Friday, 13 March 2020

Twoje szepty...





















Choć nie trzeba już palić w kominku, bo temperatura do przetrwania, to nie potrafię zrezygnować z tego przyjemnego uczucia - patrzenia w ogień, trzasku płonących szczap, ciepła. Wreszcie piątek. Z powodu zarazy w tym tygodniu byłem w biurze tylko raz, a w przyszłym tygodniu wszyscy mają pracować z domu. To dobrze, bo we wtorek zostawiam samochód w warsztacie, więc nie miałbym jak dojechać. W trakcie przeglądu okazało się, że czekają mnie spore naprawy. Ale nie mam z tym problemu. Uwielbiam jeździć, więc dla mnie taka naprawa samochodu to w sumie radość. Dzięki temu wiem, że bez problemu sobie jeszcze pojeżdżę. A na wiosnę albo w lecie będę miał mój wehikuł gotowy na długą wyprawę.

Dostałem wczoraj pocztą pudło skrajek z brzozy. Zamówiłem na próbę, żeby zobaczyć, jak się będzie malować miniaturki. Dzisiejsza próba mnie zadowoliła. Namalowałem portrecik dziewczyny. Czy to ktoś, kogo znam? Nie. Poznawałem ją w trakcie malowania. Nie wiem, jak odczuwają to profesjonalni, zaawansowani artyści, ale dla mnie malowanie kogoś, równa się z odkrywaniem tej osoby. Jeśli oczy wyjdą za blisko, to będzie ktoś inny, jeśli pędzel lekko zejdzie pod podbródkiem, to ktoś będzie miał nadwagę, a jeśli brwi wyjdą grubsze, to... itd. Więc sam mam niespodziankę, kiedy kończę. Ale akurat ta dziewczyna bardzo mi się spodobała. Mam wrażenie, że skądś ją znam. Może z jakiegoś snu? Zamalowuję swoją samotność wyśnionymi postaciami.
Jak w piosence...

Wednesday, 11 March 2020

Innuici na Wybrzeżu Zapomnienia






































Dookoła szaleje zaraza (podobno). Trochę mi głupio, bo zamiast się stresować, to czuję podekscytowanie. Rozmawiałem przez telefon z siostrą. Ona ma tak samo. To pewnie lektura Stevena Kinga w dzieciństwie. Rozpadające się cywilizacje, grupa bohaterów idzie po zgliszczach świata i choć demony i diabły szaleją, a źli ludzie próbują nas zabić, to jednak świeży start inspiruje do życia. W sumie moje ulubione sny, to te z końcem świata. Ale nie takim zupełnym końcem (jak wojna atomowa, czy wybuch supernowej), ale końcem cywilizacji.
Szkoda, że to tylko sztucznie napędzana panika, która wkrótce się skończy;)
Kiedyś miałem inaczej. Kiedy jeszcze byłem z Tanią, bardzo martwiłem się stanem świata. Cierpiałem na lekką hipochondrię, stresowały mnie wiadomości, bałem się potencjalnej wojny. Kiedy nasze małżeństwo się rozpadło, przestałem się bać. Okazało się, że nie bałem się o siebie, tylko o nią.
Dziś kolejny ciężki dzień. Z wysiłkiem skupiłem się na pracy, choć z powodu zarazy jest jej o wiele mniej. Kiedy spełniłem obowiązki, to znów sypnął się nastrój. Jak co dzień, otworzyłem butelkę wina, włączyłem muzykę (dziś trance i progressive house) i zacząłem malować. Jestem teraz upaćkany farbami po łokcie, zmęczony, ale czuje ulgę. Zawsze po twórczych rzeczach czuję ulgę. Jak po sraniu (uuuu, mister zgryźliwy;).

Saturday, 7 March 2020

Ucieczka z Krainy Marionetek






































Free writing. Dawno tego nie robiłem. Spróbujemy? Dwa dni w Świecie Marionetek. Nigdy nie namalowałem tylu brzydali. A w śród nich gdzieś jakaś normalność, ucieczka z krzywego świata. Trochę się bałem, kiedy to malowałem, a trochę było mi dobrze. Dziwne połączenie uczuć. Ze Spotify leci Moddi, jego klimat mi dziś wspaniale pasuje. On też gdzieś krąży po świecie marionetek i szuka wyjścia. Skąd to napięcie, Marcelino? Dużo rzeczy się złożyło. M. jest gdzieś tam, zraniona, odrzucona, boję się wszystkich rezultatów tego, że postanowiłem to wszystko obciąć, skończyć, znaleźć swoją przestrzeń. Mam też napięcie, bo ciągle brakuje kasy, bo nie wiem, jak zarobię na wakacyjną podróż (a bez tych podróży nie wyobrażam sobie życia), bo palę i piję i nie wiem, czy to nie skróci mojego życia, bo tęsknię za bliskością i zrozumieniem. Sporo jest tych napięć, nie wymieniłem nawet wszystkich.
Miałem dzisiaj dużo snów. Pamiętam, że znowu próbowałem zapamiętać czyjś telefon. Co jakiś czas spotykam we śnie kogoś ciekawego. Wiem, że to sen, ale we śnie wiem, że ta osoba istnieje na jawie i próbuję zapamiętać jej numer, albo chociaż nazwisko. Czasami mi się udaje, ale nic z tego nie wynika. Kiedyś spotkałem dziewczynę z Afryki, byłą niesamowicie sympatyczna, mądra, artystyczna i niewinna. Nazywała się Nsavica Musica (zapamiętałem, siłą się wybudziłem i zapisałem). Ale nie znalazłem jej na Facebooku. Może nie ma internetu?
Myślałem nieraz o napisaniu książki. Jajo Najstarszych zaczęte kilka lat temu, ciągle czeka na swoje odżycie. Miała być też książka o podróżach. Ale ostatnio, kiedy grzebałem po starych wpisach, zdałem sobie sprawę, że książkę już mam. Garść Drobnych jest pełna gotowych tekstów. Tylko to ułożyć, zrobić poetycko-podróżniczą-paczworkową mieszankę i jest książka. Nawet z ilustracjami. Już zacząłem to zbierać do kupy. Ułożyć teraz jakoś artystycznie, doszlifować i coś może z tego być. A może to jest interesujące tylko dla mnie, bo to przeżyłem, a dla innych nuda?
Jeśli chodzi o depresję - sam nie wiem, czy mogę to tak nazwać. Tak, jest ogromny smutek, niedopasowanie, confusion, brak energii. Ale równocześnie jest też uczucie, że znajduję siebie, że nie zależy mi na zewnętrznym świecie. Dawno nie miałem tego uczucia. Lubię. Ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Malowanie i muzyka bardzo mi pomagają.



Wednesday, 4 March 2020

Śmierć i odrodzenie

























Czytam stare wpisy na blogu. Nie planowałem robić sobie reminiscencji, przypadkowo tak wyszło, kiedy szukałem dla kolegi linka do "Egzystencjalnych aforyzmów" Kazimierza Dąbrowskiego, które dawno temu przetłumaczyłem z angielskiego. Trafiłem na okres duński, 2011/2012 rok, kiedy zmagałem się pierwszy raz z depresją. Zdziwiło mnie, że nawet w środku największej ciemności, potrafiłem znaleźć światło. A może tak to tylko wygląda z perspektywy czasu i kiedy za parę lat spojrzę na dzisiaj, to też będę myślał, że nie było tak źle? Aha, piszę o tym, bo zdaje się, mam coraz mocniejszą depresję. Próbowałem z tym walczyć, odsuwać, ale nie da się tak na siłę. No ale może to dobra sposobność, żeby właśnie poszukać tego światła, obudzić kreatywność, znaleźć wolność, poszukać siebie - swobody, naturalności, duchowości - wszystkich tych rzeczy, które ostatnio gdzieś zniknęły.

Grzebiąc w starych zapiskach, znalazłem sen...

Śmierć i odrodzenie
(sen ze stycznia 2012 roku)

Śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.
Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.
- Nie chcę umierać – zakwiliłem.
Olbrzym się zaśmiał.
- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.
- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…
Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.
- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.
- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.
I umarłem.

Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Ona, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.
- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.
- I co teraz? – zapytałem.
- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.
- Przestań kontrolować – powiedziała.

Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.

***

Taki to miałem sen w tamtym ciężkim okresie. Chciałbym, żeby znów mnie odwiedził Morfeusz i pozwolił dostrzec głębszy sens w tym wszystkim...


Saturday, 22 February 2020

Buñuel, kultura, głos, Bator Art Gallery

























Weekend pod znakiem relaksu i wewnętrznej przestrzeni. Wczoraj wieczorem wyłączyłem zmartwienia (choć niepokój nie puścił do końca) i czytałem "Europę" Normana Davies'a. Kiedy zrobiło się już dość późno, postanowiłem obejrzeć film. Nie miałem ochoty na nic współczesnego. Postanowiłem pogrzebać w klasyce. I przypomniałem sobie Buñuela, którego kilka filmów kiedyś obejrzałem. Postanowiłem wreszcie "zaliczyć" jego "Psa Andaluzyjskiego" z lat 30tych, przy którym pracował też Salvador Dali. Jest to zupełny "mindfuck":) Ale podobał mi się bardzo. Lubię tę odwagę, z jaką Bunuel przekracza granice - społeczne, moralne, granice normalnej rzeczywistości. Zresztą tamte czasy tak mi się kojarzą. Takie dziwne połączenie idealizmu z nihilizmem. Bardzo lubię ten klimat i nastrój, jaki we mnie budzi. Chyba dzisiaj znów coś puszczę Buñuela. Może "El ángel exterminador". Z chęcią sobie odświeżę. A może pójść krok dalej i spróbować Jodorowskiego? Kiedyś, dawno temu spróbowałem, ale przeraził mnie do szpiku kości. Nie byłem gotowy. Było to tak, jakbym dotknął bez żadnej izolacji kabla czyjegoś szaleństwa, świata, w którym nie obowiązują żadne zasady, nie ma nic świętego, nic transcendentalnego, tylko chaos. Jakby wszystko było tylko snem.

Ale to było dawno temu. Wydaje mi się, że mój świat był jeszcze bardzo uporządkowany, widziałem sprawy w idealistyczny sposób, miałem ciepłe schronienie (małżeństwo z Tatianą). Później rzeczywistość rozpadła się, pozostawiając mnie na długi czas w stanie gorączkowego poszukiwania czegoś, co poskleja świat na nowo. A teraz? Sam nie wiem. Świat nie posklejał się w taki sposób, jak chciałem. Ale to nie znaczy, że jest źle. Jest inaczej. Stałem się bardziej dorosły. Czasami mam takie chwile, że chciałbym, żeby ten czysty idealizm i ciepłość schronienia wróciły. Nie chodzi o to, że stałem się cynikiem, jestem od tego bardzo daleki. Bardziej... jakby pojawił się pewien relatywizm, odwaga, trochę rezygnacji, poczucie tymczasowości tego życia, dystans do rzeczywistości... Ciężko to wyjaśnić w kilku słowach. To zestaw raczej skomplikowanych uczuć i przemyśleń. Zresztą sam nie jestem ich wszystkich pewien. 

Dziś też trochę poczytałem "Europę". Podoba mi się podejście Daviesa do historii, jest w nim coś uniwersalnego, niesekciarskiego. Później pojechałem na zakupy. Tylko kilka drobnych rzeczy, bo w portfelu pustawo. Ale skusiłem się na butelczynkę Tokaju Aszu. Droga i malutka, ale to oficjalnie najlepsze wino na świecie (dla mnie:). Po powrocie do domu znów lektura, ale stwierdziłem, że jest za wcześnie na leniuchowanie. Postanowiłem zrobić coś "kulturalnego". Pojechałem do Szczyrku do Bator Art Gallery. W samochodzie puściłem Bossa Novę (która dzisiaj nie chodzi z głośników - lekkość i ciepło) i powoli jechałem wśród gór. Bez pośpiechu, bez zbyt wielu myśli. Galeryjka była przytulna, niewielka, jasna i pełna kolorów. Za 4 złote zrobiłem sobie półgodzinny spacer wśród umysłów. Był tam tłuściutki pies pani, która obsługiwała. Groźnie na mnie warczał, ale okazało się, że w ten sposób żebrał o trochę czułości. Podrapałem go po nabitym, tłustym grzbiecie i przestał być natrętny.

A powyżej i poniżej moja własna galeria:) Czuję, że po kilku miesiącach prób i szukania, zacząłem odkrywać swój głos w malowaniu. 



Thursday, 13 February 2020

Różne rodzaje spokoju

























Dobry wieczór Pani Aniu
Dziękuję za życzenia urodzinowe. To jeszcze kilka dni, dopiero w niedzielę. Bardzo się cieszę. Rękawiczki są przepiękne. Za każdym razem, kiedy będę je zakładał, pomyślę o Pani.
Pyta Pani, czy planuję jakąś wielką celebrację. Tak i nie. Usiądę sam przy kominku, napiję się wina i będę słuchał spokojnej muzyki. Nie będę się niczym martwił, nie będę myślał o problemach, wchodził w regiony egzystencjalnych wątpliwości. Jeśli powstrzymam się przed wypiciem całej butelki, to może poczytam książkę.
Dziś byłem na przejażdżce w pobliskim miasteczku. Odwiedziłem niewielką księgarenkę w przytulnym zaułku. Kupuję tam książki praktycznie od dzieciństwa. Starszą panią, która sprzedała mi dawno temu Władcę Pierścieni, zastąpiły jej córki, ale nastrój pozostał. Nie planowałem wydatków książkowych w tym miesiącu, ponieważ budżet jest napięty, a i pensyjka redaktora nie pozwala na takie luksusy. Ale powiedziałem sobie, że nie da się tak żyć, zamartwiając się tymi przeklętymi pieniędzmi i wydałem ponad 200 złotych. Jedna książka, potężna, 1400 stronicowa cegła opowiada o historii Europy. W drugiej sympatyczni astrofizycy wyjaśniają Wszechświat. A w trzeciej stary dobry King przedstawia wybór opowiastek grozy, z których każda dzieje się w przestworzach. Leżą teraz na taborecie obok łóżka i cieszą oko. Nie mogę się zdecydować, którą zacząć. Każda wprowadzi mnie przecież w zupełnie inny nastrój.
A Pani coś teraz czyta? Głupie pytanie. Wiem, że tak. Tylko ciekaw jestem, co. Czy opowieści, czy fakty, czy coś wesołego, czy smutnego, czy to stara książka, do której Pani powróciła po raz setny, czy jakiś nowy Murakami albo inna Tokarczuk. Proszę, niech Pani opowie.
Dziś, kiedy jechałem samochodem, miałem poczucie końca mojej historii. Wiem - to zima, brak słońca, wrodzona melancholia. Ale nie przeszkadzało mi to uczucie. Lęk był dopiero na ostatnim miejscu. Słuchałem lirycznego jazzu, patrzyłem na wzgórza obsypane śniegiem, szarą trawę, zdezelowane samochody, odrapany tynk na wiejskich chatkach i czułem pewien rodzaj spokoju. No bo są różne rodzaje spokoju. Np. jest spokój po wypełnieniu trudnego obowiązku. Albo spokój po uprawianiu miłości i leżeniu wtulonym w partnerkę. Jest spokój po usłyszeniu od lekarza, że to tylko zwykły ból gardła, a nie "tamto". Albo spokój przy czytaniu Cyberiady Lema. Mój spokój w poczuciu końca mojej opowieści był lekko smutny, nostalgiczny, pełen wspomnień i wewnętrznych pożegnań. Jak w tej piosence Bogusława Lindy ("Już nigdy nie będzie takiej wódeczki", czy jakoś tak to szło).
Żałuję, że nie poznałem Pani wcześniej.

Z wyrazami nie tylko szacunku
ale i ogromnej sympatii, przyjaźni i czułości
Pani przyjaciel na zawsze
Marcepalino de Księżycino

Wednesday, 12 February 2020

Namalowane wąsy

























Dni upływają pomiędzy pracą a malowaniem. Praca trochę mnie ostatnio zmęczyła. Dostałem nowe obowiązki, niezwiązane z dotychczasowymi - obsługuję zewnętrznego klienta, dużą firmę związaną z finansami. Zupełnie nie mój klimat i robię to z wielkim oporem wewnętrznym. Ale robię. Moją odskocznią jest wieczorne zanurzenie się w świecie barw i fantazji. Siedzę umazany farbami po uszy, słucham muzyki (dziś Deep House), piję jakieś wino i wyłączam się ze świata obowiązków, zmartwień, problemów, pieniędzy (czy raczej ich chronicznego braku), samotności.
W niedzielę mam urodziny. Już grubo po czterdziestce. Dziwnie się z tym czuję. Jakbym miał za duże ubranie. Albo jakbym był dzieckiem, które namalowało sobie wąsy. Nic nie planuję. Myślę, że posiedzę sobie samemu, obejrzę jakiś film, może wreszcie zmobilizuję się do jakiejś książki, posprzątam.
Mam ostatnio lekkie wycofanie.



Thursday, 30 January 2020

Strzyga, Mateuszek and freedom

























Lubię takie wieczory, jak dziś. Z głośników leci bałkańska muzyka ze współczesnym dotykiem (Olaf Hund). Malowałem cały wieczór. Ze "Strzygi" jestem bardzo zadowolony, ale długo się nie pocieszyłem obrazem na ścianie, bo koleżance bardzo się spodobał na fanpagu, więc wysyłam jej w prezencie. Nie umiem się przełamać, żeby brać pieniądze od przyjaciół. Ale chyba to dobrze. Wczorajszy obraz też już spakowany. Namalowałem go dla Mateusza na urodziny. Wyszedł na nim, jak mały dzieciaczek. Ale Mati trochę taki jest:) W pozytywnym znaczeniu. Dobry, niewinny chłopak.
Co jeszcze? W pracy zdobyłem duże zlecenie, największe, jak do tej pory. 2880 złotych, z czego mam fajną prowizję. Oprócz kasy, to portal fajnie się rozwija, jestem dumny z jego rozkręcenia. Dziś zrobiłem wywiad z Pablopavo na temat jego nowej płyty. Fajny gostek. Kroją się też ciekawe plany z serią festiwali jazzowych, mam nadzieję, że się to rozkręci, chciałbym wyrwać się zza biurka i podziałać w terenie.
Co ze związkami? W końcu to leitmotif mojego życia:) Nic. Cieszę się wolnością, przestrzenią i spokojem. Nie szukam, ani, szczerze mówiąc nie chcę nowej relacji. Tym razem zostawię to swojemu torowi. Bo kiedy się szuka na siłę, to mogą wyniknąć z tego problemy. Ten czas poświęcam sobie: swoim pasjom, przemyśleniom, swobodnemu przepływowi energii.
To tyle. Poniżej Mateuszkowy prezent, a powyżej "Strzyga". Dobrej nocy.





Wednesday, 22 January 2020

Taniec
























Dzień Dziadka































Dziś Dzień Dziadka. Miałem szczęście poznać obydwu. Na dwóch pierwszych zdjęciach jest dziadek Józek (od strony taty). Mieszkał w Baranowiczach na terenie dzisiejszej Białorusi. Kiedy miał 17 lat, zmobilizowano go do Armii Ludowej. Doszedł do Berlina, a kiedy wracał, poznał moją babcię i został u nas w Beskidach. Ciężko było go namówić na opowieści o wojnie. Tylko raz mi się udało. Któregoś dnia został wyznaczony na dowódcę małego oddziału zwiadowczego. Jego oddział zabłądził i w końcu natknął się na swoją jednostkę. Tyle tylko, że myślał, że to Niemcy. Wywiązała się mała strzelanina. Doraźny sąd wojskowy skazał go na rozstrzelanie (a może tylko oficer chciał go postraszyć:). Kiedy stał już przed plutonem egzekucyjnym, odwołano rozkaz i dostał jakąś inną karę. Na pierwszym zdjęciu są cztery pokolenia. Od prawej: pradziadek, dziadek, tata i to małe to ja:) Dziadek Józek był surowy, ale miał dobre poczucie humoru i bardzo go lubiłem.

Na kolejnych dwóch zdjęciach jest dziadek Tomek od strony mamy. Kiedy zaczęła się wojna, z łapanki trafił do obozu pracy koło Brzeszcz. Przesiedział tam ponad rok. Pracował przy koniach. Któregoś dnia zakopał się w końskim nawozie, który miał być wywieziony. Zostawił sobie tylko mały otwór do oddychania. Niemcy wbijali bagnet w stos gnoju, ale nie trafili na niego. Udało się mu uciec, a później kilka lat babcia musiała go ukrywać. Dziadek Tomek był najspokojniejszym i najsłodszym człowiekiem na świecie:)

Takie mieli historie ci dziadkowie. Szacun.