Sunday, 19 June 2011

Powoli do góry, na dwie nogi...



Powoli do góry, na dwie nogi...
(Kopenhaga)

Uff, to był ciężki miesiąc (a w sumie ciężkie trzy miesiące). Dochodzę do siebie małymi kroczkami, choć w pewnym momencie myślałem, że nie dam rady, że coś się we mnie połamało na dobre. Widać z wiekiem odporność na stres maleje, przynajmniej teraz wiem, że muszę być ostrożniejszy.

W skrócie – wpakowaliśmy się w długi, w mieszkaniu nie mogliśmy mieć zameldowania, nie mogliśmy załatwić papierów, właścicielka mieszkania okazała się osobowością niezbyt przyjemną, każda najdrobniejsza sprawa, próba załatwiania czegoś w urzędach spełzała na niczym, ale to naprawdę każda.

Po trzech miesiącach udało mi się wreszcie znaleźć nowe mieszkanie. Nie wiem, jak to wpłynęło na mnie, ale następnego dnia po znalezieniu nowego miejsca obudziłem się w okropnym stanie – nieopanowany niepokój, obcość, panika. Gdybym mógł to do czegoś porównać, to najbardziej przypominało to zły odlot po trawce, z tym, że zamiast trwać godzinę, czy dwie, trwało to prawie dwa tygodnie. Brrr, jeszcze teraz mam dreszcze i piszę o tym z niechęcią. Gdyby nie wsparcie Tani, to mogłoby być jeszcze gorzej...

W każdym bądź razie teraz jest lepiej. Codziennie ładuję się witaminami, dużo ruchu, unikam jak się da stresujących myśli, poza tym wreszcie udało nam się ruszyć z papierami, już prawie wszystko załatwione, nowe mieszkanie jest miłe, dzielimy je polską parą, z hiszpańską parą, z Włochem i Marokańczykiem, jest wesoło, ludnie, dobrze czasami czuć w domu obecność innych ludzi.

Za dwa tygodnie jedziemy do Polski w Sudety, spotkać się wreszcie ze Swamim, naszym duchowym przewodnikiem, którego do tej pory znamy tylko korespondencyjnie i teraz z niecierpliwością odliczamy dni.

To truizm, ale i tak powiem: życie nie jest łatwe, a czasami jest wręcz nie do zniesienia. Trzeba jednak wierzyć w głębszy sens. Czasami nic innego nie pozostaje, niż wbrew wszystkiemu przeć do przodu, bo przecież do tyłu nie da się iść, choćby się nawet chciało.

Thursday, 16 June 2011

Zły sen



Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość.

Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając porozumiewawczo.
Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemnobrązowe od dymu i upływu czasu ściany sprawiały, że atmosfera była posępna i groźna. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, przyglądający mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.

Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.
- Gdzie ci się tak śpieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu.

Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby dodać mi otuchy. Po chwili byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę.

Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Rasta podał mi jointa.
- Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.
- Nie, dzięki stary, już mam dosyć. - Spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.
Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do przyjaciół.
- Słyszeliście? Ma dosyć – zarechotał, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i żółte białka. Głośniki zachrypiały o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu.
Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:
- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie zgubiłeś siebie...
- Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.
- Pamiętasz, jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.

Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Miałem jednak wrażenie, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.

- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?

- Dosyć! - Wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę – powiedziałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza.

Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.

Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.

Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.

Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym świadkiem mojej ucieczki był głuchy tupot butów (mych własnych).

Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków. Zatrzymałem się przed drzwiami. Ze środka dobiegł mnie stłumiony dźwięk tej samej piosenki, którą słyszałem w barze.
Wreszcie zabudowania skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem - stałem na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca.

Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na piasku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego.

Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju.

Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie...

Zwymiotowałem na piasek. Co to za miejsce?! Czy można stąd uciec?

Od strony miasta doszedł mnie jakiś hałas. Umęczone serce znów mocniej zabiło. Wbiłem wzrok w ciemność. Wielki, ciemny kształt wynurzył się spomiędzy budynków. Długie macki sięgnęły w moją stronę...

Friday, 3 June 2011

Wynalazek Profesora T.Alenta




Wynalazek Profesora T.Alenta

Przetasowałem talię i wyciągnąłem kartę. Siódemka kijów. Siedmiu zbójów rzuca się na podróżnego.
Głośny huk. Wyrwane z zawiasów drzwi rozbiły lustro na korytarzu. Zamaskowane postacie w mundurach, z pałami, rozświetlone aurą praworządności, wbiegły, krzycząc: „Na ziemię, kurwa, na ziemię!”. Posłusznie położyłem się na dywanie. Nigdy wcześniej nie oglądałem pokoju z tej perspektywy. Przez chwilę poczułem się jak dziecko. Było miło. Później antyterrorysta kopnął mnie w nerki i zarzucił na głowę czarny worek.

* * *

Worek ściągnięto dopiero na miejscu. Stałem przed biurkiem sztywniaka w garniturze, o gładko przylizanych włosach. Przypomniałem sobie Matrixa. Później zobaczyłem obrazek na ścianie. Tarotowy Diabeł. Dopiero wtedy poczułem strach. Na twarzy sztywniaka wykwitł sztywny uśmiech. „Jesteś nam potrzebny, chłopcze” – zasyczał jak żmija. A może tylko mi się wydawało? „Do czego?”. Nie zabrzmiało to ani w połowie tak wyzywająco, jakbym chciał. Coś pomiędzy skomleniem, a kwileniem. Sztywniak pomilczał przez chwilę. W końcu wcisnął wbudowany w blat biurka czerwony guzik. „Obiekt będzie współpracował” – warknął do mikrofonu.

***

Tytus pozwolił wejść tylko mnie. Uzbrojeni antyterroryści musieli zatrzymać się dwadzieścia metrów od wejścia. Posiwiały szympans trzymał kałasznikowa. Owłosioną pierś oplatał labirynt kabli i sześciany ładunków wybuchowych. Kable zwisały również z pilota w dłoni. Nikły za półotwartymi drzwiami, prowadzącymi w głąb budynku. Tytus popatrzył badawczo i twardo. Wreszcie wyraz jego oczu złagodniał. „A jednak to ty. Do końca nie byłem pewny...” – powiedział niezrozumiale. Wyciągnął rękę, coś mi podając. „To od Autora”. Przyjrzałem się karcie. Głupiec. Małpa tańcząca nad przepaścią. Nie zdążyłem spytać o sens. Szympans odwrócił się plecami i ponaglając mnie machnięciem ręki, poszedł do drugiego pokoju. Ruszyłem za nim.


* * *

- Palisz? – popchnął w moim kierunku pudełko z cygarami. – Oryginalne. Kubańskie.
- Rzuciłem.
Nie zareagował. Odpalił zapałkę - moje spojrzenie nerwowo spełzło na ładunki wybuchowe - i z wyraźną rozkoszą zaciągnął się dymem.
- Tam wszystko się zaczęło...
- Tam?
- Kuba.
- Kuba?
Tytus warknął zirytowany, szczerząc kła.
- Piąta Księga? Wannolot? Fidel? Nic ci to nie mówi?
Niby tak. Ale co...
- Po imprezie z okazji wybudowania w Hawanie polskiej fabryki, poprosił mnie o spotkanie sam Castro. Nie zastanawiałem się długo. Zostałem agentem.
Zaśmiał się gorzko. Teraz dopiero zobaczyłem, że drży mu lewa powieka. Z kącika ust ściekała kropla śliny. Rozmawiałem z wrakiem czło...
- Nie spytasz dlaczego? – chyba oczekiwał odpowiedzi.
- Z powodów ideologicznych?
Skrzywił się z niesmakiem.
- Eee tam, ideologicznych... Tam komuna i tu komuna, co za różnica? Banany. Skurwiłem się za banany.
- ?
- Wiesz jak ciężko było o banany w tamtych czasach? Nawet w Warszawie. – Machnął zrezygnowany ręką (łapą?). – Szkoda gadać. Przejdźmy do rzeczy. – Małpie oczy znów rozjaśniła inteligencja i skupienie. Pysk Tytusa zniżył się nad biurkiem. Zaraz usłyszę konspiracyjny szept. Po prostu się to czuło. W międzyczasie zerknąłem na ściany pokoju. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Tarotowa tapeta? Same siódemki mieczy. Cwaniak ucieka z pola bitwy. Chytrze wykrzywia gębę i zwiewa z łupami. Zdrada.

* * *

- Najpierw współpracowałem tylko z Kubą, później oczywiście ze Związkiem Radzieckim. Po kilku latach sytuacja uległa zmianie. Skontaktowali się ze mną Amerykanie, Chińczycy... Irańczycy. Kurwiłem się z każdym.
- Ale co robiłeś? Jakie informacje mogłeś im sprzedawać? – Zaciekawił mnie.
- Jakie? Zapomniałeś, z kim pracowałem? Czyje osiągnięcia mogły zainteresować różne grupy?
- T.Alent – szepnąłem do siebie.
Tytus pokiwał głową. Podniósł z biurka małe zdjęcie w drewnianej ramce. Wyciągnąłem szyję. Znowu Tarot. Mag w białym kitlu i rozwianych, siwych włosach szczerzył sztuczną szczękę.
- We własnej osobie. Profesor T.Alent. Zdziecinniały geniusz. Wieczny harcerz. Niepodejrzewający nawet, że wszystkie jego wynalazki natychmiast trafiały do każdego światowego mocarstwa, które było gotowe zapłacić. Nigdy nie dowiedział się, że to dzięki jego geniuszowi Prasolotowa Flota Indonezji sprasowała na śmierć tysiące Timorczyków, napędzane uranem Wkrętacze Rosjan wwiercały się na tereny sąsiednich krajów, kradnąc niepostrzeżenie bogactwa naturalne, dzieła sztuki oraz kartofle na spirytus, a niewykrywalne przez radary Slajdoloty latały w nocy nad terenami Talibów, wyświetlając na skałach niemieckie i szwedzkie filmy pornograficzne. Na szczęście Tadek... – głos Tytusa zadrżał. Otarł łzę i zmieszany odchrząknął. – Na szczęście Profesor T.Alent zginął, zanim poznał prawdę.
- Profesor nie żyje? – otworzyłem szeroko oczy. To była sensacja. Dlaczego media milczały?

* * *
Wstał i podszedł do okna. Wydawało się, że chce odsłonić firankę. Ręka zawisła w połowie drogi.
- Snajperzy – powiedział, niby do mnie, niby do siebie, po czym wrócił do biurka. – Znalazłem go w tym właśnie pokoju. Leżał przy drzwiach. Myślałem, że to serce. Profesor nie dbał o siebie. Pączki, golonko, piwo... Dopiero, kiedy zobaczyłem krew i dziurę w czole, zrozumiałem, że go dopadli.
- Ale kto? Rosjanie? Amerykanie? Arabscy terroryści? – spytałem z przejęciem.
Tytus wzruszył ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć? To mógł być każdy... Wiedziałem jednak, czego szukali.
- Czego?
- Tego – długa, drżąca ręka wskazała w kąt.
Telewizor?
- Telewizor?
Szympans prychnął.
- Temporelizor.

* * *

- Maszyna czasu...
- Zależy, co rozumiesz pod tym pojęciem, chłopcze. Nie – nie można jej użyć do podróży w czasie. Profesor już dawno zrozumiał, że to niemożliwe. Ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby „zerknąć” w przyszłość. W końcu jest ona tylko sumą elementów teraźniejszości...
- Ale ile danych trzeba by wprowadzić, żeby prognozy były dokładne...!
Tytus pokręcił głową.
- Dajmy spokój z technicznymi szczegółami. Ty jesteś humanistą, a ja szympansem. Bardziej pasuje do nas mistyka. Ty z twoim tarotem, ja z czekającym mnie przeznaczeniem...
- Przeznaczeniem?
- Sięgnij do kieszeni.
Wyciągnąłem z dżinsów wymiętą kartę. Śmierć pomachała kosą, szczerząc zęby.

* * *



- Najpierw skontaktowali się starzy „przyjaciele”. Kuba, Rosja, CIA. Nawet ETA. Wyrzuty, groźby, oferty. Wszyscy wiedzieli już o wynalazku i każdy chciał położyć na nim łapy. Znając przyszłość, możesz tak manipulować teraźniejszością, żeby kształtowała twoją własną wersję przyszłości. Doskonała władza nad światem... Później „nasi”. Sprawa trochę przerastała polskie służby, ale jednak rozumieli, jakie możliwości oferował temporelizor...
- Co na to Romek i A’Tomek?
Znów gorzki śmiech. Przerodził się w kaszel. Najpierw normalny, suchy, w końcu wybuchający bulgoczącym, rzężącym koncertem. Otarł pysk grzbietem ręki. Na sierści pozostała czerwona smuga.
- Przepraszam. Wiem, że nie jest to przyjemny widok.
- Wszystko w porządku?
- Teraz to i tak nie ma znaczenia... Rak. Z płuc został mi czarny, przegniły worek. Cygara i papierosy. Nerwy.
- Przykro mi. – Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.
- Mówię, że to nie ma znaczenia. Nie umrę na raka.
- Aha...
- O tym zaraz... Pytałeś o Romka i A’Tomka.

* * *

- Romek zdemaskował mnie w ’89. Coca-Cola i Pepsi licytowały się o mapy Wysp Nonsensu. To był wielki rynek, wart miliardy dolarów. Przedstawiciele korporacji ustawili spotkanie w Mariocie, na Alejach Jerozolimskich. Wysłali po mnie limuzynę. Wpadłem na Romka przed hotelem. Popatrzył na garnitur, samochód, czarną teczkę pod pachą i nie powiedział ani słowa. Odwrócił się na pięcie i poszedł... Uwierz mi, poczułem się jak ścierwo. Po tylu latach razem... Nie wiedziałem, czy mam jeszcze po co wracać do Instytutu. Romek był inteligentnym gościem. Umiał wiązać fakty. Oglądał przecież wiadomości. Nieraz zastanawiali się z Profesorem i A’Tomkiem, jak to możliwe, że niektóre z państw dokonały odkryć technicznych wykazujących duże podobieństwa do prac naukowca.

Gdy po spotkaniu z koncernami wróciłem do Instytutu, okazało się, że Romek zniknął. Ani A’Tomek, ani Profesor nie mieli pojęcia, gdzie jest (ani, co przyjąłem z wielką ulgą, wydawali się nie wiedzieć nic o moim podwójnym życiu). Najpierw pomyślałem, że służby któregoś z moich „pracodawców” zlikwidowały chłopaka, po tym, jak zdemaskował moją grę. Na szczęście obawy okazały się płonne. Po kilku miesiącach dostałem kartkę pocztową. Z Indii. Najwyższa Kapłanka o ośmiu ramionach i niebieskiej opaleniźnie spoglądała na mnie kosmicznie spokojnym wzrokiem. Z tyłu napisano:

Wszystko jest iluzją. Jesteś małpą czy człowiekiem? Czy jeszcze czymś innym? Nie winię Cię. To my próbowaliśmy Cię uczłowieczyć. Teraz wiem, że to był błąd. Powinniśmy raczej pomóc Ci odkryć, kim naprawdę jesteś (byłeś? – czy jest już za późno?). Zamiast tego, napchaliśmy Ci głowę i serce ludzkimi przypadłościami i ambicjami. Pragnieniem władzy, chciwością, dwulicowością. Czuję się winny i potrzebuję odkupienia. Szukam harmonii i połączenia z Wielkim Duchem. Nie martw się o mnie. Kocham was wszystkich.
Romekananda Swami

PS. Profesor jest w niebezpieczeństwie. Jeszcze masz czas.


* * *

- A jednak się mylił... Nie miałem czasu... A może miałem, tylko go zmarnowałem?
Westchnął. Popatrzył na zapalnik w dłoni, pokręcił ze zrezygnowaniem głową i odłożył go na biurko. Gdybym chciał, mógłbym sięgnąć. Z pewnością byłem szybszy od chorej małpy. Ale nie poznałem jeszcze całej historii.
- Co z A’Tomkiem?
- Skubaniec wiedział.
- O wszystkim?
- Tak, o wszystkim. Teraz wiem, że Romek przed swoim zniknięciem podzielił się z nim swoimi wnioskami. Ale A’Tomek zachował to dla siebie. Czułem, że zaszły jakieś zmiany, że patrzy na mnie inaczej, że przestał być protekcjonalny. Podejrzewałem, że wie, ale pewności nabrałem dopiero tamtego dnia... W noc po zamordowaniu Profesora T.Alenta.

* * *

- A’Tomek zamordował Profesora?!
- Też nie mogłem uwierzyć. Siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Butelka wódki, ogórki, muzyka, wspomnienia, żarty... Zwykła stypa. Kiedy myślał, że jestem już całkiem pijany, przyznał się. Nie wiem, czy to planował, czy po prostu tak się spił, że puściły hamulce. Fakt pozostawał faktem – A’Tomek zlikwidował staruszka. Kiedy, sparaliżowany jego wyznaniem, próbowałem wytrzeźwieć, opowiedział mi swoją historię. Kilka lat temu, wkrótce po tym, jak Romek został joginem, A’Tomek związał się z anarchistami. To był jego sposób na odkupienie. Zaczął chodzić na spotkania, wiece, manifestacje. Wcale tego nie ukrywał. Pamiętam, jak czasami zjawiał się u mnie albo w Instytucie, żeby wziąć prysznic, czy też opatrzyć zadrapania i sińce. To było jego życie. Zresztą, kim byłem, żeby prawić mu kazania? Tamtej nocy przyznał, że o mnie wie. Część podejrzewał, resztę układanki dokończył Romek. Nie chciał się jednak mieszać. Wolał pozostawać z boku i żyć w iluzji, że wszystko jest, jak przedtem.
Tytus splunął. Różowa plwocina zlała się z pstrokatym deseniem dywanu.
– Nic nie było jak przedtem. Wszyscy się oszukiwaliśmy. Może oprócz biednego Profesora, który pozostawał dużym dzieckiem... Aż T.Alent odkrył temporelizor i A’Tomek uświadomił sobie, że musi zniszczyć najstraszniejszy wynalazek w dziejach ludzkości. Zrozumiał też wtedy, że akt zniszczenia maszyny nie będzie kompletny bez zniszczenia twórcy...

* * *

Wyraźnie zaczęło się ściemniać. Przygarbiona sylwetka Tytusa w obrotowym fotelu sprawiała przygnębiające wrażenie. Długie ręce wisiały po bokach. Wyglądał jak smutny, włochaty pająk. Wzbudzał litość. W niczym nie przypominał tego radosnego, łotrzykowskiego bohatera, z którym kiedyś przemierzałem szalone krainy.
- Chciał zniszczyć temporelizor, ale po offowaniu Profesora, zabrakło mu jaj i zwiał... Kiedy skończył opowiadać, byłem prawie trzeźwy. Trzeźwy i wściekły. Rzuciłem się na niego i zacisnąłem palce na szyi. Spurpurowiał, później sczerniał… Nie walczył. Poddał się karze. Leżał bez ruchu. Ale nie mogłem tego zrobić. Puściłem go. Z mroczną satysfakcją pomyślałem, że jednak zasrańcy nie uczłowieczyli mnie do końca. A’Tomek padł mi do stóp i płacząc, zaczął przekonywać, że maszyna musi zostać zniszczona, że nie wyobrażam sobie, jakie skutki może przynieść jej użycie, w jakie piekło zamieni się świat. Kopnąłem go w tę szlochającą gębę i wyszedłem w noc.

* * *

- Zginął w dwa dni później. Z kilkoma anarchistami przeprowadzili oblężenie na Instytut. Nie wiedzieli, że agenci paru mocarstw i grup obstawili teren. A’Tomek i pięciu innych zginęli z rąk snajperów, zanim podeszli do drzwi. Widziałem to z okna. Nawet zrobiło mi się smutno. Mały, tłusty zasraniec. Który jednak miał kurewską rację. Za to najbardziej nienawidziłem harcerzyka... Zrozumiałem wtedy, że toczy się wojna. Gdyby byli pewni, że nie zrobię czegoś głupiego (w końcu jestem małpą), już dawno przepuściliby atak. Bali się jednak, że zniszczę temporelizor, zanim położą na nim łapska. Nie mogłem dłużej czekać. – Pokazał na siebie. – Pozbierałem z całego laboratorium wszystko, co mogłem użyć jako materiał wybuchowy, po czym zaminowałem budynek, maszynę i siebie... Co z kartami?
- Co? – spytałem zbity z tropu.
- Tarot. Zacząłeś ten wieczór od kart, później karty pojawiły się kilka razy, a później nic. Koniec.
- Chyba zabrakło mi inwencji.
- Myślę, że mogę ci pomóc – powiedział tajemniczo i sięgnął do szuflady. Wyciągnął w moją stronę talię kart. Zobaczyłem czerwony punkt na owłosionej piersi. Ruchomy punkt. Snajper!

* * *

Nie zdążyłem krzyknąć. Dźwięk rozbitej szyby i jęk Tytusa zlały się w jedno. Karty rozsypały się w powietrzu niczym kabalistyczny deszcz. Zdałem sobie sprawę, że oglądam wszystko w zwolnionym tempie. Kątem oka dostrzegłem wąską szparę pomiędzy zasłonami. Nie zauważyłem jej wcześniej. Ale przecież Tytus musiał ją widzieć. Nie wiedzieć dlaczego, zamiast rzucić się od razu na podłogę, chwyciłem machinalnie jedną z fruwających kart i dopiero wtedy wczołgałem się pod biurko. Nie zdążyłem sprawdzić. Słaby głos wołał moje imię. Podczołgałem się bliżej. Dotknąłem czegoś mokrego. Pod ciałem starego szympansa rosła kałuża krwi. Próbował coś powiedzieć. Nachyliłem głowę.
- Wszystko jest dokładnie tak, jak ma być – wyszeptał. – Ty, ja, snajper, maszyna... wszystko.
- Ale dlaczego ja? – Nie rozumiałem. Tytus uśmiechał się. A potem kaszlnął krwią.
- Widziałem cię.
- Gdzie?
- W temporelizorze. Od pierwszego razu, kiedy zerknąłem w ekran, była tam twoja twarz.
- Moja?
- Nie wiem, dlaczego. Próbowałem zmienić, ale nie dało się... Nie chciałem umierać. Mimo wszystko. Na nic. Czego bym nie zrobił, temporelizor pokazywał to samo: żądam żebyś przyjechał, rozmawiamy, strzał w pierś... - Jego głos szybko cichnął.
- Po co w takim razie mnie ściągnąłeś?
- Musiałem... – znów zakaszlał. – Dla tego, co stanie się teraz... Popatrz na kartę...
Z karty szczerzył zęby Wisielec. Wyglądał jak Budda wiszący za nogę i rozdawał błogosławieństwa. Zwróciłem nic niepojmujący wzrok na Tytusa. Małpa nie żyła.

* * *

„I co teraz?” – pomyślałem. Położyłem się obok niego. Kurde, bohater mojej młodości odszedł na dobre. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go po siwej głowie. Znów czułem się jak dziecko. Wiedziałem, że zaraz zjawią się antyterroryści. Jak dziś rano. Pełen cykl. Łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniałem sobie „Operację Bieszczady”, Rozalię, Asizo... Noż kurwa mać!

* * *

Świetlista postać pojawiła się na środku pokoju. Rudowłosy jogin lewitował metr nad dywanem, w pozycji kwiatu lotosu.
- Romek? – spytałem z niedowierzaniem.
Jogin pokręcił przecząco głową.
- Kiedyś byłem Romkiem. Później byłem Romekanandą Swamim. Teraz jestem Światłem i Ciemnością. Pustką i Pełnią. Jing i Jang. Głupcem i Magiem. Wszystkim i Niczym...
O dżizas.
- Słuchaj. Jestem w środku pewnej... sytuacji – przerwałem mistyczny bełkot. - Tytus właśnie opuścił ten ziemski padół, za chwilę wpadną tutaj uzbrojeni agenci, a tam, w rogu, stoi maszyna, która najprawdopodobniej zamieni świat w piekło. Możesz się streszczać?
Romek uśmiechnął się ze smutkiem. Spokojnie i kojąco. Jak Jezus. Następnie podfrunął do temporelizora i wyciągnął dłoń. Maszyna zamieniła się w złocisty pył. Po sekundzie znikł bez śladu. Dobre i to. Następnie podpłynął do ciała Tytusa. Zatrzymał się przez chwilę. Eter wypełniły ciche mantry. Spoko. Dusza też jest ważna. W końcu Romek (alias Romekananda Swami, Światło i Ciemność, Pustka i Pełnia, Jing i Jang, Głupiec i Mag, Wszystko i Nic) przylewitował nade mnie. Ciągle leżałem obok zwłok.
- I co teraz? – zapytałem z ciekawością.
- Śpij. Po prostu śpij...

* * *

Obudziłem się na ławce. Przez chwilę próbowałem poukładać wspomnienia. Przerwał mi brzęk rozbijanych szyb, krzyki zamaskowanych postaci oraz wycie syren. Tłum gapiów zasłaniał widok, ale nie miałem ochoty wstawać. Przynajmniej, dopóki nie zobaczyłem zgarbionej postaci w długim prochowcu i kapeluszu o szerokim rondzie. Znajoma w jakiś sposób sylwetka, wydawała się wciskać w tłum jak reszta gapiów, próbując wywalczyć najlepszy punkt obserwacyjny.
- Tytus? – powiedziałem z niedowierzaniem i poderwałem się na nogi. Czyjaś ręka przytrzymała mnie na miejscu. Odwróciłem się zaskoczony. Wąsaty, siwy jak gołąb staruszek trzymał mnie za poły swetra.
- Siadaj chłopcze, bo jeszcze jakichś głupot narobisz.
- Co?
Pociągnął mnie z powrotem na ławkę i pochylił się nad notesem. Kreślił coś ołówkiem. Wyciągnąłem szyję. Poznałem.
- Papcio?
Staruszek, nie przerywając rysowania, kiwnął twierdząco głową. Wskazałem na tłum.
- Czy to był...?
Papcio podniósł na mnie wzrok. Dokładnie taki, jak pamiętałem ze zdjęć: pogodny i wesoły.
- A co myślałeś? Że Tytusa można zabić? Idee są nieśmiertelne.
No tak...
- Pokaż te twoje karty, młodzieńcze.
Pamiętałem, że rozsypały się po podłodze. Sięgnąłem do kieszeni. Były. Wyciągnąłem talię.
- Przetasować?
Papcio pokręcił głową.
- Nie trzeba.
Zamknąłem oczy i wybrałem jedną. Spojrzałem.
- I wyśmienicie! – zadeklamował z uciechą staruszek, waląc mnie w plecy.
Koło Fortuny. Nowy cykl. Nowy początek. Nowa przygoda. Nowe życie. Uśmiechnąłem się niepewnie.
- No idź! – popędził mnie Papcio. Wstałem.
- Gdzie?
- A na to musisz już sobie sam odpowiedzieć, chłopcze. – I machnął ręką, po czym wrócił do rysowania. Próbowałem wypatrzyć Tytusa (jeśli to naprawdę był on), ale zniknął, wtopił się w tłum. Rozejrzałem się wokół siebie. Noc zapowiadała się ciepła i jasna. W sam raz na spacer. Po raz ostatni rzuciłem okiem na Instytut, biegające z karabinami postacie i napierający na nie tłum. Odwróciłem się do Papcia, żeby powiedzieć „do widzenia”, ale ławka była pusta. Włożyłem ręce do kieszeni i powolnym krokiem ruszyłem przed siebie, pozwalając wchłonąć się słodkiej nocy.


Friday, 20 May 2011

Tuesday, 17 May 2011

Egzystencjalne myśli i aforyzmy



Egzystencjalne myśli i aforyzmy
Kazimierz Dąbrowski

Egzystencjalne i podstawowe

1
Czasami moce próbujące zgłębić „nieznane” są tak potężne i tak bardzo zajmują osobowość człowieka, że można nazwać je, jako całość, transcendentalnym instynktem. To właśnie ten instynkt wprawia w ruch inną potężną moc, która mu służy – instynkt śmierci.
Jeżeli przestrzeń przed „nieznanym” rozjaśnia się, instynkt śmierci powoduje mniej lub bardziej szybkie zniszczenie niższych dynamizmów. Jeżeli ta przestrzeń się nie rozjaśni, zabija psychologiczną istotę człowieka, a nawet prowadzi do samobójstwa.

2
Wewnętrzny niepokój, wewnętrzne konflikty, niedopasowanie, smutek i zamęt – wszystko, co obniża naszą pozycję na skali pospolitych wartości, działa na rzecz naszego przejścia do świata wyższych wartości.

3
Wewnętrzny konflikt pomniejsza zewnętrzny konflikt, budując w nas spokój i współczucie dla innych.

4
Kim naprawdę są egzystencjaliści, nie tylko z imienia, ale również w głębi? Kim byli Kierkegaard, Beckett, Jaspers, Camus? Byli po prostu skrajnymi psychoneurotykami, którzy pojęli w pełni ból i cierpienia tego świata, i wyrazili to z talentem.

5
Egzystencjalista nie jest mentalnie opóźniony, ani psychicznie chory. Egzystencjalista jest symbolem zdrowia psychicznego, symbolem umiejętności przyśpieszonego postępu. Nie jest nikim innym, jak wysoko rozwiniętym psychoneurotykiem.

6
Brutalna przemoc śmierci, ohydny rozkład, cuchnące szczątki i grób… a gdzie jest duch?

7
Dobrze jest wyobrazić sobie, tak bardzo, jak to możliwe, rozkład własnego ciała, zanim to naprawdę nastąpi.

8
Umiejętność i wszechstronność w utożsamianiu się z ludźmi sprawia, że nasza własna śmierć staje się bardziej osobistą perspektywą, a nawet bezpośrednią rzeczywistością w obecności śmierci kogoś innego. Jeżeli brakuje nam umiejętności utożsamiania się z innymi, ich śmierć jest nam odległa i nie widzimy jej związku z naszą własną śmiercią. Stając twarzą w twarz ze śmiercią innych, po prostu nie wierzymy we własną śmierć.

9
Twórcze przeobrażenie możliwe jest jedynie wtedy, kiedy instynkt przetrwania, czy też instynkt życia, świadomie ściera się z instynktem śmierci. Poza pajęczą siecią, gdzie kryje się zniszczenie całości, wyłania się możliwość uratowania części, w zmaganiu pomiędzy stroną duchową a cielesną, ludzką a prymitywną, świadomą a nieświadomą.

10
Tak zwany normalny człowiek rozwija chorobliwy lęk przed rozkładem i nicością, stąd też, dzięki swojej roztropności i instynktowi przetrwania, rozpędza obrazy śmierci i rozpadu. Spójrz na jego wysiłki ubierania śmierci i pogrzebów w wytworność, konwencjonalny uśmiech i szybkie pozbycie się szczątków, zobacz sprawność ceremonii pogrzebowych – pozbywamy się śmierci tak samo jak resztek jedzenia ze stołu, albo śmieci z kosza. Ale oczywistym jest, iż tylko wyjście naprzeciw istoty śmierci daje małą nadzieję pokonania jej.

11
Im większe napięcie pomiędzy przeciwnościami obiektywizmu i subiektywizmu, egzystencji i esencji, śmierci i życia – tym bliższa jest perspektywa pozytywnych rozwiązań lub choroby psychicznej i samobójstwa.

12
Raniąc się o te same ściany, które wydawały się naszą podporą, całkowicie tracimy nadzieję i doświadczamy rozpaczy, poza którą nie ma nic poza pustką albo nową sytuacją – obie te rzeczy są wtedy upragnione.

13
Na cmentarzach groby są nie do odróżnienia, gładkie trawniki, wypielone ścieżki, wszystko zadbane za opłatą przez władze miasta, nie przez indywidualne, kochające dłonie. Jeśli chodzi o same groby, im mniej zachodu, tym lepiej. Nawet kwiaty z pogrzebu można zwrócić do kwiaciarni. Wystarczająco na pokaz, ale oczywiście nie za drogo.

14
Istnieją cmentarze imitujące parki, pełne „estetycznych aranżacji”, obfite w wystrój, ale pozbawione akcentu śmierci, pozbawione indywidualności poszczególnych grobów. Taki jest właśnie ten „triumf życia”.

15
Patrzenie w tył i patrzenie do przodu, jednostajność i zmiana, śmierć i życie, wyjątkowość i jednorodność, niezmienność podstawowych cech i ich wzrost – wszystkie te rzeczy są z człowiekiem w jego rozwoju.

16
Człowiek może znosić smutek, porażki, nieszczęścia i widzieć ich ewolucyjne znaczenie. Potrzebuje jednak również trochę sukcesu. Ale – ośmielę się spytać – pod jakim względem?

17
Hierarchia wartości, którą przyjmuje Tomizm jest pełna sprzeczności. To samo odnosi się do filozofii monistycznych i im podobnych. Najważniejsze w nich są intelektualne, abstrakcyjne i uniwersalne funkcje. Takie podejście wyklucza emocjonalno-dążeniowe funkcje, i tak samo, raison d'être wszystkich odróżniających się struktur, które są wyjątkowe, niepowtarzalne, autentycznie ludzkie. Takie doktryny, chociaż gołosłownie zajmują się duchową nieśmiertelnością jednostki, tak naprawdę wykluczają ją, ponieważ nie zgadza się ona ze ścisłą logiką ich argumentów filozoficznych.

18
Mężczyźni są podobni do siebie i kobiety są podobne do siebie – można ich rozróżnić. Jakie znaczenie mają indywidualne i psychiczne różnice, jakie znaczenie ma wyjątkowość i niepowtarzalność, jeżeli nie zostaje wyodrębniony i powściągnięty popęd gatunkowy?

21
Nie istnieje prawdziwa ludzka egzystencja bez autentycznej esencji. Warunkiem prawdziwie ludzkiego istnienia jest uświadomienie sobie i wybranie tego, co jest w człowieku wyjątkowe i trwałe, bez czego jego istnienie byłoby bezwartościowe.

22
Śmierć musi być oszustwem nawet na pogrzebie: życie musi triumfować. Dlatego mile widziane są uśmiechy, pocieszające przemowy, a przede wszystkim makijaż na zwłokach i wygodna trumna, w której nieboszczyk wygląda, jakby tylko spał. W ten sposób nie wzbudza konsternacji i pozwala identyfikować się ze śpiącą osobą, a nie z odpychającymi zwłokami. A później zakryj to, zakop i zapomnij.

23
Szybko wyrzuć ciało z domu na cmentarz. A nawet wcześniej do szpitala, jeżeli przypadek jest beznadziejny. Niech to najbardziej odrażające wydarzenie odbędzie się w szpitalu, z dala od domu. Następnie, „artystyczna fucha na zwłokach”, i szybko, szybko, z powrotem do życia.

24
Chorzy psychicznie – niezwłocznie wyślijmy ich do domu wariatów, żeby nie musieć się nimi niepokoić i aby uniknąć ciągłego przypominania bolesnego doświadczenia. Szczodrze płaćmy za opiekę nad nimi, tak długo, jak będą z dala od rodziny. Umieśćmy ich za murem, daleko – cokolwiek, aby uniknąć smutku.

25
Wiele napisano o ludziach, jak Edgar Allan Poe, Cyprian Kamil Norwid, czy Marlin Monroe, o tym, jak umarli w ubóstwie, upokorzeniu lub sami się zabili. Ale na ich następców czekają te same rzeczy – cierpienie niezrozumienie, upokorzenie, braku pomocnej dłoni.

26
Czy istnieje ktoś, kto nie zostawił za sobą trumny ze szczątkami bliskiej osoby?

O ideologii prawdy

27
Wizja doskonałego rządu i doskonałego państwa, jeżeli przedstawia wzniosły standard i program, a szczególnie jeżeli te elementy zostały już osiągnięte w fazie wstępnej – taka wizja przetrwa pokolenia i oprze się wszystkim fałszywym systemom i ideologiom.

28
Dążenie do idealnego świata jest najwyższym kryterium i gwarancją sensu społecznej egzystencji. Społeczno-polityczny realizm, jeśli ma to być autentyczny realizm, musi zawsze opierać się na elementach idealizmu. (…)

29
Kiedykolwiek zostają pokonani dyktatorzy, zwracamy się do takich przywódców, jak Chrystus, Sokrates, Gandhi , Lincoln.

30
Prawdziwa miłość rodzinna, prawdziwe utożsamienie się ze szkołą, ze zwyczajami, rdzenną sztuką, krajem, najwyższym rodzajem narodowej świadomości – wszystko to kieruje się ku szacunku, uznaniu i podziwowi dla innych hierarchii wartości, dla innych kultur, nacji i ludzi, aż do pełnego braterstwa z ludzką kulturą i pełną empatią wobec ludzkości.

Negatywne przystosowanie

31
To, co jest dobre dla nas, a złe dla naszych bliźnich, nazywamy Przeznaczeniem, a to, co jest niedobre dla nas, a dobre dla innych – to przypadek.

33
Jakże dziecinni jesteśmy. Często ustanawiamy się w centrum uwagi i chcemy zainteresować innych nową fryzurą, bransoletką, kolczykami i innymi świecidełkami. Kierunek naszych zainteresowań i poglądów pokazuje poziom naszych „podstawowych wartości”.

34
Nasze wielkie ideały blakną w miarę doświadczania życia. Rzadko jesteśmy w stanie zatrzymać tę tendencję i rzadko pomagają nam w tym inni. Często w powierzchowny sposób zgadujemy negatywne cechy naszego charakteru, ale kiedy zostajemy zmuszeni do poprawienia tych cech, ta poprawa nie jest trwała. Wolimy zgadywać, niż żarliwie poszukiwać.

35
Twoja efekciarska mowa
może być przebraniem.
Czy twój umysł jest mądry?
Czy twe serce szczere?

37
Najlepsze, najłatwiejsze, najbardziej ekonomiczne. Dzieci wysyła się do dobrych szkół z internatem, podeszłych wiekiem rodziców do eleganckich domów starców. Łatwe rozwiązania, niewiele ograniczeń, niewiele obowiązków… niewiele wyrzutów sumienia.

38
Dwóch nieznajomych rozmawia o trzecim nieznajomym… Szybka znajomość zawarta na bazie krytykowania trzeciej osoby. Powierzchowne opinie, naturalna niechęć, czasami poufne tajemnice, a później zmiana ról. Krytykowany nieznajomy rozmawia z nowym nieznajomym o swoim niegdysiejszym krytyku. Niewłaściwe i degradujące rozmowy o innych, tak długo, jak brud nie dotknie nas samych.

39
W transporcie publicznym niewielu młodych ludzi ustępuje miejsca starszej osobie. Częściej starsza osoba ustępuje miejsca komuś starszemu albo choremu. Niektórzy z nich robią to z powodu prawdziwej wrażliwości i empatii, ale większość z nich chce pokazać innym, że jest młodsza i fizycznie sprawna.

40
Jeżeli naprawdę chcesz się rozwinąć , powinieneś potrafić dopasować się (jak również nie dopasować) do różnych rodzajów i poziomów rzeczywistości.

Niezależność i autentyczność

41
Dorośli nigdy nie są tak szczerzy we wzajemnej krytyce jak dzieci, chyba że są świętymi, albo wręcz przeciwnie – niesprawnymi psychicznie, czy psychopatami. Szczerość w dziecku często stwarza sposobność edukacji we wzajemnych relacjach między dziećmi, poprzez niepowstrzymywanie się od szczerej krytyki.

42
W pełni autentyczna postawa ma trzy metody rozwiązywania intelektualnych i emocjonalnych napięć: choroba psychiczna, samobójstwo lub poszukiwanie Absolutu, wbrew wielkim trudnościom i marnym rezultatom.

43
Słabnący sukces – cóż za wielkie słowo i wspaniały okres w rozwoju człowieka. Do teraz były tylko ambicje, potrzeby finansowe, pragnienie posiadania, pragnienie potęgi i ważności, potrzeba bycia wyżej, niewrażliwość na problemy innych, ranienie ich, a nawet niszczenie. A teraz… zapomnienie o sobie, pomaganie innym, poświęcenie, współczucie, empatia, identyfikowanie się z innymi i wiele innych, nie znanych wcześniej postaw. Ale jak bardzo ciągle pragniemy częściowego sukcesu, choć małego rezultatu w duchowych rzeczach, w tak zwanych wyższych sprawach. Dopiero kiedy większość naszych dążeń i celów zostanie spalonych na popiół, pojawi się światło, aby rozświetlić naszą drogę do miłości bez samozadowolenia.

44
Kto przyjmuje nieszczęście z bohaterstwem i miłością, kto przyjmuje życiowe porażki z uśmiechem, kto pragnie zniszczenia swego majątku, kto…? Ale tylko przez zetknięcie ze smutkiem i rozpaczą, tylko przez kontakt ze zniszczeniem w tym świecie, pojawia się iskierka nadziei na osiągnięcie czegoś, co wykracza poza, czegoś – mój Boże, sam wiesz, czy istniejesz, chociaż ja wiem o Tobie tak mało.

45
Potrzeba autorytetu jest bezpośrednio proporcjonalna do zawodowej wiedzy i jednostronnej specjalistycznej wiedzy. Natomiast rozwój wielopoziomowej, wielowymiarowej wiedzy, wzrost wrażliwości w ważniejszych sferach rzeczywistości wiąże się z niechęcią do autorytetu, a ponadto z pragnieniem i postawą pokory.

46
Jeżeli nie mamy gotowych podstaw do rozwoju poczucia niższości wobec siebie i innych, musimy je wcześniej, czy później zdobyć, aby naprawdę rozwinąć się pozytywnie.

47
W świecie humanistycznym autentyzm występuje wtedy, jeżeli coś znane jest poprzez wewnętrzne doświadczenie, a nie po prostu przez wiedzę zewnętrzną. Wiedza zewnętrzna potrzebuje wielu „dodatków” i „uzupełnień”. Dlatego właśnie autentyczny malarz musi doświadczyć swoich własnych dzieł, a nawet popaść z nimi w konflikt. Autentyczny pisarz musi doświadczyć zbrodni, bohaterstwa, wzniosłości, wewnętrznego konfliktu. Kandydat na autentycznego psychiatrę musi osobiście doświadczyć psychicznych zakłóceń.

48
Jak dobrze jest być bohaterem w codziennym życiu, być „sobą” zawsze różnym od innych, zawsze lepszym, inteligentniejszym i przystojniejszym, zawsze krytykować innych, zawsze ukrywać negatywne obserwacje pod płaszczykiem dobrej prezentacji, zawsze szufladkować innych, aby udowodnić sobie, iż jest się lepszym, szukać granic, aby umiejscowić siebie w centrum. Psychologia szukania tła dla swojej własnej roli. On jest „taki” i – zobaczcie sami – „jestem inny od niego”. Różne rodzaje kultu własnej wyższości. Dzięki Bogu, że nie jestem jak inni ludzie, albo ten poborca podatkowy.

49
Jak fascynujące jest zajmowanie się duchowymi, nowymi, nieznanymi, niezwykłymi, nieosiągalnymi sprawami! Transformacja, poświęcenie, samobójstwo – jak niezwykłe są to rzeczy! Ale jeżeli ktoś chce doświadczyć tych spraw – od narcyzmu do autentyczności – musi nie tylko zajmować się nimi, ale prawdziwie wyrzec się siebie, prawdziwie porzucić iluzję i prawdziwie popełnić częściowe samobójstwo.

50
Niezależność – ale w relacji do czego? Nie tylko w imię czyjejś własnej wolności – ponieważ, czym jest wolność i w relacji do czego? Może w relacji do opinii innych, rozjaśnionych własną, bezstronną intuicją; może – a może przede wszystkim w relacji do sugestii pochodzących z niższych poziomów czyjegoś temperamentu i charakteru.

51
Cóż za wielka tajemnica leży w budowaniu wewnętrznej niezależności! Pytają mnie o jej źródło, ponieważ różni się, a nawet sprzeciwia dziedzicznym tendencjom i wpływom otoczenia. Odpowiadam, że nie wiem. Jestem niecnie zachwycony, że nie mogę dać naukowej odpowiedzi, a jedynie intuicyjną. Po prostu jest to problem tak głęboko ludzki, że nauka nie może dać odpowiedzi. Możemy jedynie powiedzieć, że wynika to z rozwoju, ze świadomej transformacji, z własnego doświadczenia, z niezależnego i niepowtarzalnego „ja” i być może z nieznacznego kontaktu z poziomem transcendentalnym.

53
Wielkie osobistości wielbi się pomnikami, publikacjami, obchodami i zwykle… nie mają one naśladowców. Związek z nimi jest uogólniony, abstrakcyjny i sztywny. Ludzie nie doświadczają pełni ich osobowości, ich konkretności i wyjątkowości. Osobistości te zostają zinstytucjonalizowane, otoczone murem, pozbawione życia.

54
Nie można osiągnąć autentyczności za darmo. Zdobywa się ją przez wewnętrzny rozłam oraz wewnętrzne konflikty i niezależność.

55
To, co naprawdę idealne, niełatwo zdobyć. Wyższe wartości są trudne do osiągnięcia, a czasami nawet poza zasięgiem. Ale to jest problem idealistów. Natomiast realiści, znający „prawdziwą” stronę ideału, są inni. Nie dbają o autentyczność osiągnięcia ideału. Według nich, znają i osiągają go bardzo łatwo.

56
Ludzie żujący gumę w transporcie publicznym nie zdają sobie sprawy, jak wyglądają i jak podobni są do pewnych istot ze świata zwierzęcego. Nie pamiętają obrazków łąk, pastwisk i przeżuwających czworonogów.

57
Bycie autentycznym nie oznacza bycia naturalnym, takim, jakim jesteś, ale takim, jakim powinieneś być.

59
Autentyczność w człowieku nie jest zwierzęciem, ale człowiekiem.

Siły obrony i rozwoju

61
Biologiczny instynkt samozachowawczy oraz instynkt samodoskonalenia posiadają mechanizmy obronne, coś w rodzaju zaworów bezpieczeństwa. Mechanizmy działające w służbie instynktu samozachowawczego zasłaniają przed wyobraźnią i świadomością najniższe zainteresowania, instynktowne popędy biologiczne i zjawisko wzajemnego „pożerania”. Natomiast mechanizmy instynktu samodoskonalenia otwierają zawory wyobraźni w kierunku pociągającej, choć niejasnej przyszłości, podkreślając jej pozytywne strony, otwierają na perspektywy oraz na retrospekcję związaną z rozwojem i pomagają przezwyciężyć zwierzęce instynkty i niskie pragnienia.

Konkretne aspekty Absolutu

62
Tak długo, jak istnieje tylko monolog o Bogu, a nie dialog z Nim, nie będziemy nic o Nim wiedzieć, a szczególnie nic o Jego dobroci i sprawiedliwości. W rzeczywistości istnieją święci, choć jest ich niewielu, którzy prezentują zrozumiały i sensowny dialog. Istnieją również Pisma Święte – i przede wszystkim, cud życia Chrystusa. W obecnych czasach jednak wszystko to musi zostać potwierdzone przez nowe i bardziej dla nas autentyczne wezwanie od Boga, aby uciszyć głosy obozów koncentracyjnych, codzienny trumf materializmu, codzienne wzmaganie się zła, codzienne zwycięstwo kłamstwa i potęgę śmierci.

63
Odkrycie w sobie przedmiotu jest równocześnie odkryciem w innych podmiotu. Zdolność traktowania siebie, jak przedmiotu pozwala nam na traktowanie innych, jak podmiotów, jak ludzkie istoty, które możemy zrozumieć i utożsamić się z ich uczuciami. Obydwie postawy pozwalają na współistnienie i współpracę głębokiej empatii w stosunku do innych, i w tym samym czasie najgłębszego poczucia własnej indywidualności i wyjątkowości, która związana jest z pokorą i szacunkiem dla innych.

64
Niedostrzeganie czasu w podstawowych zjawiskach życia codziennego poprzedza fazę gorączkowej wrażliwości na czas, wrażliwości jednostki na przemijanie wszystkich wartości, wrażliwość na niszczące działanie czasu przez wiele przyszłych lat. A później być może pojawi się potrzeba ponadczasowego doświadczenia, dzięki któremu zachowane są doświadczane wartości.

65
Jak bardzo nie lubię dojrzewać przez utratę moich obecnych cech. Jak wspaniałe i ludzkie jest nie tracenie bliskich, świadomych i już wybranych cech, ale raczej zwiększenie ich siły i złożoności. Nie traćmy, ale raczej uszlachetnijmy magiczny i animistyczny sposób myślenia, świeżość entuzjazmu, szczerość, wyobraźnię i intuicję. Nie zmieniajmy prawdziwych przyjaciół, jeśli ich mamy. Nie zmieniajmy obiektów naszej miłości, ale pozwólmy im wzrastać we wspólnej szkole życia. Niech nie zadawala nas wąska, ciasna racjonalizacja, dojrzałość i ciasne instynkty, dopasowanie się do opinii większości i niedopasowanie do ideału.

66
Zniszczyć wszystko, co zmysłowe, co połączone z niższymi instynktami i utrzymać duchową konkretność i niezmienność wybranych cech. W tym duchu Kierkegaard walczył za Reginę Olsen, za miłość do absolutu i … przegrał. A może nie, może ta sama Regina pojawi się w transcendencji; ta sama, lecz bogatsza i rozumiejąca niepowtarzalność ich związku.

67

W stronę konkretności w transcendencji, w stronę niepowtarzalności transcendencji, w stronę podmiotowego absolutu! Przystosowanie się do tego, co powinno być i nieprzystosowanie do tak zwanej codziennej rzeczywistości. Jakąż siłę i determinację trzeba mieć, aby iść ścieżką pozytywnego nieprzystosowania.

68
Wtórna integracja – to tam pojawia się największa harmonia na drodze do ideału osobowości – a później być może nowe wstrząsy i być może nowa wrażliwość, ale już nie na głosy i szepty transcendencji, ale na jej wyraźną obecność.

69
Nasz niepokój ma różne poziomy, nasz spokój ma różne poziomy, nasza rzeczywistość ma różne poziomy. Niespokojny i intensywny rozwój. Ale istnieje coś, co łagodzi niepokój konfliktu, niepokój ciszy i niepokój wielopoziomowej rzeczywistości. Ponieważ to, co się zbliża, to różnorodność w jedności.

70
Zrozumienie podziałów, czy „zakłóceń” pomiędzy tym, co subiektywne a tym, co obiektywne, możliwe jest poprzez badanie rozwojowych współzależności pomiędzy obydwoma postawami. „Podmiot” rozwija obiektywne nastawienie do siebie i staje się „obiektem”, dzięki czemu może traktować innych jak „podmioty” w ich pełnym bogactwie, jedności i niepowtarzalności. Dzięki temu „zamęt” staje się współpracą, antynomia – syntomią, rozłam – wzbogacającą jednością. Może sposobem na pozbycie się sztywności monistycznej jedności i nieelastycznej „doskonałości” jest wprowadzenie rozróżnień, które wykraczają poza „doskonałą nieruchomość” i niezmienność, przez dynamizmy udoskonalające, z niezmiennością tylko niektórych cech.

Wewnętrzne środowisko psychiczne

73
Autorytarność i agresywność są odwrotnie proporcjonalne do rozwoju wewnętrznego środowiska psychicznego, a w szczególności do jego dynamizmów, takich, jak: niezadowolenie z siebie, „trzeci czynnik”, wewnętrzna transformacja psychiczna i empatia.

74
Kiedy żyjemy na zewnątrz, rozwijamy wrażliwość na świat zewnętrzny, jego różnorodność i bogactwo zewnętrznych doświadczeń i zewnętrznego otoczenia. Nigdy jednak nie staniemy się prawdziwymi, autentycznymi ludźmi, jeżeli w naszym wewnętrznym świecie nie mamy tej samej różnorodności, tego samego bogactwa, zainteresowań i żywotności, i więcej… jeżeli nie odkryjemy bogactwa płynącego z wewnętrznej hierarchii i ze zbliżania się do ideału.

75
Ważność wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów w rozwoju psychicznym człowieka nie jest wystarczająco rozpoznana. Wewnętrzne konflikty uodparniają nas na zewnętrzne i grają główną rolę w pozytywnym rozwoju człowieka. Jeżeli zewnętrzne konflikty nie są połączone z wewnętrznymi, stają się źródłem agresji, zniszczenia, wojen – dlatego są degradujące.

76
Pokora jest uczuciem niższości – nie tylko w stosunku do innych, czy do swoich własnych słabości i błędów, ale również w stosunku do wszechogarniającej ludzkiej ignorancji, bezsilności i bezbronności.

77
Rozwinięcie właściwej relacji z zewnętrznym środowiskiem jest ważne, ale o ileż ważniejsze jest rozwinięcie wewnętrznego środowiska.

78
Bodźce i warunki zewnętrzne nie ukazują najważniejszych z ludzkich cech, które objawione są dopiero przez transformację bodźców wewnętrznych i materiału dostarczonego przez bodźce zewnętrzne.

79
Psychiczne bogactwo jest charakteryzowane przez zachowanie wynikające z wewnętrznego doświadczenia.

O twórczej psychopatologii i zdrowiu psychicznym

81
Jak często psychiczna niedojrzałość jest błogosławieństwem, ponieważ obdarza możliwościami nieskończonego postępu. Biada tym, którzy są dojrzali ostatecznie i bez wysiłku!

82
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność - wśród jego pewności,
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych,
zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością,
która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi,
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych
i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego, co jest,
a przystosowanie do tego, co być powinno,
za to, co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane, ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę,
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości
nie pozwoli poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać, zamiast naśladować,
że jesteście leczeni, zamiast leczyć świat,
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę ,
za niezwykłość i samotność waszych dróg.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi...

83
Drażliwość jest wrogiem wrażliwości – osłabia ją i prowadzi do choroby.

84
Nadwrażliwość bez wewnętrznej transformacji powoduje wiele niepotrzebnych konfliktów z innymi – wyolbrzymia różnice oraz zmniejsza i zaciemnia najważniejsze rzeczy.

85
Najpierw chorzy umysłowo zostali rozkuci z łańcuchów, następnie stworzono dla nich ludzkie warunki opieki i leczenia. Zaczęto traktować ich, jak ludzkie istoty. Ale to nie wystarczy. Mam wizję szpitali przyszłości dla tzw. umysłowo chorych. Będzie to centrum wspaniałej, uniwersalnej wiedzy, przede wszystkim psychologicznej i moralnej, oraz mądrej miłości. Kandydatami do „leczenia” będą ci, którzy z powodu potrzeb i celów rozwojowych, „nie radzą sobie w życiu”, nie są w stanie poradzić sobie z sobą i ich otoczeniem. Będą to osoby pełne wrażliwości, fobii, smutku, załamań, niezadowolenia z siebie. Ci, którzy stracili wiarę w siebie i sens życia. Ci, dla których główną potrzebą jest miłość, którzy nie potrafią znaleźć idealnego obiektu miłości, którzy są rozproszeni i nieprzystosowani, ponieważ widzą wyższe poziomy rzeczywistości – „rzeczy nie z tego świata”, ci, którzy doświadczają niepełnych wizji, emocjonalnie niedojrzali, pełni strachu o siebie i o innych.

Co z tymi, którzy będą kierować leczeniem? Będą mieli trzy punkty widzenia – do wewnątrz, poza oraz w stronę innych. Będą mieli wiedzę utwierdzoną mądrością, dzięki własnemu doświadczeniu odrzucenia i samotności będą pełni troski, będą uodpornieni na rozpacz, bowiem pokonali swoją własną rozpacz, ich serca będą otwarte dzięki miłości, którą czuli w czasie swej własnej „nocy duszy”, będą mieli wizję ewolucji innych, ponieważ sami jej doświadczają.

W takim miejscu będzie „leczyć się” tych, którzy dążą do osiągnięcia siły większej niż posiadają, tych którzy szukają wizji konkretniejszych niż ich własne, szukają perspektyw własnego rozwoju, mocniejszych i jaśniejszych od tych, które widzą teraz. Będą tam ci, którzy szukają potwierdzenia niektórych ze swoich ścieżek, szukający zastrzyku dobroci, który działa o wiele lepiej, niż jakikolwiek inny zastrzyk. I jeszcze jedno: taki szpital będzie zaszczytem dla tych, którzy do niego trafią. Będzie świadectwem, że ci, którzy przychodzą tam w potrzebie, znajdują się na właściwej, królewskiej drodze rozwoju.

86
W świecie rządzonym tak, jak teraz, musi pojawić się wiele psychonerwic. W tym świecie nerwowa osoba musi być nerwowa, ponieważ niższy poziom kontroluje wyższy. Co za przepaść między tymi poziomami – władcy tego świata nie wiedzą, iż rzeczywistość psychonerwic, którą tłumią i podporządkowują sobie, jest tak wysoką rzeczywistością.

87
Wrażliwość bez ujścia w rozwoju zamienia się w drażliwość.

88
Wielu psychiatrów ma symptomy jednopoziomowej dezintegracji. Jest to podstawą ich chwiejności, nieodpowiedzialności, słabych zdolności edukacyjnych, małżeńskiej niewierności. Wydaje się, że separacja i rozwody są liczniejsze tutaj, niż w innych grupach społecznych. Osoby te ukazują psychiczną nadpobudliwość i dysharmonię, podczas gdy wewnętrzna transformacja i samokontrola są niewystarczające. Jest to jasno związane z nieobecnością wyraźnej hierarchii wartości.

89
To dobrze, że w społeczeństwie istnieją psychonerwice i samobójstwa. Świadczy to dobrze o tych ludziach – ale nie o społeczeństwie.

90
Trzymamy się podobieństw i zapominamy o różnicach. Pociągają nas uogólnienia i nie zauważamy szczegółów. Tak robimy w przypadku psychonerwic. Błyskotliwość idei związku pomiędzy psychonerwicami i psychozami zaślepia nas i nie widzimy ich głównych dynamizmów, źródeł, kierunku oraz ich rozwojowego bogactwa i kreatywności.

91
Wysoki poziom psychicznych ułomności wyklucza równoczesne współistnienie psychonerwic.

92
Przejście z dynamizmów psychonerwicy na wyższy poziom uodparnia jednostkę na chorobę psychiczną.

93
Żeby ochronić się przed poważnymi psychonerwicami albo psychozami trzeba zaszczepić się „psychicznymi zastrzykami” nerwowości i lekkich psychonerwic.

94
Jakże często mówi się, że ludzie chorzy psychicznie są zagubieni, pomieszani, zaplątani w absurdzie, ograniczeni i skazani na degradację. Ale być może pod welonem iluzji niepowodzenia i degradacji mogą widzieć i odczuwać rzeczy ukryte przed „normalnymi” panami tego świata?

95
Nie da się wrócić do tzw. normalności przez usunięcie psychopatologicznych dynamizmów. Jednakże poddając się wpływowi wyższych dynamizmów, można osiągnąć autentyczny, wyższy poziom rozwoju. (…)

100
Kiedy cierpisz na nerwicę nie wiąże się to tylko z cierpieniem i wewnętrznymi konfliktami, ale również z psychicznym bogactwem.

101
Nie szukaj zdrowia psychicznego! Dąż do rozwoju, a znajdziesz obydwie rzeczy.

102
Lecz się poprzez własny rozwój i kreatywność.

104
Nie obawiaj się smutku, depresji, strachu, obsesji, wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów. Jeżeli zostaną odpowiednio rozpoznane i poprowadzone, będą ci służyć.

106
Żadne doświadczenia, wstrząsy, załamania nie wywołają rozwoju, jeżeli nie będzie obecny zalążek tego, co ma się rozwinąć.

107
Dom o określonym stylu, nie może być rozbudowany nie pasującymi przybudówkami. Jeżeli nie podoba nam się nasz dom i pragniemy nowego, opartego na lepszym projekcie, musimy go zniszczyć od razu albo stopniowo – zawsze pamiętając mocne i słabe punkty starej struktury. Dzięki temu nowy dom będzie lepszy.

108
Psychiczny rozłam i zamęt ma miejsce, jeżeli to, co zostało zranione i złamane, dysponuje podobną siłą, jak to, co zraniło i złamało. Bez tej równowagi sił nie ma wstrząsu.

109
Samodoskonalenie zawsze jest częściowym samobójstwem. Rozwijający się instynkt życia musi współpracować z instynktem śmierci, ponieważ to właśnie instynkt śmierci wykorzenia prymitywne instynkty oraz pozostałości dezintegracji negatywnych struktur.

W górę

110
Proces, poprzez który dziecko zyskuje rozwojowe doświadczenie i robi postęp, jest żmudny. Weźmy na przykład dziecko, które otrzymuje niesprawiedliwą ocenę za swoje zadanie lub zachowanie. Jeżeli dziecko chce przekonać nauczyciela, że się myli, i w tym celu robi większy wysiłek – dziecko idzie najlepszą z możliwych dróg. Kiedy później dostanie od tego samego nauczyciela sprawiedliwą ocenę, zdobędzie wiedzę o pozytywnych i negatywnych cechach nauczyciela, jak również o samym sobie. Coś w jego postawie zostało zniszczone, a na tym miejscu powstało coś nowego. I stąd dalej, do przodu, do szerszego zrozumienia, bogatszych uczuć, bardziej obiektywnej samooceny, większego niezadowolenia z siebie, głębszego zrozumienia i współczucia dla innych.

111
Rozłamy i pęknięcia, liczne rozłamy i pęknięcia w środowisku wewnętrznym zostają naprawione przez empatię, ponieważ tylko „pęknięty” ma w sercu miejsce na utożsamienie się, empatię i miłość. Tylko na „pękniętego” czeka spełnienie, tylko „pęknięty” nie jest sztywny, ciasny i „odrzucający”.

112
Nie zawsze samobójstwo jest złym rozwiązaniem. Ale może jest coś lepszego, być może jest to ogromna ufność w rozwojową i twórczą moc, zrodzoną częściowo z dezintegracji niższych popędów.

114
Świadome zahamowanie niższych funkcji zawsze związane jest z rozbudzeniem wyższych funkcji, i vice versa, świadomy rozwój wyższych funkcji zawsze wiąże się z zahamowaniem niższych funkcji.

115
Nie uciekaj od siebie, ale pokonaj siebie!

Rzeczywistość ideału

117
To, co niezwykłe, indywidualne, zróżnicowane i wielopoziomowe może służyć za model dla tego, co pospolite, niezróżnicowane i jednopoziomowe, pod warunkiem, że to, co jednopoziomowe ma potencjał stania się wielopoziomowym.

118
Kiedy widzimy to, co jest „dojrzałe”, już rozwinięte i zakończone, z jaką tęsknotą myślimy o tym, co jeszcze niedojrzałe, twórcze, szczere, bezpośrednie, naiwne i ciągle pełne możliwości.

119
Uczynienie snów i pokrewnych im stanów prawdziwymi (wewnątrz granic możliwości), i uczynienie codziennej rzeczywistości nierzeczywistą – jest to być może zadanie dla człowieka przyszłości.

120
Kafka wolał sny od rzeczywistości. Szczegółowo je badał, systematyzował, pielęgnował i kontrolował. Przeniósł swoją główną kwaterę do krainy snów. Ich moc i przenikliwość wykroczyły poza rzeczywistość. Tak… być może zadaniem przyszłości jest rozwinięcie snów i stworzenie z nich głównego wymiaru rzeczywistości.

Determinizm i indeterminizm

121
Determinizm niższego poziomu musi ustąpić samostanowieniu. Stwarzanie musi ustąpić miejsca stwarzaniu siebie, a edukacja, edukowaniu siebie. To tutaj determinizm zamienia się w indeterminizm, a ostatecznie w samostanowienie.

O kreatywności

122
Czasami regresja emocjonalna jest pozytywna. Jeżeli by tak nie było, jakże moglibyśmy inaczej zdefiniować emocjonalne doświadczenia ludzi w różnym wieku, którzy, chociaż nie zostali pokonani, wycofują się chwilowo z pola bitwy, aby dojrzeć psychologicznie w świecie wyobraźni i samotności, którzy wycofują się do „krainy dzieciństwa” lub – jeżeli to możliwe – fizycznie powracają do świata, w którym dorastali, aby nabrać tam powietrza świeżości. otwartości, zrozumienia, prawdy, aby napełnić się spontanicznością i kreatywnością, po czym wracają do życiowych zmagań, wzmocnieni przez miłość, troskę i dbałość o swoich najbliższych.

123
Mówi się o potrzebie zaspokojenia naszych podstawowych potrzeb, zanim zaczniemy zajmować się wyższymi potrzebami. Ale jeżeli nie będziemy rozwijać naszych wyższych potrzeb równocześnie z zaspakajaniem niższych, te drugie będą rosnąć, puchnąć, zakorzeniać się i wtedy… nie zostanie miejsca na te wyższe.

Instynkty i ponadinstynkty

124
Jak to się dzieje, iż „prymitywne” siły niszczą cywilizowane kultury? Pomiędzy przyczynami wysuwającymi się na czoło, jest czerpanie przyjemności z cywilizacji i jej wygód, wzrost hedonizmu, następnie brak hartu, brak głębszego sensu śmierci i ostatecznie rozwój świadomości i inteligencji bez równoczesnego rozwoju nadświadomości i autentycznej potrzeby transcendencji. Barbarzyńca impulsywnie pogardzał śmiercią, ponieważ jej nie rozumiał. Był człowiekiem akcji i jeszcze nie posmakował hedonizmu. Tak więc po jednej stronie stały impulsywne cele, odwaga i pogarda wobec nieznanej śmierci, po drugiej zaś życie bez hierarchii wartości i celów, strach przed śmiercią nieprzezwyciężony egzystencjalnie oraz nadmierny rozwój materializmu i przyjemności zmysłowego życia.

Wielopoziomowość funkcji emocjonalnych

125
Istnieją bardzo wyraźne różnice w poziomach ludzkich funkcji. Tak jest z inteligencją i moralnymi, społecznymi, religijnymi i estetycznymi uczuciami. Tak jest z miłością, empatią, odwagą, świadomością, kontemplacją i ekstazą.

126
Łatwość, siła i długotrwałość reakcji emocjonalnych zapewniły podstawy dla fałszywej koncepcji tak zwanego „progu tolerancji” na frustrację. Ludzie wypowiadają się pozytywnie o umiejętności łatwego dostosowania się i „wysokim” progu tolerancji na frustrację. Tak jakby wychwalali ludzi niewrażliwych, ludzi, którzy w „dobrze wyważony” sposób akceptują radości i cierpienia (głównie te drugie), i którzy „łatwo sobie z nimi radzą”. Jak złe i jednostronne jest takie zrozumienie „przystosowania” i wewnętrznej transformacji psychicznej! Jakie to niechrześcijańskie, nieludzkie, nieduchowe i jak bardzo fizjologiczne!

127
Jak wszystkie czynności psychiczne, śmiech i uśmiech mają różne poziomy. Od brutalnego i niesubtelnego wyładowania śmiechu, od złośliwego i cynicznego uśmiechu, do szczerego, głośnego śmiechu dziecka, do uśmiechu pełnego empatii, subtelności i wyczucia.

128
Nie pragnij łatwej równowagi! Jakże lepiej jest pozostawać niezrównoważonym, jeżeli poprzez swój świadomy wysiłek osiągniesz równowagę na wyższym poziomie!

129
Pamiętaj, iż rzeczywistość nie tylko jest różnorodna, ale ma również różne poziomy – jest wielopoziomowa. Miłość, ambicja, empatia, uśmiech, zahamowanie i pobudzenie – wszystkie te rzeczy mają różne poziomy.

130
Rozwiń swoje uczucia do wyższego poziomu, ponieważ tylko ich rozwój, połączony z rozwojem rozumu, uczyni cię prawdziwym człowiekiem.

132
Wielopoziomowe zrozumienie wartości pozwala na rozpoznanie kierunku ich dalszego rozwoju. Daje ono podstawy do empirycznego usprawiedliwienia systemu hipotez dotyczących kształtowania ich struktury w dalszym rozwoju, „w perspektywie”, pozwala zobaczyć, kim stanie się osoba, a nawet kim „powinna” się stać. Koncepcja tego, czym „powinna” się stać, jest wówczas potwierdzalna empirycznie i pozwala wejść na moralne, normatywne i teleolgiczne obszary.

133
Zdobyte w ten sposób wartości zawierają możliwość weryfikacji poprzez rozwojowe założenia dotyczące tego, co „jest”, tego co „będzie” (prognozy empiryczne) i tego co „powinno być” (prognozy moralne i teleolgiczne).

135
Istnieją różne poziomy procesu dezintegracji pozytywnej i integracji wtórnej. Czasami rozmiar i napięcie dezintegracji pozytywnej jest tak wysokie, że życie jest za krótkie, aby po tak twórczej dezintegracji osiągnąć proporcjonalnie wszechobejmującą integrację wtórną. Dopiero osiemdziesiąty dziewiąty rok życia Michała Anioła ukoronował jego potężną i intensywną dezintegrację pozytywną spokojnym spełnieniem integracji wtórnej.

O psychologii i psychologach

137
Zwykło się mówić, że psycholog jest ekspertem w sprawach duszy, ale od kiedy nauka zlikwidowała duszę – w sposób naukowy – psycholodzy zaczęli zajmować się „pod-duchowymi” sprawami, szczególnie znajdującymi się na najniższym poziomie. Te sprawy drobiazgowo zdefiniowano – stało się tak dlatego, ponieważ naukowe metody można było zastosować tylko do tego poziomu. W ten sposób „człowiek psychiczny” wraz ze swoją osobowością zintegrowaną przestał istnieć dla psychologii – zgubiony po drodze i utopiony w entuzjazmie wymiernych kryteriów. Jakże błogosławiony jest fakt, iż zostawiono to pole artystom, pisarzom i filozofom.

138
Istnieją filozofowie, psycholodzy i inni naukowcy, którzy nie uznają obiektywności poziomów funkcji psychicznych człowieka, ponieważ nie mogą dotknąć, doświadczyć tych poziomów, czy też zmierzyć ich standartowymi metodami. Dlatego właśnie wgląd do wewnątrz, uczynność, sprawiedliwość, życzliwość, estetyczna i moralna wrażliwość są dla nich „subiektywnymi” zjawiskami. Mimo to szukają najbardziej „obiektywnej” metody oceny dobrego poziomu nauczycieli swoich dzieci; zwracają wielką uwagę na dobre „zmierzenie” ich zdolności, wydajności, moralności, itd.

139
Można obiektywnie stwierdzić, że konkretna ilość danego materiału jest większa lub mniejsza od innej ilości tego samego materiału. Można stwierdzić, że jedna deska jest dłuższa od innej. Że temperatura jednej rzeczy jest wyższa niż temperatura innej, że istnieją różnice w intensywności danego koloru – oni jednak mówią, że empatia, miłość, czy tragedia nie mogą mieć różnych stopni, że dzieła sztuki nie mogą mieć różnych poziomów, że takie stwierdzenie jest nienaukowe, niejasne i subiektywne. Wielu psychologów szkoły behawioralnej twierdzi w ten sposób. Jakie szczęście, że są ludzie myślący inaczej.

140
Popatrzmy na naszą jaźń tak, jak patrzymy na ciało, ale zróbmy to bardziej przenikliwie, rozsądnie i uniwersalnie. Nawet w najbardziej zmiennych warunkach obserwujmy statyczność i ruchliwość naszych dynamizmów psychicznych, ich mocne strony i współzależności, ich dojrzewanie i świeżość, ich hierarchizacje i rozbicie hierarchizacji. Patrzmy i cieszmy się, że niektóre z tych rzeczy są niezmienne. Obserwujmy coraz jaśniejszy, zawsze żywy i zmienny wizerunek w naszym „psychicznym lustrze”.

141
Wbrew temu, co mówi wielu psychologów, w pewnym sensie możliwe jest równoczesne doświadczenie negatywnych i pozytywnych uczuć. Na przykład tragiczni bohaterzy w swoich egzystencjalnych zmaganiach, wewnętrznych konfliktach i walce z siłami próbującymi ich pokonać, odczuwają elementy bólu i wzniosłości, heroizmu i rozpaczy, smutku i radości, negacji i potwierdzenia. Byłoby czymś sztucznym pocięcie tych doświadczeń na segmenty czasu, oddzielając smutne od wesołego.

Sunday, 15 May 2011

Na Camino (sen)



Na Camino
(sen)

Rozkoszny powrót na Camino. Ulga i radość, wrażenie, że problemy zostały za mną, pozostaje tylko wędrówka, powrót do znajomych, barwnych miejsc.

To Camino ze snu jest zupełnie inne od tego prawdziwego, które przeszedłem. Ciągnie się nie marne 800 kilometrów, ale tysiące, droga wije się przez Europę, Azję, lato, zimę, Himalaje i dziwaczne jaskinie, wilgotne, ciemne lasy, pustynie, huczące jak grzmot wodospady a jednak wszystko to jest znajome, swojskie, bo przecież już raz tę trasę przeszedłem.

Pokazuję Tani niknącą wśród obsypanych śniegiem wzgórz wstęgę drogi.
- Zaraz dojdziemy do albergue – mówię z podekscytowaniem, delektując się rolą przewodnika. W równoległej rzeczywistości tego snu, pierwszy raz byłem na Camino sam i teraz mogę wziąć na siebie odpowiedzialność i przyjemność bycia znawcą trasy, dla Tani właśnie.
Dochodzimy do schroniska. Podaję Tani łopatę do odśnieżania.
- Na trasie panuje taki zwyczaj – wyjaśniam – że każdy pielgrzym odgarnia choć troche śniegu, w ten sposób albergue pozostaje odśnieżone.

Odrzucamy kilka łopat białego puchu, a z lśniących złotym światłem okien dobiega przytlumiony gwar rozmów, muzyki i śmiechu. Zaraz dołączymy do reszty pielgrzymów.
A rano zabieram Tanię do spiżarni i pakuję nam do plecaka kostki masła.
- Jest taki zwyczaj na Camino, że pielgrzymi przenoszą do następnego schroniska różne potrzebne towary, w ten sposób pomagając w prowadzeniu albergue.
Ach, jak miło być znawcą zwyczajów z Camino!:)

Po drodze pokazuję jeszcze Tani podziemne jaskinie z gorącymi źródłami, gdzie można się wymoczyć, a nawet zrobić pranie, odwiedzamy wioskę Mongołów, gdzie o mały włos nie porywa ją do haremu lokalny kacyk, ale udaje nam się wybronić muszlą świętego Jakuba, uciekamy przed watachą wilków, w połowie drogi zawracamy do domu, w Polsce, żeby sobie odpocząć, ale już następnego dnia, tunelem czasoprzestrzennym dochodzimy w sekundę do tego miejsca, w którym przerwaliśmy Camino...

Kolejność uczuć w trakcie budzenia się i już po przebudzeniu:

1. Radość i beztroska
2. Wrażenie (pozytywnej) nieobliczalności rzeczywistości
3. Relaks
4. Eee… co się dzieje?
5. Widok czerwonego koca pod nosem i poduszki w kratkę nie pasuje mi jakoś do Camino. Niepokój. Przecież na trasie mamy śpiwory, a nie koce i kołdry.
6. W mojej głowie pojawia się straszne podejrzenie.
7. Zaciskam powieki, „jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze trochę”
8. Przez chwilę myślę, że może się udać, kilka oderwanych obrazów pojawia się pod powiekami, sen nie rozpuścił się jeszcze do końca…
9. Gone
10. Back to reality:)


Friday, 13 May 2011

Dire Straits



Dire Straits

Dziś rano szliśmy z Tanią dróżką prowadzącą z supermarketu do mieszkania, dużo zieleni, kwiatów, stadnina koni, pstrokacizna ptaków, zapach końskiego nawozu. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jakby to było cudownie, gdyby nagle zniknęli wszyscy ludzie i zostalibyśmy tylko my dwoje. Spokój, nikt by nic od nas nie chciał, znaleźlibyśmy strzelby do obrony przed dzikimi zwierzętami, pojechalibyśmy na rowerach (póki drogi jeszcze by się nadawały) gdzieś do Prowansji i założylibyśmy tam nową Polskę (kto by nam zabronił?!), uprawialibyśmy ziemię, zajadali winogrona, wylegiwali się na słońcu, czytali książki.

Kiedy człowiek zaczyna marzyć o eksterminacji całej ludzkości, to chyba znak, że dzieje się w życiu niewesoło:)

No i faktycznie, dostajemy ostatnio w kość, a końca nie widać. Szczerze mówiąc nie pamiętam, żebyśmy byli kiedyś w takich tarapatach. Toniemy w systemie, który w chłodny, nieprzyjazny, udający bezosobowość sposób, traktuje nas jak wrogi organizm, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Tak przynajmniej czujemy się w tym zamieszaniu.

Cała kabała zaczęła się od tego, że zdaliśmy sobie sprawę, że w mieszkaniu, które wynajęliśmy, nie możemy się zameldować (pomimo faktu, że właścicielka przy podpisywaniu kontraktu zaklinała się, że nie będzie z tym problemu). Niby mała rzecz, a jednak okazuje się, że w Danii nie taka mała – bez zameldowania człowiek nie może podjąć pracy, iść do lekarza, na kurs językowy, etc. Nie dowiedzieliśmy się jednak tego tak od razu. Najpierw wzięliśmy się za całą kupę innych załatwień, z których każde po kolei okazało się niewypałem, tak jakby cały wszechświat zdecydował, że na każdy nasz ruch zareaguje oporem.

Oczywiście bez wpływów gotówkowych, prawie natychmiast zostaliśmy bez grosza. Najpierw trzeba było pożyczyć z jednego źródła. To wsiąkło błyskawicznie na bieżące wydatki – jedzenie, bilety, czynsz, rachunki. Następna pożyczka – okazało się, że starczyło tylko na zarejestrowanie się na stronie internetowej z ogłoszeniami mieszkaniowymi. Kolejna pożyczka na życie, ale okazuje się, że na angielskim koncie zrobił się nieautoryzowany debet, za który codziennie ściągają nam kupę kasy, trzeba to szybko zapełnić, a w międzyczasie przychodzi rachunek za internet. Tyle tylko, że nie za miesiąc, ale jakimś cudem za trzy miesiące plus opłata za instalację.

Ze sprzedanych butelek i puszek udało się zrobić zakupy na dwa dni, to kupiło nam trochę czasu. Oczywiście ciągle czekaliśmy na wypłatę Tani za zeszły miesiąc (choć już dwa tygodnie nowego miesiąca minęły) – pani z gminy była na urlopie, więc cierpliwie musieliśmy czekać na wyjaśnienie. Pierwszego dnia po powrocie z urlopu zadzwoniła do nas: „Ale przecież wy nie macie zameldowania. Jak chcecie dostać pieniądze?” „Ale…” „Nie ma ‘ale’ – bez zameldowania nie da rady wypłacić wam pieniędzy. System nie puszcza”. „Ok… Więc co?” „Jak to co? Znajdźcie sobie mieszkanie.” „Ale żeby znaleźć mieszkanie, potrzebujemy tych pieniędzy, których nie możecie nam dać, bo nie mamy mieszkania”. Normalnie, paragraf 22.

- Nie możemy teraz wrócić do Polski, co? – pyta nieśmiało Tania, hamując łzy.
Obejmuję ją.
- Raczej nie.
I zaczynam wymieniać ile wisimy i komu. Nie da rady. Teraz, niczym rzymska armia musimy przeć do przodu, bo centurion spalił za nami mosty i teraz tylko z tarczą albo na tarczy, nie ma innego wyjścia.

Przytulam ją mocniej. Otwieram najtańsze (z braku funduszy ostatnie na jakiś czas) wino dla siebie, Tania rozpakowuje paczkę wafelków i włączamy w sieci „Czas Honoru”, z desperacją uciekając od niezrozumiałej rzeczywistości kształtowanej przez biurokratów, polityków i biznesmenów, na ulice okupowanej Warszawy, chłopaki dają czadu pod samym nosem Abwehry i Gestapo, a my z niepokojem odliczamy odcinki pozostałe do końca.

Kiedy po raz tysięczny tego dnia klikam na email, facebooka i ogłoszenia mieszkaniowe, czekając na przełom, który nie ma zamiaru przyjść, a za oknem kpi lśniąca słońcem wiosna, zapach bzu wciska się przez okna, dzikie kaczki z małymi zataczają kółka na jeziorku, zieleń trawy, dębów i brzóz jest tak soczysta, że chciałoby się w niej wytarzać, to zdaję sobie sprawę, że chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak sam. Nie lubię tego wrażenia. Zamienia maj w listopad, serce w zardzewiałą puszkę, poezję w urzędowe formularze, a świat w niskopikselową grę komputerową na punkty, grę w którą jestem bardzo kiepski.

W obliczu trywialności, bezwzględności i mechaniczności materialnego życia, każda próba znalezienia w nim poezji i sensu spełza na niczym. Jedynie jakieś mocne wydarzenie wybijające mnie z wewnętrznego przekonania, że żyjemy w chłodnej, kalkulującej, interesownej maszynie - innymi słowy doświadczenie cudu - mogłoby mnie jeszcze przekonać, że… No, że jest po prostu inaczej, dobrze, normalnie jak w książkach.


Friday, 6 May 2011

Jasna Polana 6



• Słowem wstępu

• Niewolnictwo naszych czasów
Lew Tołstoj
• O Francisco Ferrerze
Murray Bookchin
• Reforma szkolnictwa
Francisco Ferrer
• Wartość społeczna Szkoły Nowoczesnej
Emma Goldman
• Hiszpański ruch wolnościowy w zarysie
Murray Bookchin
• Wymiana między światami
Peter Nabokov
• Sprzedawcy snów
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 6 - pobierz

Wednesday, 20 April 2011

Podróż - 1



Podróż - 1
(Polska, Dania)

22.03.2004
Chyba już niedługo będę mógł zacząć dziennik autostopowicza - pojutrze ruszam. Dziś spędziłem sporo czasu w sieci, szperając po różnych podróżnych rupieciach, ale nic konkretnego nie znalazłem, żadnej oferty, że ktoś szuka pasażera do Hiszpanii. Za to wciągnął mnie pamiętnik Kingi, potrzebowałem dziś właśnie czegoś takiego - wyciągniętej reki, bo przyznam się trochę, że opadł mi entuzjazm i pojawił się lekki niepokój. Przecież zostawiam dom, dziewczynę i jadę dosyć daleko sam, nie wiem po co, nie wiem, co mnie spotka, a w dodatku zima nie chcę się skończyć.
Fajnie byłoby spotkać kogoś po drodze, byłoby raźniej, ale może właśnie tego potrzebuje: trochę samotności, żeby oczyścić wewnętrzną atmosferę.

***
Dziś skończyliśmy z Tanią ostatnie, wykończeniowe prace nad moim boskim pokrowcem na akordeon. Zajął nam trzy dni pracy, z przerwą na posiłki. Jestem z niego dumny. Wygodny (małe niedogodności niweluje jasiek włożony w odpowiednie miejsce) i mocny (mam przynajmniej nadzieję, ale przy tylu ściegach powinien trzymać się kupy przez lata). Jesteśmy wielcy.
Będzie mi brakowało Tani przez najbliższe tygodnie (i pewnie miesiące). Jutro ostatnie przygotowania, a w środę zaczynam od Krakowa.

23.03.2014
Ostatni wspólny wieczór z Tanią i w ogóle w domu. Ojciec kupił mi na pożegnanie butelkę wina i jeszcze postawił sałatkę owocowa z winogronami. Jest miła atmosfera, wszyscy się trochę o mnie martwią.
Cieszę się, że zobaczę Kraków. Spędziłem tam kilka fajnych lat, najpierw jako mnich, to był naprawdę świrnięty, ale budujący okres, a później z Tanią (jeszcze bardziej świrnięty i jeszcze bardziej budujący).
Mam nadzieje, że spotkam dobrych ludzi. Gdzieś przecież muszą być.

23.03.2004, Kraków
Dojechałem do pierwszego przystanku na drodze. Kraków. Wyjechałem z domu wcześnie rano, złapałem stopa do samych Kęt, gdzie czekałem jakieś piętnaście minut i złapałem pewnego faceta, urzędnika z biura podatkowego, jadącego do Andrychowa, a stamtąd po jakiejś pół godzinie podwiózł mnie sympatyczny pan, kopcący jednego od drugiego. Wysadził mnie w wiosce pod Krakowem. I jeszcze jeden stop, prawie pod same drzwi znajomych.
Nawet mi bardzo nie dolało, tylko parę kropel pod koniec podróży, a pogoda tak dopisała, że po godzinie gawędzenia z Iwoną (Arek był gdzieś w trasie biznesowej) pojechałem do centrum.
Na starym mieście odżyły stare wspomnienia, szczególnie z okresu, kiedy poznałem Tanię. Zrobiło mi się smutno, a potem postanowiłem zagrać trochę, żeby zdobyć parę groszy i w ogóle spróbować sił w nowym miejscu. Było cieniutko. Kasa ledwie co kapała, a oprócz tego czułem się bardzo niepewnie, zero kontaktu z ludźmi, ale co poradzę, nie jestem szołmenem. Ostatecznie jednak i tak znalazło się parę osób, które doceniły moją muzykę. Grałem trochę na Floriańskiej, później na Grodzkiej (chyba), a kiedy zaczęło lać, wróciłem do mieszkania. Wysłałem parę emaili, kilka też dostałem: od Tani i Ricarda, który teraz mieszka w Danii. Poczytam jeszcze "Wojownika Światła" i do spania.

25.03.2004, Kraków
Senny poranek. Leje jak z cebra, zimno i za bardzo nie wiem, co z sobą zrobić. Czekam, aż Arek pójdzie do pracy, żeby podłączyć się do internetu. Napiszę parę listów i jeszcze poszukam czegoś, co mogłoby pomóc mi w drodze, sam nie wiem czego. Tak w sumie to potrzebuje tylko dobrej pogody.
Nawet jeśli miałoby lać cały dzień i tak pojadę na miasto. Odwiedzę Jacka w jego zakładzie krawieckim, spróbuję też załatwić od Arka numer do Maćka i Marka - może zmieniłbym lokum na weekend. No i jeśli się rozpogodzi, pewnie w poniedziałek ruszyłbym dalej, bo nic tutaj po mnie.
Gdzie ja w ogóle chcę jechać? I po co?
Czyżbym się łamał? Już? Poczytam dla inspiracji dziennik Kingi. Cholera, gdybym miał trochę więcej kasy, czułbym się pewniej, ale co zrobić, będę musiał sobie radzić tak jak teraz. Wyzwanie i przygoda.
Może po drodze narąbię komuś drwa za parę euro albo miskę strawy. A propos - zgłodniałem. Mogłem jednak kupić wczoraj jakąś zakąskę. Zostało mi tylko cztery złote. Mam w sumie jeszcze stówę, ale na razie nie chcę jej rozmieniać, niech zostanie na czarną godzinę, choć z tą pogoda to czarna godzina tuż, tuż.

tego samego dnia później
Już w dobrym humorze, choć przez chwile myślałem, że się kompletnie zdołuję. Zimno, leje, teraz to już nawet nie deszcz, ale deszcz ze śniegiem.
Umówiłem się z Maćkiem na popołudnie. Żeby zabić czas postanowiłem połazić trochę po mieście, ale nie bawiłem się za dobrze. Przemokły mi buty, a poza tym jestem spłukany. Zobaczyłem kilku ulicznych muzyków, którzy pomimo pogody próbowali pracować, no więc idąc za ich przykładem wszedłem pod Sukiennice (żeby deszcz nie zmoczył akordeonu) i zacząłem. Pierwsze czterdzieści minut z Amelią - kiszka - Yann Tiersen nie przemawia chyba za bardzo do Krakowiaków. W końcu się wkurzyłem i zacząłem grać reggae. Od razu wyrwałem ludzi (i siebie przy okazji też) z obojętności. W parę minut zarobiłem dziesięć złotych. Nie chodzi nawet o kasę, ale po prostu podbudowałem się, że jednak wszystko jest możliwe.
Kiedy grałem, niedaleko stała pewna para - chłopak sprzedawał aparaty i filmy Kodaka, a dziewczyna czekała - jak się później dowiedziałem - na niego, żeby razem iść do kina. Przez cały czas śpiewali ze mną piosenki Marleya i tańczyli. Od razu inaczej się gra, mając przed sobą kilka życzliwych osób. Teraz jadę do Maćka porozmawiać o dawnych czasach.
Szukając znaków.



26.03.2004, Kraków
Wczoraj u Maćka było bardzo przyjemnie. Pogadaliśmy, zjadłem u niego obiad, zagrałem parę melodii i około szóstej wyszedłem. Nie chciało mi się wracać do mieszkania, więc pojechałem na miasto, połazić bezcelowo, pooddychać tutejszą atmosferą i w sumie z nadzieją, że kogoś spotkam albo coś się wydarzy.
Nic się nie wydarzyło. Bardziej cieszyłbym się tym spacerem, gdyby pogoda była inna, a tutaj śnieg, wiatr i zimno. Ma się zmienić od wtorku.
U Arka zostanę jeszcze do jutra, a dziś wieczorem zadzwonię do Marka, czy mógłbym się u niego zatrzymać na parę dni. Jeśli nie, to sprawdzę jeszcze w Hospitality Club. Poza tym mam jeszcze namiot. Najwyżej znajdę jakiś przytulny kącik na Plantach i tam się rozłożę.
Dziś w księgarni widziałem parę dobrych książek. Serce bolało. Najbardziej miałem ochotę na Hodżdżę Nassreddina. 59 zeta. Niestety, nie tym razem. Cholerne pieniądze. Ojciec zawsze mówił, że ukraść książkę to nie przestępstwo, bo książki należą do wszystkich, ale z tymi kamerami i czujnikami ciężko podążać ścieżką ojców.
Znalazłem jakiś "piwniczny" pub, żeby się ogrzać i wypić piwko na otuchę. Zarobiłem dziś siedemnaście złotych i gdyby mnie nie wyrzucili spod Sukiennic, poszłoby jeszcze lepiej, ale co tam. Tak jak wczoraj i przedwczoraj Amelia nie chwyciła, ale Bob Marley to hit. Od razu łapię dobry kontakt z ludźmi. Dziś jakieś dzieciaki spędziły ze mną godzinę, tańcząc i śpiewając, a ilu ludzi wysłało uśmiechy i pozytywne energie to sam nie wiem. Jestem doładowany.
Oprócz tego ta para którą spotkałem wcześniej (chłopak z aparatami i jego przyjaciółka), też dziś przyszła, żeby pogadać (Ewa i Robert).
Ewa powiedziała, że spróbuje załatwić mi nocleg u swoich znajomych. Sympatyczna dziewczyna, studiuje coś ze sztuką sakralną. Zaprosili mnie na przegląd muzyki gitarowej na Kazimierzu, ale jeszcze nie wiem, czy pójdę. Chciałbym dziś jeszcze zagrać na Floriańskiej.

później tego samego dnia
Coraz bardziej się rozpogadza i czuję, że ciężko mi będzie rozstać się z Krakowem, zawsze lubiłem to miasto, ale teraz czuję to jeszcze bardziej, tak jakby to miejsce naprawdę mnie przyjęło.
Granie dziś było extra. Najpierw grałem pod Sukiennicami, skąd wyrzuciła mnie straż miejska, ale wcześniej jakiś facet z jednej galerii wziął ode mnie kontakt i chciałby się ze mną skontaktować, żebym grał na spotkaniach młodzieży.
Później przeniosłem się na Floriańską i było jeszcze lepiej, zebrałem jakieś pięćdziesiąt złotych, a później spisało mnie dwóch uprzejmych policjantów - mieli zgłoszenie o zakłócaniu porządku. Żadnych problemów - po prostu musiałem zmienić miejsce, ponieważ mieszka tam jakaś upierdliwa kobieta.
Później roześmiana sympatyczna para wrzuciła dziesięć złotych i nauczała mnie o Jezusie (ale bez fanatyzmu).
Czuję, że muzyka daje mi możliwość kontaktu z ludźmi. Zawsze tego chciałem, ale nie miałem mocy ani odwagi. Odkąd gram, to jest tak, jakby otworzył się świat.




27.04.2004, Kraków
Dziś Ewa i Robert zaprosili mnie do irlandzkiego pubu. Spotkaliśmy się tam z całą ich paczką. Był zespół na żywo, przepięknie wymiatali, jednak irish folk rocks. Kiedy zespól miał przerwę, moi nowi znajomi namówili mnie, żebym chwycił akordeon i zagrał Boba Marleya. Oj, podskoczyła mi adrenalina, w pubie było ze sto osób, ale zebrałem się na odwagę i już po chwili cała sala klaskała i śpiewała Jaimming.
Impreza skończyła się późno. Złapałem ostatni autobus do Arka, ale przejechałem przystanek i następne parę godzin spędziłem, krążąc po krakowskich zaśnieżonych osiedlach, szukając mojej jaskini.

29.03.2004, Kraków
Dziś na ulicy młoda rastamańska para wrzuciła mi w czasie grania list do kapelusza:

Dzień dobry! Jezus! My tak bardzo uwielbiamy Amelię. Skąd pan to wiedział? To takie cudowne, że są ludzie, którzy stoją na ulicy i grają. Myślimy, że to zasiewa w sercach przechodniów kwiaty pokoju. Więc DZIEKUJEMY! Życzymy uroczej Wiosny , pełnej hipisowskiego ducha! Robert i Natalka

To ja wam dziękuję, dzieciaki.
Żegnaj Krakowie.

01.04.2004, Świnoujście
Uffffffff...
Nic więcej mi się nie nasuwa. Tylko długie ufffffffff...
Zmuszę się jednak, żeby skrobnąć parę słów. Od wczoraj rano jestem w trasie. Kalejdoskop twarzy, samochodów, dróg. Myślałem, że będę pisał jak Kinga o każdym, ale nie mam siły. Cieszę się, że jestem tutaj, w tym przytulnym schronisku, po kąpieli, kolacji, ze słuchawek leci dobra muzyka. Jutro znów czeka mnie zamieszanie, ale nie chcę teraz o tym myśleć. Muszę nabrać sił.
Wczoraj wieczorem, po dniu jazdy rozbiłem namiot gdzieś pod Gorzowem Wielkopolskim. Koszmar. Było już ciemno, kiedy go rozkładałem. Wpakowałem się w jakieś chaszcze, które, jak się okazało w świetle dnia, porastały stary zapomniany śmietnik. Było zimno i wilgotno. Mam bardzo małą, podłużną jedynkę, do której trzeba się wczołgiwać. W środku nocy zaczęło padać i nad ranem sufit przygnieciony śniegiem opadł mi na twarz. Śpiwór – co za ściema z tym komfortem przy minus dwudziestu. Zeszłej nocy nie było nawet minus pięciu i myślałem, że po mnie.



Korzystam teraz z okazji i suszę śpiwór oraz namiot na schroniskowych kaloryferach.
Jeśli chodzi o plany, to trochę się zmieniły. (Dlatego jestem w Świnoujściu). W ostatniej chwili, przed wyjazdem z Krakowa, dostałem email od Artura, że byłaby dla mnie praca w Kopenhadze, na budowie, tylko nie jest jeszcze pewien. Kiedy dziś, już tutaj, w Świnoujściu sprawdziłem pocztę, okazało się, że praca jednak nie wypaliła. Ale już za późno - postanowiłem odwiedzić ziemię Wikingów. Poza tym nie widziałem Artura i Ricarda szmat czasu, stęskniłem się za nimi. Więc Kopenhaga.
Niestety okazało się, że nie da się złapać stopa na prom. Wprowadzili teraz prawo, że choć kupuje się jeden bilet na samochód, za tę samą cenę, bez względu na ilość osób, to jednak trzeba imiennie zarejestrować wszystkich pasażerów w momencie kupowania biletów. Więc autostop na prom odpada. Pozostaje więc droga przez Niemcy. Jutro, albo pojutrze uderzę na Hamburg i stamtąd na Danię.
Pożyczę parę groszy od ojca, bo gdzie ja tu mam grać w Świnoujściu? W ogóle myślę, że ludzie z północy są trochę ciężsi, widzę jak trudniej jest tutaj złapać stopa. Pewnie i granie nie szłoby za dobrze. Ale nie chcę oceniać. Ludzie są różni, nie ma co generalizować. Myślę, że z tego zmęczenia wszystko widzę teraz w krzywym zwierciadle.
Tęsknię za domem i Tanią. Maminsynek ze mnie. Kiedy jest się w drodze, to tak, jakby nie istniało się dla nikogo. Chciałem doświadczyć tej samotności, ale teraz nie mam pewności, czy jestem gotowy. Brakuje mi ludzi.
Boję się tego obojętnego świata tam za oknem. Ale podjąłem się tej podróży, ponieważ chcę uwierzyć, że nie jest tak obojętny, jak się wydaje. Chcę spotkać bratnie dusze rozrzucone po świecie, chcę czuć braterstwo z ludźmi. Dziś kiedy stałem na stopa, to byłem rozwalony. Setki samochodów, kilka godzin czekania i nic. Zupełna obojętność, a czasami nawet złośliwość. Nie wszyscy tacy byli, inaczej nigdy nie dojechałbym do Świnoujścia, ale większość była właśnie taka - obojętna i chłodna. To mnie najbardziej zniechęciło i zmęczyło.
Chcę jednak jechać dalej. Cieszę się, że spotkam w Kopenhadze Ricarda i Artura. Coś się będzie działo.

02.04.2004, Świnoujście
Siedzę na ławce na deptaku koło plaży. Mam straszną ochotę pograć, choć ludzi niedużo, ale zagram i tak, dla siebie, dla przyjemności. Sprawy trochę się wyklarowały. Czekam na przekaz z domu, czterysta złotych, później przekraczam granicę dla pieszych tutaj, w Świnoujściu i jadę do Rostock, a stamtąd promem do Danii. No i wtedy będę miał jeszcze jakieś sto dwadzieścia kilometrów do przejechania. Pestka. Może wieczorem byłbym już w Kopenhadze?
Tak jak myślałem, zmęczenie nie sprzyja pozytywnemu myśleniu. Dziś, po nocy w schronisku, czysty, wypoczęty, z pełnym brzuchem, patrzę na świat inaczej.

04.04.2004, Kopenhaga
Jestem w Kopenhadze u Ricarda. Przyjechałem późnym wieczorem, ale nie odpocząłem, ponieważ porwali mnie od razu na koncert. Nie bawiłem się za dobrze, byłem wykończony. Teraz jest piąta rano, właśnie wróciliśmy i zdycham. Będę spał cały dzień.
Zleniwiłem się podróżując tutaj. Przejście graniczne w Świnoujściu przeszedłem pieszo, później wziąłem jeden pociąg, później następny, z Rostock prom (pięć euro) i z wioski w Danii autobus do jakiegoś miasteczka, aż w końcu pociąg do Kopenhagi. Z dworca zadzwoniłem do Ricarda. Strasznie się ucieszył, że już dotarłem, ja zresztą też. Choć czasami mieliśmy ciężkie momenty mieszkając w tamtej komunie w Hiszpanii, to jednak lubimy się i jesteśmy w stanie się dobrze zrozumieć. Mieszkanie przez półtora roku w jednym miejscu może połączyć ludzi.
Ricardo powitał mnie pizzą, po czym rozpocząłem edukację jeżdżenia na gapę środkami komunikacji miejskiej. Ricardo jest ekspertem. Dreszczyk emocji na start. No ale dojechaliśmy bez problemu.



Po powrocie z Indii Ricardo poznał w Kopenhadze dziewczynę z Finlandii i są teraz razem. Jestem pewien że długoterminowy związek dobrze mu zrobi. Dziewczyna spoko. Ma irokeza, gra na flecie i zjeździła stopem całą Europę. Mieszka tutaj też kilka innych osób. Sami artyści uliczni, studenci szkoły cyrkowej, aktywiści. Ich dom nazywa się Solarplexus. W całej Kopenhadze wiadomo, że robi się tutaj najlepsze Full Moon Party w mieście.
No dobra. Do łóżka kolego.

później tego samego dnia
Długo nie pospałem. Dziś idziemy z Ricardo do świątyni Hare Kryszna na festiwal, ma tam być Artur, pogadamy, a jutro zagram na ulicy i zobaczę, czy to ma tutaj w ogóle sens. Jeśli będzie dobrze, to zacznę szukać jakiegoś miejsca, żeby mogła przyjechać Tania, a jeśli niedobrze, to jadę dalej. Podobno jakiś znajomy Ricarda pojechał do Hiszpanii i ma kontakty z pracą. Ricardo poprosił go, żeby coś dla mnie znalazł.
Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, ale cieszę się, że tutaj jestem. Wszystko wydaje się łatwiejsze i cieplejsze wśród ludzi.

05.04.2004, Kopenhaga
Jestem zmęczony, ostatnio się tyle dzieje. Wczoraj mieliśmy w domu Full Moon Party. Najpierw był koncert reggae Cafa i jego zespołu. Caf jest rastamanem, ma z czterdzieści lat i wygląda jak biblijny prorok. Po koncercie wszyscy usiedliśmy razem i każdy musiał coś opowiedzieć. Jedna dziewczyna ze szkoły cyrkowej wykonała niesamowity monolog o wampirach. Nawet ja się odważyłem i opowiedziałem parę historii z czasów, kiedy eksperymentowałem z eksterioryzacją. Ricardo poszedł spać wcześniej, tak że trochę czułem się obco, nikogo tutaj jeszcze nie znam, ale jakoś się przełamałem.



Dziś rano poznałem faceta z Islandii. Nie pamiętam imienia. Cały czas palił haszysz i przez jakieś dwie godziny opowiadał mi o swojej teorii, że stosownie do ukrytych kodów wszystkich pism świętych i zapisków historycznych, to właśnie Islandia jest kolebką ludzkości. Niech mu będzie.
Wczoraj w świątyni spotkałem się wreszcie z Arturem. Stęskniłem za tym gościem. Rozmawialiśmy parę godzin. Artur też się cieszy, że jestem, nie ma tam zbyt wielu przyjaciół. Dziś wieczorem mam wpaść do Govindy i Artur (który tam pracuje) ma wynieść mi jakieś jedzenie. Podobno mają system, że jeśli do godziny ósmej coś zostaje, to rozdają to za darmo każdemu, kto przyjdzie. Fajnie.
Zaraz idę grać. Tzn. idziemy całą paczką. Ruthanna będzie grała na skrzypcach, dziewczyna Ricarda (Sana) na flecie, Ricardo na bębnach a ja na akordeonie. Zobaczymy jaką kasę ma tutaj dla mnie los. Nie mogę się przyzwyczaić do tych koron. Oni tutaj nie używają euro ale korony i przelicznik jest tak nierówny, że nie mogę zajarzyć, co ile kosztuje.

06.04.2004, Kopenhaga
Byliśmy wczoraj pograć na ulicy. Ricardo, Sana, Ruthanna i ja. Był czad, kiedy wystartowaliśmy z całą grupą i zaczęliśmy śpiewać oraz tańczyć, skacząc wysoko.
Ludzie tutaj są bardzo pozytywni i otwarci. Myślę, że pokocham to miasto i wydaje mi się, że jeśli przyjechałaby tutaj Tania, to też by się jej podobało.
Spotkałem dziś na ulicy paczkę chłopaków z Chile i Ekwadoru. Żyją z tego, co sprzedają na ulicy, tzn. nic trefnego, po prostu jakieś koraliki, kolczyki i inne duperele. Nawet robią na tym niezłe pieniądze. Mówią, że w lecie potrafią wyciągnąć dziennie z dwieście euro, a czasami i więcej. Fiu, fiu.
Ja zarobiłem dziś trzydzieści euro (przeliczam z koron) i zaczynam odkładać.
Po graniu, poszedłem wreszcie do tej sławnej Christianii. Super miejsce. Jest to alternatywna społeczność, istniejąca w centrum miasta od ponad trzydziestu lat. Kiedyś był to wojskowy fort, ale któregoś dnia, w latach siedemdziesiątych, grupa hippisów, aktywistów i artystów zajęła go i postanowiła zamieszkać tam na stałe. W końcu dostali pozwolenie od rządu na pozostanie tam na dobre.
Christiania otoczona jest murem, poza który nie mogą wjeżdżać samochody. Po przekroczeniu bramy ma się wrażenie, że wchodzi się do innego świata - świata wiecznej imprezy. Przed chwila było się jeszcze na ulicy, mijając ludzi w dobrych garniturach, dobrych samochodach, biegających w pogoni za kasą, aż nagle wchodzi się w miejsce rozleniwienia i relaksu. Ludzie przechadzają się bez celu, stoi tam kilka starych stoisk z falafelami (Pycha! Tylko 15 koron), muzyką i sprzętem do palenia różnych substancji. Kopcą tutaj nieźle. Co chwila dolatywał mnie aromat palonego haszyszu.
Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o to miejsce. Z jednej strony widzę, że jest tu dużo ludzi straconych, zabijających czas paleniem zioła i piwem, ale z drugiej strony czuję do nich sympatię. O wiele bardziej swojsko można czuć się z ludźmi, których główną myślą nie są pieniądze, niż z kapiszonami, którzy mają w oczach tylko licznik i zwykle patrzą nie na ciebie, ale przez ciebie (po tym jak skalkulowali, że na nic się im nie przydasz).

07.04.2004, Kopenhaga
Wczoraj granie było odlotowe. Wprawdzie lalo, padał śnieg i było zimno jak cholera, ale daliśmy czadu. Najpierw grałem sam, ale po chwili dołączyły do mnie latynoskie chłopaki. Zebrała się duża grupa, zaczęli tańczyć, śpiewać. Chłopaki z Chile, Boliwii i Ekwadoru kupowali co chwila wino na rozgrzewkę - mróz był niezły i jeszcze ten wredny duński wiatr.
Planują uzbierać tutaj trochę kasy, zabrać swoje wysokie białowłose duńskie dziewczyny i kupić u siebie autobus, którym chcą zjechać całą Amerykę Łacińską. Zazdroszczę im. No ale każdy ma swoją wyprawę.
Ostatnio tyle się dzieje, pędzę i nie jestem w stanie zapisać ani połowy z wydarzeń. Tak naprawdę piszę tylko z obowiązku. Zatrzymaj się chłopie. Pomyśl trochę nad życiem.

No dobra- przyszedł czas i znowu muzyka gra,
znajoma twarz, znajomy rytm, znajomych marzeń garść.
Lubię patrzeć na łąkę miejskich gwiazd,
obcego świata światła rozjaśniają noc
i wkrótce przyjdzie brzask
w tym mieście obcych słów i znajomych gestów.
Tak bardzo lubię świt tutaj

10.04.2004, Kopenhaga
Od dwóch dni pracuję razem z Ricardo u hinduskiej rodziny. Nie rozumiałem dlaczego potrzebują dodatkowej osoby do opieki na niepełnosprawnym dzieckiem, ale po pierwszym dniu zajarzyłem. To nie jest po prostu opieka nad dzieckiem, ale rodzaj rekonwalescencji. Chłopaczek ma porażenie mózgowe. Kilka lat temu odkryto, że można to wyleczyć, czasami nawet całkowicie, ale co to dziecko musi przechodzić. Horror. Jakieś osiem godzin dziennie ćwiczeń. I to nie jakieś tam lekkie rzeczy, ale ciężka harówa. Robi to już od kilku miesięcy i jest takie silny, że we czwórkę nie możemy go utrzymać.
Biedny dzieciak. Ciężka karma. Mam nadzieje, że Rahul nie jest na tyle świadomy, żeby wiedzieć, jak bardzo cierpi.

11.04.2004, Kopenhaga
Padam już na ryj, ale jeszcze skrobnę dwa słówka. Fajny dziś miałem dzień. Milo się grało, spotkałem dużo Polaków, złapałem ich na polskie piosenki. Później poznałem super chłopaka z Chile i jego żonę, Dunkę, która jest w ciąży. Alex i Maria. Ona pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi, on robi warsztaty rzemiosła dla dzieci. Dziewczyna ma rodzić za dwa miesiące, tak że na razie siedzą tutaj, a potem jada do Ameryki Południowej. Podróżowali już po Meksyku, gdzie teraz chcieliby wrócić, a później wybierają się do rodzinnych stron Alexa w Chile. Pytałem ich, jak tam jest i powiedzieli, że świetnie, szczególnie w Chile. Kiedy podróżujesz stopem, to ludzie zapraszają cię do domów, stopa łapiesz w dwie minuty. Można dobrze zarobić na graniu i sprzedawania artesanias (koralików, itd).
Pytam o tę Amerykę dużo ludzi i wszyscy mówią to samo - że jest wspaniale. Może kiedyś się wybierzemy z Tanią?
Dziś znów pracowałem z Rahulem. Fajnie bo raz: widzę, że ta praca zmusza mnie do refleksji nad naturą tego świata, a po drugie extra gotówka zawsze mile widziana, szczególnie, że po dobrym starcie, nie zarabiam już na ulicy tyle, co na początku.
Ciągle nie wiem, co dalej. Dania miała być tylko przystankiem, a widzę, że teraz skończyła mi się inwencja twórcza i chęć do zmian. Z drugiej strony nie mogę się tutaj teraz osiedlić, to co zarabiam, nie wystarczyłoby na przeżycie dwóch osób.
Tęsknię za domem, ale czuję, że nie ma sensu jeszcze wracać.

20.04.2004, Kopenhaga
Wczoraj przeniosłem się do Artura. Zrobiłem większe pranie w pralni publicznej (Artur ma darmowa kartę), później pojechałem na miasto i było ciekawie. Najpierw grałem na tym placyku, który tak bardzo lubię (pod wieżą, na której przesiadywał Hans Christian Andersen), później zjadłem obiad w Govindzie, a później poszedłem na główny rynek. Najpierw dostałem wielkiego, haszyszowego jointa do kapelusza, a jeszcze później pewien facet zrobił ze mną wywiad dla hiszpańskiej telewizji publicznej. Miałem darmowa reklamę telewizyjną przed przyjazdem.
Oprócz tego spotkałem jeszcze Ruthannę. Powiedziała mi, że zna kogoś, kto być może miałby dla mnie pracę przy zbiorze truskawek. Jeśli by się udało, zostałbym te trzy tygodnie dłużej, żeby zebrać trochę więcej kasy, a jeśli nie, to są już moje ostatnie dni z piękną Kopenhagą.
Wpadłem po uszy w fajki. Życie uliczne wyciska na mnie stopniowo swoje piętno. Mowię sobie, że kiedy dołączy do mnie Tania, to rzucę, ale nie wydaje mi się, że będzie łatwiej. Odkładam to na później. Leń ze mnie.

22.04.2004, Kopenhaga
Czas Kopenhagi dobiegł końca. Mam mieszane uczucia, ale z przewagą pozytywnych, szczególnie po tym, jak dziś pożegnali mnie Alex i Maria. Przygotowali prawdziwą, wegetariańską ucztę. Rozmawialiśmy wiele godzin, opowiadając sobie historie z życia, oglądając zdjęcia z ich wypraw, słuchając muzyki, paląc trawę. Alex mieszkał gdzieś na krysznowskiej farmie, ale później postanowił praktykować życie duchowe na własną rękę. Zbliża nas ta wspólna przeszłość.
Na koniec dostałem od nich prezent: CD z muzyka zespołu Alexa, rękawiczki bez palców (do grania na akordeonie) i dla Tani ludziki z Gwatemali, które zabierają od nas zmartwienia, jeśli wyszepczemy je do nich przed snem i włożymy pod poduszkę. Mi się na pewno przydadzą na drogę. Jedną z nich odstąpiłem Arturowi. Niech też ma kogoś do pomocy w walce z jego zmartwieniami.
Przed obiadem u Alexa i Marii byłem jeszcze w Solarplexie, ale nie zastałem prawie nikogo. Pożegnałem się tylko z Cafem, Ruthanną i Tomem.
Caf poczęstował mnie obiadem, który Ricardo przyniósł wczoraj z Govindy. Później poprosił mnie, żebym nagrał z nim jeden z jego kawałków. Chciał spróbować, jak to będzie z akordeonem. I zagraliśmy. Choć cienko mi szło, to byłem szczęśliwy, że na koniec mogę z nim zagrać. Bardzo go cenię i lubię.
No a teraz jestem tutaj, z kochanym Arturem i słuchamy w milczeniu muzyki.
A przede mną Hiszpania...