Wczoraj spędziłem bardzo towarzyski dzień. Rano pojechałem do A. zrobić pranie. Zwykle chodzę do pralni, ale fundusze po sprzedaniu w grudniu obrazu stopniały zupełnie, więc skorzystałem z jej propozycji. Zjadła jeszcze jakiś śmierdzący gulasz z poprzedniego dnia i pojechaliśmy na większe zakupy do Biedry. Miło mi było, że mogłem pomóc. Później zawiozłem ją do centrum na terapię i siadłem w Kali, żeby pogadać z Paszą. Po terapii A. dołączyła. Złapał nas lekko imprezowy nastrój. Zamówiliśmy po lampce wina, a Pasza przymknął oko, kiedy dolewaliśmy z butelki kupionej w Żabce. Rozkręciliśmy sie:) Mieliśmy ochotę potańczyć, ale było za wcześnie, kluby otwierały się dopiero o 23.
- To może wrzucimy emkę i poszwendamy się po mieście? - spytałem.
- Emkę? O 18? - zaśmiała się A. - Dobra:)
Długo nie połaziliśmy, bo nastrój wszedł nam bardziej dośrodkowy niż imprezowy. Schowaliśmy się do mnie do Włóczęgi, puściliśmy muzę i po prostu rozmawialiśmy przytuleni o życiu, traumach, radościach, marzeniach i jeszcze powtarzaliśmy sobie, jacy jesteśmy piękni. MDMA jest zajebiste:)
Zrobił się bardzo kameralny, ciepły, rozemocjonowany wieczór. Jak ja lubię te dziewczynę:)
Koło północy, kiedy ema zaczęła schodzić, zamówiłem jej ubera i po prostu zasnąłem.
Rano, wiadomo, nie czułem się za dobrze, ale na 9 byłem umówiony z Kasią, żeby potowarzyszyć jej w wizycie na gastroskopię, więc zwlokłem się z łóżka i jakoś doprowadziłem do stanu używalności. Przyjechała po mnie uberem. Pośmiała się z mojego skacowania, opowiedziała, że zaczyna brać leki na zaburzenia lękowe i się cieszy, że odpocznie.
Hmm, najbardziej udaje mi się zaprzyjaźniać z ludźmi, którzy się zmagają z życiem. Czuję się przy nich najbezpieczniej. Wiem, że mnie nie skrzywdzą, że mają podobny poziom empatii jak ja.
Kiedy doszła do siebie po narkozie, zaprosiła mnie do baru mlecznego na placki ziemniaczane. Ciągle naćpana po zabiegu śpiewała głośno na ulicy, aż ludzie się za nami oglądali.
A później zostałem sam u siebie. Dopadł mnie mocny smutek. Ogólnie mam w sobie dużo smutku, ale na drugi dzień po mdma poziom serotoniny jest jeszcze bardziej obniżony, więc walnęło mocno. Ale później coś tam jeszcze pogadaliśmy na messengerze z A. i zrobiło mi się lepiej. Cieszy się dziewczyna bardzo, bo umówiła się na randkę z P., a już od dłuższego czasu mi się zwierzała, że się jej podoba. Trzymam za nią kciuki.
Szczere proste relacje, that's my thing.
Myślę sobie ze smutkiem, że choć poświęciłem się anarchizmowi, aktywizmowi, to moje najbliższe relacje są z ludźmi spoza ruchu. U "nas", choć tyle się mówi o wzniosłych ideałach, braterstwie, siostrzaństwie, solidarności, to w praktyce jest to bardzo chłodne, osądzające środowisko, z małą ilością empatii, dojrzałości, jest dużo konfliktów, kłótni, hierarchii. Jest też sporo mentalności stadnej, zmagań o pozycję, prestiż, zasoby. I dużo lęku. Ludzie boją się osądu, ostracyzmu, plotek. Boli mnie to w chuj. Stąd ten pomysł na Czuły Anarchizm Press, na moje teksty w piosenkach, na tematy mojej audycji. Żeby to jakoś próbować zmieniać. Albo chociaż znaleźć w ten sposób osoby, które czują podobnie jak ja.
OK, to nie jest takie czarnobiałe. Są tu osoby, które są wspierające, dobre, dla których liczą się ideały i praca dla polepszenia świata. Ale główny rdzeń moim zdaniem jest mocno wykrzywiony przez ambicje i niedojrzałość.
Myślę z rozczarowaniem, jak od miesięcy próbowałem wyciągnąć rękę do tych ludzi, rozmawiać, wziąć odpowiedzialność za swoje błędy, walczyłem, żeby być postrzegany jako osoba, a nie jakiś symbol patriarchatu, czy innego gówna, ale natknąłem się na bezosobową, zimną ścianę. A kiedy wcześniej miałem najgorszy okres, depresję, próbę samobójczą, rozpacz, to oprócz Irka nikt z nich się do mnie nie zwrócił, nie spróbował pomóc. Jakbym nie miał żadnej wartości dla tej społeczności, jakbym był zupełnie dispensible, replaceable.
Pozostawiło to wszystko we mnie gorycz. Wielu z tych ludzi szanowałem i lubiłem. A teraz? Po prostu trzymam dystans. Moje ziny trafiają poza Wro, jestem zapraszany na granie koncertów, wykłady. A w tym mieście? Tutaj jestem niewidzialny. Niezręczny, niewygodny typ, z którym nie wiadomo co zrobić.
Bardzo dziwne uczucie. Trochę jak sen.
No ale co mogę zrobić? Choć ciągle to boli, to postanowiłem skupić się na osobistych, zdrowych relacjach z ludźmi, którzy są mnie ciekawi, są otwarci, szczerzy, z którymi mogę być sobą, a swoją potrzebę aktywizmu realizuję na własną rękę. Wiadomo, fajniej działać w grupie. No ale mam takie karty, jakie dostałem. I czuję coraz bardziej, że nie są takie złe. Uczy mnie to wszystko pokory, wytrzymałości, determinacji i wierności swoim ideałom. Jestem z siebie dumny. Choć czasami się boję, że nie dam sobie rady. I ta izolacja, poczucie odrzucenia przez społeczność, rozczarowanie ludźmi dają czasami w kość. Ale później siądę z taką A. albo pójdę z Kasią na gastroskopię i pojawia się harmonia i radość.