Showing posts with label free writing. Show all posts
Showing posts with label free writing. Show all posts

Friday, 5 November 2021

Sometimes it's ugly, bro

 























Aaa tam, nie będę się przejmował, potrzebuję teraz tego "wolnego pisania", nie będę tego jakoś układał, porządkował, zastanawiał się, pierdolę to, chcę sam znaleźć jakiś sens w środku, a najlepiej właśnie tak, na żywca. No i co? Muzykę słucham ostatnio tylko spokojną, wpisuję w spotifaju "chill out accoustic" i wybieram z tego. Ktoś śpiewa teraz "I dont wanna be alone tonight", eh... Nie wiem sam, jakaś trauma do ludzkich kontaktów u mnie nastąpiła, zacząłem wierzyć, że to nie jest dobry moment na nawiązywanie relacji. Chyba coś u mnie tak tyka, jakaś bomba zegarowa, lepiej się nie zbliżać. Tak widocznie ma być.

Dziś podpisałem umowę z Urzędem Pracy, dotacja wpłynęła na konto. No więc słowo się rzekło. Od poniedziałku zaczynam działać. Dużo tego wszystkiego jest do ogarnięcia, w weekend zrobię sobie plan działania, żeby się nie pogubić. Założenie działalności, zakupy, sklep internetowy, plan kiermaszów do końca roku, niby nie brzmi trudno, ale cała masa rzeczy do ogarnięcia. No ale z chęcią się w tym zagubię, pochłonę, chyba potrzebuję tego na ten moment. Ciekawe jak się spełni moje marzenie - żeby być wolnym, niezależnym i po prostu iść, jechać przed siebie, nie oglądać się. Tak bardzo chcę. W tym roku nigdzie nie pojechałem, choć marzyły mi się znowu Bałkany. Finanse mnie rozwaliły. Van okazał się zupełnym trupem, musiałem wydać dziesięć tysięcy, żeby go naprawić. Nie miałem całej sumy, więc musiałem się gdzieś zatrudnić. Wylądowałem w schronisku w Sudetach na 6 tygodni. Ciężko było. 12 godzin pracy dziennie, ale ostro, bo to raczej była restauracja, nie schronisko. Spałem w aucie, bo stawka dzienna mi więcej wychodziła bez zakwaterowania. Poznałem kilka fajnych osób, połączyła nas ciężka robota, to bardzo intymne tak się zajeżdżać z nieznajomymi. W przyszłym tygodniu może mnie odwiedzi Szymon z Adą, para, którą tam poznałem, młodzieniaszkowie, strasznie sympatyczni, on młody lekarz, ona studentka. Chcieli sobie zrobić wakacje z zarobkiem, nie spodziewali się, że wylądują w obozie pracy. Bardzo fajni.

Czytam Stasiuka, "Droga do Babadag", o Bałkanach oczywiście, ach, jak tęsknię za tą niedaleką krainą. Mam nadzieję, że w te wakacje się uda ruszyć i choć miesiąc zanurzyć się w bałkańskiej dzikości, niewinności, piękności. 

Miałem też pożegnalną rozmowę z Panną D. Co za smutek. Zraniłem bardzo tę kochaną, już i tak poranioną dziewczynę. Gdybym wiedział, że tak się rozsypię i że się okaże, że nie nadaję się teraz do ludzi, to bym nie próbował zdobywać jej serca. Myślałem, że mnie to uratuje. Zamiast tego rozczarowałem, zraniłem. Kolejny grzech na pagonach. Zaczynam jednak rozumieć, że sam się muszę uratować, nikt tego nie zrobi. Zresztą wszyscy sami szukają ratunku, obijają się o siebie, prosząc o pomoc, jesteśmy pacjentami, ktoś pamięta to opowiadanie "Wróciłeś Snoegg, wiedziałam"? Nie jestem pewny tytułu. Wyszło w jakiejś starej Fantastyce. Tacy właśnie jesteśmy. Zagubione kaleki, szukające ratunku.

Ufff, free writing w takim stanie umysłu to zabawa, ale nie jestem pewny, czy nadaje się do publikacji. No bo smutek czasami nie jest ładny. Pisarze to oczywiście ugładzą, zrobi się romantyka, ale w życiu to może być something ugly. Ale to też część życia. 

No i tyle na dzisiaj. 

Thursday, 4 November 2021

Niepodsumowanie po roku













Ponad rok temu ostatni wpis... Takiej przerwy jeszcze nie miałem. Ale nie będę robił szczegółowych podsumowań, nie ogarnąłbym tego chyba. Ani nawet mi się nie chce. Ot tak, kilka słów, Kerouackiem bym najchętniej jakimś pojechał, albo innym Ginsbergiem, albo po prostu sobą, sprzed lat, kiedy się tak nie przejmowałem wszystkim, kiedy pisałem, nie cenzurowałem, po prostu płynąłem, pozwalałem strumieniowi świadomości płynąć swobodnie.

Wieczór, listopad, za oknem ciemno, dziś nie mroźno, ale i tak palę w kominku. Kasy było mało, więc na zimę kupiłem topolę. Wiadomo, to nie buk, ale jednak dwukrotnie taniej, więc co tam, dokładam dymiącą topolą i też jest ciepło. Zmęczenie, wewnętrzne zmęczenie, czasami tak duże, że padam na łóżko i ruszyć się nie mogę, oglądam doktora House'a, jak za dawnych lat i staram się nie pocieszać za często winem. Ale to nie tak, że depresja rozłożyła mnie zupełnie - równolegle do egzystencjalnej trwogi i samotności, działam: wreszcie zebrałem się do kupy i zaczynam własny, artystyczny biznes. Udało mi się zdobyć dotację, 20 tysięcy od Matiuszki Unii, w przyszłym tygodniu będzie na koncie i czekają mnie szalone zakupy: heblarka, namiot na kiermasze, wydruki, plakaty, witraże, pocztówki, istne szaleństwo. Wreszcie spełnia się moje marzenie, żeby tworzyć zawodowo, utrzymać się z tego (choć to jeszcze wielka niewiadoma), podróżować to tu to tam, wystawić się na jakimś rynku ze swoimi obrazami, może nawet gdzieś w dalszych krainach, bez pozwoleń i papierów, jechać przed siebie swoim kampervanem... O tak, kupiłem za ostatnie pieniądze z dziadkowej działki vana, żeby całkiem nie przewalić spadku. Krok po kroku zrobię z niego przytulnego kamperka, z drewnianą boazerią, firankami, a może nawet małym kaktusem na parapecie. Dziś zamówiłem do niego zimowe opony, z wyższej półki, bo zima idzie, o bezpieczeństwo trzeba dbać. 

Pojawiła się też dziewczyna, kochana, nieduża, smutno-wesoła, Panna D. Przez chwilę myślałem, że uleczy mnie z przeszłości, rzuciłem się w nią na główkę, ale tak się nie da, tak się nie robi. Serce niedoleczone po ostatniej, przecież niedawno jeszcze z M. próbowałem, więc nadzieje i sny wypaliły się jak jałowiec na ognisku, tylko niepotrzebnie ją poraniłem,  próbując zrestartować sobie duszę. Tak na popych serce restartować? No wiem, niemądry jestem, ale myślałem, że to możliwe. Ale tak łatwo się nie da. Mam nadzieję, że mi wybaczy kiedyś, kruszynka mała, naprawdę chciałem dobrze. Ale nie wyszło. Stąd pewnie oglądam House'a - mizantropa, żeby się zainspirować i wreszcie spróbować na poważnie pożyć samemu, na własny rachunek, nauczyć się być sam ze sobą, nie szukać wiecznie schronienia w kobiecych ramionach. 

Miało nie być podsumowania, a samo się troszkę zrobiło.

Myślę, że wróciłem tutaj na dłużej, ale kto to tak naprawdę wie.

Friday, 16 November 2012

Om


     Kiedy kartka pusta i nie przychodzi ani jedna poukładana myśl, to trzeba wziąć się za te niepoukładane i z nich coś ulepić... 

     Kamienie staczają się po zboczu góry, lawina przez wszechświat, akcja, reakcja, boska dłoń i odwieczne pytanie – czy dłoń tylko raz to dotknęła, żeby wprawić w ruch, czy też ciągle jest, ciągle działa. Myślę, że to drugie. Bóg… Bóg to też człowiek. Chce dotykać, chce brać udział i chce kochać. Dlatego ogrom wszechświata, te miliony galaktyk uchwycone przez Hobbsa, straszą tylko, gdy nie widzimy niczego poza tym wszystkim. Straszy nas wtedy ten ocean, w którym jesteśmy tylko małą, połyskliwą rybką. Czarne dziury, pulsary, planety, komety, galaktyki, kwarki, próżnia, nieograniczona przestrzeń, nieograniczony czas… 

     Kiedyś, kiedy byłem sporo młodszy, oddawałem się z zapałem astralnym podróżom. W nocy wysuwałem się z ciała i brykałem jak wypuszczony na spacer kundel. Fruwałem nad drzewami, wzbijałem się do księżyca, beztrosko wywijałem podniebne koziołki i nieodpowiedzialnie zbliżałem się do kosmicznych wędrowców, którzy nie wiadomo czego chcieli, skąd byli i o co im chodziło. Czasami płatałem psikusy, straszyłem bezsenne dzieci, czasami podglądałem sąsiadki w kąpieli, a jeszcze innym razem wylatywałem bardzo daleko, szukając mądrzejszych ode mnie, którzy by mi co nieco wyjaśnili. Najczęściej jednak po prostu się bawiłem, fruwałem bez celu, rozkoszując się pędem, wolnością i tajemniczością tego wszystkiego. 

     Pamiętam, że nie istniał dla mnie strach. Dokładnie w momencie wyjścia poza to trójwymiarowe, ograniczone ciałem continuum, okazywało się, że wszystko ma sens, że wszechświat jest uporządkowany, że stoi za nim idea, i wszystko – ja, oni, wy, niebo, duchy, zmieniający kształty, astralni uwodziciele i zwykli spacerowicze, a nawet ludzie pozostający w swoich malutkich ciałach – jest w harmonii, jest dokładnie takie, jakie ma być. 

     Tęsknię za tamtym uczuciem.
     Kiedyś podróżowałem autostopem. Wiosna, pył, upał, tym upalniejszy, że hiszpański. Wracając do domu z dwumiesięcznej podróży, utknąłem na małej stacji benzynowej pod Murcją (na południu Hiszpanii). Spieszyło mi się do domu, byłem zmęczony, zniechęcony, przeładowany doświadczeniami. Parę dni wcześniej pobiło mnie kilku nastoletnich gangsterów, i teraz chciałem po prostu być już z Tanią w jakimś azylu, liżąc rany. Mimo chęci, nie dałem rady, utknąłem na dobre. Przez trzy długie dni czekałem na stopa. Godzina za godziną, dzień za dniem żar wylewał mi się na głowę. Byłem głodny, bez pieniędzy, a ludzie byli obcy, drwiący i bezduszni. 

     Poczułem, że dobiłem do pewnych granic. Nie jestem pewien jakich, ale to było mocne uczucie. Poczułem się całkowicie sam w nieprzyjaznym wszechświecie (uczucie, które zresztą wraca do mnie czasami). 

     Nadszedł drugi zachód słońca na tej przeklętej stacji benzynowej. W najgłębszej desperacji patrzyłem na czerwień chmur na zachodzie, wciągałem w nozdrza zapach rozpalonej, ale już powoli stygnącej ziemi, czułem ssanie w okropnie pustym, obolałym żołądku, a każda obojętna twarz z obojętnymi oczami przesuwającymi się obojętnie po mojej zakurzonej zgarbionej postaci, raniła mnie głęboko. 

     I w tym wszystkim nagle przyszła do mnie myśl: a może wszystko, ale to dokładnie wszystko we wszechświecie, wliczając w to moją smętną postać, jest dokładnie takie, jakie powinno być. Nie istnieje nic poza harmonią, nawet te rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zgrzytem w porządku świata, jak choćby to moje cierpienie i desperacja. Poczułem, że ciąg wypadków, które doprowadziły mnie do tego miejsca w życiu, moje narodziny, dorastanie, poszukiwania, odkrycia, zamęt, decyzje, wszystko to, co budzi we mnie niepewność, żal, nadzieję i beznadzieję, dumę i wstyd, strach, odwagę, jest doskonałym składnikiem, doskonałej opowieści. Nic nie jest przypadkowe, głupie czy nie pasujące. To było wrażenie przenikające na wskroś, potężne. Na chwilę wzniosłem się ponad codzienny odbiór rzeczywistości, ponad dualizmy. To było uczucie podobne do tego, z astralnych wędrówek, choć brakowało mu delikatności i zrelaksowania, jakie charakteryzowały tamte doświadczenia. Tam byłem rozochoconym ale rozespanym dzieciakiem na kolanach czegoś przyjaznego, swojskiego. Tutaj stanąłem przed surową, ogromną, ale i piękną prawdą

     Poszukujemy harmonii. Nawet ci z nas, którzy wydawałoby się nie mają głowy do takich przemyśleń. Nawet te rzeczy, które w moim dziennym „ja” wzbudzają niechęć i protest, jak choćby nacjonalizm, to przecież próby nadania sensu światu, a przez to usensowienie świata, odnalezienie harmonii i ostatecznie doświadczenie ulgi w jedności. 

     Wszyscy próbujemy nadać sens wszystkiemu. Może jest tak dlatego, że boimy się, że ten sens nie istnieje sam z siebie, dlatego na nas spoczywa odpowiedzialność poukładania tej bezsensownej na pierwszy rzut oka układanki? Też biorę w tym udział. A jednak czasami przypominam sobie podniebne szybowania, samotne wędrówki po obcych krajach, wstawanie o świcie i próby doświadczania Boga, kiedy jeszcze byłem mnichem, miłość do kobiety i parę innych rzeczy. I wtedy mam wrażenie, że ten sens, ta harmonia już jest, sama z siebie, nie potrzebuje naszych wysiłków, żeby ją zbudować, nie musimy wypruwać sobie żył, żeby uporządkować „ten bajzel”, nie musimy się bać, że jesteśmy bezsensownym pyłkiem w bezsensownej przestrzeni.

     Czasami wiem, że jestem jak najbardziej sensownym pyłkiem, w zupełnie sensownym wszechświecie, który opiera się na całkowicie sensownej i pięknej idei. Trzeba tylko pozwolić temu płynąć, nie walczyć, nie kombinować. Om.

Wednesday, 28 March 2012

Cztery obrazki

W święta trafiła mi w ręce talia tarota „Shadowscapes Tarot”. Najpiękniejsza talia jaką widziałem, moja ulubiona, zerknijcie na stronę artystki, nawet jeśli nie jesteście fanami tarota.
A to poniżej to po prostu taka zabawa – biorę kilka kart i piszę, co mi ślina na język przyniesie. Może to i głupie i nieposkładane, ale czasami znajduję w tym fajną myśl. W tych dniach, kiedy ciężko jest mi sklecić trzy spójne zdania, to takie właśnie skrobanie trzyma mnie przy życiu:)

„Cztery obrazki”

8 Mieczy


Czarny Rogacz zamienił księżniczkę w łabędzia, a włóczęgę w ptaszynę. Łabędź uwiązł w drucie kolczastym, a ptaszyna w łabędziu. Za płaszczem musi być coś milszego – łąka, bryza, zapach rzepy i normalność. Po drugiej stronie Czarny Rogacz jest ogrodnikiem, łabędź dziewczynką, a ptaszyna chłopczykiem. Tutaj to tylko taki dziwny sen. They call it reality.

Sprawiedliwość



Dlaczego niby Sprawiedliwość musi być ślepa? Z której strony to dobrze? Veto. Sprawiedliwość ma błyszczące, psotne oczy, lubi motyle, pierogi i jazz. Jeśli byłeś bardzo niegrzeczny, pójdziesz spać bez kolacji. Ostatecznie sprawiedliwość jest przebaczeniem. Zbyt łatwe? To dlaczego tak trudno przebaczyć sobie? No spróbuj.

As Pucharów



Elfy siedzą na Świętym Graalu i grają w towarzyski flirt. Jesus doesn’t mind. Łowi ryby i gwiżdże. A później wypuszcza je z powrotem. Bo ryba też człowiek.

9 Mieczy



Młody Indianin wystraszył się nieba-katedry. Nie spodobała mu się idea brodatego Boga i zimnej świątyni, ani świętych-ponurych kruków. Kiedy się obudził, poszedł popływać, a później grał w piłkę z innymi chłopcami. Rozbili okno w wigwamie, ale nikt nie krzyczał. W końcu ich Bóg był zielony i ciepły.

Wednesday, 4 January 2012

Niespójny esej o miłości



Najpierw myślałem o spójnym eseju, ale po co, jednak niech to będzie free writing style, może sam się czegoś dowiem, zamiast mądrzyć się niepotrzebnie i jałowo.

Tytuł o miłości. A w niewidzialnym podtytule, o jej braku, to znaczy o tym bolącym miejscu, co tak męczy w środku. No bo zmęczony jestem, nie ma co ukrywać. Uderzył mnie bezsens życia, pustka, brak wiary i zerwane więzi ze światem dobrych duchów i mądrych książek o głębszej harmonii istnienia. Samotnie cholernie mi jest. I to nie tylko dziś wieczorem, ale codziennie, od miesięcy, w każdej godzinie i minucie... I to wcale nie to, że jesień (zima? W Kopenhadze to tylko brudny listopad), nagie drzewa, wiatr, szarość i deszcz, nie, to wcale nie to. Przecież w czerwcu, w zalewie zieleni, koło stadnin, piratując na rowerze między końmi, to już wtedy próbowałem uciec z piskiem opon duchowi chaosu i bezczuciowości. Nie pomogły upały, zapach lip, kaczki z małymi, jeziorka – nic. Dopadło mnie i już. Egzystencjalna tortura.

Siedzę i dumam, jak wyjść z tego ciasnego pokoju, jak wyfrunąć przez lufcik w niebo wysypane gwiazdami, gdzie każda gwiazda ma swoją melodię, każda zapatrzona w boskiego kompozytora, każda rozumiejąc swoje miejsce we wszechświecie. Tego właśnie brakuje, nie ma. I stąd strach, niepokój, desperacja, puste dźwięki pustych melodii.
Ech… co za jęczenie.

Free writing, uwolnić klawiaturę… palce w lewej ręce stwardniałe od strun jak pięta, trochę jestem dumny, że przetrwałem okres bolących odcisków, teraz mogę wreszcie grać, kiedy mam wolny dzień, to brzdękam godzinami, ciesząc się, że coraz lepiej wychodzi.

W rogu malutkiego pokoju choinka. Pierwszy raz w doniczce, pewnie postoi jeszcze z miesiąc, a później gdzieś do parku wyniesiemy i posadzimy, może wyżyje. Z chęcią bym ją potrzymał dłużej, ale to już by było chyba za szalone. Cóż to za bzik z choinką? Najlepszy moment miałem, kiedy Tania ją ubierała. Leżałem cicho na łóżku w nogach i było mi spokojnie, pierwszy raz od… nie pamiętam.
Myślę, że to z dzieciństwa mi zostało. Lubiłem ten moment ubierania choinki przez mamę, ten odświętny nastrój i bardzo duże prawdopodobieństwo, że tata będzie trzeźwy, choć ten jeden raz w roku na pewno. I tak mi zostało.

Ciężko tak pisać bez przerwy, bo wchodzą myśli o pracy i lęku, a przecież nie po to mam dni wolne, żeby męczyć się codziennym ciężarem.

Śniłem ostatnio o pocałunku doskonałym. Nie wiem, kim była dziewczyna, jej twarz nie przetrwała do rana. Pamiętam tylko jej usta – pełne, mocne i miękkie równocześnie. To było tak, jakbym jadł jakiś cudowny, rajski owoc. Jej oddech pachniał kwaśno-malinowo, jej gorąco-chłodne wargi smakowały czymś fajnym, świeżym, miętowym i słodkim. Cała nasza zmysłowość skupiła się na ustach, uwaga nie spłynęła niżej (if u know what I mean). Obudziłem się rozcałowany i rozanielony.

A innym razem, chyba dzień wcześniej śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.
Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.
- Nie chcę umierać – zakwiliłem.
Olbrzym się zaśmiał.
- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.
- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…
Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.
- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.
- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.
I umarłem.

Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Tania, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.
- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.
- I co teraz? – zapytałem.
- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.
- Przestań kontrolować – powiedziała.
Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.