, ale Eduardo nie był zbytnio zainteresowany, więc odłączyliśmy od reszty i za jego namową poszliśmy na piwo i tapas do najbliższego baru.

Odwiedziliśmy dwa lokale, ale nie pamiętałem ani ich nazwy, ani nazwy ulicy, bo w tamtym momencie rzeczywistość zaczęła dla mnie wyglądać trochę mętnie i abstrakcyjnie. Z pierwszego baru pamiętam, kiedy założyłem się z Eduardem, że zaproszę do naszego stolika dwie Japonki, które samotnie popijały piwo przy bufecie. Pamiętam jak zmroziły mnie wzrokiem i ostentacyjnie odwróciły głowy w drugą stronę.
- Don Juany to z nas nie są – powiedziałem teatralnie smutnym głosem do Eduardo i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, przeklinając naszą nieatrakcyjność.

W drugim barze zabawiliśmy dłużej i to tam rzeczywistość z abstrakcyjnego, ale ciągle dość ostrego obrazu, przeszła w wirującą i dźwięczną mgłę.
Dwóch młodych Cyganów grało na gitarach, śpiewając z życiem i energią pieśni flamenco, podczas gdy kilka dziewczyn w kolorowych spódnicach klaskało i tańczyło ze skupieniem, pogrążone w spoconej, erotycznej i wibrującej medytacji. Obydwoje z Eduardo nie mogliśmy oderwać oczu od tej sceny i następną godzinę spędziliśmy, wpatrując się w tę spontanicznie powstałą juergę, kiwając tylko do rytmu głowami.

Nie wiem o czym myślał Eduardo, dla którego, jako Baska, ta scenka pewnie również była czymś egzotycznym, ale ja byłem kompletnie pogrążony w odurzającej zazdrości, wiedząc, że jestem tutaj, w tym kraju tańca i miłości, którym Hiszpania ciągle jeszcze jest, tylko gościem, duchem z innego świata, który przysiadł w tym starym barze i z nostalgią przysłuchuje się ognistym gitarom, pośród żywych ludzi, którzy nie mogą go zobaczyć.

W końcu, z kolejnym łykiem trunku zawirował mi świat. Z Eduardem za przewodnika, dotarłem jakoś do swojego hoteliku, a po chwili spałem już jak dziecko, ciągle słysząc smutno-radosne dźwięki strun i ochrypłe głosy Cyganów z innej epoki.



Tuesday, 12 May 2009

Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.



Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Zdecydowałem, że tego dnia też nie pójdę do Alhambry. Stwierdziłem, że to dopiero mój drugi dzień w Granadzie i nie chcę „zużyć” wszystkich jej atrakcji.

Po południu znalazłem w miarę miły hotelik. Też osiemnaście euro, ale o wiele przyjemniejszy, a oprócz tego okazało się, że w pokoju mam grzejnik i telewizor.

Wziąłem prysznic, rozpakowałem się (postanowiłem zostać tam do czwartku) i obejrzałem prawie całą „Planetę Małp” z '68 roku, z Charltonem Hestonem w roli głównej.

Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach odpoczywania, znowu wyszedłem na ulicę. Usiadłem na murku, na Plaza de St. Anna, z Alhambrą za moimi plecami i… nic. Widziałem jak dookoła mnie pulsuje życie towarzyskie, grupki dumnej, kolorowej młodzieży grają na gitarach i bębnach, popijając wino, paląc skręty, popisując się przed pięknymi dziewczynami swoim żonglowaniem, albo pięknym głosem, ale zamiast czuć radość, poczułem ukłucie zazdrości.

Poniżej, nad rzeką również siedziało parę osób, pijąc schłodzone w rzece piwo, w przytulnym odosobnieniu zarośli i skał. Dwie dziewczyny grały na kastanietach i tamburynie, podczas gdy brodaty, dwudziestokilkuletni chłopak, w kolorowym, zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, uderzał mocno w struny gitary i śpiewał coś, co ciężko było mi rozpoznać, poprzez szum rzeki i gwar rozmów z pobliskich barów i kawiarenek.

Lista jednopunktowa:

1. Jestem smutnym gościem, który wpadł tu tylko na chwilę i wie, że ma za mało czasu, żeby naprawdę posmakować tej ulicy i tego miasta, z jego tajemnicami, które ci bezczelni, nie obawiający się wcale raka płuc młodzieńcy, znają jak własną kieszeń. Dla nich to po prostu dom, o dumnej, czasami wstydliwej historii, pełen beztroski i pierwotnej wiary w kult prawdziwego mężczyzny, oraz krwawej, ciężkostrawnej kuchni, której nigdy nie spróbuję. W Hiszpanii tak wielu młodych ludzi próbuje pokazać swoją niezależność i naturalny opór wobec zorganizowanej kontroli państwa i instytucji. Bunt ten jednak, nie przeszkadza im być dumnym z urodzenia się Hiszpanem, Andaluzyjczykiem, Baskiem, Gallego, czy Katalończykiem.

Nie mitologizuję Hiszpanów. Tak jak wszędzie, tak i tutaj są różni ludzie i problemy. Myślę jednak, że ten kraj, jako jeden z nielicznych w Europie (a być może jedyny w Europie Zachodniej), zachował w sobie ogień indywidualności, który w innych krajach coraz bardziej gaśnie.

Wędruję myślami do lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to Hiszpania tętniła rewolucyjnym życiem, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi zostało porwanych przez socjalistyczne i anarchistyczne idee równości i nitscheańską wiarę w moc ludzkiego ducha. Ze wszystkich państw Europy Zachodniej, tutaj rewolucja była chyba najbliższa wybuchowi. Ciekawie byłoby zobaczyć jak wyglądałaby ona w wykonaniu Hiszpanów, którzy są przecież tak inni od Rosjan, czy Chińczyków. W czasie wojny domowej, pomiędzy '34, a '36 rokiem, połowa kraju była w rękach republikanów, jednak przy wsparciu Hitlera i Mussoliniego, Franco musiał wygrać tamtą wojnę.

Nie tylko Hiszpanów porwał duch walki. Wkrótce powstały Międzynarodowe Brygady, które zasiliły tysiące ludzi z całego świata, w tym między innymi George Orwell, czy też Laurie Lee. Oprócz tego byli też nasi „Dąbrowszczacy”, polscy obywatele walczący w Hiszpanii przeciwko Franco, których ogółem, w wojnie brało udział około pięciu tysięcy osób.

* * * * * * * * *

Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, że słońce zaszło już za Pałacem Królów i dopiero chłód wyrwał mnie z odurzających wizji walki o słuszną sprawę. Tłum na placyku zelżał już o jakąś połowę. Dystyngowane panie z dziećmi oglądały z zainteresowaniem wyczyny dredziastych żonglerów. Grupka eleganckich, pachnących perfumami Marokańczyków o wyżelowanych włosach, rozmawiała o czymś z ożywieniem, podczas gdy ich gardłowy, arabski język, dziwnie pasował i równocześnie nie pasował do tego miejsca i wieczoru. Radosne, spuszczone ze smyczy psy zawierały nowe znajomości, a zmęczeni, angielscy turyści robili zdjęcia znikającej w zmierzchu Alhambrze, oraz przyglądali się ze znudzeniem i niezrozumieniem, głośnym, ruchliwym tubylcom.

Pomyślałem sobie, że jutro z pewnością odwiedzę Alhambrę. Może, jeśli będę miał szczęście i wewnętrzną muzykę, która grała mi teraz, poczuję tam coś szczególnego. Jak bohater „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, który przechadzając się po uliczkach wymarłego miasta pięknej, odeszłej już w przeszłość cywilizacji, był w stanie choć przez chwilę usłyszeć zapomnianą muzykę i zrozumieć słowa martwych, marsjańskich poetów.

Mała dziewczynka, bawiąc się w chowanego z mamą i tatą, schowała się za filarem ławki, na której siedziałem i patrząc mi poważnie w oczy, przyłożyła do nosa palec i wyszeptała: „Tsssss…”, a po chwili już jej nie było.

Monday, 11 May 2009

Śmiech to zdrowie.

Planowałem, że na tym blogu będę zamieszczał tylko teksty literacko-podobne, ale ten filmik to prawdziwa poezja:)

Tuesday, 5 May 2009

Pocałunek nieśmiertelności.



Pocałunek nieśmiertelności.
(sen)

Byłem młodym mężczyzną, niedocenionym poetą, mieszkającym w maleńkim pokoiku na poddaszu, w jakimś wielkim mieście. Nie miałem pieniędzy, bywałem głodny, a do tego zakochałem się w dziewczynie z bogatej rodziny. Niestety byłem zbyt nieśmiały, żeby do niej zagadać i jedyne na co mogłem się odważyć, to marzyć o niej.

Któregoś wieczoru, kiedy chłodna noc skryła się pod płaszczem gęstych chmur, usłyszałem pukanie do drzwi. Nigdy nie miałem gości, a już z pewnością nie o tej porze. Zdziwiony otworzyłem drzwi, za którymi stał wysoki, poważny mężczyzna. Choć było w nim coś złowrogiego, poczułem że nie mam się czego obawiać. W jakiś sposób wiedziałem, że przyszedł jako mój przyjaciel.
- Chodź ze mną chłopcze i nie zadawaj pytań – powiedział cicho.
Bez słowa wziąłem do ręki płaszcz i poprawiwszy długie włosy, skinąłem na mojego gościa, że jestem gotowy. To było dziwne, ale w pełni mu ufałem. Poza tym przeczuwałem nadejście wielkich zmian w moim życiu. Mogłem czuć w powietrzu zapach przygody i wiedziałem, że nadchodzi moment, na który długo czekałem; wreszcie zobaczę, co kryje się po drugiej stronie rzeczywistości.

W korytarzu natknęliśmy się na mojego sąsiada-dziwaka, z którym nigdy nie udało mi się zamienić ani słowa. Miałem wrażenie, że mną pogardzał, choć sądząc z jego ubioru, wcale nie był w lepszej sytuacji niż ja. Jak zwykle nie zwrócił na mnie uwagi, ale o dziwo ukłonił się z szacunkiem Nieznajomemu. Domyśliłem się, że wiąże ich jakaś tajemnica, którą wkrótce miałem poznać ja sam.
Wyszliśmy na czarną ulicę pachnącą zgniłymi liśćmi i deszczem.

Czułem się odświętnie, wiedząc, że wkrótce zdarzy się coś cudownego i strasznego zarazem. Choć była noc, w bladym świetle gazowych latarni, byłem w stanie przyjrzeć się Nieznajomemu. Ubrany był w czarny, długi płaszcz, spod którego wystawał kawałek pochwy na szablę. Podobnie jak ja, miał długie, czarne włosy, które związane, ciasno opinały jego głowę i tylko kilka kosmyków opadało na wysokie, dumne czoło. Jakby wyczuwając mój badawczy wzrok, odwrócił się w moim kierunku i uśmiechnął się szeroko.
Wtedy właśnie pierwszy raz zobaczyłem jego zęby i zdałem sobie sprawę, że Nieznajomy jest wampirem. Jednakże pomimo niezwykłości sytuacji, nie poczułem żadnego strachu. Wręcz przeciwnie, moje podniecenie jeszcze się zwiększyło.
- Wiesz po co przyszedłem? – zapytał, ciągle się uśmiechając.
- Nie mam pojęcia.
- Obserwowałem cię od dawna. Dziś chcę pokazać ci moje życie. Pod koniec nocy będziesz mógł zadecydować, czy chcesz otrzymać mój dar.
Serce zabiło mi mocniej i nie mogłem ukryć radości. Jednak miałem rację! Dziś w nocy miało zdarzyć się coś szczególnego!
Nieznajomy pokiwał głową, tym razem już poważny i powiedział:
- Zaczekaj, aż skończy się noc.




Po kilkunastu minutach zagłębiliśmy się w dzielnicę, która w całym mieście miała złą sławę. Nie czułem strachu, dopóki nie zobaczyłem, że mój przewodnik rozgląda się z niepokojem dookoła. W jakiś sposób wiedziałem, że nie boi się o siebie, ale o mnie. Przyśpieszyliśmy kroku, który nagle zaczął odbijać się głośnym echem, w złowrogich uliczkach-pułapkach. Wkrótce do stukotu naszych kroków dołączyły się nowe dźwięki – chichotanie, pijackie piosenki w dziwnym języku, przechodzące w poważne, mroczne modlitwy, groźby, których nie mogłem zrozumieć.
Zacząłem naprawdę się bać.
- Biegnij – rzucił Nieznajomy i w geście obrony, rozpostarł swój płaszcz, który wydawał się stapiać z ciemnością dookoła nas. Nie potrzebowałem zachęty. Biegliśmy jak szaleni. Wiedziałem, że od tego zależy moje życie. Zdawałem sobie sprawę, że sam już dawno wpadłbym w ręce naszych prześladowców i tylko moc mojego nowego przyjaciela pozwala mi biec tak szybko.
W pewnym momencie, gdy wydawało się, że zostawiliśmy nasz pościg daleko za sobą, Nieznajomy nagle skręcił w bramę i po chwili byliśmy już na schodach starej kamienicy.
Wreszcie mogłem złapać oddech.
- Kim oni są? – spytałem zdyszany.
Nieznajomy nakazał mi gestem milczenie, po czym szeptem wyjaśnił, że są to wampiry, jak on, które widzą we mnie ofiarę, na której chcą się pożywić, a nie adepta mocy, którym jestem dla niego. Następnie wyjaśnił, że całe miasto pełne jest różnych istot, energii i krain, ukrytych w innych wymiarach, które czają się w nigdy nie uczęszczanych uliczkach. Nasz dzienny świat jest tak naprawdę tylko małym i nudnym wycinkiem rzeczywistości.

Nagle ktoś z wściekłością uderzył w drewniane drzwi. Nieznajomy wskazał na schody prowadzące na górę. Zanim nasi prześladowcy rozbili drzwi, udało nam się schronić w jednym z mieszkań. W ciemnym, pachnącym dymem pokoju, siedziała stara kobieta, która popatrzyła na nas z zaciekawieniem, ale nie odezwała się ani słowem. Po chwili usłyszeliśmy uderzenia, drwiące krzyki i drapanie w drzwi, za którymi znaleźliśmy schronienie.
Stara kobieta nie spuszczała z nas wzroku, aż w końcu wskazała na zakratowane okno którego wcześniej nie dostrzegliśmy. Nieznajomy wyrwał kraty jednym ruchem i po chwili znów biegliśmy, tym razem skacząc po dachach i balkonach. Choć czułem strach, na myśl o tym, co mogą nam zrobić ścigający nas mordercy, to było w tej ucieczce coś przyjemnego – pęd, adrenalina i świadomość przeżywania czegoś niezwykłego.

Wreszcie się zatrzymaliśmy. Był to ostatni dach, za nim nie było już nic. Nieznajomy odwrócił się do mnie.
- Nie możemy już dalej uciekać. Przykro mi, że naraziłem cię na to, ale teraz nie masz już wyboru: jeśli zostaniesz człowiekiem, oni cię zabiją. Jeśli zdecydujesz się na moje ukąszenie, będziesz taki jak ja. Wtedy nic nie będą mogli ci zrobić.
- Nie martw się. Nawet gdybyśmy ich nie spotkali, podjąłem decyzję, kiedy tylko zobaczyłem cię w drzwiach. Zrób to.
Nie tracąc czasu chwycił mnie w ramiona, jakby do pocałunku i wgryzł się w moją szyję. Ból był straszliwy. Miałem wrażenie, jakby z jego zębów wylał się jad, który zatruł moją krew ogniem i kosmiczną próżnią. Poczułem jak wycieka ze mnie życie i zwiędłem w jego ramionach, jak marionetka. Po kilku chwilach jednakże, poczułem, że wlewa się we mnie nowe życie: mocniejsze, głębsze i bardziej soczyste, niż to, którego zostałem właśnie pozbawiony.

W tym momencie dopadł nas pościg i znów zaczął się ból. Tym razem jednak wiedziałem, że nic nie mogą nam zrobić. Rzucili się na nas jak dzikie zwierzęta i zaczęli szarpać nas i gryźć w złości, widząc, że jednak, w jakimś sensie udało mi się uciec. W końcu wyładowawszy na nas swoją złość, odeszli w ciemność, szukać nowej ofiary, a my zostaliśmy sami, na wysokim dachu, leżąc i wracając do sił.

Po kilku, może kilkunastu minutach udało mi się wstać. Wciągnąłem w płuca zimne powietrze nocy. Rozejrzałem się dookoła i zdałem sobie sprawę, że świat wygląda inaczej. Pojawiły się nowe kolory, z których nie zdawałem sobie do tej pory sprawy, wszystkie z nich, będąc odcieniami fioletu, czerwieni i czerni. Przedmioty, które do tej pory wydawały mi się martwą materią, nabrały życia, posągi wydawały się ruszać i rozmawiać. Choć była noc, mogłem patrzeć tak daleko, jak chciałem, zaglądając nawet w okna mieszkań po drugiej stronie miasta. Zobaczyłem nawet mój pusty pokój na poddaszu, a później pokój mojej ukochanej. Wypełniała mnie energia i poczucie wolności oraz nieograniczonej siły. Noc stała się moim żywiołem. Zaśmiałem się głośno.
- Dziękuję – powiedziałem do Nieznajomego, który uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem.
- Teraz powinniśmy wrócić - powiedział cicho.
- Gdzie?
- Do twojego mieszkania. Późno już – dodał z zawadiackim uśmiechem.
Ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Cieszyłem się tym spacerem, delektując się całkiem nowym postrzeganiem miasta. Po drodze spotkaliśmy wiele osób, istot nocy, jak my i patrząc na mijające nas wampiry, wilkołaki, upiory i duchy, zrozumiałem, jak bogatsze jest moje miasto, od tego jakie znałem do tej pory.

Wreszcie doszliśmy z powrotem do mojego mieszkania.
- Tutaj się rozstajemy – powiedział, wyciągając do mnie dłoń. Uściskałem ją mocno.
- Zobaczymy się jeszcze? – spytałem.
Nieznajomy zaśmiał się cicho.
- Jeszcze będziesz miał mnie dość, chłopcze.
Odetchnąłem z ulgą.
- To do widzenia.

W korytarzu znów spotkałem sąsiada. Pierwszy raz w życiu popatrzył na mnie i z uśmiechem pokiwał mi głową. To też wampir! Zaśmiałem się do siebie, kiwając z niedowierzaniem głową. Kto by się spodziewał?

Trzymając dłoń na klamce, pomyślałem nagle o dziewczynie. Hmm, chyba nie byłbym w stanie położyć się teraz spać. Nie, zanim nie zrobię jeszcze jednego szaleństwa. Zbiegłem ze śmiechem po schodach (a może pofrunąłem?) i złapałem stojący pod drzwiami rower. Jazda była inna niż zwykle: nie czułem żadnego wysiłku, serce rozpierała mi radość, która co i rusz wylewała się ze mnie śmiechem, albo piosenką. Już nie jechałem, ale unosiłem się coraz wyżej, jak chłopiec w „ET”, zostawiając pod stopami dachy domów, koty i pojedyncze, oświetlone okna nocnych Marków.

Od tego momentu wszystko stało się pijanym igrzyskiem, chaosem mocy i tajemnicy.
Kiedy przez okno wjechałem rowerem do jej pokoju, nie napotkałem żadnego oporu. Dziewczyna bez słowa usiadła na ramie i objąwszy mnie mocno za szyję, pocałowała w usta, zgadzając się być wieczną towarzyszką naszych wspólnych od teraz, nocnych przygód. Jeszcze tej nocy miałem obdarzyć ją pocałunkiem nieśmiertelności.

Za wzgórzem i Gwiazdy.



„Za wzgórzem”

Powoli spadają ciężary
przypięte kiedyś do stóp
księżyc delikatnie głaszcze twarz
a gwiazdy nucą znajomą melodię

myślę że wystarczy jeden ruch
a pod stopami otworzy się przestrzeń
zaraz pod nią las
(tak często piszę o lesie-
co na to pan Freud?)

wydaje mi się że tak właśnie
dzieje się w moich snach-
ja otwarta przestrzeń i las
gdzieś w dole migocze małe światełko
(to na wszelki wypadek-
gdyby obleciał mnie strach)

myślę że tak też czasem
bywa w moich zabawnych snach

uderzający w policzek wiatr
zapach liści wody i ziół
wiem że za wzgórzem
ktoś na mnie czeka

najważniejsza jest
słodycz oczekiwania

„Gwiazdy”

... i znów taniec, wolny tak,
wirujący w piasku i miękki jak
dotyk matki Luny,
a strach uciekł,
na brzegu rzeki szeleścił wiatr
i dźwięczał śmiech przyjaciół,
po drugiej stronie,
gdzie blask ogniska
budował nam ciepłe gniazda,
pofrunęliśmy w gwiazdy.


Monday, 4 May 2009

Refleksje z Alhambry.



Refleksje z Alhambry.
(Fragment "Byli też ciemnoocy...")

Usiadłem na ławce, oddając się myślom. Czułem, że muszę spróbować wejść na trochę wyższą falę melancholii i wznieść się z suchej depresji i wyobcowania, na smutną nostalgię, która nawilżyłaby mi duszę choć kilkoma kroplami ciepłej zadumy. Nie wiedziałem, co ściągnęło mnie tak bardzo w dół. Może była to zatłoczona hałaśliwymi turystami Alhambra, która w niczym nie przypominała wierszy Lorci, ani obrazów Giraulta de Prangey, ale raczej supermarket pełen klientów, biegających ze swoimi aparatami od jednego produktu do następnego. A może to dzisiejszy kac zmieszał się z tęsknotą za domem i zmienił mnie z żądnego przygód, siedmiodniowego wagabundy, w zagubionego i gorzkiego faceta ścigającego złudzenia.

Miałem niewielką nadzieję, że uda mi się zobaczyć Alhambrę taką, jaką wyobrażałem ją sobie jeszcze kilka dni temu (a w sumie to kilka lat, od momentu, kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz z jaskini na Sacromonte), ale nie potrafiłem przedrzeć się przez przez spoconych, podekscytowanych turystów, którzy wymieniali się szablonowymi okrzykami zachwytu ani groźnych ochraniarzy, rozmawiających poważnie przez krótkofalówki.

Trudno jest mi napisać coś o samych zabytkach - coś co nie było już napisane tysiące razy. Tak, budowle dawnych mieszkańców tej ziemi różnią się od topornych, grubo ciosanych z kamienia pozostałości po ich chrześcijańskich następcach. Jest w nich lekkość, dbałość o szczegóły , cierpliwość (tak cierpliwi potrafią być tylko ludzie pustyni) i zmysłowość, którą znamy z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Tamci ludzie inaczej postrzegali świat, starali się czerpać z niego radość innymi zmysłami niż my oraz wyrażać siebie w cierpliwej dokładności i delikatności.

Tyle mogłem zobaczyć, ale byłem daleko od prawdziwego dotknięcia tego, co rejestrowałem oczami i aparatem. Może gdybym był tam sam, w ciepłą letnią noc, dawni władcy Alhambry z dumą oprowadziliby mnie po swoich domach i pałacach, opowiadając o swoich marzeniach i wizji świata. Dziś jednak nie było tam żadnych duchów, które wystraszone fleszami aparatów i krzykami biegających po krętych korytarzach dzieci, uciekły; może na pustynie niedalekiej Afryki, ujeżdżając piaskowe konie, a może wróciły do swojego Raju, odpocząć wśród pięknych Hurys. Dziś byłem tam tylko ja, misterne, martwe rzeźby i spoceni turyści.

Przechadzając się po Alhambrze i spoglądając w dół, na Granadę, pomyślałem o tysiącach Arabów, którzy tutaj mieszkali a którzy w końcu musieli opuścić Hiszpanię; ostatni z nich w XVI wieku zostali zapakowani na statki i porzuceni na plażach Afryki.
Kilkaset lat później Walter Starkie, kolejny pisarz, którego bardzo lubię, przemierzając Maroko został zaproszony na kolację do domu pewnej arabskiej rodziny. Po posiłku gospodarz wyciągnął z szafy zawinięty w materiał jakiś ciężki przedmiot i podał go Starkiemu.
- Zobacz.
Starkie wyciągnął z zawiniątka masywny, metalowy klucz i spojrzał pytająco na gospodarza, na co ten powiedział uroczyście:
- Kiedy Hiszpanie wyrzucali nas z naszych domów, każda z rodzin zachowała klucz do swojego domu i od tego czasu jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie.
- Ale po co? – spytał zaciekawiony Starkie.
Oczy starego Araba zabłysnęły ogniem.
- Bo pewnego dnia wrócimy do domu.