Showing posts with label lato 2013. Show all posts
Showing posts with label lato 2013. Show all posts

Saturday, 15 June 2013

Przed wyjazdem do Liverpoolu

     Ostatni weekend w kraju. W poniedziałek się zwijam. Próbuję wzbudzić w sobie nastrój przygody, ale nie wychodzi mi. Najbardziej to czuję apatię i przymulenie, jakiś rodzaj lęku, ale nie konkretnego, przed czymś, tylko irracjonalnego, niezidentyfikowanego, napięcie. Do tego niska samoocena, poczucie że jestem do niczego. Nie będzie łatwo zacząć nowe życie z taką świadomością, ale z drugiej strony od stania w miejscu nic się nie poprawia. Zmiana i wyzwania mogą pomóc w resecie osobowości:)
     Z kasą nie za dobrze, większość zostawiam Tani na życie (niewiele), na start w UK będę miał jakieś 50 funtów. Będę musiał wrócić do codziennego grania na ulicy, żeby się jakoś utrzymać na początku, aż nie znajdę pracy. Z tego akurat się cieszę. Lubię życie uliczne, ożywia mnie, można poznać fajnych ludzi, jest też dobry przepływ informacji, ludzie żyjący i pracujący na ulicy, wymieniają się przydatnymi informacjami. Z ukulele jeszcze nie występowałem na ulicy, wcześniej tylko akordeon.


     Druga rzecz to rozstanie z Tanią. Możliwe, że nie będziemy się widzieć nawet z dwa miesiące. Takiej długiej przerwy nie mieliśmy od chyba dziewięciu lat. Spore wyzwanie. Przyznaję się, że nasz związek w pewien sposób nas ogranicza - wszystko robimy razem, mało rzeczy należy tylko do jednej osoby, nasze nastroje zależą od siebie. Oczywiście jest w tym dużo plusów, ale i tak myślę, że dobrze nam zrobi przerwa.
     No więc od poniedziałku nowy rozdział.
     Wiecie co? Trochę jednak jestem podekscytowany. Apatia nie pożarła mnie do końca:)

PS. Parę godzin później, po dwóch godzinach na basenie i zakończeniu trzeciego sezonu Downton Abby - życie nie jest aż takie złe;)

Friday, 31 May 2013

Fabularne dziury (czyli co mi brak)

 
















     Dni dosyć ciężkie, jakoś nie chcą się zsynchronizować z coraz częstszym słońcem. Mam wrażenie, jakby mnie było tylko jedna trzecia, a reszta gdzieś schowała się na lepsze czasy. Nie lubię tego uczucia. Szaro, pusto, rzeczywistość wydaje się nierzeczywista, nijaka, płytka. Brak wrażenie głębszego sensu. Nie na poziomie intelektualnym (piszę to na wypadek, jeśli ktoś chciałby mi ględzić, że sens jest w miłości, wyzwaniach, Bogu, itp;), z tym nie ma problemu, ale głębiej, na poziomie serca.

     Dziś zrąbałem sporo drwa, głównie buka. Buk fajnie się rąbie - nie ma sęków, rozłupuje się doskonale na równe, ciężkie kawałki, a do tego pali się mocno, powoli, nawet kiedy drewno jest mokre. Nie to, co świerk. Ułożyłem pod ścianą sporą warstwę, ale puściła siatka i wszystko się zawaliło. Musiałem naprawić płot, podparłem deską i ułożyłem od nowa. To mnie wyciszyło zamiast wkurzyć. W trakcie fizycznej roboty lubię zajmować czymś umysł. Uczę się np. piosenek na ukulele. To znaczy uczę się tekstu oczywiście, ciężko byłoby machać siekierą i trzymać ukulele. Ostatnio wkuwałem "Вальс пустоты" Zulyi Kamalovej, pod spodem wrzucam linka do oryginalnej wersji, dziś natomiast był Gogol Bordello: "Through The Roof N Underground". Czasami ludzie czepiają się, że nie gram popularnych kawałków, żeby razem pośpiewać. Przyznam, że irytuje mnie to trochę. Uczę się kawałków, które coś dla mnie znaczą, rezonują w moich głębszych warstwach. No ale to nie jest tak, że mam ten problem często, nie mam zbyt wielu okazji pograć dla innych. A czasami ludzie doceniają, że jest jakaś inna muzyka i udaje się z nimi połączyć.

     Zmusiłem się wczoraj i dziś, żeby kontynuować pisanie trzynastego rozdziału "Najstarszych". Miałem z tym problem, bo za cholerę nie chciało mi się pisać tego fragmentu. Uważałem go za średnio potrzebny, mało interesujący, a nawet nudny. Dziś rano pomyślałem, że po prostu wywalę go. No ale wtedy w powieści pojawiłaby się dziura - nie dziura w fabule, bo jak powiedziałem, rozdział ten nie był tak naprawdę potrzebny, ale inna dziura - ten rozdział jest poświęcony dwóm ważnym postaciom, które troszkę zeszły na pobocze. W końcu zacisnąłem zęby i zacząłem żmudne gryzmolenie. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, jak wprowadzić inne postacie, które kiedyś zostawiłem w pustce. Z tego przyszedł kolejny pomysł, z tego następny i nagle okazało się, że rozdział ten interesujący, czadowy i nieodzowny dla kompozycji całości. I tak z niczego powstało coś. To mi dało miły moment satysfakcji. Kiedy jest ich tak niewiele, to łatwiej docenić.

     Ciągle zastanawiam się, jak zacząć zarabiać na życie. Myślę, że ta ekonomiczna enigma jest głównym powodem mojej apatii, lęków i braku motywacji. Pomyślałem, że może naskrobałbym kilka artykułów i rozesłał po czasopismach. Mam na myśli głównie czasopisma historyczne. Mój konik to wojna domowa w Hiszpanii z 1936, rozwój imperializmu USA na przełomie ostatnich 500 lat, jak również ludy indiańskie na terenie Ameryki Północnej. Myślę, że mógłbym napisać kilka artykułów w tych "areach". Największym problemem jest ta wewnętrzna apatia, ale myślę, że dam radę się zmusić do pracy. Potrzebuję tylko ("tylko"- ha ha) trochę samodyscypliny.

     Brakuje mi bardzo ważnego elementu w życiu - kontaktu z osobami, które nadają na podobnych jak ja falach. To też jest powodem tych moich stanów "nieżycia". Większość czasu mam wrażenie, że wszystko, o czym myślę, co bym chciał powiedzieć, kisi się w środku, bo nie mam z kim się podzielić. Nie mam na myśli tylko jednostronnego wygadania się, ale wymiany. Powiedzieć, ale też posłuchać, co gra komuś innemu w duszy i w ten sposób się dożywić. Nic mnie tak nie męczy, jak rozmowy z osobami, które operują na zupełnie obcych i nie interesujących mnie płaszczyznach. Zarówno emocjonalnie jak i intelektualnie. I nie jest łatwo mi dogodzić:) Czasami ktoś ma tą soczystość emocjonalną, ale brakuje mu przestrzeni intelektualnej, oczytania, doświadczenia życiowego, i wtedy miło obiecujący kontakt utyka gdzieś w przestrzeni. Z kolei czasami trafi się na kogoś, kto przeczytał te wszystkie książki, operuje na abstrakcyjnych rejestrach, ma rozwiniętą świadomość polityczną, społeczną, filozoficzną. Ale nie ma rozwiniętego serca - wszystko dla niego jest ćwiczeniem intelektualnym. To już wolę tą głębię serca, bez obycia. No ale większość ludzi nie ma ani tego ani tego. Piszę to bez arogancji (mam nadzieję), nie mam nikomu nic za złe, nie krytykuję zwykłych, codziennych ludzi, wszyscy są tam, gdzie są, większość idzie jednak powoli do przodu. Po prostu brakuje mi.
     No dobra, spadam coś zjeść i wracam do czytania ("Amerykańscy bogowie" Gaimana po raz enty).

     PS. Nie zapomnijcie posłuchać tej dziewczyny poniżej, Zulyi. Naprawdę cudna. Pochodzimy z jednej planety.

     PPS. Też jestem zwykłym codziennym człowiekiem. Tylko moja rodzinna ulica znajduje się na Księżycu, a za sąsiada mam Il de Fonsa, Poncjusza Piłata oraz Sandmana. Kiedyś, przechadzając się w świetle Ziemi, pomyślałem jak by to było na Błękitnej Planecie, no i wylądowałem tutaj. Nie podoba mi się póki co, ale na Księżycu nie istnieją eksmisje, więc jeszcze trochę mogę tutaj się poszwendać, moja księżycowa chatka zaczeka.

Monday, 20 May 2013

Cygańska pokusa



     Coraz bardziej mnie ciągnie na nową wyprawę. Dziś rano obudziłem się z pomysłem na leitmotiv tej podróży - wziąłbym kamerę i nagrywał spotkania i opowieści ludzi na potkanych po drodze. Bez kasy, na plecach ukulele (utrzymywałbym się z grania na ulicy), śpiwór, namiot, no i stopem - nie, nie zwariowałem, robiłem to już wcześniej:). Zacząłbym od Skandynawii, mam sentyment, Na pewno Dania, może Szwecja, a stamtąd w dół: Francja, Hiszpania, może Portugalia, no i powrót.
     To nie jest tak, że ogarnął mnie żar przygody. Prawdę mówiąc jestem przerażony ideą rzucenia się w świat, w tym momencie. Chciałbym jednak to zrobić, żeby wyłamać się z tego emocjonalnego i myślowego kanału, w jakim utknąłem ostatnio - kanału, w którym jestem nieudacznikiem, bez wiary w siebie, ani w ludzi. Znów złapać ten klimat, co kiedyś, otworzyć się na podszepty Duszy Wszechświata, polegać na mistycyzmie Drogi.
     Przy okazji zrobić ten film, no i oczywiście dużo zapisków, z których może wykluła by się jakaś niewielka książka z podróży. Co do filmu, potrzebowałbym pomocy przy edycji, no ale to już szczegół, ktoś się znajdzie.
     Pomysł jest, pora roku też dobra. Teraz jeszcze tylko przekonać Tanię, że nie zginę po drodze z rąk zbójców, ani że nie zgwałci mnie gang krwiożerczych feministek. Zaczekam z tym do powrotu z komunii Szymka. Za tydzień. No i jeszcze kwestia, czy nie stchórzę, albo czy nie ogarnie mnie leń. Zobaczymy. Na razie wczuwam się i przygotowuję psychicznie.

Saturday, 18 May 2013

Marudzenia

















     Już wieczór. W telewizorze w kuchni jakiś koncert czy recital. Tania wyszywa koszulkę indiańskimi wzorami. Palimy w piecu, żeby nagrzać bojler, wezmę prysznic na wieczór.
     Dzień był w miarę w porządku. Od wczoraj byłem w dobrym nastroju, rano biegałem nad rzeką, to już trzeci dzień joggingu, fajnie poczuć jak serce mocno bije, nawet zakwasy są w pewien sposób przyjemne. Na blogu spotkałem miłą dziewczynę. Zostawiła parę komentarzy u mnie, zajrzałem z ciekawości i spasowała mi swoim klimatem, otwartością i młodością. Przydałoby się na co dzień spotykać takich ludzi, w realu, a nie w sieci. W Krakowie trochę tak zaczynało być.
     No a później nastrój zaczął mi opadać błyskawicznie. Poszedłem do ogródka, ćwiczyłem „Sun Is On My Side” Gogolla Bordello na ukulele, wypaliłem fajkę, wypiłem piwo, dla ukojenia nerwów, ale wcale nie zrobiło mi się lepiej. Rozrzedziłem sałatę na grządkach. Później ciężkie sprawy: X ma kolejny romans, Y jest załamana, a ja nie mam siły się w to mieszać. Nawet gdybym chciał, i tak nie pomogę. Tanię też to zdołowało, szkoda jej Y. No a do tego standardowe zmartwienia nasze: co dalej? Skąd wziąć kasę? Jak spłacić długi? Czy uda nam się pozbierać na tyle, żeby wziąć się za jakąś pracę, czy też mamy rozwiać się w powietrzu, jak duchy, skoro nie ma dla nas miejsca nigdzie? Ależ nudne są już te rzeczy. Przeszedłbym dalej, gdzie czeka na mnie inny set prolemów, te mi się okrutnie już przeżarły.
     Wygrzebałem z dna szafy stare DVD z „Archiwum X”. Wrzucam teraz na laptopa wszystkie odcinki (oczywiście do sezonu siódmego – po odejściu Duchovnego, nie interesuje mnie, co tam się dalej dzieje:) i może wejdę w historie Muldera i Scully, jak kiedyś.
     Cholernie jestem nieszczęśliwy tonight.

* * *

Mówili – jakby co, to pisz wiersze.
Kiedy w duszy zamiast prerii i bizonów
ciasny pokój bez zbędnych ozdób
oraz tlenu dosyć na jeden płytki oddech,
to najlepiej piórem stworzyć sobie świat.
Moi aroganccy, choć ukochani przyjaciele –
to tak nie działa.
Kiedy dusza głęboka tylko na stopę,
poezja nie sięgnie krainy wnętrza Ziemi,
ani nie pofrunie na Księżyc.
Tuż pod podszewką rzeczywistości
będzie wsłuchiwała się w kroki
i nieśmiało marzyła o nieograniczoności.

Monday, 13 May 2013

Parę deszczowych fotek


     Złociste magazyny ognia, boskie baterie. Stały, przez lata zbierały kosmiczną energię, teraz czekają na powrót do Słońca.
























     Łysica szarzy się w bezsłońcu, czeka na miotły, kuszące czarownice, na sabat, ponad niebytem codzienności.
























     Spod głazów wychynęło dwóch zwiadowców. Niedługo spod ziemi wyciągną skarby - stukilowe, słoniaste dynie. Zapłaciłem za nie odciskiem na dłoni i dwoma kroplami potu.

























     Spotkałem kosmitę. Nie mogliśmy się porozumieć, zbyt wiele dzieliło nas świetlnych lat, ale wydaje mi się, że wyczytałem z jego oczu kilka tajemnic z krańców galaktyki. Choć może to było tylko wishfull thinking.

























     W tym pałacu zaklętym w szopę mieszka wasz podmiot liryczny - książę zaklęty w solonego śledzia.

Sunday, 12 May 2013

Zapach starego papieru


























12.05.2013

    Wczesny wieczór, ostatnie promienie światła zza okna, za którym mokra trawa, mokre drzewa i szaro-mokre niebo. Lekki kac po urodzinach Siwej, ale w normie, nie wypiłem za dużo, zaledwie kilka lampek wina, paliłem też powściągliwie i tylko „zdrowy” American Spirit. W sumie czuję się dzisiaj nawet dobrze. Czytałem Sherlocka Holmesa w starym wydaniu z pożółkłymi stronami, lubię kontakt ze starym papierem. W łazience zamiast ostatniej Angory, leży kilka numerów Przekroju z 1963, siedząc na kiblu oglądam Profesora Filutka, czytam o wydarzeniach ważnych dla budowania międzynarodowego socjalizmu pod przewodnictwem ZSRR, albo oglądam kolorowe ilustracje ostatnich krzyków paryskiej mody. Uspakaja mnie to.
     Wpadło parę groszy od znajomego. Dług, z którego spłatą nie musimy się śpieszyć. Te pieniądze kupują nam jakieś cztery miesiące życia tutaj, na wsi, zanim będziemy musieli zdecydować, co dalej. Najważniejsze, żeby przez ten czas opadło napięcie nerwowe i będziemy w stanie się czymś zająć. Może nawet pojechać znów za granicę? Nie chce mi się, ale trzeba zacząć zarabiać. Nie przystaję na tyle do polskich realiów, żeby móc coś zarobić tutaj. Próbowałem, ale bez wykształcenia, znajomości ani przedsiębiorczej żyłki jestem skazany na najniższe, ciężkie fuchy, za siedem-osiem zeta na godzinę. Nie dam rady. Jeśli więc nic się nie wyklaruje, znów europejskie ulice, stanie w urzędach, wypełnianie papierków w obcych językach, a później jakaś przeciętna praca, ale przynajmniej płatna na tyle, żeby odłożyć trochę gotówki.
     Nie żalę się:) Takie mam życie, takie sobie zbudowałem (bardziej czy mniej świadomie), muszę próbować z uśmiechem iść do przodu.
     Na razie jednak jestem tutaj – chatka w górach, dynia i cukinia strzela w górę, podobnie jak rządki szpinaku, sałaty, rzodkiewki i marchewki, zasadziłem dziewięć krzaków porzeczek, skończyłem streszczenie brakujących scen do Najstarszych, zostało mi do napisania jeszcze sześć rozdziałów i będę mógł zacząć drugi draft, czekam z niecierpliwością na wynik konkursu na książkę (wysłałem zbiór opowiadań ze swoimi ilustracjami), kiedy polepszy się pogoda, zaczniemy z Tanią jeździć więcej na rowerach, ostatnio zaliczyliśmy dwadzieścia kilometrów po górskich drogach, wiosna pachniała tak cudnie, że myślałem, że spadnę z roweru, z rozkoszy, dziesięć kilometrów mieliśmy pod górkę, ale za to powrotne dziesięć zjeżdżaliśmy bez jednego machnięcia pedałem. Dziś rano ugotowałem kitri z młodej kapustki, po południu Tania dorobiła do niego placków ziemniaczanych, które zalałem śmietaną, a na deser zjedliśmy sobie kisielu z herbatnikami, oglądając w tv program o mężu-zabójcy.
     Jest mi smutno, ale melancholia stała się już częścią mnie. Dzisiejszy smutek nawet nie jest taki zły, napięcie jest tak niewielkie, że mogę spokojnie wrócić do szacownego pana Arthura Conana Doyla.
     Trzymajcie się.

Tuesday, 7 May 2013

Wtorek

























07.05.2013

     Dzień nawet spoko. Rano kontynuacja nerwicy, lęków, ale w pewnym momencie dnia, razem z Tanią doszliśmy do wniosku, że jest różnica pomiędzy wrażliwością a przewrażliwością i powinniśmy wprowadzić nowe motto do naszego życia. Brzmi ono w kilku wersjach: pierdoli mnie to, mam wyjebane - bardziej współcześnie, jebie mnie to. Trochę drastycznie, wiem, ale tak naprawdę było to bardzo pozytywne i okraszone dużą dawką śmiechu. Chodzi o to, że po prostu martwimy się za dużo – sobą, sytuacją, a szczególnie innymi ludźmi. Musimy postarać się wyluzować. Zbudować choć małą osłonę przed światem. Nie można żyć normalnie, z systemem nerwowym całkiem na wierzchu.
     Byliśmy na poczcie, wysłałem na konkurs swój zbiór opowiadań z własnymi ilustracjami. Fajnie byłoby wreszcie gdzieś, coś wygrać. Nie chodzi nawet o te trzy tysiaki, ale o podbudowanie nieistniejącej prawie samooceny. Potrzebuję jakiegoś impulsu do tworzenia, bo zbyt często czuję, że to co robię jest bezwartościowe, podobnie zresztą jak ja sam.
     Zostawiliśmy też u mechanika rowerowego rower Tani. po drodze wpadliśmy na pomysł wycieczki rowerowej – odwiedzić Tomasa na Słowacji, jakieś 170 km. Wzięłoby się plecak, śpiwory i w trzy dni dojechalibyśmy. Przydałoby nam się takie wyrwanie od codzienny spraw i stawienie czoła wyzwaniu. Ja jestem za tym, żeby od razu jechać, ale Tania ma trochę cykora, muszę ją jeszcze urobić.
     W Rajczy spotkaliśmy Rolanda, który dziś dojechał swoim kamperem ze Szwajacarii. Stary hippis, będzie miał ponad pięćdziesiąt lat, od lat przyjaciel rodziny. My w sumie poznaliśmy się rok temu, po powrocie z Kopenhagi. Fajny gościu. Wróciliśmy na wioskę razem z nim, zostaje u nas kilka dni.
     Tania włączyła reggae, Skints, i naszła mnie ochota na jakieś nowe reggae, idę zaraz poszperać na chomiku.
     Napaliłem w kominku, zapaliłem kadzidełko (świeża dostawa z Indii, najwyższa jakość), wcześniej wziąłem prysznic, porąbałem trochę drwa, obejrzałem grządki, na których wychodzi już rzodkiewka i sałata, podyskutowałem na forum internetowym, pograłem na ukulele, obejrzeliśmy z Tanią pół odcinka Sherlocka (seriale z BBC najlepsze), zjedliśmy jeden obiad (kotlety sojowe, ziemniaki z masłem i mizeria), a później drugi z Rolandem (tortelloni ze szpinakiem i ricottą, w śmietanie z warzywami), z odrobiną białego, szwajcarskiego wina, a na deser szwajcarskie czekoladki (nie jestem fanem, za mdłe).
     Już niedługo koniec dnia.
     A Tania tańczy sobie wieczornie do Balkan Beat Box.

Saturday, 4 May 2013

A jednak Najstarsi

























     Zastanawiałem się, co pisać, jak wyjść z tej długotrwałej posuchy twórczej. No i wczoraj wygrzebałem niedokończoną powieść, nad którą przesiedziałem ponad pół roku, a która w życiowych zawirowaniach wylądowała w szafie. Uporządkowałem notatki, przypomniałem sobie fabułę, co czułem do postaci i zdecydowałem się dać "Najstarszym" drugą szansę. Trochę mam stracha, bo powieść to nie opowiadanie, ale z drugiej strony największy kawał roboty już za mną.
     Trochę ciężki moment do zaczynania czegokolwiek, znów odezwały się lęki i niepokoje, jak stare, bitewne rany, które całe życie dają o sobie znać przy wilgotnej pogodzie czy zmianie ciśnienia. Ale nauczyłem się już, że nie ma co czekać na lepszy moment. Jest jak jest.

Saturday, 27 April 2013

Ucieczka oraz ogródek






















27.04.2013

     A jednak urwaliśmy się z Krakowa. Nagle się to stało; rano planowałem jeszcze remont nowego mieszkania, a wieczorem już siedzieliśmy w samochodzie do chatki w górach. Jak to wyszło? Gadaliśmy z Tanią i okazało się, że ma nerwy bardziej roztrzęsione niż myślałem. Przyznała się, że nie daje rady - całe to szukanie pracy, mieszkania, a do tego nadchodzący remont. Czuła się na granicy załamania.
     Z jednej strony trochę mi się smutno zrobiło, bo zacząłem poznawać fajnych ludzi, zaczęły zawiązywać się jakieś przyjaźnie, ale z drugiej chciałem wspierać Tanię, no poza tym poczułem ulgę, że możemy wycofać się do taborów, zamelinować w górach i zająć ogródkiem.

     Tak to już z nami jest. Jak dzieciaki. Odpływamy od brzegu, ale kiedy okazuje się, że nie mamy już gruntu, to szybciutko płyniemy z powrotem. To jedna rzecz. Druga jest taka, że naprawdę nie odnajdujemy się w tej ekonomicznej/zawodowej dżungli. Żyjemy w świecie idei, marzeń, ładnych rzeczy, opowieści, duchowości. Głęboko w środku wiemy oboje, że ten świat, który nas otacza to tylko krótki etap w drodze na wyższy poziom, a do tego etap ten jest dosyć kłopotliwy. Staramy się znaleźć tu swoje miejsce, dostosować się, ale to bardzo płytkie wysiłki, bez przekonania. Nie zależy nam, nie wkładamy w to całego serca. Myślę, że jedyna szansa dla nas, żeby znaleźć tu jakąś stabilizację, to w jakiś sposób nakierować naszą naturę, żeby przekuwać idee na sztukę i z tego móc podeprzeć się materialnie. Tylko, że też do końca nie wiemy jak. Zobaczymy, czy coś wyjdzie z naszej wspólnej książki.

     Dziś cały dzień spędziłem w ogrodzie. Ręce oklejone plastrem, z poodrywanych odcisków płynie coś klejącego, dłonie palą i szczypią, plecy sparzone słońcem, ale jestem zadowolony. Grządki przygotowane na jutrzejsze sianie. Dziś rano kupiliśmy nasion za pięć dych, może nawet nie starczyć nam miejsca na wszystko. Na pewno będę musiał dorobić jedną grządkę na truskawki. Będziemy mieli dużo dyni, cukinii, patisonów, ziół (wreszcie świeża bazylia!), pomidorków koktajlowych, rzodkiewek, buraków i jeszcze parę innych rzeczy, już nie pamiętam.


Jak widać, gleba niezbyt przyjazna, kamień na kamieniu, ale przebrałem to trochę, zobaczymy, jak roślinki dadzą sobie radę.