Sunday, 27 December 2009

Paulina Tarot - droga przez życie. cz. 2



Dalszy ciąg podróży przez małe arkana. Najpierw trzeba czytać to, co czarną czcionką - od góry, ku dołowi (czyli normalnie), ignorując to, co napisane zieloną czcionką. Na dole, po dziesiątce zaczynamy czytać zielone podpisy, idąc karta po karcie ku górze. W ten sposób odsłonią się nam dwie historie. Mam nadzieję, że to będzie czytelne.

Miecze


Miecze od asa do 10 - droga zimnego rozumu:

As- oschłość intelektu,



As- chroniąc tajemnice Najwyższego Poznania.

*

2 - ogranicza dostęp do świata uczuć (morze),



2 - a tam, za barierą intelektu leży szerokie morze,

*

3 - w związku z tym zostają podjęte decyzje "przeciwko sercu",



3 - ale odczuwa ból serca kontrolowanego przez rozum,

*

4 - dlatego w chłodnym (wymuszonym) spokoju zbiera się siły,



4 - musi odnaleźć spokój,

*

5 - do decydującej walki,



5 - przybity po wyczerpujących walkach,

*

6 - co prowadzi wprawdzie do nowego brzegu, jednak,


6 - i opuszcza miejsce przerażających doświadczeń,

*

7 - i tam rozum używany jest tylko po to, by przechytrzyć innych,



7 - jednak dzięki chłodnemu rozumowi wyrywa się z opresji,

*

8 - więc żeńska (uczuciowa) strona zostaje stłumiona,



8 - że nie zostało w nim prawie nic żywego,

*

9 - i przejawia się tylko nocą w koszmarach,




9 - człowiek spostrzega z przerażeniem,

*

10- po których rozum ostatecznie przejmuje władzę nad uczuciami.



10- opanowany morderczym, zimnym rozumem,


Miecze od 10 do asa - droga od zimnego intelektu do wyższego poznania (kolorem zielonym, czytać od dołu ku górze):

* * *

Denary

Denary od asa do 10 - droga pieniędzy i pracy:

As- marzenia o dobrobycie,



As- a do tego, co leży głębiej od materialnych wartości.

*

2 - przyjmowane najpierw jak zabawa,



2 - że dążyć trzeba nie dostatku,

*

3 - prowadzą jednak do konsekwentnej pracy,



3 - jednak po dalszych doświadczeniach zaczyna rozumieć,

*


4 - i dumy z osiągnięć, które jednak muszą być chronione,



4 - i przerażony człowiek kurczowo trzyma to, co mu jeszcze zostało,

*

5 - ale i tak trzeba będzie to stracić,



5 - jednak zmiana przychodzi nocą,

*

6 - pomoc przychodząca z zewnątrz umożliwia rozpoczęcie od nowa,



6 - i umożliwia dostatnie życie,

*

7 - pojawia się cierpliwość,



7 - które wydaje plon,

*

8 - i sumienna nauka,



8 - człowiek buduje własne życie,

*

9 - co prowadzi do dobrobytu,



9 - i znając uroki dobrobytu,

*


10- oraz rodzinnego bezpieczeństwa.



10- pochodząc z bogatej rodziny,


Denary od 10 do asa - droga od zewnętrznego do wewnętrznego bogactwa (kolorem zielonym, czytać od dołu ku górze):

Saturday, 26 December 2009

Paulina Tarot - droga przez życie. cz. 1



Tania kupiła mi pod choinkę nową talię tarota. Karty, które mam teraz, zawsze sam sobie wybierałem, ale dziewczyna zdecydowała, że zaryzykuje i tę sama mi wybrała. Trafiła na całej linii - zakochałem się w ilustracjach, przypominających mi w klimacie stare baśniowe obrazki z książek dla dzieci, szczególnie Marcina Szancera. Artystka ma na imię Paulina Cassidy i wszystkie ilustracje, jakie użyję pochodzą z jej strony i są jej własnością (żeby nie było, że piratuję;).

Jak już nieraz pisałem, tarot nie jest tylko wróżeniem, zgadywaniem przyszłości, itd - czyli tak jak widzi to większość ludzi, znających karty tylko z telewizyjnych, podejrzanych wróżek, albo z lektury "Czwartego wymiaru". Niektórzy teoretycy tarota uważają, że karty, szczególnie duże arkana są odbiciem podróży człowieka przez życie. Niektórzy, jak Hajo Banzhaf dopatrzyli się również takiej metafory ludzkich losów w małych arkanach. Właśnie taką wizję chciałbym teraz przedstawić, opierając się na talii Pauliny i filozofii Hajo Banzhafa.

Znalazłem ilustracje kart na stronie autorki, ale nie jestem jeszcze pewny, jak to wrzucić na bloga. Zobaczę, co z tego wyniknie:). Miłej lektury.

Najpierw trzeba czytać to, co czarną czcionką - od góry, ku dołowi (czyli normalnie), ignorując to, co napisane zieloną czcionką. Na dole, po dziesiątce zaczynamy czytać zielone podpisy, idąc karta po karcie ku górze. W ten sposób odsłonią się nam dwie historie. Mam nadzieję, że to będzie czytelne.

Buławy

Buławy od asa do 10 - droga woli, wzrostu i sławy:

As - odwaga, inicjatywa i radość przedsięwzięć,



As- by możliwa była samorealizacja.

*

2 - żądają zaangażowania i jasnego punktu widzenia,



2 - oraz wymagają świadomości i jasności,

*

3 - które gwarantują stabilne zakończenie,



3 - nowe plany powstają na stabilnej postawie,

*


4 - i doprowadzenie do pożądanego celu,



4 - cel zostaje osiągnięty,

*

5 - zaś ambicja pobudza do nowych walk,



5 - i po dalszych próbach,

*


6 - i przynosi sławę,



6 - ale zwycięstwo jest blisko,

*

7 - ale i krytykę oraz zawiść innych,



7 - i przez krytykę innych,

*

8 - wydarzenia zaczynają iść automatycznie,



8 - zmieniają się pod wpływem wydarzeń,

*

9 - dlatego trzeba bronić to, co się osiągnęło,



9 - nawykowa gotowość do obrony,

*


10- lecz ten wysiłek przynosi sławę i sukces.



10- przygniatający obowiązek,


Buławy od 10 do asa - droga z niewoli obowiązku do swobodnej samorealizacji (kolorem zielonym, czytać od dołu ku górze):

* * *

Kielichy

Kielichy od asa do 10 - droga miłości i uczuć:

As - siła miłości,



As- prowadzącego do głębokiego, wewnętrznego szczęścia.

*

2 - prowadzi do spotkania,



2 - z niespodziewanego spotkania,

*

3 - najpierw radośnie uczczonego,



3 - jednak przychodzi nieoczekiwana radość,

*

4 - lecz wkrótce następuje przesyt,



4 - i niezadowolenie z tego, co osiągnął,

*

5 - i lekkomyślnie traci się to, co osiągnięto,



5 - człowiek czuje tęsknotę za utraconym rajem dzieciństwa,

*

6 - potem we wspomnieniach budzi się tęsknota za pięknymi czasami,



6 - ale i tęsknot za dawnymi czasami,

*

7 - które kuszą obrazami w snach,



7 - pełen marzeń,

*

8 - więc z bolesnym sercem człowiek wyrusza w nieznane,



8 - następuje z ciężkim sercem wymarsz w nieznane,

*

9 - gdzie czeka na niego nakryty stół,



9 - od zawsze nakrytego stołu,

*

10- i odnalezione szczęście.



10- od szczęśliwego dzieciństwa,

Kielichy od 10 do asa - droga od szczęścia domu dzieciństwa do własnego szczęścia (czytać od dołu strony do góry, zielonym kolorem czcionki):

* * *

Wędrówka przez Miecze i Denary w następnym wpisie, najprawdopodobniej jutro.

Thursday, 24 December 2009

Życzenia



Wpis wigilijny. Właśnie skończyłem zupę grzybową, moja miła zrobiła gołąbki i sałatkę jarzynową, choinka świeci na złotozielono, zaraz przyjdzie Nick... Jest dobrze. Kameralnie, ale dobrze.
Dziś robimy eksperyment – ściągnęliśmy angielskie napisy do „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Bareji i zobaczymy jak angielski umysł zareaguje w zetknięciu z PRLowską rzeczywistością. Mam nadzieję, że Nick nie wyniesie z tego jakiejś traumy;)
Wszystkich was pozdrawiam i życzę najlepszego. Najchętniej pozdrowiłbym indywidualnie, ale boję się, że kogoś opuszczę, a że jestem roztargnioną osobą, na pewno bym to zrobił. Wesołych Świąt!

Z dedykacją świąteczną "Me llaman calle" Manu Chao:

Tuesday, 22 December 2009

Action Taken - Kopenhaga







Kilka lat temu, mieszkając w Kopenhadze, zetknąłem się z Caf'em - duńskim anarchistą - rastamanem. Mieszkaliśmy razem przez kilka tygodni, w czasie których miałem okazję poznać go bliżej, jak również posłuchać jego muzyki. Gościu ma niesamowitą charyzmę. Prawdziwy rewolucjonista. Jego poglądy były mi bliskie, być może dlatego, że jego wolnościowe ideały nie kłóciły się z duchowymi poszukiwaniami i przekonaniem o istnieniu innych warstw rzeczywistości, do których racjonalny umysł nie może dotrzeć.
Nie widzieliśmy się od kilku lat, ale często o nim myślę, wysyłając w przestrzeń pozytywne myśli:). Zespół (Action Taken) ma swoją stronę, z której można ściągnąć trochę starych kawałków. Te poniżej, z playera pochodzą z ostatniego okresu, sam słucham ich pierwszy raz. Widzę, że są o wiele bardziej roots niż starsze, w których słychać było trochę ska i punka. Tutaj można ściągnąć kilkanaście darmowych piosenek. Polecam z całego serca.


Press kits
Quantcast

Sunday, 6 December 2009

Na lotnisku w Poznaniu (wpis nihilistyczny)

Na lotnisku w Poznaniu (wpis nihilistyczny)



Uff – to był dopiero „urlop”. Mama Tani zmarła. We wtorek był pogrzeb. Później Tania z bratem i siostrą jeździła po różnych urzędach, bankach, itd., załatwiając pośmiertne sprawy.

Kupiłem „Lód” Dukaja. Jestem po jakichś trzystu stronach. Ciekawa książka. Trudna i powolna, plus trochę eksperymentów językowych, ale z klimatem. Ma smak książki napisanej sto lat temu.

Samopoczucie? Zmęczony i wyobcowany. Siedzimy w poczekalni na lotnisku. Przywiózł nas Łukasz. Kochany chłopak. Kiedy jego kiwająca się na boki sylwetka zniknęła w drzwiach terminalu, poczułem się jeszcze samotniej niż zwykle.

Zmęczenie. Nie tylko ostatnimi tygodniami, ale ogólnie, życiem. Nie potrafię przestać myśleć o kruchości życia, o śmierci, boję się jej i nienawidzę za jej nieuchronność. Ciężko jest mi ot tak żyć, nie myśląc o tym. Dziwię się (i zazdroszczę) ludziom, którzy zadowoleni, w pogodzie ducha, żyją po prostu, codziennie, bez rozterek.

Tak to wygląda w mojej łepetynie. Do tego dochodzi niechęć do pracy. Tzn. nie do pracy jako takiej, ale struktury miejsca pracy, hierarchii autorytetów, bezosobowości oficjalnych relacji, niepewności rezultatu kontaktów opartych nie na osobistych, nieformalnych „transakcjach”, ale na bezdusznej literze prawa, podatnej na arbitralną interpretację biurokratów. Brr... Praca wysusza mi duszę.
No dobra – bardziej konkretnie i na temat. Jakbym ocenił ten urlop? Bilans zysków i strat.

- Skazany na ekstremalnie słaby internet, na nowo odkryłem rozkosze lektury. W sumie, połknąłem w te dwa tygodnie około 1500- 1700 stron. Skończyłem „Demanding Impossible” Marshalla, „Dude, Where is My Country” M. Moora, „Rzeczy ulotne” Gaimana i około 300 stron „Lodu” Dukaja.

- Przez dwa tygodnie paliłem fajki. Winowajcy? Nerwy, zamieszanie, oraz towarzystwo dwóch wielkich palaczy - teścia i Łukasza (a moja słabość? Nie, nie. Jestem bez winy.)

... Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

W Bristolu będziemy około północy. Jutro jeszcze wolne, czyli choć jeden dzień na dojście do siebie.

* * *

Eh, do diabła z ludźmi! Niech się gapią. Rzuciłem kurtkę na podłogę i walnąłem się w kącie poczekalni, odgrodziwszy się od świata słuchawkami. Moja łódź nurza się w melancholii. Jestem nieskończenie małą solipsystyczną planetą. Skrawki wspomnień z poprzednich żyć przelatują przez zmęczoną głowę. A może to tylko sny z dzieciństwa? Świat Młodych, Kajko i Kokosz na ostatniej stronie, wyprawa na strych u dziadków, stare gazety, książki, rupiecie-skarby, dziadek gasi światło i mrucząc zrzędliwie, przegania nas na słoneczne podwórko. Zostało po nim tylko trochę wspomnień. Podobnie jak po pradziadku. Pamiętam jego rosyjski akcent, grę na skrzypcach, wyprawy na jagody o czwartej rano. Później tata. Wspomnień trochę więcej, ale jaka różnica? Nawet ten ja, który z wypiekami na twarzy, przekopuje graty, czając się przed dziadkiem - ile z niego zostało? Ile jest prawdziwości we wszystkim? Ile sensu? Ile jest substancji w tej dziwnej egzystencji, łudzącej trwałością, a która tak naprawdę jest niewiele uchwytniejsza od snu?

Jako siedmioletni chłopaczek mam taki sen – podróżuję pomiędzy planetami, z przyjaciółmi, misją, sensem, ukochaną. Srebrzą się nasze podniebne statki, migocą wielkie gwiazdy, obracają się pierścienie planet i zapierają dech w piersiach. Któregoś dnia ukochana znika wśród gwiazd. Umiera, odlatuje, odchodzi, nie wiem. Poczucie straty, żal, że dlaczego chociaż nie mogłem się pożegnać... Budzę się z poduszką mokrą od łez. Kilkuletni dzieciak. Sen pozostał ze mną, dwadzieścia sześć lat już, a może więcej. Nieprzemijające, niewyjaśnione uczucie straty i przemijalności, zakorzenione głęboko, bezlitośnie i w pewnym sensie słodko. W jakim? Bo skoro wszystko przemija, to co by się nie zrobiło jest się samemu, a będąc samemu, jest się całkowicie wolnym.

Sunday, 29 November 2009

W Polskim Mieście



W Polskim Mieście

Śpiew i gwizdy pijanych klawiszy prawie zagłuszają skoczne nuty disco polo. Dźwięki keyboarda odbijają się echem od ścian korytarzy. Brzmi to trochę upiornie i surrealistycznie. Jeden z „tych” momentów, kiedy myślisz: „skąd się tu wziąłem?”

Wiecie, co znajduje się w zestawie pokojowym, hotelu służby więziennej? Dwa talerzyki, dwa widelce, dwa noże i dwa kieliszki (co najciekawsze, w pokojach jednoosobowych również nie zapomina się o kieliszku :). Na półce pod telewizorem ułożył je dla nas więzień. W sumie to mówi się „skazany”. „Więzień” uważane jest w kulturze penitencjarnej za obraźliwe. Spotkaliśmy go zaraz po przyjeździe.

- To wy zarezerwowaliście trójkę? – spytał dwudziestopięcioletni na oko chłopak, na którego wpadliśmy na korytarzu.
- My – odpowiedziała Tania.
Chłopak podał jej klucze.
- Ostatnie piętro i na lewo.
- Dzięki.
To tyle? Zdziwiliśmy się trochę. Żadnych formalności, dokumentów, spisywania danych? Wstyd się przyznać, ale w takich momentach czuję sentyment do służb mundurowych, szczególnie instytucji tak swojsko pachnących starymi, socjalistycznymi czasami. Klimat trochę z „Psów”, trochę z „Krolla”. Odrapana lamperia, krzywa boazeria, zarządzenia i plakaty na ścianach.
- To był klawisz? – spytałem, zbity z tropu wyglądem chłopaka (spłoszony wzrok, dziwnie wygolona głowa, niebieski kombinezon).
- Coś ty. Skazany.
- I tak sobie może wszędzie chodzić?
- Pewnie tylko tutaj sprząta, a później wraca do celi.

Jutro rano mieliśmy lecieć z powrotem na Wyspy, a pojutrze już do pracy. Okazało się, że musimy zmienić plany.

Spacerowaliśmy dziś po Polskim Mieście. Chcieliśmy przed wyjazdem pożegnać się z krajem, poszwendać bez celu i choć tego ostatniego dnia urlopu, zapomnieć o zamieszaniu ostatnich dni. Za dwadzieścia sześć zeta zjedliśmy obiad w Vedze. Później pospacerowaliśmy po rynku, pełnym świątecznych bud. Ciągnęło mnie do Empiku, ale Tania lubi cepeliowe klimaty i musiałem ulec. Zresztą po co się śpieszyć? W końcu urlop kończy się dopiero jutro. Przechadzając się wśród obwieszonych światełkami budek i dziewczyn przebranych za anioły i mikołajów, prawie zapomnieliśmy, że to dopiero listopad. Tania zaczęła krzątać się przy stoiskach z choinkowymi ozdobami, wełnianymi czapkami i watą cukrową (teraz robią nawet jabłkową i bananową!), a ja z tęsknotą pociągnąłem nosem w kierunku złotych, pachnących dymem i k..... NIEWEGETARIAŃSKICH (!) oscypków.

W końcu postawiłem na swoim i weszliśmy do księgarni. Najpierw wypatrzyłem ostatni numer „Akcentu”. Leżał ukryty za Zeszytami Literackimi. Z próżnością przekartkowałem go, upewniając się, że moje nazwisko ciągle tam jest, po czym ustawiłem go na wyższej półce, gdzie był bardziej na widoku. Wszystko to z lekkim zawstydzeniem.

Pieniędzy mieliśmy już końcówkę, więc z bólem serca ominąłem masywny „Lód” Dukaja (ponad 1000 stron, za 69 złotych), „Bitwę o Hiszpanię” (59 PLN, mmm...), żeby w końcu zdecydować się na „Rzeczy ulotne” Neila Gaimana za niecałe trzy dychy. Tania wzięła sobie „Angorę” i „Przekrój”. Zostało nam jeszcze na piwo i chipsy.

W więziennym hotelu dancing trwał już na całego. Przemknęliśmy cichaczem pod drzwiami świetlicy, żeby w końcu zamelinować się bezpiecznie pod trójką. Pościeliliśmy łóżko, włączyli telewizor. Miło tak odpocząć po całym dniu podróży. Później zadzwonił telefon. Stan mamy się pogorszył. Leży na OIONie. Czyli zostajemy na razie w kraju.