Showing posts with label mistyka. Show all posts
Showing posts with label mistyka. Show all posts

Monday, 1 July 2013

Modlitwa 1 - Księżycowy terrorysta



1
Ojcze, który jesteś w niebie
nie wiem jaki adres, więc listów nie piszę
Imię twoje rzadko święcę
Mam wrażenie, że czasami wolisz ciszę.
Kiedyś miałem cię zapytać
Czy się gniewasz kiedy palę papierosy
Czy się denerwujesz kiedy piję piwo,
kiedy mówię brzydkie słowa, twoja twarz, czy jest surowa

nie wiem sam...

ref
Myślę sobie, że dobry z ciebie facet
Czasem w samotności, modlę się i płaczę
Czasem myślę, że może cię nie ma
W nocy marzę jednak, że kiedyś zobaczę
Zobaczę, jak idziesz w parku pochylony
Jak karmisz gołębie i jak obserwujesz wrony
Jak dajesz cukierki małym brzdącom na huśtawce
później czytasz „Małego księcia” albo puszczasz latawce.

Boże mój...

2.
Mówią „bądź wola twoja”, „przyjdź królestwo twoje”
Szczerze mówiąc wielkie słowa, trochę się ich boję,
Dookoła tylu zna każdą odpowiedź,
Ale mi się zdaje każdy mówi swoje
No bo przecież,
jest tylu ludzi na tym świecie
Każdy chce
Każdy plecie
Co mu ślina na język,
każdy wszystko wie.
Ja pytam więc, czy mogę mówić ci na ty,
Czy jesteś boski, czy też jesteś zwyczajny,
Czy kiedy w piasku widać odcisk dwóch stóp
To niesiesz mnie, czy raczej
tylko głupio śnię

Nie wiem sam...

Sunday, 5 May 2013

Wojownicy Kryszny


     Dziś piąty maja, 2013. Mam taki pomysł – w niektóre dni będę wrzucał wpis ze starych dzienników, z tego konkretnego dnia, przypadkowego roku, albo jeśli tego dnia nie pisałem, z dnia sąsiedniego. To kawał życia – od maja 1997, kiedy byłem jeszcze mnichem w Hare Kryszna, do dzisiaj, kiedy jestem… żebym to ja wiedział:) Dołączyłem kilka zdjęć z tamtych czasów.
     Zapraszam do wehikułu czasu.

* * *
W aśramie brahmacarinów, na łóżku Madana, obok ja.

















    Poniższy zapis pochodzi z 1997, kiedy byłem jeszcze dwudziestojednoletnim mnichem w krakowskiej świątyni Hare Kryszna. Bardzo miło wspominam te dni – te określone przygody, wyzwania życiowe miały niepowtarzalny smak i w tamtym okresie ukształtowała się duża część mnie. Tą przygodę, choć brzmi trochę drastycznie, teraz wspominam bardzo miło. Czasy romantyzmu, braterstwa, młodości…

03.05.1997, Kraków

     Byliśmy dziś na harinamie (kolorowy taniec na ulicy do wtóru mantr, bębnów i dzwoneczków). Napadła nas banda skinheadów. Nie wpadło nam do głowy, że trzeci maj, czyli narodowe święto nie jest najlepszym dniem na prezentację mniejszości religijnych. Nie w Polsce przynajmniej.
     Zaczęło się od tego, że tańczyliśmy na Rynku w kółku. Świeciło słońce, wiosna w pełni, miła atmosfera, były z nami kobiety, dzieci. Czuliśmy, że nasza kolorowa grupka, w szafranowych dhoti, barwnych sari, pięknie komponuje się z tym miejscem, dniem.
     Nagle poczułem silne uderzenie w plecy, że aż dech mi zaparło, o mały włos się nie wywróciłem. Do środka wszedł wielki sknhead, z wyrazem takiej wściekłości i nienawiści na twarzy, ze aż serce we mnie stanęło. Skinhead stanął na środku wyzywająco, mierząc nas wzrokiem. Wtedy guru maharaja (mistrz duchowy) chwycił karatale (małe, mosiężne dzwoneczki), podbiegł do skinheada i z całej siły walnął go w głowę. Tamten aż się zatoczył – nie wiem, czy bardziej ze zdziwienia czy z bólu. Popatrzył na nas w tępym szoku, po czym pobiegł gdzieś w tłum. Wiedzieliśmy, że to nie koniec kłopotów. Wzięliśmy kobiety do środka i kontynuowaliśmy intonowanie. Ucieczka i tak nie miałaby sensu, z naszymi fryzurami i strojami nie moglibyśmy się zgubić w tłumie, lepiej było zostać w kupie, niż dać się pojedynczo wyłapać.

     Już po chwili nasz „koleżka” wrócił z grupą innych skinów. Zaczęli skandować jakieś nacjonalistyczne, nienawistne hasła. My ciągle kontynuowaliśmy śpiewanie Hare Kryszna. To ich rozwścieczyło jeszcze bardziej. Zaczęli ściągać pasy, wyciągać z kieszeni łancuchy, jeden założył kastet. Nie wszyscy mieli flayersy i glany, niektórzy z nich byli w garniturach. W końcu zaatakowali nas i zadyma zaczęła się na całego.
     Najważniejsze było zapewnić bezpieczeństwo kobietom i dzieciom. Otoczyliśmy je zwartym kręgiem, zwracając twarze ku napastnikom.

     Nie będę ukrywał, że byłem przerażony. Na szczęście nie wszyscy z nas są pacyfistami (czy też tchórzami zadymowymi, jak ja). Zdziwieni skinheadzi osłupieli, kiedy wielbiciele zaczęli stawiać zaciekły opór. Martanda miał w rękach dwa wielkie, metalowe czynele (metalowy instrument indyjski), którymi bez litości walił po głowach atakujących go bandytów. Zostawił na ich głowach niejedną ranę. Widząc jego opór, już wkrótce miał przeciwko sobie trzech albo czterech napastników, próbujących przebić się przez osłonę jego długich rąk. Jemu chyba najbardziej się dostało, po bójce jego nos wyglądał jak krwawy ziemniak, z obitych warg kapała krew. Nie tylko on walczył, paru większych bhaktów też. Zaczęliśmy się przesuwać w stronę Kościoła Mariackiego, gdzie w ostateczności moglibyśmy się schronić.

     W tym całym chaosie nie byłem pewien, co robić. Podszedłem do Maharaja, patrząc na niego pytająco. Zawołał: „Chant, don’t worry, Krishna will protect us!”.
     I faktycznie, w pewnym momencie skinheadzi wycofali się! Jak to bywa z tchórzami, natykając się na opór, zwiali.
     Jaki bilans? Dziewczynom i dzieciom nic się nie stało, Janardan musiał pojechać do szpitala, chyba ma złamaną rękę, Zygmunt miał przecięty łuk brwiowy, poza tym było jeszcze sporo zakrwawionych nosów, wszystkie nasze instrumenty oraz stroje też były pochlapana krwią. Wyglądało to źle, ale było trochę lepiej niż wyglądało.
     Ciekawe, że nikt za nami nie stanął, nie bronił nas, a kilka osób nawet popierało skinheadów. Co za ludzie.

     Mam trochę wyrzuty sumienia, że nie rzuciłem się w walkę. Byłem sparaliżowany. Nawet kiedy któryś ze skinów uderzył Maharaja, nie byłem w stanie się przełamać. Kontakt z tak skoncentrowaną, irracjonalną nienawiścią całkowicie pozbawił mnie głowy. Źle mi z tym. Ktoś uderzył mojego mistrza duchowego, a ja zamiast go bronić, chowałem się za jego plecami. Dzieciak ze mnie, eh… Na usprawiedliwienie powiem, że w pewnym momencie byłem już gotowy do walki, kiedy bójka przesunęła się zbyt blisko kobiet i dzieci, ale wtedy wszystko się skończyło.
     Guru maharaja bardzo mnie ujął za serce, kiedy skoczył jak lew na tego skina, który mnie walnął w plecy. Świętość nie musi oznaczać bierności. Dzięki, Kryszno, że nikomu z nas nie stało się nic poważniejszego.

Od lewej Ananta Bhakti, Gadotkaca (przemiły wielbiciel z Serbii) i ja.

Tutaj stoję z moim dobrym przyjacielem z tamtych czasów, z Marcinem (obecnie Harinamem)

















Duży festiwal w 1997, chyba urodziny guru maharaja. Brałem udział w przedstawieniu, kawałek mojej głowy wystaje po lewej stronie, za wzniesioną ręką naszego reżysera, Sirny. Od lewej Dvaraka, Sirna, Devadatta, Jay Krsna, żona Devadatty (zapomniałem imienia), Śaśabindu, Anupama i Kryszna Nama.

Friday, 15 February 2013

Życie Pi



















Życie Pi

14.02.2013 Kraków

     Z powrotem w Krakowie. Tania przeziębiona, tak że sam dziś łaziłem po mieście, załatwiałem sprawy. Wydrukowałem nasze CV w piętnastu kopiach, na początek powinno wystarczyć, dorobiłem klucze, przedłużyłem bilety miesięczne, doładowałem Tani telefon, byłem u dentysty, no i dom. 
     Tania zdrzemnęła się na „gombie” (ni to gąbka, ni to materac, ni to kanapa, fajna sprawa). Ja włączyłem „Życie Pi” i całkowicie wsiąkłem. Cudowny film. Pod każdym względem – wizualnym, aktorskim, uczuciowym, filozoficznym i duchowym. Z filmami mam tak, że daję im szansę przez pierwsze kilka, kilkanaście minut. Wtedy decyduję, czy mam zaufanie i otworzę serce, czy też wyczuwam zgrzyty tu i tam, więc oglądam i tak, ale z lekkim niesmakiem i na koniec jestem zmęczony. „Życie Pi” zdobyło moje zaufanie w pełni. 

     Czytałem kiedyś książkę, chyba z dwanaście lat temu. Pewnej zimy zajmowałem się górską bacówką i tak się jakoś złożyło, że którejś nocy byłem zupełnie sam – środek lasu, najbliższa wioska dwie godziny drogi, żadnych turystów, Tani też nie było. Nie było też prądu, a że duch we mnie strachliwy, to spędziłem całą prawie noc przy świeczce, czytając tą książkę. Pamiętam bardzo pozytywne wrażenie, choć z fabuły zapamiętałem tylko chłopca i tygrysa na łodzi.
     Film mnie chyba bardziej poruszył. Może dlatego, że dotyka tematów, które teraz akurat są mi bliskie. Na przykład Bóg, którego chyba pojmuję podobnie jak bohater filmu – bardzo uniwersalnie. Jak to powiedział w filmie? „Wiara to wielki dom, w którym jest wiele pokoi”? Coś w tym rodzaju. 

     Na samym końcu Pi pyta swojego słuchacza, którą historię woli (nie rozwijam tego, nie chcę psuć filmu tym, co nie oglądali). Ten odpowiada, że woli tą z tygrysem. „This is just a better story”. Wtedy Pi odpowiada: „Tak samo jest z Bogiem”. Nie wiem, czy uchwyciliście ten moment. Zrozumiałem to w ten sposób, że może Bóg jest, a może go nie ma, jednak możliwość, że istnieje, jest o wiele bardziej pociągająca („just a better story”). Trochę podobnie jest ze mną. Moja wiara nie jest niezachwiana, ortodoksyjna, czy dogmatyczna, nie mam logicznych argumentów na istnienie Boga. Jednak idea wszechświata, którego źródłem jest świadomość, a nawet głębiej – miłość, ta idea wygrywa na całej linii z koncepcją wszechświata bezosobowego, zimnego, przypadkowego. Która z nich jest prawdziwa? Nie mam pojęcia (choć serce ciągnie mnie w stronę teizmu). Jeśli wszechświat jest przypadkowym tworem, a nasza świadomość zaledwie nieskończenie króciutką fluktuacją, fałdką na materii doskonałej pustki, wtedy i tak nie ma znaczenia, co myślę. Jeśli jednak świat postrzegany zmysłami jest tylko małym wycinkiem rzeczywistości, poza którym istnieje duchowy kosmos oparty na porządku, opartym na świadomości, opartej na miłości, to wtedy jak pasjonującą i ciekawą jest nasza wędrówka przez życie! Szukanie sensu, próba zerknięcia „pod spód” codzienności, i trening serca, ćwiczenie go w sztuce poświęcenia, miłości, w szukaniu Stwórcy, „leap of faith”, który może przenieść nas z racjonalności, ze świata trójwymiarowego, rządzącego się znanymi, stosunkowo prostymi prawidłami, do trans-racjonalności, do krainy, która jest naszą ojczyzną, której szukanie nadaje sens i smak naszej egzystencji.

     Filozoficznie to brzmi, dla niektórych pewnie też naiwnie (w świecie, w którym cynizm mylony jest tak łatwo z mądrością, nic dziwnego). A prościej? Lubię prostą wiarę, sprawia mi radość prosta, nie zarozumiała modlitwa. Pociąga mnie charakter osób, które porzuciły ego, rozwinęły spokój, pokorę i współczucie, oraz rozbudziły w sobie przywiązanie do Wielkiego Ducha. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam dotrzeć.
     „Życie Pi” to naprawdę dobry film. Bardzo poetycki i uniwersalny. Polecam.

Wednesday, 6 February 2013

Odwaga


     Kiepsko u mnie z odwagą. Ostatnio bardziej to widać, przy niedawnych wydarzeniach, depresji, zmaganiu się z lękami. Ale wcześniej też. To, co urodzonym wagabundom, wolnym duchom przychodzi łatwo – zmienianie miejsc, wyzwania, podróże, ryzyko,  u mnie było świadomym wysiłkiem. Jakaś część mnie tęskniła za wolnością, odwagą, wyzwaniami, nieznanym, marzyła o spaniu pod gwiazdami w obcym kraju, graniu na ulicy, zaprzyjaźnianiu się z szemranymi dziećmi ulicy. Ale druga część trzęsła portkami. Zwykle nie dopuszczałem jej do głosu, ale w różnych kryzysach mogłem słyszeć: „a nie mówiłem?”. Na przykład wtedy, w Barcelonie, gdy gang marokańskich dzieciaków pobił mnie w nocy na plaży i zabrał całą kasę. Leżąc na rozgrzanym piasku, czując smak krwi z rozbitej wargi i dotyk zimnego ostrza na gardle, myślałem, że to może być koniec i w tamtej chwili uznałem, że wszystkie moje decyzje były głupie (skoro skończyłem tak idiotycznie). Po prostu głupi, skopany dzieciak na obcej ziemi. Albo wtedy, gdy spałem głodny i brudny w opuszczonych ruinach pod Murcją, w błocie, w deszczu, psy rozpaczliwie wyły, duchy szemrały mi koszmary do ucha, a ja wiedziałem, że czeka mnie jeszcze dwa tysiące kilometrów drogi do czystej pościeli, prysznica i ciepłego posiłku, jeśli w ogóle nadejdzie ten pieprzony ranek. Też wcale się nie cieszyłem. Albo w Kopenhadze, gdy nawtykałem szefowi i straciłem miłą, spokojną, dobrze płatną pracę o świetnych godzinach, żeby zaraz później wylądować w Dublinie, w piekielnej restauracji Krwawej Mary, gdzie przez kilka miesięcy byłem białym niewolnikiem wrednej czarownicy, która jednym słowem potrafiła doprowadzić dorosłych facetów do płaczu (widziałem to na własne oczy). 
     W tych chwilach moje tchórzliwe alter ego bezczelnie kwestionowało mój styl życia. „Niedojrzały”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „eskapista” – słyszałem za uszami. - „Patrz, do czego doprowadzają twoje decyzje”. Czasami ciężko było nie uwierzyć. Kiedy kilka lat temu straciłem na kilka nieskończenie długich godzin zmysły po eksperymencie z magicznymi grzybami, nie miałem wątpliwości, że jestem największym idiotą, który poszedł o jeden krok za daleko.
     A jednak… Szperałem dziś po starych wpisach na blogu, czytałem fragmenty dzienników sprzed dekady i czułem ogromną satysfakcję. Niczego nie zrobiłbym inaczej. Może dałbym sobie spokój z grzybami, ale to jedyna rzecz, z której bym się wycofał, za dużo mnie to kosztowało. Co z resztą? Co by ze mną było, gdybym od początku słuchał mojego wystraszonego „ja”? Gdybym nie zebrał się na odwagę, nie rzucił wszystkiego, żeby zostać mnichem? Gdybym nie posłuchał cygańskiego wezwania i nigdy nie ruszył z akordeonem na ulice Europy? Jakoś smutnie by to wyglądało. Pewnie nie słuchałbym wtedy Manu Chao (który przejmująco śpiewa mi właśnie w słuchawkach o „infinita tristeza”), nie wiedziałbym jak zrobić halavę, nie przemierzyłbym Camino, nie zagrał na akordeonie Yanna Tiersena u stóp wieży Eiffla, nie poznał Tani, nie nauczył się hiszpańskiego, nie spróbował chocolate con churros, nie przeczytał Bhagavad-gity… 
     Jestem wdzięczny – zarówno mojemu głębszemu „ja”, które mnie prowadzi i którego zawsze nasłuchuję, jak i Wielkiemu Duchowi, który z góry śledzi moje kroki i nie pozwala mi upaść za daleko. 
     Trochę zabrzmiało to jak rozliczenie. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Keep ‘em comming, Friend, keep ’em comming…

Friday, 31 August 2012

Tajemnica - piosenka

     Hej znajomi
     Ostatnio nic się nie odzywam, wiem, ale jakoś tak jest z tą terapią (skończyłem właśnie drugi tydzień), trochę też pisałem na moim nowym angielskim blogu, no i jakoś tak nie znajdywałem drogi do Garści Drobnych. Wczoraj napisałem piosenkę, chciałem się z wami podzielić. Pozdro.
    Marcin
    PS. Kiepsko u mnie z wymyślaniem melodii "pożyczyłem" więc muzykę w dużej części od zespołu Raappana z utworu Maasta maahan (polecam zespół, świetne fińskie reggae.)



Tajemnica 


ref:
Zdarza się, że głowę byś odwrócił,
głowie powiesz w rozmowie, że się boisz
chodźmy już panowie, mądrej głowie dość po słowie, ale
kto opowie, kto kłamstwo odrzuci

1
Włączyłem telewizor na chwilę, przysięgam
zwykle chronię serce, po pilota nie sięgam,
na jedynce podawali wiadomości
na ulicach zwłoki, krew zamiast miłości,
w Afryce brak żywności, w Ameryce gościnności
we Wrocławiu skin lewaka, lewak skina bez litości
przez chciwość do nicości, pogrążamy się w ciemności
długa droga do miłości, kiedy broń jest w gotowości

ref:
Zdarza się…

2
Siedzę raz w pociągu, w drodze na terapię
obok siedzi facet, chyba górnik, smacznie chrapie,
naprzeciwko trzy dziewczyny, lat może szesnaście,
każda w ręce ma iPoda, taka moda, ale szkoda,
no bo przecież dusza młoda, Bóg nas stworzył w swych ogrodach,
przecież życie to przygoda, a nie pusty wzrok w iPodach,
a ten górnik się obudził, popatrzył spod byka,
przecież praca uszlachetnia, skąd więc jego mina szpetna

ref.
Zdarza się…

3
Teraz kilka słów o Bogu, albo raczej o religii,
nie rozumiem całej dziwnej, głupiej tej rozterki,
jak Go zwał tak Go zwał, przecież Facet nie jest głupi
szczerze wołaj z serca, On na pewno cię usłyszy,
nie masz po co się więc pienić, że ktoś woła Go inaczej,
Kryszna, Jah, Mahomet, najważniejsze serce twoje,
zamiast głosić świętą jihad, palić czarownice,
popatrz w oczy brata twego, a zrozumiesz tajemnicę

ref.
Zdarza się…


Tuesday, 17 January 2012

Ciemna noc duszy


Wellspring by Adam Hurst on Grooveshark

Moment jasności, moment smutku. Krok po kroku zaczynam rozumieć, czym jest moja ciemna noc duszy. Najpierw myślałem, że to szalona wiedźma złapała mnie w szpony i wsadziła do klatki. Walczyłem, drapałem, gryzłem kraty, szukałem klucza, wołałem, i nic. A teraz? Inaczej. Wiedźma jest piękna, Nie ma szponiastego nosa, wyłupiastych oczu i brzydkiego oddechu, to była moja pomyłka. Wiedźma nie jest wiedźmą, ale boginią. Jest wysmukła, delikatna, jej oczy jak ciemne studnie, jej nosek jak mały wzgórek, głos jak elfi śpiew. I wcale mnie nie więzi, ale przeciwnie – próbuje pomóc mi wyzwolić się, być kimś więcej niż jestem.

Jestem dzieckiem, tak się czuję. Różnie jest w życiu, ale co by się nie działo, moim celem zawsze jest wzrost. To zawsze mnie przenika; wszystko co robię, co myślę – chcę rosnąć ku gwiazdom, ku wolności.

Gdy przyszły dni ciemne, oburzyłem się, zagryzłem wargi z rozczarowania i goryczy. „To taką nagrodę dostaję za moje marzenia i próby dosięgnięcia nieba? Ślepotę i cięgi? Dziękuję bardzo!”. Tak było na początku.

A przecież powinienem wiedzieć lepiej.
Dopiero teraz dostrzegam czystość smutku i tej ciszy – jeszcze niedawno mroźnej i przeraźliwej, teraz coraz przejrzystszej i kojącej.

Dary bogów już takie są – niezrozumiałe i zupełnie przeciwne temu, o co prosiliśmy. A jednak cenniejsze niż wszystko, co moglibyśmy wymyślić.
Prosiłem o spokój, szczęście, opiekę, zrozumienie. Dostałem burzę, pustkę, zagubienie, chaos, samotność.

Miałem za złe groźnym, zimnym bogom, których pewnej wrześniowej nocy ujrzałem na rozgwieżdżonym niebie. Bogowie tańczący i dumni, obcy i potężni, niepojęci i porażająco piękni. Doświadczenie ich obecności było tak potężne, że chciałem wydrapać sobie oczy, przestać myśleć, czuć…
Cholera, ale miałem za złe! Zbliżyłem się do nich z pokorą i nieśmiałością, prosząc o lekarstwo, a oni tak…

Potem miesiące strachu i zwątpienia: kim jestem? Czy w ogóle jestem? Jaki to ma sens? Czy ktoś zapisuje nasze drogi w boskich księgach życia, czy to po prostu jeden wielki żart? I kto go wymyślił? A może sam się opowiedział?
Ciemna noc duszy.

Teraz zaczyna się to zmieniać. Zestrajam się zamiast walczyć. Ta noc, to zwątpienie okazały się darem. Jeszcze do końca nie rozumiem, ale z dnia na dzień widzę więcej. Jest lepiej. Przestałem się zmagać. Słucham siebie, nie uciekam, nie szarpię się, odrzucając nieuniknioną zmianę.

You can get addicted to a certain kind of sadness”… Smutek też może być piękny. To w smutku oczyszczamy świadomość, porzucamy głupoty, naleciałości, syf. Zostaje tylko nasza esencja, czyste „ja”, dusza obmyta w ogniu przeciwności.

Tak nas widzę w czasie przed czasem – czyste iskry świadomości powoli płynące w ciemnej pustce kosmosu, w kojącej nocy, wśród zimnych, odległych gwiazd. Wolni od myśli, wolni od pragnień… Może nie całkiem – w przestrzeni smutku pojawiła się tęsknota, dotknął nas pyłek marzeń, zmącił krystaliczną wodę. Z wolnych, samotnych duchów wcieliliśmy się w ludzkie ciała. Teraz biegniemy i biegniemy, bez wytchnienia, z jednej strony tęskniąc za bezczasowym kołysaniem kosmicznego wiatru, a z drugiej szukając spełnienia palącej tęsknoty za ciepłem i miłością. Tej samej tęsknoty, która strąciła nas z nieba.

Nie możemy wrócić tam, gdzie byliśmy. Tak, jak nie możemy stać się znowu dziećmi. Jak zapomnieć o pierwszym seksie, wódce, kłamstwie, bitwie, zwątpieniu? Możemy tylko iść do przodu. Po drugiej strony nocy jest zielona wyspa. Kiedy tam dotrzemy będziemy rozumieć język gwiazd, a potężni bogowie okażą się dziećmi grającymi w cymbergaja. Jeźdźcy smutku zostawią wierzchowce, zrzucą zbroje i będą ze śmiechem tarzać się w piasku. Aż nadejdzie poranek.

Friday, 15 July 2011

Rewolucje odśrodkowe



Tytuł trochę przekorny, w kontekście mojego ciągłego wahania się i szukania balansu pomiędzy wejściem do środka, a wyjściem na zewnątrz, w sferę działań społecznych.
Ostatnio ciągnie mnie bardziej do wewnątrz. Nie wiem za bardzo, czy mam jakis wybór. Brak satysfakcji był tak silny, że musiałem coś z tym zrobić. Chwyciłem się duchowości, intropsekcji, transracjonalnego mistycyzmu (w odróżnieniu od tego irracjonalnego:) i czekałem na zmianę.
No i trochę się pozmieniało. Wystarczyło rozluźnić granice, żeby ze środka wyszło coś nowego.
Wróciłem właśnie z Polski, z Sudetów, gdzie wydarzyło się wiele ważnych rzeczy. Zapiski stamtąd wrzucam na innego bloga, gdzie trochę bardziej niż tutaj wchodzę w tematy duchowości (czy religijności, choć do tego słowa mam lekki uraz), jeśli ktoś chce zerknąć i nie boi się szoku kulturowego i pojęciowego, niech da znać w komentarzach, podeślę linka.
Tutaj wrzucę jedynie parę zdjęć z wyprawy (wewnetrznej i zewnętrznej, choć tą pierwszę nie jest łatwo uchwycić aparatem).
Pozdrawiam wszystkich śledzących:)




















Friday, 8 October 2010

Grzyby



Grzyby

W niedzielę zjadłem magiczne grzyby. Było to najintensywniejsze i najstraszniejsze doświadczenie mojego życia.

Beskidy, mała, odludna chatka na polanie, tęsknota w sercu, ciekawość. Wiedziałem, że okolica słynie z grzybów, spytałem więc S., czy jeszcze jest sezon. Pokazał na trawę pod samym lasem. Tam zwykle jest tego dużo. Wspólnie z R. poszliśmy na poszukiwania. Po godzinie mieliśmy pełną michę złocistych, malutkich dzwoneczków na cienkich nóżkach.

Nadszedł wieczór, tysiące gwiazd rozsypało się po niebie jak złota mąka. To początek października, chłód był przejmujący, więc siedliśmy dookoła pieca. S. wrzucił grzyby do rondelka, nalał trochę wody, dorzucił kostkę rosołową dla smaku i czekaliśmy zabijając czas grą w kości.

Nie chcę wyjść na amatora narkotycznej zabawy. Nie o to chodziło. Myślę, że miałem nadzieję na doświadczenie harmonii z naturą, z sobą, połączenia z wszechświatem. Ostatnio brakuje mi tego, czuję się odseparowany od wszystkiego, samotny, zdezorientowany. Czytałem o szamanach, grzybach, podróżach duchowych i liczyłem na to, że moja podświadomość znajdzie drogę do uzdrowienia.

Po kilku minutach wywar był gotowy. S. postanowił, że pozostanie trzeźwy, nalał więc mnie i R. po kubku, następnie rozdzielił grzyby, po trzydzieści na osobę.

Drżały mi ręce, kiedy przechylałem kubek. Trochę się bałem, nie wiedziałem, czego oczekiwać, spodziewałem się, że będę musiał zrezygnować z kontroli, a to nie jest łatwe, szczególnie z takim ego, jak moim.

Smakowało jak zwykła zupa grzybowa, same grzyby były jednak twarde i śliskie, pogryzłem je dokładnie, żeby łatwiej strawić. Usiadłem na progu, wpatrując się w gwiazdy, równocześnie pozwalając, żeby piec grzał mi plecy.
- Ile trzeba czekać? – zapytałem.
S. wzruszył ramionami.
- Jakieś pół godziny, może więcej.
Zrelaksowałem się, czekając na podróż. Po jakichś dziesięciu minutach popatrzyłem na swoje dłonie. Wydawały się dziwne – gładkie, lśniące, małe. Popatrzyłem na S. i R.
- Chyba zaczyna działać.
Nie mogli uwierzyć. Tak szybko?



Popatrzyłem na horyzont. Krawędź gór odcinała się od ciemnogranatowego, prawie czarnego nieba. Na horyzoncie pulsowała linia jasnej energii. Nie byłem pewny, czy to wpływ grzybów, czy słońca, które niedawno zaszło i ciągle koloruje niebo. Po chwili energia zaczęła spływać z gór jak gęsta mgła, wlewała się w doliny, płynęła pomiędzy górami i zaczęła zbliżać się do naszej chatki. Zdałem sobie sprawę, że zaczyna się. Równocześnie zrozumiałem, że będzie to coś potężnego, intensywnego, a być może niebezpiecznego.

Wyszedłem na zewnątrz, owinąłem się kocem i starałem się być spokojny i pokorny, chciałem przyjąć wszystko jako lekcję, wzbogacające doświadczenie. Było mi zimno, ale owinąłem się dokładnie, że wystawał tylko nos i oczy.

Patrzyłem w niebo. Zaczęło nabierać coraz większej przestrzenności, pełnej życia, kolorów i ruchu. Piękne i równocześnie wzbudzające obawę. Niebo to coś trwałego, niezmiennego, wiecznego. Trudno utrzymać spokój, kiedy ta wieczna rzecz zmienia się na twoich oczach.

To wtedy zobaczyłem bogów. Ich ciała zrobione były z gwiazd. Wiecie jak czasami rysowane są gwiazdozbiory – gwiazdy łączą linie, tworzące kontury postaci. To wyglądało podobnie, ale bardziej malowniczo, trójwymiarowo. Z coraz większą jasnością widziałem tańczących bogów, ujeżdżających kolosalne, wielkie jak wszechświat zwierzęta, walczących, przechadzających się. Wiedziałem, że są ogromni i potężni, to oni kontrolują cały wszechświat. Dostrzegłem w nich podobieństwo do azteckich rysunków jakie kiedyś widziałem.

Czułem ich potęgę i moc. W tym momencie najchętniej wycofałbym się z tego wszystkiego, żałowałem, że tak lekkomyślnie porzuciłem przytulne schronienie zwykłej rzeczywistości. Wiedziałem jednak, że jest już za późno. Pozostawało mi jedynie znaleźć harmonię z wizją.

Usiadłem po turecku i wznosząc oczy na roztańczone, tęczowe niebo, poprosiłem bogów, żeby prowadzili mnie i obdarzyli naukami. Żeby wskazali mi moją chorobę i sposób jej uleczenia. Otworzyłem przed nimi serce.



Myślę, że gdyby udało mi się utrzymać to nastawienie, mógłbym przeżyć coś pięknego. Patrząc na tamten moment dziś, nie wiem jednak, czy miałem jakikolwiek wybór. Byłem jak pyłek wrzucono w nieskończony kosmos. Uświadomiłem sobie własną znikomość, nieznaczność, słabość. Te istoty były potężne, tak potężne, że niezrozumiałe, poza zasięgiem intelektu. Ich inność i obcość przeraziły mnie. Nie było w nich miłości i współczucia, jedynie potęga i wielkość. A jak można ufać bogom, którzy nie mają miłości?

Próbowałem jeszcze odsunąć tę myśl, ale strach stawał się coraz silniejszy. Bogowie wydawali się to wyczuwać. Ich taniec był coraz dzikszy, niebo zamieniło się w szalone bachanalia, nie mogłem już tego znieść, a równocześnie czułem się przyciągany i wiedziałem, że jeśli oddam się temu, polecę w niebo, to na pewno zagubię się tam na zawsze – ale nie jako jeden z bogów, ale pozbawiony pamięci i rozumu pyłek, przy kopytach ich wierzchowców. Zacząłem krzyczeć i uciekłem do chatki.

Myliłem się, uważając, że tam znajdę spokój. Zniknęło monumentalne przedstawienie. Usiadłem przy piecu. S. i R. nie było, poszli się przejść, pooglądać niebo. Ciągle byłem wstrząśnięty. Rozejrzałem się po pokoju i zdałem sobie sprawę, że dom żyje. Ściany ze świerkowych bali rozmywały się, spod cienkiej warstwy rzeczywistości, która odłupywała się jak stara farba, zaczęły pojawiać się prastare malowidła, azteckie dzieła sztuki. Im bardziej wpatrywałem się w nie, tym bardziej się bałem. Obrazy były ruchome i wiedziałem, że wszystkie są drzwiami do innych światów, innych wymiarów, a każdy z nich jest obcy i nieludzki. Rozpadła się moja romantyczna wizja obcych światów, które mogłyby być rajem i ucieczką. Zrozumiałem, że żyjemy w świecie, który dla nas jest dobry, idealny, normalny, jest stworzony dla ludzi, ale inne światy zamieszkiwane są przez inne istoty, dla których jesteśmy obcy, i które dla nas są obce. Tak, jak nie możemy chodzić po księżycu bez skafandra, tak samo tamte światy mogą nas zmienić, zniszczyć naszą psychikę, która jest takim skafandrem dla duszy.

Każde z tych przejść wzywało mnie, ciągnęło w swoją stronę i musiałem opierać się z całej siły. Wiedziałem, że jeśli ulegnę, mogę już nigdy nie znaleźć drogi do mojego świata, na zawsze utknę w tych obcych warstwach, za ścianą.

Wtedy ze spaceru wrócił S. z R. Zobaczyli w jakim jestem stanie i starali się mnie uspokoić. Nie było szans. Rzeczywistość rozpadała się na coraz mniejsze kawałki, podobnie jak moja osobowość, i nic nie mogło tego powstrzymać. Zdałem sobie sprawę, że przeliczyłem swoje siły, nie jestem żadnym poszukiwaczem przygód, ale zwykłym, wystraszonym królikiem, drżącym w kącie, gdy zbliżają się drapieżnicy.

Poprosiłem S. żeby zagrał coś na piszczałce. Muzyka uspokoiła mnie na chwilę. Pomyślałem, że to wszystko, to sprawdzian dla mnie, czy jestem wojownikiem, prawdziwym mężczyzną. Pomyślałem, że prawdziwy wojownik nie da się pożreć wizjom, ale zamieni je w coś pięknego. Zacząłem tańczyć do rytmu muzyki. Każdemu mojemu ruchowi towarzyszył wybuch złotych i tęczowych iskier, widziałem je, bez względu na to, czy miałem zamknięte, czy otwarte oczy, tworzyłem swoim tańcem rzeczywistość na nowo, szukałem harmonii i przez ten twórczy proces wiedziałem, że mogę uzdrowić siebie. To był piękny moment. Zaczynałem czuć się lepiej. Wizja nie straciła na intensywności, ale ja sam zaczynałem się z nią synchronizować. Byłem coraz potężniejszy i zaczynałem widzieć w środku, w mojej duszy piękno, twórczą iskrę, pełną miłości i mocy.



I chyba to było za dużo, chyba wystraszyłem się tego, jak poważna jest ta wizja, jak ważny jest taniec, jakie potężne siły ścierają się tutaj. To było trochę, jakbym siedział pierwszy raz w samolocie i musiałbym pilotować potężną maszynę.

Udaje mi się to robić, maszyna leci coraz lepiej, gładko, bezpiecznie, ale nagle zdaję sobie sprawę, że przecież nie potrafię pilotować, jestem nikim, a już na pewno nie wyląduję boeingiem, więc ze strachu rzucam stery i chowam się z tyłu samolotu, którym teraz już nikt nie pilotuje.

Tak właśnie zrobiłem i jak można było oczekiwać, samolot rozbił się na pył.

S. przestał grać, ja skulony siedziałem w kącie i szlochałem, R. patrzyła na mnie przestraszona. Podniosłem się i popatrzyłem dookoła. Nie było już nic pięknego, ani na zewnątrz, ani we mnie. Każdy kąt chatki wypełniony był stworami, małymi potworami, twarzami, które znałem z dzieciństwa, a może jeszcze wcześniej. Do tej pory zakopane w podświadomości, teraz rozbiegły się po pokoju i patrzyły na mnie – niektóre z drwiną, niektóre ze strachem, skrzaty, trolle, twarze z opakowań na kakao, potwory w kształcie genitaliów, niektóre z moją twarzą. To było potworne. Wpadłem do bajora własnej podświadomości, zobaczyłem rzeczy, o których zapomniałem, a które były znajome, aż do zrzygania jak starzy towarzysze, z którymi spędziłem dziesiątki godzin i dni.



S. i R. próbowali mnie cały czas uspokoić.
- Jak długo to już trwa? Ile jeszcze? – pytałem przez łzy. R. (na którą grzyby w ogóle nie zadziałały) popatrzyła na zegarek i zerknęła z obawą na S.
- Już dwie godziny.
To już dwie godziny tego szaleństwa? Kiedy to się skończy?!

Usiadłem przy stole, starając się nie widzieć otaczających mnie koszmarów. Nie pomagało jednak nie patrzeć. To nie było tylko wizualne. Znałem ich imiona, na usta same wypływały mi dziwne, ohydne słowa, których nie ma w słowniku, a które oznaczają okropne, brzydkie rzeczy, każde z tych słów jest znajome, miałem nadzieję, gdzieś głęboko, w podświadomości, że zapomniałem ich na zawsze, ale okazuje się, że one są, towarzyszą mi.

Próbuję o tym opowiedzieć S. i R., ale ciężko mi się wysłowić. Udaje mi się tylko powtarzać, że moja osobowość się rozpadła na kawałki i boję się, że już nigdy nie będę cały. Pocieszają mnie, w tym momencie jeszcze ich trochę rozumiem, ale sens umyka mi coraz bardziej.

I nagle następuje moment, że jestem znów kompletnie trzeźwy, mam jasny umysł, wszystko znów ma sens. Płaczę z ulgą.
- Znów jestem cały. Jezu, znów jestem normalny.
S. i R. oddychaja z ulgą.
- Widzisz? Mówiłem ci, że to się zaraz skończy. Dwie godziny, to normalka.

Śmieję się, próbuję zażartować, ale coś się zmienia, mój żart jest jakiś dziwny, sam go nie rozumiem, co miałem na myśli? Skupiam się i nagle wiem, że to wcale nie koniec. Wir szaleństwa wciąga mnie z powrotem. Próbuję to zatrzymać, ale nie mam szans.

Tym razem odjazd jest jeszcze gorszy. Moja świadomość staje się coraz węższa, uproszczona, podstawowa. Wiem tylko, że istnieję, ale nie znam swojego imienia. Wiem tylko, że zrobiłem coś głupiego, a może to coś samo mi się przytrafiło i teraz nie ma już powrotu do normalnej rzeczywistości.

- Jest coś takiego, jak Bóg, czy sobie to wymyśliłem? – pytam błagalnie S.
Chodzi o to, że nie wiem, co jest obiektywną prawdą, a co powstało w moim umyśle. Patrzę za okno i widzę ciemność. Myślę, że teraz jest noc, a rano, kiedy się obudzę, wszystko będzie normalne (choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co to jest normalność). Nagle jednak dopada mnie straszliwa myśl.

- Jest coś takiego jak dzień i noc? – pytam z nadzieją. – A w nocy się śpi, nie? A jak się śpi, to rano już się jest normalnym? Czy też wymyśliłem to sobie? Nie chodzimy spać, nie ma dnia, nocy, zawsze jest tak samo?
Nie rozumiem, co odpowiada. Jego słowa tracą sens tuż po wejściu do moich uszu.
Żołądek. Tak! Jest coś takiego jak żołądek i tam wkłada się różne rzeczy.
- Jest żołądek? – pytam. S. przytakuje. – To zwymiotuję! – wołam olśniony. Skoro to coś jest w żołądku, mogę to zwymiotować!
S. próbuje mi wyjaśnić, że na to za późno.
Po sekundzie znów zapominam wszystko. Krew. Mam żołądek i mam krew. Krew można przetoczyć.
- Zabierzcie mnie na pogotowie – żądam.
- Zaraz ci przejdzie – uspakaja mnie S.
- Musicie mnie zabrać, oni może mnie uratują. Uratują mój umysł – naciskam.
- Nikt nie uratuje twojego umysłu. Zdarza się. Po prostu wytrąciłeś się z rzeczywistości, czasami ludzie tak robią i teraz już się nie da wrócić – odpowiada S. (w rzeczywistości nigdy tego nie powiedział).
- Zawsze taki już będę? – pytam. – A co z… - zastanawiam się. Jest coś ważnego, o co muszę spytać. – Tania! Co z Tanią? – Z trudem przeciskam się pomiędzy zastygłymi myślami. Znów strach. Pytam:
- Tania istnieje? Nie wymyśliłem jej sobie?! Czy wymyśliłem?
- Istnieje, istnieje.
- Jak ona mi to wybaczy? Wszystko było dobrze, byłem mądry, a teraz jestem głupi. Co będzie?
- Nic nie będzie.
- Nie martwisz się tym w ogóle? Zgubiłem swój umysł, nie jestem już cały, a wy się nie martwicie? Przecież zginąłem, nie ma mnie.

Próbuję myśleć, posklejać świat z niewielu kawałków, jakie mi zostały. Moje ciało, ja – jestem prostą maszyną. Mam żołądek, głowę, krew, jestem krótkim istnieniem w kontinuum czasu. Ponad mną jest Bóg, czarna plama, w czarnym kosmosie, który stworzył mnie dla zabawy. Moje istnienie nie ma znaczenia. Ludzie żyją w tym krótkim kontinuum i są w stanie przejść go bez cierpienia, ponieważ są zestrojeni i nie rozumieją swojej sytuacji. Czasami można się jednak odstroić, tak jak przytrafiło się mi, i wtedy wszystko rozumiemy, naszą znikomość i bezsensowność, trywialność. Życie jest wtedy nieznośne, ale równie nieznośna jest myśl o czarnej pustce śmierci. A najgorsza jest świadomość, że nie istnieje miłość, boskie uczucie do swojego stworzenia, wszystko jest tylko głupim żartem nieludzkiego Boga.

Trwało to pięć godzin. Pięć godzin piekła, po którym wreszcie stopniowo wróciłem do rzeczywistości.

Nie chcę nikogo odstraszać od doświadczenia z grzybami. Wiem, że to może być piękne, wzbogacające doświadczenie, nie uważam tego za niebezpieczny narkotyk. Niektórym być może nawet przydałoby się takie wyrwanie z rzeczywistości i zobaczenie świata z innej strony. Znam osoby, które doświadczyły cudownej jedności z wszechświatem i Bogiem, ich dusza oczyściła się z wielu warstw, czytałem o ludziach, którzy zmienili swoje życie, pod wpływem grzybów.

Niestety moje doświadczenie było inne i zastanawiam się na ile ja sam zawiniłem, że wylądowałem w tym solipsystycznym koszmarze. Może jestem za dużym tchórzem? Za bardzo chcę kontrolować, a takie doświadczenie wymaga pokory i uległości? Nie mam pojęcia. Obiecałem sobie jednak, że już nigdy tego nie zrobię. To było zbyt potworne. Na początku planowałem nawet, że nigdy o tym nie napiszę, że chcę zapomnieć na zawsze, ale po kilku dniach emocje opadły, opuścił mnie strach i zacząłem dostrzegać pozytywne strony tego wszystkiego. Na przykład? Chcę się bardziej przyłożyć do poszukiwania Absolutu. To życie jest zbyt krótkie, żeby je zmarnować.

Te rzeczy, które widziałem, szczególnie pod koniec – nie wierzę w nie. Nie wierzę, że nie ma miłości, a Bóg jest bezosobową, pozbawioną uczuć istotą, przyglądającą się zimno naszym bzdurnym, bezsensownym wysiłkom. Myślę, że to tylko mój najgłębszy strach przybrał dotykalną, pojmowalną formę.

Uważam, że w rzeczywistości jest całkiem na odwrót.



Saturday, 14 August 2010

Złoty pył



Złoty pył
(Najwyższej Kapłance)

Wjechałem w noc na rydwanie.
Rzucając stalowe spojrzenia
zeskoczyłem w trawę,
wyzywająco zdeptałem kwiaty.
Nie zauważyłem złotego pyłu
na skórzanych butach,
a rondo kapelusza
przesłoniło księżyc.
Ogłosiłem później,
że noc jest pustkowiem.

Innego wieczoru
odłożyłem zbroję.
Podszedłem do granicy czerni
i ułożyłem głowę na trawie.
- Zobacz, idę spać –
szepnąłem w cichą pustkę.
Gdy zamknąłem oczy,
usiadłaś obok
i całą noc śpiewałaś mi pieśni
wyższych krain.

Noc przestała być pustkowiem.

Tuesday, 3 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.3



Z dziennika podróżnika astralnego - cz.3

Dzień 62

Leci ten czas niesamowicie szybko. To, co jeszcze niedawno było nowością, stało się chlebem powszednim. Chce mi się śmiać, kiedy przypominam sobie pierwszy raz. Ale miałem wtedy pełne portki.
Nic się ostatnio nowego nie zdarzyło. Mogę nawet powiedzieć, że wpadłem w rutynę. Prawie co noc wyfruwam z domu, latam sobie dookoła, czasami wypuszczam się dalej, nad rzekę albo do lasu. Kilka razy spotkałem różne osoby, ale nikogo ciekawego. Wydaje się, że nikt z nich nie był zainteresowany kontaktem. Jak do tej pory nie natknąłem się na tajemniczą nieznajomą.
Co jeszcze? Pokonałem lęk wysokości, a przynajmniej mam go pod kontrolą. Czasami wzlatuję wysoko, ponad drzewa i przez chwilę wiszę nad wioską, czerpiąc radość z widoku. I tyle. Jest miło, sympatycznie, ale chyba stanąłem w miejscu. Chociaż nie wiem, czego oczekiwałem. Objawienia? Spotkania ze Stwórcą? Na to pewnie przyjdzie jeszcze czas.

Dzień 81

W końcu coś nowego. Zaniedbałem ostatnio pisanie w dzienniku. Po prostu nic się nie działo.
Przez kilka dni byłem w odwiedzinach u Smyka. Ucieszył się na mój widok, ale dostałem burę za długi okres milczenia. Dlaczego się nie odzywałem? Gdzie byłem? Co jest grane?
Wahałem się przez chwilę, ale wreszcie machnąłem ręką i wieczorem, przy ognisku opowiedziałem wszystko jak na spowiedzi. Słuchał uważnie, przerywając tylko z rzadka krótkim pytaniem, kiedy czegoś nie zrozumiał. Jąkałem się trochę i od razu pożałowałem gadulstwa, ale kiedy skończyłem, Smyk zapytał: „Masz tę książkę tutaj?”. Zaprzeczyłem. Nie przyszło mi do głowy, że mógłbym jej potrzebować. Przyjechałem, żeby posmakować dawnych klimatów, a nie nauczać nowej ścieżki.
„Jutro jedziemy do ciebie. Muszę to przeczytać. Zdajesz sobie sprawę, na co trafiłeś? To jest coś, facet. Wielkie coś”.
Następnego dnia dałem mu książkę i pożegnaliśmy się na prawie dwa tygodnie. Zadzwonił przedwczoraj.
- Pankracy, ciągle latasz?
- Latam.
- Codziennie?
Pomyślałem przez chwilę.
- Prawie codziennie. W środę spałem normalnie, ale oprócz tego…
- Słuchaj – przerwał mi. – Nic mi nie wychodzi z tych ćwiczeń. Mam tak jak ty na początku: kiedy tylko próbuję się zrelaksować, wszystko mnie swędzi i wkurza.
- Co ci poradzę?
- No właśnie, możesz poradzić.
- Smyk, o czym ty mówisz?
- Monroe pisze, że będąc poza ciałem, można wyciągnąć inną osobę. Kapujesz?
Kapowałem i zgodziłem się spróbować.

No więc: wczoraj w nocy, po wyjściu przypomniałem sobie o prośbie przyjaciela. Monroe pisze, że jeśli chcesz kogoś znaleźć, musisz skupić myśli na tej osobie, i wtedy koncentracja zaprowadzi cię prosto do celu. Żeby jednak nie ulec rozproszeniu, najlepiej przebyć całą podróż z zamkniętymi oczami. Wiedziałem, że ma rację. Nieraz doświadczyłem, jak mała myśl, emocja, czy pragnienie, w jednej chwili przeradza się w niekontrolowaną fiksację albo namiętność.
Zamknąłem oczy i przywołałem obraz Smyka. Nawet nie sam obraz, ale raczej wspomnienie jego osobowości. Takie rzeczy robi się łatwo, kiedy wyobraźni nie ogranicza materia
Wystrzeliłem przed siebie. Czułem na twarzy podmuch wiatru, niby od ogromnego pędu. I nagle coś mnie skusiło, żeby otworzyć oczy.

Jęknąłem z zachwytu, choć nie rozumiałem do końca, co widzę. Leciałem pośród rzadkich, srebrzystych chmur. Srebrzyły się od księżyca, którego jasna tarcza lśniła dokładnie nad moją głową. Pod stopami natomiast rozciągały się góry i ciemny las. Wypłoszony wysokością, spikowałem, zatrzymując się dopiero tuż nad linią drzew. Dotknąłem szyszek i iglastych gałęzi. Skupiłem wzrok. Las żył. Widziałem jaśniejsze plamy zwierząt. Tam czaił się lis, tam stała sarna, tu zając. Było w tym widoku cos tak swojskiego i przyjemnego, że aż serce bolało z radości. Zawyłem jak wilk i zagubiłem się pośród drzew. Byłbym tak latał do rana, gdybym nie przypomniał sobie, że mam misję do spełnienia. Smyk. Tylko w jaki sposób trafiłem tutaj?

Choć racjonalność nie jest mocną stroną umysłu w ciele astralnym, zaskoczyłem sam siebie trzeźwym wnioskiem: droga prowadząca do domu Smyka ma w przybliżeniu kształt litery U. Ja mieszkam na końcu jednego ramienia, on na końcu drugiego. Pomiędzy nami leży natomiast kilka gór i las. Przyzwyczajony do podróży zwykłą drogą, oczekiwałem, że w ten sam sposób pofrunę do przyjaciela. Okazało się, że duch wybrał drogę na przełaj, pomijając bezużyteczną szosę.
To wszystko uświadomiłem sobie tam, nad lasem. Zostawiłem z żalem zapach świerków i rosy (być może wyobraziłem sobie, że go czuję?) i kontynuowałem podróż. Po krótkiej chwili zobaczyłem pod sobą dom przyjaciela. Powoli podleciałem do okna i przez wąski lufcik wpłynąłem do środka. Smyk leżał w łóżku. Nie wiedząc za bardzo, jak się do tego zabrać, pociągnąłem go za nogi. Wtedy mnie zauważył. Zdziwiony i przestraszony, zaczął prosić, żebym go zostawił, że właśnie się rozmyślił. Po chwili zauważyłem, że komunikuję się z jego ciałem astralnym, natomiast ciało fizyczne leżało w bezruchu. Nie słuchałem błagań, mówiąc, że z początku strach to normalka, ale kiedy minie, to zaczyna się prawdziwa zabawa.

Nasz pojedynek trwał dobrą chwilę, aż nagle obudziłem się w swoim ciele. Pełny pęcherz nie pozwolił mi na zakończenie misji. Musiałem pójść do kibla.
Dziś rano zadzwonił Smyk. Głos drżał mu z przejęcia.
- Byłeś u mnie?!
- Powiem ci, ale najpierw powiedz, co się stało. Nie chcę cię sugerować.
Okazało się, że w nocy poczuł wibracje. Przeraziło go to tak bardzo, że chciał natychmiast zrezygnować (oh, skąd ja to znam?), nic jednak nie mógł zrobić. Paraliż. Coś wyciąga go za nogi. Walka. Wreszcie udało mu się oswobodzić, nie zmrużył jednak oka do rana.
Opowiedziałem mu, co zrobiłem. Mieliśmy kupę śmiechu, ale ostatecznie poprosił, żebym już tego nigdy nie zrobił. Choć podoba mu się idea, to czuje, że nie jest jeszcze gotowy.
Trudno. Pozostanę w takim razie samotnym włóczęgą po innych wymiarach.

Dzień 100

Dawno nie pisałem. Nie miałem do tego głowy. Sporo nauki w szkole. Wciągnąłem się w Bułhakowa i Dostojewskiego. Oprócz tego rzuciłem palenie – sam nie wiem dlaczego. Po doświadczeniach ostatnich kilku miesięcy, palenie wydaje się głupie, trywialne. Zacząłem też szperać po książkach religijnych. Nigdy mnie to nie interesowało, ale w takiej sytuacji…
W bibliotece znalazłem jakieś książki o buddyzmie i kabale. Smyk miał trochę literatury od krysznowców - pożyczył mi. Będę po trochu czytał.

Dzień 112

Wreszcie coś nowego. Myślę, że ostatniej nocy przekroczyłem granicę. Jaką? Nie jestem pewny.
Nad ranem, zaraz po wyjściu, pomyślałem, że chciałbym spotkać kogoś „na wyższym szczeblu”. Może to wpływ książek, jakie ostatnio czytam? Dużo w nich o duchowych przewodnikach, guru, wyższych siłach, aniołach, itd.
Przymknąłem oczy i skoncentrowałem umysł na pragnieniu kontaktu z wyższą siłą. Natychmiast z wielką szybkością ruszyłem w górę. Poczułem lekki strach, ale utrzymałem medytację. Trwało to kilka chwil i miałem wrażenie pokonania wielkiego dystansu. Jak wielkiego? Nie mam pojęcia, ale byłem przekonany, że zostawiłem Ziemię za sobą.
Kiedy skończył się lot i otworzyłem oczy, widok kompletnie mnie zaskoczył. Stałem przed kawiarnią. Kilka osób siedziało na zewnątrz w ażurowych, delikatnych fotelach, cicho rozmawiając i pijąc herbatę (tak przynajmniej pomyślałem, widząc filiżanki). Wyglądało to jak paryska kafejka. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Przyszło mi do głowy, że być może „wpadłem” w normalny sen - zdarzało się to wcześniej. Oznaczałoby to, że obecne doświadczenie nie ma obiektywnej wartości. Rozczarowała mnie ta myśl, ale zanim miałem okazję przeanalizować ją głębiej, z kawiarni wyszedł uśmiechnięty mężczyzna i skierował się w moją stronę. Wyglądał zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że byłem już prawie pewny, że śnię. Jasny, chyba kremowy garnitur w stylu lat dwudziestych, róża wpięta w butonierkę, błyszczące, skórzane buty. Twarz przeciętna, jasna, wzbudzająca zaufanie. Wyciągnął rękę.
- Witaj, Pankracy. Miło cię widzieć.
Zbity z tropu, uścisnąłem dłoń. Mężczyzna zaprowadził mnie do stolika i wskazał pusty fotel. Bez słowa usiadłem.
- Pytaj, o co chcesz – powiedział nieznajomy, usadowiwszy się naprzeciwko.
Zrozumiałem, że chyba faktycznie znalazłem wyższą istotę, choć nie tak to sobie wyobrażałem. Zdążyłem zadać tylko jedno pytanie.
- Niech pan wytłumaczy, jak to możliwe, że chociaż jestem na innej planecie, to pan i reszta tych ludzi – zatoczyłem ręką łuk – wyglądacie jak ja? Jak to możliwe, że ewolucja tutaj rozwijała się w ten sam sposób, co na Ziemi?
Uśmiech na jego twarzy robił się coraz szerszy i szerszy, aż wreszcie mężczyzna wybuchnął śmiechem. Chichotał, jakbym opowiedział najlepszy kawał na świecie. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Wreszcie opanował wesołość. Nachylił się i wbijając we mnie roziskrzone spojrzenie, powiedział:
- Czy ty naprawdę myślisz, że świat jest na ślepo wystrzelonym pociskiem?
Nie zdążyłem zareagować ani spytać o wyjaśnienie zagadkowej odpowiedzi. Jakaś siła pociągnęła mnie w dół i w sekundę znalazłem się w łóżku. Pęcherz.
Byłem zły, że z powodu tak trywialnej potrzeby zmarnowałem okazję fascynującej rozmowy. Kiedy jednak pomyślałem nad tym przez chwilę, zdałem sobie sprawę, jak ważne było to krótkie zdanie. „Świat nie jest na ślepo wystrzelonym pociskiem”. Chodzi o Boga? Wszechświat nie jest chaotycznym workiem materii, ale zaplanowanym, harmonijnym aktem Stwórcy?
Muszę o tym pomyśleć.

Dzień 200

Deszcz siecze o okno. Szaro i zimno. Złota jesień trwała nie więcej niż tydzień. Teraz już deszcz, ziąb i człowiek z niecierpliwością oczekuje zimy, która wprowadziłaby trochę porządku w ten zabłocony bajzel.
Dlaczego czuję się tak podle? Po wczorajszej nocy powinienem być szczęśliwy, uduchowiony, a zamiast tego drąży mnie smutek. Nie pomaga Daab, ani Bakszysz. Nie pomaga Bhagavad-gita.
Wychodząc wczoraj z ciała, po raz pierwszy od spotkania z facetem od „ślepo wystrzelonego pocisku” skoncentrowałem umysł na czymś wyższym. Tym razem chciałem doświadczyć jeszcze więcej, zrozumieć głębiej.
Gdy tylko wzbudziłem w sercu silne pragnienie poznania, wystrzeliłem z wielką szybkością w górę. Przysięgam, leciałem jeszcze szybciej niż ostatnio. O wiele szybciej. Nie dam rady nawet spróbować opisać dystansu, jaki pokonałem. Mijałem gwiazdy, które od pędu zlały się w lśniące smugi. Musiałem zamknąć oczy. Ukłucie strachu trwało tylko sekundę. Później nic nie miało znaczenia. Czułem, że dzieje się coś bardzo ważnego. Zdawałem sobie sprawę, że mogę nie wrócić z tej wycieczki, ale wcale mnie to nie zmartwiło.
Podróż trwała długo. Kilkanaście minut? Piszę z pytajnikiem, bo jak mówić o upływie czasu w takiej sytuacji? Może to była tylko mała chwila? A może godzina?

Najpierw uderzyło mnie uczucie nieograniczonej radości i miłości. Zorientowałem się, że już nie lecę. Otworzyłem oczy. Unosiłem się w wypełnionej światłem przestrzeni. Było w niej coś rozkosznego, znajomego… Zacząłem szlochać ze szczęścia. Wróciłem do domu – taka była pierwsza myśl. Nie pozostał nawet ślad niepokoju, strachu, zagubienia, zmartwienia, nic. Jakby ktoś przejechał po duszy mokrą gąbką i oczyścił ją z kurzu. Wiem, jak brzmi to teraz… Cholera – nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko pisać o prawdziwie religijnym doświadczeniu. Jak je opisać? To, co wcześniej uważałem za szczęście – zakochanie, rozmowa z przyjacielem, dobra muzyka, spokój płynący z leżenia na leśnej polanie, itd., okazało się tylko ulgą od ciągłego napięcia i walki. Dysharmonia jest z nami cały czas, więc nie zdajemy sobie sprawy z jej obecności.

Tam, w górze doświadczyłem dotykalnego szczęścia. Stanowiło wartość samo w sobie, nie będąc tylko odpoczynkiem od cierpienia. Dotknąłem harmonii! Wirowałem w tym złocistym świetle, śmiejąc się i płacząc równocześnie. Dom! Jestem w domu! – krzyczałem.

I wtedy ciepła, miękka dłoń ujęła moją. Miłość spłynęła z niej chłodnym strumieniem, wypełniając mi duszę po brzegi. A przecież przed chwilą czułem, że nie mogę być już szczęśliwszy. Podniosłem wzrok. Moje ramię zanurzone było w kuli światła. Próbowałem przebić wzrokiem jasność, ale silny uścisk skarcił mnie za ciekawskość. Posłusznie opuściłem oczy i wtuliłem twarz w emanującą miłością dłoń. Wiedziałem na pewno – wróciłem…

Niepokój nadszedł, kiedy tajemnicza istota pociągnęła mnie w dół. „Nie chcę stąd odchodzić” – wysłałem błagalną myśl. Nie usłyszałem odpowiedzi, jedynie falę współczucia. „Pozwól mi zostać” – nie przestawałem prosić przez łzy.

Gdy zatrzymaliśmy się, spojrzałem pod siebie… Brakuje słów, cholera, brakuje słów… Tam była materia… Cała materia. Dysonans. Najniższe spektrum energii, całkowite przeciwieństwo miejsca, które właśnie znalazłem.
Ekstaza i spokój odeszły bez śladu. Desperacko wpiłem się palcami w dłoń anioła. „Proszę…”. Odpowiedział. Nie użył słów, ale w tłumaczeniu byłoby to coś w tym sensie: „Jeszcze nie jesteś gotowy”. Rozumiałem, że jest mu bardzo smutno, że jego serce pełne jest litości i współczucia. Wiedziałem jednak, że nie mogę zostać. Popatrzyłem jeszcze raz na światło, w którym tonęła moja ręka. I puściłem. Spadłem.

Dziwnie było dzisiaj jeść śniadanie. Jakby nic się nie stało – smarować chleb masłem, kłaść na kromkę plasterek sera, pomidora, słuchając rozmów przy stole. Chyba bardziej ich teraz wszystkich kochałem. Ale nie potrafiłem otrząsnąć się ze smutku. Gdyby istniała taka możliwość, to bym tam został.
Nie załamuję się. Przecież powiedział „Jeszcze nie jesteś gotowy”. „Jeszcze”. To znaczy, że kiedyś będę, nie?
Zacząłem dziś palić w piecu. Kopci się niemiłosiernie, ale tak jest zawsze, za pierwszym razem, na jesień. Naznosiłem drewna, rozłożyłem obok paleniska, poduszki, parę książek. Muszę się wyciszyć. Odnaleźć. Przemyśleć to wszystko.

KONIEC



Monday, 2 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.2



Z dziennika podróżnika astralnego - cz.2
(gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych)

Dzień 35

Ufff. Przełom. Po pięciu dniach braku snu, walki i strachu, zrobiłem postęp. Dziś wreszcie jestem zrelaksowany i wyspany. Patrzę na świat z radością. A było to tak:
Ostatniej nocy, podobnie jak noc wcześniej i jeszcze wcześniej, zacząłem wychodzić z ciała. Wiedziałem, co będzie za chwilę – spadnę, później wrócę i przesiedzę do rana. Kiedy miałem już poddać się losowi, przypomniałem sobie nagle ustęp z książki, gdzie Monroe pisze, żeby przy samym wyjściu wyobrazić sobie wznoszenie. Pomyśleć, że jesteśmy lżejsi niż powietrze.
Skoncentrowałem umysł na lataniu. Wznoszę się coraz wyżej, ciało pozostaje w dole, na łóżku, jestem ptakiem, wolnym duchem… Udało się. Lewitowałem pod samym sufitem, spoglądając na zanurzony w błękitnawej poświacie pokój. I co najważniejsze, nie czułem żadnego strachu! Wręcz przeciwnie – rozpierała mnie radość i poczucie nieograniczonej wolności. Zawirowałem pod sufitem, przeleciałem z jednego końca pokoju na drugi, badając stopień kontroli nad ciałem astralnym. Okazało się, że mogłem sterować nim z pełną swobodą, podobnie jak steruję zwykłym ciałem na jawie, a powiedziałbym, że nawet lepiej – nie ograniczała mnie grawitacja.

Chciałem jednak rozwiać wszelkie obawy. Zniżyłem lot tak, że znalazłem się bezpośrednio nad sobą. Przez chwilę patrzyłem z ciekawością. Rozpoznawałem własne rysy, ale wizja nie była stabilna – twarz falowała, mieniła się, zmieniała kształt.

Następnie „odwróciłem się” na plecy i bardzo powoli wpłynąłem do leżącego ciała. Zrobiłem to bez problemu. Może poszło tak gładko, bo przestałem panikować? Wróciwszy do siebie, usiadłem, włączyłem lampkę, omiotłem wzrokiem otoczenie, dotknąłem ściany i własnej twarzy, żeby upewnić się, że to nie sen, po czym zgasiłem światło i położyłem się z powrotem. Już po minucie znowu fruwałem po pokoju. Niepokój zniknął całkowicie. Kręciłem piruety, udawałem, że pływam żabką, odbijałem się od ścian jak na basenie, żeby dopłynąć do drugiego końca pomieszczenia. Rozpierała mnie radość.

Kiedy już poszalałem, postanowiłem zbadać dalsze otoczenie i wypuścić się poza pokój. Podpłynąłem do drzwi i ostrożnie wyciągnąłem dłoń. Nie wiedziałem, czego oczekiwać. Że jak na filmach ręka przejdzie przez drewno? Dotknąłem twardej powierzchni. Pod palcami wyczuwałem wyraźną strukturę lakieru. Popchnąłem mocniej. Opór. Zaparłem się z całych sił. Cholera. Nic. Normalne drzwi, a ja równie dobrze mógłbym próbować sforsować je na jawie.

Podfrunąłem pod sufit i lewitując, pomyślałem przez chwilę. W czym problem? Monroe opisuje, jak przenika przez grube ściany. Dlaczego więc nie mogę poradzić sobie z głupimi drzwiami? Chyba, że… Może nie wstrzymują mnie prawdziwe drzwi, ale drzwi w mojej głowie? Koncepcja, której nie potrafię świadomie odrzucić?

Zbliżyłem się do przeszkody i powtarzając w myślach: „jesteś niematerialny, jesteś niematerialny” wyciągnąłem dłoń. Twarda powierzchnia. No dobra. Może przeszkodą jest „patrzenie”? Zamknąłem oczy i spróbowałem jeszcze raz. Ręka natrafiła na delikatną, miękką zasłonę, czy raczej elastyczną błonę. Popchnąłem mocniej i dłoń weszła głębiej. Poczułem jak zagłębia się w strukturę drewna. Wyczułem cienką granicę lakieru. Aż wreszcie ręka była wolna, po drugiej stronie. Nie otwierając oczu, cały przeniknąłem przez drzwi. Dziwne uczucie. Lekko nieprzyjemne, ale nic naprawdę drastycznego.

Znalazłem się w pokoju mamy i siostry. Podfrunąłem do łóżka, spoglądając z ciekawością na śpiące postacie. Po chwili zostawiłem je same i popłynąłem do kuchni, gdzie sypiał tata. Z włączonego telewizora płynął srebrzysty, nienaturalny blask. Tata nie spał.

Tutaj zauważyłem ciekawą rzecz. Patrzył w ekran, ale pod jego twarzą falowała druga, wpatrzona we mnie. Wyraźnie widziałem, że ta „druga” postać wcale nie jest zadowolona z mojej obecności. Wyczułem coś w rodzaju przekazu: „wracaj do ciała, nie powinieneś tego robić”. Zostawiłem go samego i pofrunąłem do siebie.

Wstałem z łóżka, założyłem kapcie i poszedłem cicho w stronę kuchni. Zerknąłem do środka. W telewizorze leciał western. Tata na wpół drzemał, na wpół oglądał.
Nie budząc nikogo, wróciłem do łóżka i pierwszy raz od dawna zasnąłem głębokim, spokojnym snem.

Dzień 39

Dni płyną szybko i radośnie. Nastrój zmienił mi się o sto osiemdziesiąt stopni. Przestałem odburkiwać rodzicom, w szkole też idzie całkiem dobrze, choć przyznaję, że nie mam entuzjazmu do nauki. Większość czasu myślę o tym, co będę robił w nocy. Planuję eksperymenty, wypady poza dom, itd. No ale nie udaje mi się wyjść poza plany.

W czym problem? Choć strach zniknął i co noc wychodzę z ciała, nie wypuszczam się poza pokój. Nie dlatego, że nie chcę - nie w tym rzecz. Chodzi o to, że poza ciałem łatwo jest dać się rozproszyć. Przed zaśnięciem mam już w głowie plan badawczy, kiedy jednak tylko jestem na zewnątrz, cała logika umyka z głowy (hm… „z głowy”? Musze pomyśleć, czy w nowych okolicznościach to wyrażenie ma jakiś sens). Zamiast trzeźwo ocenić sytuację, bawię się jak dziecko i większość czasu „poza”, spędzam na głupich harcach pod sufitem. To dziwne uczucie. Z jednej strony poczucie wolności i radości, ale przy tym całkowity brak racjonalnego myślenia.
Wszystko zależy od momentu wyjścia. Jeśli na samym początku człowiek da się porwać jakiejś myśli, czy atmosferze, to ta rzecz w pełni nad nim zapanuje. Nie jest łatwo, choć udało mi się mieć kilka chwil przejrzystości.

Muszę kończyć. Szczekają psy. Siwy miał dzisiaj wpaść, pewnie to on.

* * *

Już późny wieczór. Siwy właśnie poszedł do domu. Kusiło mnie, żeby podzielić się ostatnimi doświadczeniami, ale w ostatniej chwili powstrzymałem jęzor. Spytałem tylko, co myśli o oddzieleniu umysłu od ciała, czy jest to możliwe i czy spróbowałby, jeśli miałby okazję. Popatrzył jakoś tak dziwnie i rzuciwszy głupi żart, zmienił temat. No tak, ciężko oczekiwać, żeby ludzie interesowali się, a tym bardziej wierzyli w takie historie. Muszę uważać na przyszłość, żeby nie zaczynać tego tematu zbyt pochopnie.

Otworzyłem okno. Zapowiada się ciepła noc. Zapachy wiosny wypierają zastałe powietrze mojej nory. Widać gwiazdy. Choć tak dalekie i choć pomiędzy mną a nimi leży mroźna pustka kosmosu, to patrząc na nie, czuję otuchę. Żebym tylko mógł wyfrunąć z tego cholernego pokoju! Poleciałbym do gwiazd. Daję słowo.

Zanim się położę, zapiszę jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Trzy dni temu, kiedy przyszły wibracje, zaszło coś dziwnego. Trochę śmiesznego, ale równocześnie denerwującego. Moje nogi i tułów wysunęły się z ciała, ale głowa utknęła. Majtałem w powietrzu nieważkimi nogami, próbując wyrwać głowę zablokowaną w… głowie, ale nie dałem rady. Co więcej, czułem dotyk poduszki na skórze, mogłem nawet poruszyć lekko gałkami ocznymi, natomiast kompletnie straciłem czucie w reszcie materialnego ciała. Wreszcie zrezygnowany wsunąłem się z powrotem do siebie. Zapaliłem lampkę, usiadłem, wziąłem kilka głębokich oddechów i z niecierpliwością ponowiłem próbę. Znowu to samo! Głowa utknęła na dobre. Spróbowałem jeszcze trzy razy, po czym dałem spokój. Mam nadzieję, że to tylko jednorazowe niepowodzenie.

Następnej nocy, gdy nadeszły wibracje, postanowiłem zrobić eksperyment. Zamiast całkowicie wyjść z ciała, wysunąłem tylko rękę. Udało się bez problemu. Choć byłem świadomy całego ciała, to moja „astralna” ręka była wolna. Opuściłem ją i dotknąłem podłogi. Przez chwilę badałem powierzchnię, wyczuwając strukturę klepek, tak jak wcześniej zrobiłem z drzwiami. Postanowiłem „wypuścić się” dalej. Nacisnąłem mocniej. Ręka, prawie bez oporu weszła w podłogę. Czułem konsystencję drewna. Zagłębiłem się bardziej. Sucha, miałka ziemia. Później trafiłem na kamienie. Ta warstwa była grubsza. Powiedziałbym, że miała ponad metr. Wreszcie poczułem luz. Domyśliłem się, że trafiłem na pustą przestrzeń… Piwnica! Poczułem ukłucie strachu. Nasza piwnica zawsze wzbudzała we mnie niepokój. Przypominała średniowieczny loch, a nie swojską komórkę na ziemniaki. Zawahałem się, ale ciekawość zwyciężyła. Jak bardzo będę mógł rozciągnąć rękę? Znów trafiłem na lekki opór. Chyba podłoga piwnicy. Trochę głębiej… Kiedy dotknąłem mokrej ziemi pod fundamentami, skapitulowałem. Przeczuwałem, że mogę rozciągnąć się na druga stronę planety. Wystraszyło mnie to.

Jeszcze jedno ciekawe wydarzenie. Tym razem z przedwczoraj. Po wyjściu znowu wpadłem w „głupawę”. Wirowałem pod sufitem, odbijałem się od ścian, skakałem po meblach, a nawet wchodziłem poza meble, w szparę nie większą niż dłoń. Kiedy wreszcie postanowiłem wrócić do ciała, mój wzrok zatrzymał się na budziku. Otrzeźwiałem. Przyszło mi do głowy, żeby coś sprawdzić. Z wysiłkiem skoncentrowałem się na wskazówkach. Nie było to wcale łatwe. Choć umysł miałem jasny, to w jakiś sposób procesy myślowe ciała astralnego płyną inaczej. Uczucia, myśli, nastroje są bardzo rzeczywiste i dotykalne, ale tabliczka mnożenia, czy sprawdzenie godziny, to już spory wysiłek. Ale dałem rady. Trzecia czterdzieści trzy. Zapamiętałem cyfry i wskoczyłem do siebie. Natychmiast otworzyłem oczy, włączyłem światło i podniecony, wbiłem wzrok w zegar przy łóżku. Trzecia czterdzieści trzy! Eksperyment wykonany i w pełni udany.
No dobra, gaszę światło i do spania. Ciekawe, co czeka mnie dzisiaj.

Dzień 40

Ta-tam! Dałem radę. Przykontrolowałem głupawę, choć nie było łatwo: wewnętrzne dziecko chciało się bawić jak co noc, ale tym razem nie popuściłem. Wygrał badacz. Kiedy spłynęły ze mnie niekontrolowane emocje, mogłem wreszcie trzeźwo myśleć (choć tak, jak pisałem wcześniej, trzeźwe myślenie „tam” różni się od trzeźwego myślenia „tutaj”).

Postanowiłem wyjść poza dom. Miałem stracha. Wiedziałem, czego oczekiwać w domu, ale kto wie, jakie niespodzianki czaiły się na zewnątrz? Nie oczekiwałem, że jestem jedynym astralnym podróżnikiem. A co, jeśli spotkam ducha?

Odrzuciłem tchórzliwe myśli i wyobraziłem sobie, że wzbijam się wysoko do góry. Wystrzeliłem jak z procy, aż zaparło mi dech. Przebiłem sufit, dach i zanim się obejrzałem, wisiałem kilkaset metrów nad wioską, widząc w dole nieliczne, drobne światła. Dokładnie wtedy przypomniałem sobie, że cierpię na lęk przestrzeni. Spadłem jak kamień, przeraźliwie krzycząc.
O mały włos nie wróciłem do ciała, ale opanowałem emocje. Kolejna lekcja – bardziej mierzyć siłę, jaką wkłada się w myśli.

Mój wzrok przyciągnęło otwarte okno. Ta droga wydawała się bezpieczniejsza, niż katapultowanie przez sufit. Podfrunąłem bliżej, posiedziałem przez chwilę na parapecie, obserwując drzewa i inne, poruszające się kształty. Strach odszedł zupełnie. Zastąpiła go ulga i przeczucie przygody, mistyki, nieprzewidywalności rzeczywistości. Wszystko może się zdarzyć. I cokolwiek by to nie było, nie ma się czego bać. Wszechświat jest przyjaznym miejscem.

Delikatnie popłynąłem w ciemność. Najpierw ostrożnie, badawczo, ale już po chwili pędziłem po całym ogrodzie. Podleciałem do kilku drzew, przyglądając się z bliska korze i liściom. Choć wyglądały tak samo jak na jawie, miałem wrażenie, że oglądam je pierwszy raz. Widziałem fizyczna formę, ale równocześnie dostrzegałem drżącą, lśniącą energię, która nie tyle co kryła się pod materią, ale raczej stanowiła jej podstawę… Tkanina materii przeplatała się z tkaniną energii… Nie umiem tego właściwie opisać.

Podobnie było z trawą, z owadami, a nawet z przedmiotami. Nie mogłem uwierzyć, że zmarnowałem tyle dni na durne zabawy w czterech ścianach. Odkryłem właśnie nowy, fascynujący świat.

Nie wiem, jak długo to trwało. Nie pamiętam powrotu do ciała. W którymś momencie po prostu się obudziłem.

Dzień 41

Ostatniej nocy nic. Zasnąłem wieczorem i obudziłem się rano. Rozczarowanie jak cholera. Powlokłem się do szkoły, odbębniłem swoje. Później w domu bez entuzjazmu pooglądałem telewizję, wypiłem piwo, zjadłem zupę. Już wieczór. Znowu zostawiłem otwarte okno, choć dzisiaj trochę chłodniej.

Dzień 42

Kurde, nie! Znowu nic. Spałem całą noc jak kamień. Nawet nie miałem żadnego snu. Mam nadzieję, że to nie koniec. Proszę, proszę, proszę! Chciałem jeszcze zrobić tyle rzeczy. Niech to się nie kończy.

Dzień 43

Ostatniej nocy spotkałem na podwórku ducha.
Chociaż nie jestem do końca przekonany, że to był duch. Może ktoś wypuścił się za daleko podczas snu? Napisałem o duchu, żeby było bardziej dramatycznie.
Po dwóch, „normalnych” nocach ogarnęła mnie wczoraj czarna rozpacz. Na szczęście, wkrótce po zaśnięciu usłyszałem trzeszczenie, poczułem wibracje i po chwili kołysałem się pod sufitem. Od początku byłem spokojny i trzeźwy. Może wystraszony ostatnimi niepowodzeniami, podświadomie nie chciałem tracić czasu na wygłupy?

Tak jak ostatnio, wyfrunąłem przez otwarte okno (nie, żeby miało to jakieś znaczenie – przez zamknięte wyleciałbym pewnie tak samo) i pochłonęło mnie radosne latanie wokół domu. Rozzuchwalony, kilkakrotnie wzbiłem się na wysokość jesiona, ale szybko wracałem do bezpiecznego poziomu. Czułem jednak, że niedługo przełamię opory i spróbuję polecieć wyżej. Jak bardzo wyżej? Miałem już kilka pomysłów. Najpierw trochę ponad atmosferę. Następny w kolejce był księżyc. A co!

Miałem pisać o duchu.
Zobaczyłem na środku podwórka postać. Zastygłem w bezruchu. Byłem bardziej ciekaw niż wystraszony. Podleciałem bliżej. To była dziewczyna. Nikt, kogo bym znał. Najpierw myślałem, że mnie nie widzi, ale kiedy zbliżyłem się jeszcze bardziej, podniosła oczy. Nic w stylu horroru. Wydawała się normalną, miłą dziewczyną i patrzyła na mnie z taką samą ciekawością, z jaką ja na nią. Powiedziała coś, ale nie pamiętam, co. Odpowiedziałem. Również nie mam pojęcia, co. Po chwili poczułem, że rośnie we mnie coraz większe pragnienie seksualne. Wiedziałem, jak bardzo jest to widoczne. Widziała mój umysł i uczucia jak na dłoni. Ogarnął mnie wstyd i z tego wstydu, tak mi się wszystko pomieszało, że nagle wróciłem do ciała. Żałowałem, bo przypadła mi do gustu i pamiętam, że zanim zawstydzony zwiałem, uśmiechnęła się ładnie, dając do zrozumienia, że wszystko w porządku.

Trudno. Za późno. Może się jeszcze spotkamy?

c.d.n.

Sunday, 1 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.1



Z dziennika podróżnika astralnego - 1
(gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych)

Zabłocona, niebieska okładka prześwitywała pomiędzy krzakami. Pochylił się. Zeszyt. Jakiś dzieciak musiał wyrzucić albo zgubić. Nie wiedział dlaczego sięgnął po brudny notatnik. Sparzyła go pokrzywa, zaklął. Otworzył wymięte stronice. Pismo z pewnością nie było dziecięce. Przebiegł wzrokiem po koślawych, prawie nieczytelnych bazgrołach. Dziennik. Wytarł błoto rękawem i schował go do kieszeni. Być może przyciągnęło go kilka, przypadkowych słów, w których wyczuł bratni umysł? A może był znudzony i ucieszył się, że może podglądnąć czyjeś myśli? Choć na chwilę oszukać samotność... Oddalił się spokojnym krokiem, znikając powoli we mgle.

Kruk siedzący na gałęzi bezlistnej jabłonki chciał groźnie zakrakać, ale zmienił zdanie (z lenistwa) i tylko popatrzył drwiąco.

Dzień 1

Zima chyba nigdy się nie skończy. Już prawie połowa marca, a śnieg nie chce stopnieć. W pokoju jest tak zimno, że kłęby pary wylatują z ust przy każdym oddechu, ale oszczędzam drewno. Więcej czasu spędzam w kuchni. Kiedy już męczy mnie towarzystwo domowników, wracam do siebie, zarzucam na głowę śpiwór i dwie kołdry. Tak opatulony mogę czytać i palić papierosy, wystawiając na zewnątrz tylko kawałek twarzy.
Złapało mnie przeziębienie, więc mam tydzień wolnego od szkoły. Radość. Po drodze z ośrodka zdrowia kupiłem ostatni numer Fantastyki, paczkę Klubowych i dwa Żywce.
Może jednak rozpalić w piecu? Choroba rozgrzesza mnie chyba z marnotrawstwa, nie? Lubię siedzieć przy piecu, kiedy huczy w nim ogień. Jest domowo, bezpiecznie.

* * *

Rozpaliłem. Od razu milej. Włączyłem Cranberries. Lubię ciepły głos Dolores. W Fantastyce znalazłem ciekawy artykuł, o wychodzeniu poza ciało. Wciągnęło mnie po uszy. Przygoda, tajemnica, poznawanie innych wymiarów, i to nie tylko na papierze, ale w prawdziwym życiu. Miód. Autor powołuje się na książkę jakiegoś Amerykanina. Robert Monroe „Podróże poza ciałem”. Kurde, ale się napaliłem. Tylko gdzie ja to znajdę? Na pewno nie w naszej księgarni, a już na pewno nie w bibliotece. Kiedy polepszy się ze zdrowiem, pojadę do miasta.

Dzień 8

Udało się! Po całodniowej wędrówce, po przewróceniu do góry nogami kilku księgarni, wliczając nawet te osiedlowe, znalazłem! Najśmieszniejsze jest, że trafiłem na książkę dopiero w dworcowym kiosku, kiedy rozczarowany czekałem na pociąg powrotny. Potraktuję to jako dobry omen. Może Wszechświat chce, żebym wgłębił się w temat? Może coś tam na mnie czeka?
Siedzę w pociągu i gładzę okładkę. Odwlekam czytanie. Uwielbiam moment przed rozpoczęciem książki, której tyle się szukało. Nie odstrasza mnie nawet new age’owska, pstrokata okładka. No dobra, zaczynam…

Dzień 9

Przeczytałem. Choć bardziej pasowałoby słowo „połknąłem”. Zacząłem już w pociągu. W domu wrzuciłem na szybko kanapkę i uciekłem do pokoju. Mama zdążyła jeszcze zapytać, jak było w szkole i dlaczego tak późno wróciłem. „Mieliśmy próbę kółka teatralnego” – skłamałem i zamknąłem drzwi. Wskoczyłem do wyrka i odpaliwszy papierosa, pogrążyłem się na powrót w lekturze. Fascynująca książka. Po godzinie mama zawołała mnie na kolację, ale wykręciłem się bólem żołądka.

Robert Monroe opisuje, jak pewnego dnia, wbrew własnej woli, zaczął wychodzić poza ciało. Najpierw obawiał się choroby psychicznej albo guza mózgu. Walczył z przerażającym doświadczeniem, ale pomimo wysiłków, prawie co noc jego astralne ciało wędrowało poza materialną powłokę. Wreszcie zdał sobie sprawę, że musi zaakceptować nową sytuacją. Z czasem zaczął eksperymentować, opisywać i studiować swój stan. Doświadczenia i przemyślenia z tego okresu zawarł właśnie w „Podróżach poza ciałem”.
Najlepsze jest to, że jeden z rozdziałów zawiera ćwiczenia mające pomóc w samodzielnej wędrówce poza ciało. Zaczynam od zaraz!

Dzień 12

Nie jest tak łatwo, jak myślałem. Za cholerę nie mogę przejść przez ćwiczenia relaksujące. Kiedy tylko próbuję powiedzieć ciału, żeby się rozluźniło, wszystko zaczyna mnie swędzić, uwierać, denerwować.

Codziennie spędzam po kilka godzin, próbując złamać opór, ale jest coraz gorzej. Kiedy wczoraj leżałem w medytacji, do pokoju weszła mama. Spytała, czy dobrze się czuję, czy może jeszcze trzyma mnie choróbsko z zeszłego miesiąca. Odburknąłem, że to rodzaj medytacji i potrzebuję do tego spokoju. Eh, dlaczego nie zwaliłem wszystkiego na chorobę? Kiedy mama usłyszała słowo „medytacja”, na jej twarz wypłynął niepokój. No ale za późno, nie można cofnąć słów.

Dzień 21

Próbuję i próbuję. I nic. Przeczytałem „Podróże…” jeszcze dwa razy, żeby być pewnym, że wszystko robię dobrze, ale nie znalazłem nic nowego. Tyle z tego dobrego, że po kolejnym przeczytaniu o doświadczeniach Monroe, wróciła inspiracja. Potrzebuję tego, bo entuzjazmu coraz mniej. Odbija się to na szkole i domowym życiu. Mama chyba myśli, że jestem w sekcie. Jak niby mógłbym być w sekcie, skoro większość czasu spędzam w swoim pokoju, gapiąc się w sufit?!

Dzień 30

Pierdolę to! Od trzech tygodni nie myślę o niczym innym. Jak idiota spędzam długie godziny, leżąc w bezruchu, próbując nie drapać swędzącej skóry, ani nie pozwalać pchającym się bzdurom wejść do umysłu. Gówno. W zetknięciu z rzeczywistością marzenia o astralnych podróżach zbladły bardzo szybko. Przed chwilą, po entej próbie wejścia w stan pomiędzy jawą a snem, wziąłem tę durną książkę i rzuciłem o ścianę. Wydanie było kiepskie, od początku wypadały strony, więc po takim rzucie książka rozsypała się na kawałki. Kopnąłem luźne kartki pod łóżko i wściekły wypaliłem chyba z pół paczki fajek. Zaraz idę do baru, odnowić znajomości. Nie widziałem kumpli prawie od miesiąca. Wszystko przez głupotę i nierealne marzenia. Pierdol się, Robercie Monroe!

Dzień 31

Jest czwarta rano, za oknem jeszcze ciemno, ale nie mogę czekać. Chcę opisać wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół, na świeżo, póki pamiętam. Serce wali z podekscytowania jak młot. Nie mogę opanować drżenia dłoni, bazgrzę więc straszliwie, ale co tam. Później przepiszę. Teraz fakty.

Zrobiłem to. Tak. Dziś w nocy wyszedłem z ciała. Wszystko działo się dosłownie przed kilkoma minutami. Kiedy o tym myślę, to aż mi się miesza w głowie. Kurde… To działa! I co? Jestem przerażony. Cieszę się, w końcu marzyłem o tym przez ostatni miesiąc, ale strach jest silniejszy niż radość. Dotknąłem czegoś, co mnie przerasta. Tajemnica badana przez filozofów i joginów, ignorowana przez naukowców, głoszona przez kapłanów. I właśnie z tą tajemnicą nawiązałem kontakt, w moim pokoju, śmierdzącym starym dymem i brudną pościelą.
Nie wiem, jak opisać wszystkie uczucia. Boję się o stan własnego umysłu. Rozpiera mnie prawie mesjańskie, mistyczne uniesienie…

No dobra. Podejdź do tego naukowo. Weź głęboki oddech, uspokój się i po kolei…

Zasnąłem normalnie. Wcześniej obejrzałem odcinek Archiwum X, wypiłem piwo, wyrzuciłem przez okno zawartość przepełnionej popielniczki i poszedłem do łóżka. Pierwszy raz od miesiąca nie próbowałem doświadczać odmiennych stanów świadomości. Byłem pokonany, ale i zrelaksowany.

Obudziło mnie dziwne uczucie. Otworzyłem oczy, próbując w ciemności znaleźć wyjaśnienie niepokoju. Niby wszystko to samo: kontury szarych mebli, ciemne prostokąty obrazów, jaśniejszy kształt okna.

Wstałem, włączyłem lampkę, zapaliłem papierosa, poszedłem do łazienki.
Kiedy wróciłem do łóżka, zamknąłem oczy, próbując zapomnieć o nieprzyjemnym wrażeniu i po prostu zasnąć. Nie wiem, ile to trwało, ale niepokój, zamiast odejść, był coraz intensywniejszy. Ponadto zacząłem słyszeć hałas. Nieprzyjemny, trzeszczący szelest, którego źródło wydawało się być wewnątrz mnie. Trzaski były coraz głośniejsze, po chwili przeszły w wibracje, a te rozlały się po całym ciele. I wtedy uświadomiłem sobie, że doświadczam zjawiska, o którym pisał Monroe. Początek wyjścia poza ciało: trzaski w uszach i wibracje.

Zamiast cieszyć się z sukcesu, wpadłem w panikę. Przerażony spróbowałem usiąść. Nic. Odrętwiałe ciało nie reagowało. Szarpnąłem mocniej. Bez skutku. Byłem więźniem w stalowym uchwycie Nieznanego, a najgorsze było to, że sam to „Nieznane” wywołałem! Dobra – pomyślałem – muszę się skupić i wyrwać z tego stanu. Muszę skoncentrować całą wolę… 1… 2… i… 3! Szarpnąłem.

Udało się. Usiadłem. Odetchnąłem z ulgą, obiecując sobie, że na tym kończę eksperymenty.
Ulga nie trwała długo. Wyczułem, że coś jest nie tak. Rozejrzałem się nieufnie po pokoju. Pomimo ciemności widziałem dokładnie wszystkie przedmioty. Nie dość, że każdy szczegół rysował się wyraźnie, niczym w dzień, to jeszcze wszystko lśniło słabą poświatą. Oprócz tego ja sam czułem się inaczej… Tknięty przeczuciem zerknąłem za siebie.

Moje ciało leżało. Zanurzony w nim do pasa, siedziałem i spoglądałem na własną, śpiącą twarz… Oddzieliłem się od ciała.

Nie mogłem powstrzymać paniki. Przerażony spróbowałem wsunąć się z powrotem, dopasować do leżącego ciała. Bez rezultatu. Wyraźnie odczuwałem siebie jako odrębnego od ciała, a gorączkowe ruchy nic nie dawały. Czułem dotyk bezwładnego mięsa, ale nie mogłem znowu się nim stać.

Umarłem! – spadła na mnie przerażająca myśl. – Tyle kombinowałem przez ten miesiąc, że w jakiś sposób uszkodziłem połączenie ciała z duszą i teraz jestem martwy!
Podwoiłem wysiłki. Osiągnąłem tylko tyle, że zacząłem spadać. Przeniknąłem przez łóżko, drewno podłogi, kamienie piwnicy. Spadałem w ciemności, teraz już pewny, że to śmierć i za chwilę poznam swoje przeznaczenie. W ostatnim rozbłysku trzeźwości, zwróciłem się ku modlitwie. W takim momencie można pozwolić sobie na rozejm z religią. Zadziałało. Przestałem spadać. Następnie powoli, później coraz szybciej wzniosłem się do góry. Z pustki wyłonił się w oddali ludzki kształt. Poza nim ujrzałem swój pokój. Tak, jakby moje ciało było przezroczystym oknem. Kiedy wreszcie zetknąłem się z „oknem”, mój duch i ciało „kliknęło” i znów byliśmy całością. Obudziłem się. Usiadłem, zapaliłem lampkę i odruchowo popatrzyłem za siebie, na poduszkę. Tylko wygnieciony materiał. Wróciłem!
Natychmiast złapałem dziennik i opisałem dokładnie całe wydarzenie.
I co teraz? Boję się zasnąć. Chyba przesiedzę do rana. Nie zostało przecież dużo. W świetle dziennym popatrzę na to inaczej, trzeźwiej.

* * *

Dobrze, że jest weekend. Nie wiem, jak poradziłbym sobie w szkole. Cały dzień myślę o tym, co zdarzyło się nad ranem. Około dziewiątej poszedłem na spacer. Wiosna na całego. Ciepły, kwietniowy dzień. Widziałem wszystko inaczej. Jakbym dojrzał znaczenie w rzeczach, które wcześniej były zwykłe, prawie niezauważalne. Coś ważnego, czego wcześniej nie dostrzegałem, a teraz tylko wyczuwam, nie rozumiejąc pełnego sensu. Szum rzeki wydał się głębszy, trawa zieleńsza, drzewa dostojniejsze... Uświadomiłem sobie, że wszystko jest duchem. Materia to tylko cienka warstwa, przykrywająca pulsującą, żywą energię. Cholera, nie ściemniam. Naprawdę to poczułem. Cały spacer przenikała mnie euforia, uniesienie, wrażenie szczególności tego momentu. Chciałem się śmiać, tarzać po trawie, śpiewać.

Później niepokój wrócił. Już późne popołudnie i niedługo zapadnie zmrok. Za kilka godzin idę do łóżka. Będę odwlekał ten moment, ile się da, ale spać przecież muszę. Odkąd własne łóżko przestało być bezpiecznym schronieniem, a stało się portalem do innego wymiaru, wcale mi się do niego nie śpieszy. Wstyd, bo myślałem, że mam żyłkę do przygód, a okazuje się, że ze mnie zwykły tchórz.

Dzień 32

To, czego najbardziej się bałem, jest faktem – dziś w nocy miałem powtórkę z wczoraj. Choć minęło kilka godzin i siedzę teraz w środkowym pokoju, oglądając telewizję z całą rodziną, która, niczego nieświadoma, śmieje się przy „Soku z żuka”, nie mogę strząsnąć czarnych myśli. Ile bym dał, żeby wrócić do słodkiej nieświadomości. Łajza przysuwa się bliżej i kładzie łeb na mojej nodze. Głaszczę go po głowie… Cholera, po co mi to wszystko było?

Tak jak poprzednio, najpierw były trzaski w uszach. Zaalarmowany, natychmiast wstałem. Nie chciałem dopuścić do paraliżu, który uwięził mnie wczoraj. Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy. Wypaliłem fajkę, zgasiłem lampkę, zamknąłem oczy. Nie minęła nawet minuta, kiedy trzaski wróciły. Kurwa! Znów usiadłem. Światło. Kolejny papieros. Z powrotem do spania. I znowu. Wreszcie znużony dałem sobie spokój z walką. Trzaski, paraliż, oddzielam się od ciała, spadam w pustkę, strach, panika, modlitwa, wracam do przezroczystego okna o kształcie ciała, za którym lśni pokój.

Obudziłem się na dobre i resztę nocy spędziłem na siedząco, czytając „Kroniki marsjańskie” i kopcąc nerwowo jak lokomotywa. Jestem niewyspany i wykończony.

Pozbierałem spod łóżka kawałki książki Monroe’a, poskładałem je do kupy i czytam jeszcze raz. Tym razem uważniej. Mam nadzieję znaleźć wyjście z tej kabały.

c.d.n.