Saturday, 11 April 2020

Pierwsza Prawdziwa - Księżycowy terrorysta



Pierwsza prawdziwa

W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

Wszystko ma swój czas,
ja i Pani dziś przez park idziemy.
Przestrzeń między sercem twoim, moim chroni nas, aaaaa.
Nieśmiałych uśmiechów zawsze kilka mam na te okazje, tarara.
Auau, czy wyszedł mi?
Spróbuję jeszcze raz, czy wierzysz mi?

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

Thursday, 9 April 2020

Sesja ślubna (karczochy)

























Wieczór, wyciszenie, dziura po zębie się goi, już nie boli. Namalowałem taką historyjkę, wiktoriańska sesja zdjęciowa, z elfo-duchami i okiem, na spotify leci Maribou State, spokojna, płynąca nutka. Zmieniłem opony na letnie, nikt mi nie wlepił mandatu. Później wyprawa do Kauflanda, tam dużo smakołyków, nie chodzę za często, bo nie wyrobiłbym finansowo. Kupiłem cztery dorodne karczochy, jutro będę warzył, cały dom będzie pachniał jak szuwary, ale pomimo bagnistego zapachu, uwielbiam ten smak i ten cały rytuał jedzenia karczocha. Nauczył mnie tego ktoś w Hiszpanii 20 lat temu. Nie pamiętam, kto, ale zostało to ze mną na zawsze. Domownicy cały dzień w ferworze pracy, Łukasz budował gołębnik, Szymon z dzieciakami rozwoził koński nawóz i orał (będą ziemniaki), Heniek naprawiał schody. Wychodziłem czasami do nich. Poczęstowałem wszystkich curry kokosowym na słodko-ostro. Dzieciaki prawie płakały, z nosa im ciekło, ale zajadały ze smakiem, jak zwykle. Od urodzenia przyzwyczaiłem je do egzotycznego jedzenia. Trochę mi samotnie i dziwnie, ale nie jest to tak palące, jak często bywa.

Tuesday, 7 April 2020

Wyż i przejażdżka
















Dziś lekki wyż emocjonalny. Wczoraj wieczorem wsiąkłem na youtubie w filmiki psychoterapeuty, zajmującego się toksycznymi związkami. Poczułem dużą ulgę. Świadomość pewnych mechanizmów emocjonalnych, w których nieświadomie brałem się udział, podziałała kojąco na nerwy.
Dziś już nie myślę na poważnie o rzuceniu pracy. Chyba wystarczy urlop do końca tego tygodnia. Ważne jest mieć cel. Wiem, że z tą zarazą ciężko prognozować, kiedy wszystko wróci do normy, ale jestem zmotywowany, żeby zacząć odkładać pieniądze na kolejną bałkańską wyprawę. Marzy mi się taka trasa: Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina. Chciałbym mieć na to jakiś miesiąc. Może uda się na jesień?
Z nową energią zabrałem się za reklamę moich obrazów na FB. Szkoda mi się ich pozbywać, ale ściany zapełniły się już tak bardzo, że chyba nie ma się co trzymać kurczowo. Zapraszam do mojej wirtualnej galerii tutaj albo tutaj. Jeśli coś wam wpadnie w oko, to dajcie znać:) Zaczynam zbierać na wyprawę.

Dziura po zębie chyba zaczęła się goić. Zastanawiam się nad spacerem do lasu. Pogoda wymarzona.

***

A jednak skusiła mnie szosa:) Pojechałem do miasta kupić farby. Pokończyły mi się odcienie białego i brązu. Kupiłem też dwa pędzelki do drobiazgów. Trochę się stresowałem, co powiem policji, jeśli mnie sprawdzą. "Przejechałem 50 km, żeby kupić sobie farby"? No ale w sumie, dlaczego nie. To jest artykuł pierwszej potrzeby. Przejażdżka dobrze mi zrobiła. Zamiast wracać ekspresówką, pokrążyłem wąskimi, wiejskimi szosami. Było tak ciepło, że pierwszy raz w tym roku włączyłem klimatyzację i założyłem okulary przeciwsłoneczne.

A teraz w ramach myślenia nad książką, zrzucałem z bloga do dokumentu tekstowego stare wpisy z bloga. Fuck:) Od kilka lat naprawdę szarpię się w tych relacjach damsko-męskich. Miłość, rozstania, namiętność, zazdrość, samotność, wow, nieźle:) Fajnie popatrzeć na to z zewnątrz, jako czytelnik. Choć dużo tam cierpienia, to z perspektywy czasu nie zrezygnowałbym z tych doświadczeń. Mocne lekcje. No i ciekawy życiorys;)

Sunday, 5 April 2020

Spacer, smażonki, melancholia i dziura

























Kolejny dzień izolacji zbliża się ku końcowi. Dziwnie tak płyną dni. Tydzień temu męczyła mnie pandemia, ale jeździłem na rowerze, biegałem, coś tam robiłem spokojnie. Teraz, nafaszerowany lekarstwami, z ćmiącą dziurą po zębie, myślę sobie: kurde, jednak to prawda, że zawsze może być gorzej;)

Jak przeleciał dzień?

1. Kanapka + antybiotyk + środki przeciwbólowe
2. Malowanie obrazu (powyżej). Tytuł "Spacer". Nie trzeba dużo wyjaśniać, obraz wyjaśnia się sam. Jesień, surowość, smutny pan w palcie. Nadałem swojej samotności trochę cieplejszych kolorów. W rzeczywistości są one w odcieniach szarości. Ale po to właśnie maluję - żeby to wszystko pokolorować.
3. Zrobiłem obiad. Na głębokim oleju usmażyłem frytki, marchewkę i paprykę. W oddzielnym garnuszku podsmażyłem imbir, kminek indyjski i curry, wlałem na to śmietanę, jogurt i dodałem pomidorów. Wymieszałem ze smażonkami. Wyszło coś pysznego. Jeśli ktoś oczywiście lubi smażone jedzenie.
4. Nie podoba mi się myśl, że do piątku nie napiję się alkoholu. Miło rozgrzewał wieczory, łagodził ostre krawędzie.
5. Zaraz łóżko i coś na Netflixie. Jeszcze nie wiem, co. Może zacznę nowy serial?

Sublimacja i ząb literata

























Wyrwałem w środę bolącego zęba. Niełatwego, bo ósemkę. Zajęło mi kilka godzin szukanie dentysty, ale w końcu znalazłem 50 km ode mnie. Akurat fajnie się ułożyło, bo sprzedałem obraz, więc miałem za co. Po 3 dniach okazało się jednak, że wdała się infekcja. Wczoraj kilka godzin szukałem sposobu, żeby załatwić receptę na antybiotyk i jakiś mocny środek przeciwbólowy.

Izolację spędzam więc nadal w domu, tylko że obolały i podtruty mocnymi lekarstwami. Na przymusowej abstynencji.

Wziąłem wolne z pracy. Nie tylko z powodu zęba. Obniżenie nastroju poszło tak daleko, że nie dawalem rady pracować. Powiedzialem szefowi, jak wygląda sprawa. Że na razie biorę wolne, a jeśli się nie poprawi, to nie będę obciążał firmy i dam wypowiedzenie. Pewnie nie jest to zbyt rozsądne, rzucać pracę w czasach kryzysu, ale za bardzo nie mam tutaj wyboru. Dopóki jakoś się nie pozbieram, nie mogę robić więcej. Ostatnie tygodnie popełniam coraz więcej błędów w redakcji, nie mogę się skupić, nie mówiąc nawet o jakiejś inicjatywie i nowych pomysłach, których się ode mnie oczekuje. Nie mam serca do tego.

Taka jest moja rzeczywistość na ten moment. Zresztą nie wstydzę się tego. W naszych czasach tego rodzaju problemy, niepewność, wewnętrzne konflikty, smutek, stały się czymś wstydliwym. Ja tak nie uważam. Myślę, że takie okresy są bardzo ważne i zamiast od nich uciekać, trzeba je objąć i wyciągnąć z nich jak najwięcej. To tak w ramach dygresji. Uściślając - ja się nie skarżę na swój los. Podążając za dobrymi tradycjami artystów, filozofów i egzystencjalistów, staram się opisywać swoją rzeczywistość, jako zarówno obserwator, jak i uczestnik. Nie szukam współczucia ani ratunku. Moim celem jest raczej zrozumienie siebie i autentyczność (przeżywania i wyrażania się).

OK, wyjaśniłem, więc kontynuuję:)

Samotność mi nie służy. Rozstanie z M. zostawiło mnie trochę otępiałego. Mieszanka tęsknoty oraz bolesnych wspomnień niedopasowania i konfliktów.

Uff, co za okres. Świat wewnętrzny rozsypuje się wraz ze strukturami świata zewnętrznego:) Nie jestem jednak bierny. Dużo maluję. Prawie codziennie daję się pochłonąć farbom i pędzlom. W skupieniu sublimuję emocje - tęsknotę, samotność, lęk, bezcelowość, potrzebę bliskości. Sprawia mi to dużo radości i mimo przeciwności pomaga zachować balans.

Jest niedziela rano. Leżę w łóżku. W pokoju panuje półmrok, nie odsloniłem jeszcze okien. Ze ścian spoglądają na mnie postacie z kilkudziesięciu obrazów, które jeden po drugim wieszam, zamieniając mój dom w galerię.

Piszę na smartfonie. Za oknem słyszę wiosenny już zupełnie śpiew ptaków i szczekanie psa. Kominek stuka cicho - stygnący metal i cegły pracują. Niedługo wstanę i przyniosę drwa. Po zimie zostało już nieduzo opału. Zainfekowana dziura po zębie zaczyna lekko ćmić, ale nie spieszę się z lekami, najpierw coś zjem.