Showing posts with label Kraków. Show all posts
Showing posts with label Kraków. Show all posts

Wednesday, 24 April 2013

Mieszkanie nad Wisłą, poszukiwania, zawirowania and hope

   





















Ilustracja do zbioru opowiadań, nad którym właśnie pracuję

     Leci ten czas błyskawicznie. Ciągle w Krakowie. Był taki moment, że prawie rzuciliśmy to w diabli. Byliśmy zmęczeni niepowodzeniami i wizja naszej chaty w górach zaczęła być pociągająca. Wtedy Ania zaprosiła nas do Nowej Huty na występy z okazji hinduskiego święta Holi. Wieczorem, po imprezie zdaliśmy sobie sprawę, że chcemy jednak zawalczyć o Kraków. Wieś jest dobra, żeby przejść na emeryturę, ale teraz to chcielibyśmy być tutaj, gdzie coś się dzieje, gdzie są ludzie.
     W międzyczasie miałem kolejny okres próbny w pracy - w nowej restauracji wegetariańskiej. Tym razem wytrzymałem dwa dni. Dwunastogodzinne zmiany w dymie, gorącu, parskającym oleju to jednak już nie dla mnie. Poza tym nie siadłem chłopakom, widziałem, jak ich drażnię. Po piątku i sobocie, w niedzielę się już nie pojawiłem. Tak, że temat ekonomicznych fundamentów ciągle otwarty.
     Nie załamałem się jednak (byłem wręcz szczęśliwy, że nie skończyłem w tej kuchni). Tego samego wieczoru, już w łóżku rozmawialiśmy z Tanią, że czas wreszcie zrobić coś wspólnie, połączyć nasze talenty artystyczno-pisarskie i zaatakować Polskę. To jest nasza rzecz. Wymyśliliśmy książkę - komiks o naszych emigracjach. Myślę, że będzie czad. Z podekscytowania nie mogliśmy zasnąć do pierwszej czy drugiej w nocy.
     Wczoraj znaleźliśmy mieszkanie. Też pozytyw. Na Józefińskiej, nad samą Wisłą, w starej żulowskiej kamienicy. Cena spoko, bo to bezpośrednio od administracji, a do tego do remontu. No i duże, ponad 60 metrów, dwa wielkie pokoje, kuchnia, łazienka. Sąsiedztwo czadowe, chłopaki i dziewczyny zajmujący się uliczną sztuką, w piwnicy zastaliśmy szalonych konstruktorów, w garażu warsztat artystycznych ubrań do bajek i nie tylko, obrazy, jest miejsce na rowery. Tylko mebli żadnych nie ma, trzeba będzie wszystko od podstaw kołować. Widziałem na gumtree, że jest trochę ofert "oddam za darmo", gdyby się załatwiło transport, to dałoby się skompletować jakiś zestaw.
     Trochę się boję wydatków na remont. Wczoraj zdecydowaliśmy, że sprzedajemy nasz kawałek ziemi w górach. To nam pozwoli popłacić długi, remont i starczy na życie na jakiś rok, albo i więcej. Jeśli w międzyczasie udałoby się jeszcze coś dorobić, to już w ogóle byłby gitez:) Na sprzedawaniu ziemi też się nie znam (tak jak i na remoncie i wielu innych praktycznych rzeczach:), będę musiał pogrzebać w sieci, jak się za to wziąć. Działka budowlana, z widokiem na góry, nie powinno chyba być problemu ze zbytem.
     Wczoraj miałem też rozmowę w sprawie pracy. Znajomy Agaty (tej z galerii na Józefa, dzięki której trafiliśmy na to mieszkanie) szukał kogoś do sklepu meblowego. Żałowałem, że kogoś już znalazł, bo gościu siadł mi niezmiernie, po minucie rozmowy byłem gotów na wzięcie całego etatu. Facet po czterdziestce, z siwym kucykiem, bardzo personalny, patrzący w oczy, już na wstępie powiedział, że nie ma co sobie "panować", po czym spędziliśmy kilkanaście minut na sympatycznej rozmowie. Jakby coś się zmieniło ma dać znać.
     To tyle w telegraficznym skrócie.
     Myślę, że to jest tak, że aby coś docenić, to trzeba w to włożyć dużo wysiłku. Dlatego tak się uparłem na walkę o Kraków. Może wreszcie uda nam się zakorzenić.

Friday, 22 March 2013

Freedom

Freedom
22.03.2013 Kraków

     Poranek pod znakiem The Pogues. Dzięki ci, Boże, co za ulga. Jakby przez głowę przeleciał zimny, orzeźwiający wiatr z irlandzkich klifów i fajkowy dym z pubów straceńców. Sympatyczni złoczyńcy nie pozwalają sobie dmuchać w kaszę, włóczędzy po buddyjsku wiedzą, że grosz raz jest, raz go nie ma, no gods no masters, skrzypce, akordeon, zawadiackie dudnienie bodhrana, tani tytoń, złocisty cider, wybity ząb, tatuaż syrenki, noc pod gołym niebem, opowieść pod gwiazdami…

     A duszne zmartwienia, jaka praca, ile za godzinę, co z przyszłością, 98 zeta za miesięczny, obszczana winda, kryzys egzystencjalny, „nie dorosłem do swych lat”, facebook, gumtree, gmail, wyrzuty sumienia po obiedzie w restauracji za ostatnią kasę, siwe włosy – to wszystko jak zły sen, puff – nie ma.
     * * *
     Dziś goście. Na dwa dni przyjeżdżają Yoyek z Natalią. Wyszorowałem łazienkę i kuchnię, Tania buciarnię i pokój. A później rozpłakała się rozpaczliwie w łazience, bo zobaczyła, że kończy się papier. To była kropla, która przelała czarę. Irlandzkie klify i fajkowy dym.

Wednesday, 20 March 2013

Dziesięć punktów


























Dziesięć punktów
19.03.2013 Kraków

     1. Spacer na Kraków. Mieliśmy wejść do podziemi pod Rynkiem, dziś wstęp wolny, ale mieli już komplet. Zwalisty strażnik stał w drzwiach groźnie i nieodwołalnie. Był gotowy mężnie zareagować, gdybyśmy znienacka rzucili się na niego, widać to było w jego oczach.
     2. Szukanie pracy? Kiepsko. Gdybyśmy szukali bardziej, to może, ale nadeszło jakieś zniechęcenie. Te ogłoszenia na gumtree to masakra. Ludzie, którzy je piszą, są smutni w jakiś brzydki sposób. Z jednej strony biedacy zmuszeni, żeby wykorzystywać innych, a z drugiej biedacy żebrzący o opiekę i parę marnych groszy.
     3. ...
     4. ...
     5. Rankami razem z Tanią uprawiamy gimnastykę. Mamy taką starą książkę z PRL, z której ćwiczyłem jeszcze jako nastolatek. Czuję do niej sentyment i zaufanie. W naszej garsonierce trochę ciasno na wygibasy, ale dajemy radę.
     6. Aga, od której wynajmujemy mieszkanie, jutro wystawia je na sprzedaż. Nie czujemy się na siłach szukać czegoś nowego (nie mówiąc o finansach), ale nie ma wyjścia. Póki co to jest ciągle abstrakcyjny problem (dokóki ktoś nie złoży oferty), więc odsuwamy go na dalszy plan.
     7. ...
     8. Czytam „Mroczną wieżę” Kinga, tom trzeci, Jake właśnie przeszedł ze swojego świata, do świata Rewolwerowca, o mały włos nie ginąc w zębach demona, a Roland powiedział, że tym razem nie pozwoli mu umrzeć.
     9. Polubiliśmy chleb orkiszowy. Można kupić u „Buczka”. Już żadnego innego pieczywa nie jemy. Świetnie smakuje z mielonką sojową. A z deserów to kupuję jednokubkowe kisiele, Winiary (zdaje się) ma taką fajną edycję z kawałkami owoców – np. Relaks, Harmonia, Energia. 
     10. Z muzyki to Zulya. Piękna, tatarska czarownica. Ostatnio dowiedziałem się, że jej mąż (też muzyk) gra w polskim serialu „Lekarze”.

Tuesday, 5 March 2013

Kopiec Kraka, wiosna i tramwaje


























Kopiec Kraka, wiosna i tramwaje
05.03.2013 Kraków

     W Krakowie wreszcie wiosna, słońce bez trudu przebija się przez smog. Zamiast skupić się na szukaniu pracy, postanowiliśmy z Tanią poszwendać się po ciekawych miejscach, oddać się naszej ulubionej czynności – bezcelowemu łażeniu (eh, żeby tak była praca z takim stanowiskiem!).
     Chciałem Tani pokazać Podgórze. Wczoraj odwiedziłem chłopaków z Federacji Anarchistycznej, wzięliśmy psa na spacer i pokazali mi park w kamieniołomie, Kopiec Kraka i Krakusa – bar mleczny, gdzie można się wegetariańsko najeść już za pięć zeta! Dziś powtórzyłem tur, tyle że z nią.
     Najpierw autobusem wydostaliśmy się z Olszy, podjechaliśmy pod Galerię Krakowską, stamtąd już na nogach do Rynku, później Grodzką (będę się starał o pozwolenie na granie muzy na Grodzkiej, podoba mi się najbardziej), a stamtąd tramwajem na Podgórze. Tani się bardzo spodobało. Pochodzi z małego, typowego miasteczka na Pomorzu i skojarzyło się jej tutaj – ryneczek, kościół, niskie, obłupane kamieniczki, trochę komuną czuć w powietrzu. Stwierdziliśmy, że kiedy będziemy szukać mieszkania, to najpierw spróbujemy tutaj.
     Do parku w kamieniołomie trafiłem, ale trochę pomieszały mi się kierunki na Kopiec Kraka. W końcu spytałem przechodnia, pokierował nas odpowiednio. Po drodze dużo sikaliśmy pod drzewami, a to przez nowy produkt na rynku – pięciolitrowy karton prawdziwego soku jabłkowego za szesnaście złotych, ciężko się oprzeć, żłopiemy bez umiaru. Tania oczywiście pozazdrościła mi łatwości i dyskretności męskiego sposobu pozbywania się uryny, no ale co jej na to poradzę?
     Kopiec Kraka zafascynował mnie. Przede wszystkim wiekiem i tajemniczością pochodzenia. Ma jakieś 2000 lat, a co do budowniczych, to nie do końca wiadomo. Podobno mogli to być nawet Celtowie. Przez środek idzie drewniany słup, od którego odchodzę drewniane przęsła i to tworzy szkielet kopca (wierzę na słowo Piotrkowi z FA). Kiedy się stoi na szczycie i patrzy na panoramę Krakowa, człowiek uświadamia sobie ile oni musieli włożyć w to pracy. I co ich popychało do takiego wysiłku? Religijne uniesienie? Miłość? Strach? 
     Dochodziło już południe, wymantrowaliśmy więc Gayatri (mantra, którą otrzymaliśmy od naszego guru maharaja), patrząc na miasto. Zjadłem pajdę z humusem i ogórkiem kiszonym, no i zeszliśmy. Przez most na Starowiślną, do Plant, stamtąd tramwajem pod Galerię. Tania skoczyła po przecenione truskawki, a ja kompletnie wykończony padłem na ławkę i obserwowałem ludzi (na pół drzemiąc). Autobus do Olszy, surówka owocowa, i tyle.

Prezentacja buta


Pod Kościołem św. Józefa

W drodze na Kopiec Kraka 

Dochodziło już południe, wymantrowaliśmy więc Gayatri, patrząc na miasto






















Ledwo już żyłem. 

Sunday, 3 March 2013

Kazimierz - chodźcie, znalazłem fajną uliczkę!




 "Spróbuj. To jakby przytulić słonia albo jakiegoś diplodoka. Czysta radość. Czujesz jak płyną soki?"

Kazimierz - chodźcie, znalazłem fajną uliczkę!
03.03.2013 Kraków

     Wpadła nas dziś odwiedzić Ania (siostra). Zerwała wczoraj z chłopakiem i potrzebowała pocieszenia. Tania zrobiła stir fraje, Ania przyniosła sok, czekoladę tofi, posiedzieliśmy, nażarliśmy się, opowiedziałem jak skończył się mój dwudniowy okres próbny w kolejnej restauracji (dwie prace w miesiąc, wow), dowiedziałem się co to jest „Harlem Shake”, tańczyłem w rajtuzach, a później w ramach odpoczynku wyciągnąłem dziewczyny na Kazimierz. Szwendając się ostatnio trafiłem na Szeroką i okolice, i wciągnął mnie tamtejszy labirynt, chciałem się podzielić.
     Błądziliśmy przez dwie godziny, ciesząc się z faktu, że mieszkamy w Krakowie, który jest po prostu zajebisty. Co chwilę powtarzałem też: „Kiedy przyjdzie wiosna i ściągnę tu swój rower, to dopiero będzie…”. Zrobiło się nam zimno, stwierdziliśmy, że trzeba się schować w jakiejś kafejce. Znaleźliśmy coś na Grodzkiej, zapomniałem nazwy, pojedliśmy kapkejków, napiliśmy się kawy, udowodniłem wszystkim wyższość mocchi nad cappuccino, wysępiłem od sympatycznych kelnerek szklankę wody. Siedzieliśmy na stołkach pod oknem, gapiąc się bezwstydnie (ale z sympatią) na ludzi i gadając o pierdołach oraz o Bogu.
   W autobusie do domu Tanię zemdliło, wysiedliśmy więc przy Cmentarzu Rakowickim i resztę drogi przeszliśmy pieszo, rozmawiając o nowym, wspólnym projekcie artystycznym, ale to jeszcze ciiii…

Na Kładce Ojca Bernatka ma swoją kapliczkę Kryszna. Chodzę tam czasami pobyć z Absolutem przypiętym do barierki.




"-Patrzcie na tego manekina! 
-No i?
-Naprawdę nie widzicie? Spójrzcie na te dłonie! Upiór."





















"-Po co robisz zdjęcie?
-Dziś będę zbierał dziwne nazwy."

Friday, 22 February 2013

Dziura w bucie






















Dziura w bucie


21.02.2013 Kraków

     Zimno jak cholera, ale i tak wybraliśmy się na wieczorny spacer. Ubrałem kalesony i wełniany sweter pod spód, tak, że nie było źle, ale Tanię trochę wyziębiło, a w dodatku podeszwa się jej oderwała i tak klepotała po mieście ze skarpetką na wierzchu, bidulka, dobrze, że ma jeszcze jedną parę. 
     Ładnie było, choć wczoraj wieczorem, kiedy padały wielkie, powolne kryształy śniegu, to było jeszcze ładniej. Przeszliśmy przez rynek, na Planty, w stronę Wawelu, a później pod Muzeum Narodowe, na 159-tkę, która zawiozła nas pod sam blok, na Miechowity. Teraz Tania ogląda na laptopie program National Geographic o katastrofie smoleńskiej, a ja oderwałem się od szalonego i krwawego serialu (Breaking Bad), żeby parę słów naskrobać. 
     Pracy ciągle nie mamy. Codziennie chodzimy do biblioteki albo kawiarni na internet, żeby wysłać parę CV. Z kasą kiepsko. Zostało nam jakieś czterdzieści złotych plus dwadzieścia złotych zaskórniaka, które zaczaiłem na czarną godzinę. Dobrze, że mamy trochę ryżu, mąki i jakiejś fasoli, będziemy to gotować, jakoś przetrwamy. Zresztą dobrze nam zrobi dla zdrowia może, jeśli nie będziemy się obżerać, zero słodyczy, czy smażonek, skoro nas nie stać. 

     Mam trochę cięższy dzień, jeśli chodzi o stronę motywacyjną. Staram się trzymać głowę do góry, ale dziś jakoś bardziej się martwię naszym życiem – jaką pracę znajdziemy (jeśli w ogóle jakąś), skąd wziąć na życie, czy damy sobie rady, jak wygospodarować czas na nasze projekty twórcze, skoro ni ma na chleb, etc. No i jeszcze echa starych marzeń, które jakby wyblakły, ale ciągle gdzieś tam się odzywają – czy jeszcze znajdę prawdziwych przyjaciół, towarzystwo twórczych, mądrych ludzi, plemię, ogień…



Sunday, 17 February 2013

Dobrej nocy, friends


Breathe Me by Sia on Grooveshark

Dobrej nocy, friends

15.02.2013 Kraków

     Wieczór. Nie wiem skąd to uczucie. To nie do końca Coma z kawałkiem „Spadam”, bo czułem się już tak wcześniej, już w wannie, kiedy z głośników piała Sia, „Breath Me”, albo jeszcze wcześniej, na mieście, kiedy słyszałem tylko szum samochodów, iskrzenie tramwajów i ludzki gwar. Może ten program o Agnieszce Osieckiej? Wzruszyła mnie szczerość, prostota i młodzieńcza, niewinna radość, emanująca z jej słów i postawy, pomimo siwych włosów i drżących dłoni. Od dziś zajęła dla mnie honorowe miejsce u boku Gałczyńskiego i Jeremiego Przybory.
     Odzyskuję siebie. Dwa cholerne lata mi to zajęło, setki dni oszołomienia, niepewności i niezrozumienia, których nie zamieniłbym jednak na nic. I teraz wreszcie zaczyna wracać spokój i sens istnienia. Jeszcze mam momenty zagubienia, cichej desperacji, fragmentacji, ale są coraz rzadsze, bledsze, niestraszne. Czy to ta wyczekiwana integracja wtórna Dąbrowskiego? Na to wygląda. Kolejny etap za mną.
     Dziś wieczorem czuję wdzięczność, nostalgię, spokój, dumę, nadzieję, zdziwienie, niedowierzanie (że życie jest magiczne, że pod podszewką rzeczywistości kryje się mądrość, że udało mi się przebrnąć przez to wszystko i że jeszcze tyle niespodzianek).
     Tania włączyła mix „na smutno”. Akurat zaczął się celtycki kawałek, z płyty „Celtic Tale”. Pierwszy raz usłyszeliśmy to w Coo, w kantabryjskich górach, jedenaście lat temu. Przez tydzień padał deszcz. Z namiotów uciekliśmy do przytulnej, górskiej chatki, zostawionej dla nas przez właścicieli, którzy wyjechali na wakacje. Oblazło nas po kilkadziesiąt kleszczy, które wybieraliśmy sobie nawzajem z nagich zakamarków przez kilka godzin, a później na spacerze w górach zaatakował nas wściekły byk, uciekaliśmy ile sił w nogach, a Tania rozpłakała się ze strachu. Pamiętam smak domowego chleba i truskawek z grządki. Jednej nocy kochaliśmy się pięć razy, jakbyśmy mieli nazajutrz umrzeć. Aż w końcu spakowaliśmy plecaki i ruszyli wąskimi, kamiennymi uliczkami na przystanek autobusowy i z powrotem do naszego ówczesnego domu, pod Madrytem, gdzie czekało nas trochę bardziej i mniej radosnych przygód.
     Dobrej nocy, friends. Hare Kryszna.

Friday, 15 February 2013

Życie Pi



















Życie Pi

14.02.2013 Kraków

     Z powrotem w Krakowie. Tania przeziębiona, tak że sam dziś łaziłem po mieście, załatwiałem sprawy. Wydrukowałem nasze CV w piętnastu kopiach, na początek powinno wystarczyć, dorobiłem klucze, przedłużyłem bilety miesięczne, doładowałem Tani telefon, byłem u dentysty, no i dom. 
     Tania zdrzemnęła się na „gombie” (ni to gąbka, ni to materac, ni to kanapa, fajna sprawa). Ja włączyłem „Życie Pi” i całkowicie wsiąkłem. Cudowny film. Pod każdym względem – wizualnym, aktorskim, uczuciowym, filozoficznym i duchowym. Z filmami mam tak, że daję im szansę przez pierwsze kilka, kilkanaście minut. Wtedy decyduję, czy mam zaufanie i otworzę serce, czy też wyczuwam zgrzyty tu i tam, więc oglądam i tak, ale z lekkim niesmakiem i na koniec jestem zmęczony. „Życie Pi” zdobyło moje zaufanie w pełni. 

     Czytałem kiedyś książkę, chyba z dwanaście lat temu. Pewnej zimy zajmowałem się górską bacówką i tak się jakoś złożyło, że którejś nocy byłem zupełnie sam – środek lasu, najbliższa wioska dwie godziny drogi, żadnych turystów, Tani też nie było. Nie było też prądu, a że duch we mnie strachliwy, to spędziłem całą prawie noc przy świeczce, czytając tą książkę. Pamiętam bardzo pozytywne wrażenie, choć z fabuły zapamiętałem tylko chłopca i tygrysa na łodzi.
     Film mnie chyba bardziej poruszył. Może dlatego, że dotyka tematów, które teraz akurat są mi bliskie. Na przykład Bóg, którego chyba pojmuję podobnie jak bohater filmu – bardzo uniwersalnie. Jak to powiedział w filmie? „Wiara to wielki dom, w którym jest wiele pokoi”? Coś w tym rodzaju. 

     Na samym końcu Pi pyta swojego słuchacza, którą historię woli (nie rozwijam tego, nie chcę psuć filmu tym, co nie oglądali). Ten odpowiada, że woli tą z tygrysem. „This is just a better story”. Wtedy Pi odpowiada: „Tak samo jest z Bogiem”. Nie wiem, czy uchwyciliście ten moment. Zrozumiałem to w ten sposób, że może Bóg jest, a może go nie ma, jednak możliwość, że istnieje, jest o wiele bardziej pociągająca („just a better story”). Trochę podobnie jest ze mną. Moja wiara nie jest niezachwiana, ortodoksyjna, czy dogmatyczna, nie mam logicznych argumentów na istnienie Boga. Jednak idea wszechświata, którego źródłem jest świadomość, a nawet głębiej – miłość, ta idea wygrywa na całej linii z koncepcją wszechświata bezosobowego, zimnego, przypadkowego. Która z nich jest prawdziwa? Nie mam pojęcia (choć serce ciągnie mnie w stronę teizmu). Jeśli wszechświat jest przypadkowym tworem, a nasza świadomość zaledwie nieskończenie króciutką fluktuacją, fałdką na materii doskonałej pustki, wtedy i tak nie ma znaczenia, co myślę. Jeśli jednak świat postrzegany zmysłami jest tylko małym wycinkiem rzeczywistości, poza którym istnieje duchowy kosmos oparty na porządku, opartym na świadomości, opartej na miłości, to wtedy jak pasjonującą i ciekawą jest nasza wędrówka przez życie! Szukanie sensu, próba zerknięcia „pod spód” codzienności, i trening serca, ćwiczenie go w sztuce poświęcenia, miłości, w szukaniu Stwórcy, „leap of faith”, który może przenieść nas z racjonalności, ze świata trójwymiarowego, rządzącego się znanymi, stosunkowo prostymi prawidłami, do trans-racjonalności, do krainy, która jest naszą ojczyzną, której szukanie nadaje sens i smak naszej egzystencji.

     Filozoficznie to brzmi, dla niektórych pewnie też naiwnie (w świecie, w którym cynizm mylony jest tak łatwo z mądrością, nic dziwnego). A prościej? Lubię prostą wiarę, sprawia mi radość prosta, nie zarozumiała modlitwa. Pociąga mnie charakter osób, które porzuciły ego, rozwinęły spokój, pokorę i współczucie, oraz rozbudziły w sobie przywiązanie do Wielkiego Ducha. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam dotrzeć.
     „Życie Pi” to naprawdę dobry film. Bardzo poetycki i uniwersalny. Polecam.

Tuesday, 5 February 2013

Wyspy szczęśliwe


Wyspy szczęśliwe
04.02.2013 pociąg z Katowic















Prośba o wyspy szczęśliwe
K.I. Gałczyński

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp,
otumań
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć
zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

     Za oknem pociągu już ciemno, choć to dopiero koło szóstej. Przed chwilą była stacja w Bielsku, jeszcze półtorej godziny do domu („dom” – z jaką nieśmiałością i niewiarą używam tego słowa). W Krakowie przed samym wyjazdem spędziłem prawie dwie godziny u dentysty. Okazało się, że rana po wyrwanym zębie wcale się nie zagoiła, krater do samej kości, infekcja, a na dokładkę ząb obok wymagał kanałowego leczenia. Leżałem zrezygnowany, poddając się wierceniu, łupaniu, wkładaniu, szarpaniu, co jakiś czas pojękując tylko cicho, a łzy łaskotały mi policzki. Gdy na koniec miła pani dentystka pokazała mi rachunek, znów jęknąłem. Prawie sześćset złotych. Miałem tylko dwieście pięćdziesiąt i zostałem wpisany na listę dłużników. Na szczęście są gdzieś tam rozsiani przyjaciele. Akurat w Katowicach na dworcu zerknąłem na maila i okazało się, że Kris miał o nas sen – że znów zmagamy się z małym kryzysem. Spytał, czy to był  sen proroczy i jeśli potrzebuję pomocy, to żebym śmiało do niego pisał. Miło. Poproszę go o małą pożyczkę na spłacenie dentysty i przetrwanie najbliższych tygodni.

     W pociągu jest mi dziś nawet miło. Przytulona obok siedzi Tania i na Kindlu czyta baśnie. Wcześniej razem poczytaliśmy trochę Gałczyńskiego. Wciągnął mnie powyższy wiersz. Czytam go sobie w kółko i może nawet nauczę się na pamięć. Kiedyś ludzie uczyli  się na pamięć poezji. Fajnie byłoby znać chociaż te ulubione. 

     Wyspy  szczęśliwe. Myśli spokojne, rozmowy gwiazd, wody ciche… Eh, jak to brzmi. Z obolałą szczęką, dziurą w kieszeni, skołatanymi nerwami, to ciężko tam odlecieć. Ciężko nawet sobie wyobrazić takie miejsce. Ostatnio świat wydaje się obdarty z magii. Dobra karma, zła karma, walka o punkty, metka z ceną na wszystkim. Nie odnajduję się w tym. Powiem szczerze, że nie chcę się odnaleźć. Dlatego nie porzucam swoich marzeń i ciągle, wbrew wyczerpaniu próbuje ten świat pokolorować na nowo. Zapraszam z niebiańskich zagajników mądrego, sympatycznego Boga, który bardzo pragnie się ze mną zaprzyjaźnić, w swojej miłości próbuję widzieć najczystsze spotkanie dwóch połówek przepołowionej kiedyś duszy, w przyszłości dostrzegam zarysy spokojnych wieczorów przy kominku, z wyśmienitą, starą książką na kolanie, rozmowy z oczytanymi przyjaciółmi o dobrych sercach, przytulna praca, bez stresów, za godziwą, niewygórowaną płacę, pod mądrym okiem opiekuńczych duchów i zatroskanych przodków.
     Znosi mnie:)

     Nie piję i nie palę od jakichś trzech tygodni. Myślę, że zacząłem mieć problem alkoholowy. Nie upijałem się, nie lubię, ale od dwóch lat (a chyba nawet dłużej) leczę swoją nerwicę małymi dawkami alkoholu. Piwo, lampka wina, okazyjny papieros. Ostatnio próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałem cały tydzień bez alkoholu. Kiedy dotarło do mnie, że nie pamiętam, stwierdziłem, że czas zakręcić kurek i szukać spokoju gdzie indziej. Mam przecież swoje praktyki duchowe, Krysznę, mistrza. Kiedyś znajdywałem w tym dużo spokoju i radości. Jeśli chodzi o abstynencję, myślę, że to działa, choć trzy tygodnie to za mało, żeby coś konkretnego powiedzieć. Na pewno czuję się silniejszy, bardziej mężczyzną (bo „nie jestem mazgajem, który ucieka od swoich problemów w kieliszek”).

     Już dojeżdżamy. W domu przywitam się z dzieciakami i resztą, wezmę prysznic (mama napaliła nam w piecu, więc woda powinna być już gorąca), napiję się melisy i może pooglądam jakieś głupoty  w telewizji. I na tym koniec poniedziałku.

Pierwsze krakowskie człapania


Pierwsze krakowskie człapania
03.02.2013 Kraków



     Wieczór, Kraków, mała kawalerka na Olszy. Tutaj nazywają to garsonierką. Podoba mi się. Brzmi trochę jak mieszkanie dziewiętnastowiecznej kurtyzany. Ząb boli już od tygodnia, tzn. najpierw myślałem, że to rana po zębie wyrwanym w poniedziałek, ale rana się zagoiła, a rwie dalej, tak że to pewnie ząb obok. Czyli nie tego zęba wyrwałem, co trzeba.

     Dziś z Tanią mieliśmy długi spacer po Krakowie. Zaliczyliśmy dwa muzea (niedziela - wstęp wolny!): Dom Matejki i muzeum w Sukiennicach.
     Przyznaję się bez bicia – u Matejki najbardziej zafascynowała mnie sytuacja mieszkaniowa malarza. Taka chata i to na Floriańskiej. Marzenie. Mieszkając we dwójkę na 15 metrach z aneksem kuchenno-kiblowym, patrzy się na kilkupiętrową kamienicę dla jednej rodziny, jak na statek kosmiczny. Co do twórczości Matejki, to jakoś nie znajduję u niego nic z mojego klimatu. Wprawdzie wszyscy u niego mają wyłupiaste oczy jak ja (i dwie trzecie mojej rodziny), ale jak powiedziała Tania, za dużo tu ludzi, gnieżdżą się na każdym płótnie, jak mrówki. Może dlatego, że mieszkał przy zatłoczonej ulicy? Poza tym tematyka też dla mnie nieciekawa. Królowie, rycerze, biskupi, wydarzenia polityczne. Smętne to. Za to dobrze mu z oczu patrzy, tak że nie krytykuję go jako osoby. U niego to jeszcze duże wrażenie zrobił na mnie pokoik, gdzie spędził ostatnie dni i zmarł po przewlekłej chorobie wrzodowej. Taki jakiś ciemny, smutny, maleńki, z wąskim oknem, którym pewnie uleciała jego zdziwiona, artystyczna dusza.
     Później szybko zbiegłem po schodach do łazienki, żeby popić dwa ibuprofeny (wredny ząb!), które prawie nie zadziałały.

     Za to w muzeum w Sukiennicach miałem ucztę. Dwa słowa: Jacek Malczewski. Kocham gościa po prostu. Nie chodzi tylko o tematykę, całą tą mistykę, wizje, uczuciowość, soczystość, księżycowość, wieczne zdziwienie. Urzeka mnie też jego styl. Klarowność, wierność, skupienie, nie ma przeładowania, nie wiem, jak to nazwać. Uczciwość? Szczerość? Jestem ignorantem, jeśli chodzi o sztukę (nie z własnego wyboru, ale jakoś tak mnie los rzucał tu i tam, pogrążając w różnych uwikłujących zajęciach, że nigdy głębiej nie wszedłem w temat malarstwa. A może jestem zwykły leń?), piszę więc tylko o swoich obiektywnych odczuciach. Za każdym razem, kiedy widzę coś Malczewskiego, mam wrażenie, że „he doesn’t belong”. Jakby był z przyszłości, albo z innego wymiaru, czy planety.

     Nie pamiętam tytułów obrazów, a nie mam internetu, żeby sprawdzić i zabłysnąć renesansowym obyciem. Najdłużej stałem przy „Umierającej dziewczynie” (tytuł wymyślony) Malczewskiego. Na drugim miejscu był „Sejm bocianów” (z kolei nie pamiętam nazwiska artysty). Podobało mi się, jak określiła ten obraz Tania: „Patrz, jaki czad. Jakby to były dinozaury, a nie bociany. Spooky”. Faktycznie, w tym zebraniu bocianów było coś pociągającego, ale i obcego, jakby zebrały się istoty z innej planety, dla których człowiek nie jest wcale władcą stworzenia, ale bytem nieadekwatnym, efemerycznym, nijakim. Zebrały się wczesnym świtem i klekotały o sprawach zupełnie niezrozumiałych, nie zwracając uwagi na ignoranta-podglądacza z płótnem i sztalugami.
     Portrety i scenki historyczne przebiegłem szybko, nuuuda.
     - Jeśli masz dużo cienia, noc, jakieś gwiazdy, czy księżyc, to jesteś szczęśliwy, nie? – zakpiła Tania.
     Faktycznie. I’m a creature of the night.

     Co w tym Krakowie w ogóle robimy? Na razie nic. Zacząłem niby-pracę w jednym miejscu, ale po trzech tygodniach dałem sobie spokój, kiepsko było z kasą, nie chcę się zresztą nad tym rozwodzić. Oboje z Tanią szukamy zajęcia. Tym bardziej, że w kieszeni zostało ostatnie pięć stów, a jeszcze oboje nas czeka dentysta. Dobrze, że mieszkanie od znajomej, na dwa, może trzy miesiące mamy za pół darmo.
     Nie smucę się jednak za bardzo. Dziś, łażąc po Krakowie, cieszyłem się, że wreszcie, po tych wszystkich latach, zaczynamy zakorzeniać się w Polsce. Może „zaczynamy” to za dużo powiedziane, ale na pewno planujemy, próbujemy, chcemy. Dość mam już włóczęgi, biegania, ucieczek. Chcę wreszcie znaleźć dom. Najwyższy czas. Trzydzieści siedem lat wybija za niecałe dwa tygodnie.
     Praca, to jest faktycznie wyzwanie. Tym bardziej bez wyższego wykształcenia ani znajomości. Zerknąłem z ciekawości na gumtree, jak to wygląda z szukaniem pracy w kraju. Dżungla jakaś się otwarła. Tysiące ludzi, gotowych robić wszystko, za prawie nic. Jak tu znaleźć w tym galimatiasie coś dla siebie?
     Wejście na rynek pracy nie jest głównym planem. Ja mam na ten przykład plan przekładowy. Znalazłem starego autora irlandzkiego z lat trzydziestych, który spłodził kilka prześwietnych książek podróżniczych, dziś zupełnie już zapomnianych, nawet w jego kraju. Potłumaczę i powysyłam po różnych wydawnictwach. Let’s hope for the best. Tania z kolei zaczęła serię ilustracji krakowskich. Kiedy się trochę uzbiera, planuje zaatakować nimi krakowskie wydawnictwa i galerie.
     To są plany długoterminowe. Trzeba teraz jeszcze znaleźć coś na teraz, żeby posmarować czymś chleb, zapłacić rachunki i nie zajechać się przy tym na śmierć, jak to już nieraz u nas bywało.

     Tyle z krótkiego streszczenia ostatnich wydarzeń. Wiem, że długo nie pisałem. Miałem sporo problemów ze sobą, terapia, depresja, stany lękowe, wiecie, taki tam zwykły Weltschmerz. Nie mogłem zbyt wiele pisać. Dlatego trochę rysowałem, trochę wziąłem się za muzykę, żeby jednak mimo wszystko utrzymać przepływ kreatywności. Fajnie byłoby jednak wrócić do pisania. Mam nadzieję, że powoli się rozkręcę na nowo, tutaj, na garści drobnych. Zacznę serię zapisków z Krakowa. Na dobrą wróżbę dla nowego miejsca.
     Pozdrowienia.