Showing posts with label coś dla oczu. Show all posts
Showing posts with label coś dla oczu. Show all posts

Saturday, 5 October 2013

Kac i parę starych zdjęć

   


 
















   Dziś cały dzień na kacu. Obejrzałem najnowszego Startreka i pięć odcinków Breaking Bad, do samego krwawego happy endu. Wczoraj posiedzieliśmy z Davidem, moim hiszpańskim sąsiadem zza ściany. Zjedliśmy coś razem, gadaliśmy o egzystencjalnych tematach (i o pierdołach też), później graliśmy, on na gitarze, ja na ukulele, w międzyczasie polało się trochę wina, palenie, i ostatecznie położyłem się koło pierwszej, nieźle już sponiewierany.

     Rano wyskoczyłem do Sainsburego, wziąłem paczkę pure ziemniaczanego, kiełbaski sojowe, kiszone ogórki i sernik i tak przygotowany spędziłem dzień na lenistwie. Wiadomo, nastrój trochę w nizinnych rejestrach, zawsze tak mam na drugi dzień, ale w sumie nie jest źle. Zadzwoniłem do Tani. Bardzo ożywiona, dziś były urodziny Rafała, grali wszyscy w kalambury przez parę godzin. Teraz już jest u nas w domku i zabiera się za jakiś program w telewizji. Miło było usłyszeć, że jakoś tam się kręci życie normalnie.

     Wczoraj wysłała mi kilkanaście zdjęć, gdzie jesteśmy we dwójkę, od początku naszego związku w 1999 do 2007, zeskanowała dla mnie. Wrzucam kilka. Kurde, zasuwa czas.

     Co poza tym? Chyba już nic. Za oknem prawie już ciemno, niedługo będzie widać łunę Londynu, trzasnęły drzwi na dole, słucham płyty ze smutną muzyką irlandzką, którą wyczailiśmy kiedyś w Coo, obok drzwi kilka brudnych talerzy, nie chce mi się już dzisiaj myć, piję tonic, staram się nie martwić za bardzo... Że człowiek starszy, że ciągle jakby wszystko nie do końca doskonałe, w sensie, że we mnie, że tak mi daleko do mojego „ideału osobowościowego”, jak by to nazwał Dąbrowski. Kurde, opornie mi to idzie, ale próbuję zaakceptować moje niedoskonałości, ułomności. Tak, jak teraz. Siedzę na tym kacu, oglądam bzdurne seriale, jestem przejedzony, lekko rozdrażniony, myśli trochę powolne, zwykłe, nie za wzniosłe ani nie za twórcze. Ale próbuję nie brać tego do siebie. Trzeba spróbować nie szarpać się, zaakceptować gdzie się jest, popłynąć z prądem, bez spinki.

* * *

     Myślę, że to 1999/2000. Ja tu mam jakieś 24 lata, Tania 22. Jeszcze zdaje się przed ślubem. W pokoju kominkowym. Pamiętam, że kiedy przywiozłem Tanię do domu pierwszy raz, to spaliśmy w oddzielnych pokojach, jak przystało na prawdziwego dżentelmena i damę;)












     Przystanek Woodstock 2000. Ale byłem gładki:) Lubiłem bardzo tę sukienkę.















     Tutaj datę akurat znam dokładną: 1 kwiecień 2000. Zaraz po ślubie, prosto z urzędu. Trochę niewyspani, bo sami gotowaliśmy ucztę weselną do późna i jeszcze wcześnie rano, no ale skoro chcieliśmy poczęstunek wegetariański dla gości, to musieliśmy sami się za to wziąć. Pamiętam, ze dostaliśmy telewizor i gotówki tyle, żeby spłacić pierwsze długi.












     Hiszpania, Cantabria, 2001, wycieczka w góry i samowyzwalacz z patyka. Później pogonił nas byk, myśleliśmy, że nasze chwile są policzone, taka to była groźna bestia.








     Birmingham 2005/06. Ja jako kucharz, a Tania jako kuchcik:) Gęby nam się śmieją, a za oknem już ciemno - to znaczy, że pewnie zaraz będziemy się zbierać do domu. Pół godziny rowerem przez hałaśliwe, kolorowe Birmingham i miłe, zadyszane rozmowy o niczym.







     Santander, Hiszpania, 2006. Czekamy na autobus do Polski. Choć są uśmiechy, to wyjazd był niewypałem. Najpierw pół roku w UK, później miesiąc w Santander, a w ostatecznym rozrachunku wracaliśmy do Polski ze sto euro w kieszeni. No ale opaliliśmy się, poszwendali po plaży, nawet w góry poszliśmy raz.





     I znów Birmingham, koniec 2006 albo gdzieś w 2007.











***

     No i to tyle na dziś. Dobrej nocy.

Monday, 13 May 2013

Parę deszczowych fotek


     Złociste magazyny ognia, boskie baterie. Stały, przez lata zbierały kosmiczną energię, teraz czekają na powrót do Słońca.
























     Łysica szarzy się w bezsłońcu, czeka na miotły, kuszące czarownice, na sabat, ponad niebytem codzienności.
























     Spod głazów wychynęło dwóch zwiadowców. Niedługo spod ziemi wyciągną skarby - stukilowe, słoniaste dynie. Zapłaciłem za nie odciskiem na dłoni i dwoma kroplami potu.

























     Spotkałem kosmitę. Nie mogliśmy się porozumieć, zbyt wiele dzieliło nas świetlnych lat, ale wydaje mi się, że wyczytałem z jego oczu kilka tajemnic z krańców galaktyki. Choć może to było tylko wishfull thinking.

























     W tym pałacu zaklętym w szopę mieszka wasz podmiot liryczny - książę zaklęty w solonego śledzia.

Tuesday, 7 May 2013

Galeria Tani

Żebyście mieli jakieś pojęcie, ile ona kolorów i lekkości w moje życie wprowadza:)








Sunday, 5 May 2013

Wojownicy Kryszny


     Dziś piąty maja, 2013. Mam taki pomysł – w niektóre dni będę wrzucał wpis ze starych dzienników, z tego konkretnego dnia, przypadkowego roku, albo jeśli tego dnia nie pisałem, z dnia sąsiedniego. To kawał życia – od maja 1997, kiedy byłem jeszcze mnichem w Hare Kryszna, do dzisiaj, kiedy jestem… żebym to ja wiedział:) Dołączyłem kilka zdjęć z tamtych czasów.
     Zapraszam do wehikułu czasu.

* * *
W aśramie brahmacarinów, na łóżku Madana, obok ja.

















    Poniższy zapis pochodzi z 1997, kiedy byłem jeszcze dwudziestojednoletnim mnichem w krakowskiej świątyni Hare Kryszna. Bardzo miło wspominam te dni – te określone przygody, wyzwania życiowe miały niepowtarzalny smak i w tamtym okresie ukształtowała się duża część mnie. Tą przygodę, choć brzmi trochę drastycznie, teraz wspominam bardzo miło. Czasy romantyzmu, braterstwa, młodości…

03.05.1997, Kraków

     Byliśmy dziś na harinamie (kolorowy taniec na ulicy do wtóru mantr, bębnów i dzwoneczków). Napadła nas banda skinheadów. Nie wpadło nam do głowy, że trzeci maj, czyli narodowe święto nie jest najlepszym dniem na prezentację mniejszości religijnych. Nie w Polsce przynajmniej.
     Zaczęło się od tego, że tańczyliśmy na Rynku w kółku. Świeciło słońce, wiosna w pełni, miła atmosfera, były z nami kobiety, dzieci. Czuliśmy, że nasza kolorowa grupka, w szafranowych dhoti, barwnych sari, pięknie komponuje się z tym miejscem, dniem.
     Nagle poczułem silne uderzenie w plecy, że aż dech mi zaparło, o mały włos się nie wywróciłem. Do środka wszedł wielki sknhead, z wyrazem takiej wściekłości i nienawiści na twarzy, ze aż serce we mnie stanęło. Skinhead stanął na środku wyzywająco, mierząc nas wzrokiem. Wtedy guru maharaja (mistrz duchowy) chwycił karatale (małe, mosiężne dzwoneczki), podbiegł do skinheada i z całej siły walnął go w głowę. Tamten aż się zatoczył – nie wiem, czy bardziej ze zdziwienia czy z bólu. Popatrzył na nas w tępym szoku, po czym pobiegł gdzieś w tłum. Wiedzieliśmy, że to nie koniec kłopotów. Wzięliśmy kobiety do środka i kontynuowaliśmy intonowanie. Ucieczka i tak nie miałaby sensu, z naszymi fryzurami i strojami nie moglibyśmy się zgubić w tłumie, lepiej było zostać w kupie, niż dać się pojedynczo wyłapać.

     Już po chwili nasz „koleżka” wrócił z grupą innych skinów. Zaczęli skandować jakieś nacjonalistyczne, nienawistne hasła. My ciągle kontynuowaliśmy śpiewanie Hare Kryszna. To ich rozwścieczyło jeszcze bardziej. Zaczęli ściągać pasy, wyciągać z kieszeni łancuchy, jeden założył kastet. Nie wszyscy mieli flayersy i glany, niektórzy z nich byli w garniturach. W końcu zaatakowali nas i zadyma zaczęła się na całego.
     Najważniejsze było zapewnić bezpieczeństwo kobietom i dzieciom. Otoczyliśmy je zwartym kręgiem, zwracając twarze ku napastnikom.

     Nie będę ukrywał, że byłem przerażony. Na szczęście nie wszyscy z nas są pacyfistami (czy też tchórzami zadymowymi, jak ja). Zdziwieni skinheadzi osłupieli, kiedy wielbiciele zaczęli stawiać zaciekły opór. Martanda miał w rękach dwa wielkie, metalowe czynele (metalowy instrument indyjski), którymi bez litości walił po głowach atakujących go bandytów. Zostawił na ich głowach niejedną ranę. Widząc jego opór, już wkrótce miał przeciwko sobie trzech albo czterech napastników, próbujących przebić się przez osłonę jego długich rąk. Jemu chyba najbardziej się dostało, po bójce jego nos wyglądał jak krwawy ziemniak, z obitych warg kapała krew. Nie tylko on walczył, paru większych bhaktów też. Zaczęliśmy się przesuwać w stronę Kościoła Mariackiego, gdzie w ostateczności moglibyśmy się schronić.

     W tym całym chaosie nie byłem pewien, co robić. Podszedłem do Maharaja, patrząc na niego pytająco. Zawołał: „Chant, don’t worry, Krishna will protect us!”.
     I faktycznie, w pewnym momencie skinheadzi wycofali się! Jak to bywa z tchórzami, natykając się na opór, zwiali.
     Jaki bilans? Dziewczynom i dzieciom nic się nie stało, Janardan musiał pojechać do szpitala, chyba ma złamaną rękę, Zygmunt miał przecięty łuk brwiowy, poza tym było jeszcze sporo zakrwawionych nosów, wszystkie nasze instrumenty oraz stroje też były pochlapana krwią. Wyglądało to źle, ale było trochę lepiej niż wyglądało.
     Ciekawe, że nikt za nami nie stanął, nie bronił nas, a kilka osób nawet popierało skinheadów. Co za ludzie.

     Mam trochę wyrzuty sumienia, że nie rzuciłem się w walkę. Byłem sparaliżowany. Nawet kiedy któryś ze skinów uderzył Maharaja, nie byłem w stanie się przełamać. Kontakt z tak skoncentrowaną, irracjonalną nienawiścią całkowicie pozbawił mnie głowy. Źle mi z tym. Ktoś uderzył mojego mistrza duchowego, a ja zamiast go bronić, chowałem się za jego plecami. Dzieciak ze mnie, eh… Na usprawiedliwienie powiem, że w pewnym momencie byłem już gotowy do walki, kiedy bójka przesunęła się zbyt blisko kobiet i dzieci, ale wtedy wszystko się skończyło.
     Guru maharaja bardzo mnie ujął za serce, kiedy skoczył jak lew na tego skina, który mnie walnął w plecy. Świętość nie musi oznaczać bierności. Dzięki, Kryszno, że nikomu z nas nie stało się nic poważniejszego.

Od lewej Ananta Bhakti, Gadotkaca (przemiły wielbiciel z Serbii) i ja.

Tutaj stoję z moim dobrym przyjacielem z tamtych czasów, z Marcinem (obecnie Harinamem)

















Duży festiwal w 1997, chyba urodziny guru maharaja. Brałem udział w przedstawieniu, kawałek mojej głowy wystaje po lewej stronie, za wzniesioną ręką naszego reżysera, Sirny. Od lewej Dvaraka, Sirna, Devadatta, Jay Krsna, żona Devadatty (zapomniałem imienia), Śaśabindu, Anupama i Kryszna Nama.

Friday, 20 May 2011

Friday, 28 January 2011

Stare dobre czasy




Znajomy rzucił trochę fotek z dawnych czasów, rozpoznałem siebie, aż się łezka w oku zakręciła:)
Myślę, że to jest 1997.

Thursday, 27 January 2011

Get Up Stand Up

Przygotowuję się na ulice Kopenhagi:) Jeszcze trzy tygodnie.



Sunday, 12 September 2010

Nieustraszeni

Po raz enty obejrzałem "Nieustraszonych Pogromców Wampirów" Polańskiego. Pomijając, że film jest genialny, za każdym razem jestem po uszy zakochany w roli Sharon Tate. Popatrzcie sami.








Mój ulubiony moment z filmu:

Friday, 28 May 2010

Klisze

Klisze



Przeglądałem dziś rano zdjęcia. Kiedy jesteśmy na obczyźnie, staramy się wozić z sobą nieduży wybór, żeby leczyć emigracyjne chandry. Jest garstka zdjęć z dzieciństwa, trochę z czasów nastolactwa – tylko Tania, bo ja niestety spaliłem kiedyś wszystkie, w ramach pobudzenia katharsis;), kilka fotek z czasów mojego mnichowania i późniejszego zakochania w Tani. Jeszcze granie na ulicy, trochę historii po drodze i początek naszego nieszczęśliwego związku z zieloną, nudną i nadętą Anglią.

* * *



1997 rok. Zima. Kraków. Od kilku miesięcy mieszkam w świątyni. Odżywam, oddycham z ulgą. Po chaosie wcześniejszego roku, ćpania, chlania, kryzysie tożsamości, wreszcie wszystko się uspokoiło i poczułem, że świat wraca do normy… Albo raczej zmieniłem się na tyle, że przestało mnie ruszać szaleństwo otoczenia. Zacząłem widzieć głębszy sens.
Viśvarupa (kiedyś Wojciech) był świetnym facetem (ciągle jest, choć nie jesteśmy w kontakcie). Starszy mnich, który uciekł od świata jeszcze w latach osiemdziesiątych. Miło go wspominam.

* * *



Chłopak z bębnem to ja. Cork City. Irlandia. 1998. To była przygoda. Pierwszy mój wyjazd za granicę. To wtedy złapałem bakcyla włóczęgostwa. Naszą misją było założenie świątynki w Cork. Trzy dziewczyny, trzech chłopaków, entuzjazm, wiara w przyszłość, radość z życia. Codziennie spędzaliśmy kilka godzin śpiewając i tańcząc na ulicy. Ludzie myśleli, że jesteśmy kompletnymi wariatami, ale lubili nas. Po trzech miesiącach skończyło nam się pozwolenie na pobyt. Próbowałem jeszcze wrócić, ale zatrzymali nnie w Dover, kiedy przekraczałem La Manche i wykopali do domu. I dobrze. Właśnie miał zacząć się nowy rozdział.

* * *



To zdjęcie ukradłem mojej miłej zaraz na początku naszej znajomości i w tajemnicy zrobiłem sobie kopię. Ma na nim jakieś szesnaście lat (w białej bluzie, druga od prawej). Teraz jest dwa razy starsza, a prawie nic się nie zmieniła dziewczyna:). Co do kradzieży i tajemnicy – mieszkając w religijnej społeczności, gdzie kontakt damsko-męski jest ograniczony do minimum i gdzie czystość i cnota mieszkańców jest strzeżona jak Alcatraz, moje przedsięwzięcie leżało w kategorii wyczynów Jamesa Bonda.

* * *



1999 rok, wczesna wiosna, Kraków, świątynia. Dobre wiatry przygnały do świątyni Tanię. Na tym zdjęciu znamy się jakieś cztery miesiące. Już zdecydowaliśmy się na ślub. Skończyły się moje marzenia o byciu wędrowym mnichem i spędzeniu starości pod drzewem w Indiach, albo w Himalajach. Najwyższy miał dla mnie inne plany. Za niecały rok od tej chwili pobieramy się. W międzyczasie zadłużam się na samochód („jeśli chcesz być prawdziwym mężczyzną i głową rodziny, musisz mieć samochód”), okazuje się, że kupiłem najgorszego rzęcha na giełdzie, spędzam miesiąc i kupę kasy na naprawę, po czym mamy wypadek w czasie wyprowadzki ze świątyni. Nam nic się nie stało, ale samochód w drobny mak. Podłamuje się nasz entuzjazm i wiara, że wszystko się ułoży. To wtedy zakodowało się w nas przekonanie, że życie składa się z wysiłków, które ostatecznie i tak rozbijają się w pył. Wiem, że to fatalizm, ale myślę, że z czasem utemperowałem go na tyle, że nie paraliżuje mnie, ale raczej pozwala mieć dystans do świata. Ostatecznie, jedyną rzeczą, jaką zachowamy, będziemy tylko my sami.

* * *



To było w Prima Aprilis, 2000 roku. Zrobiliśmy furorę strojem Tanii i malunkami na twarzy. Kobity z urzędu stanu cywilnego pożyczyły od nas kasetę, żeby chwalić się nietypową parą. Próbowała nas opluć pewna babcia, która akurat wychodziła z kościoła (kościół stał zaraz obok Urzędu Gminy), ale nie trafiła. Uznaliśmy to za dobry znak na przyszłość;)

* * *



Tania w czasie uroczystego dnia inicjacji. Wreszcie dostaje upragnione nowe imię. Od tego dnia aż do teraz jest dla mnie Tulasi.

* * *



W tym górskim schronisku wylądowaliśmy na ponad pół roku. Było świetnie – czasami cisza i spokój, czasami goście, gitaru, ogniska. Wtedy chyba pierwszy raz doceniłem góry, choć mieszkałem tam od urodzenia. Nie byliśmy jednak gotowi na osiedlenie się. Po pół roku wyjechaliśmy do Hiszpanii.

* * *



Po dziewięciu latach ciągle jesteśmy zakochani w tym kraju. Był to ważny okres. Mieszkaliśmy na małej farmie pod Madrytem. Zanim miejsce kupili wielbiciele Kryszny, należało do generała Franco. To w tym czasie rozwinęło się w nas przekonanie, że musimy być niezależni. Życie na wsi, w małej społeczności, z jej politykami, hierarchiami, zniechęciło nas do jakiejkolwiek instytucji, bez względu na wzniosłość jej zasad. To wtedy zamiast „krysznowiec” zacząłem o sobie mówić „niezależny poszukiwacz”. Mimo wszystko zostawiliśmy tam serca i kiedy się da wracamy. Po latach pamietam więcej dobrych rzeczy, niż złych.

* * *



Zaczęło się od „Amelii”. Po Hiszpanii wylądowaliśmy w Raszynie pod Warszawą. Podła praca, podłe traktowanie, niekończące się godziny w paskudnej firmie z podłymi ludźmi. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Wtedy obejrzeliśmy Amelię i powiedziałem, że nauczę się grać na akordeonie, a kiedy już choć trochę zajarzę, to pojedziemy w świat. Ciężko było myśleć o akordeonie, skoro nie starczało nawet na jedzenie, ale na szczęście, któregoś czerwcowego dnia, Tania powiedziała szefowi, co myśli o jego firmie i powiedziała, gdzie ma się pocałować (to znaczy w dupę). Zostaliśmy zwolnieni. To była ulga. A po tygodniu dostałem akordeon na prezent od Szymka. Pełna synchroniczność. Na kilka miesięcy zamelinowaliśmy się w górach, gdzie oddałem się bez reszty rzępoleniu na instrumencie. Nienawidziłem go - jego nieposłuszeństwa, oporności i fałszowania, ale mimo to, zaraz po przebudzeniu, na wpół przytomny chwytałem za klawisze , miechy i guziki. Opłaciło się.

* * *







Na jesień, 2003, byłem gotowy… Teraz myślę, że nie byłem ani trochę, ale wtedy rozpierała mnie duma z pięciu melodii na akordeonie, które kaleczyłem z uczuciem. Jeszcze się wahaliśmy, ale po przeczytaniu „Alchemika” machnęliśmy ręką i pojechaliśmy. Po kupnie biletów do Amsterdamu zostało nam jakieś 200 euro. Liczyliśmy tylko na mój muzyczny talent:). Nie były to mocne fundamenty, ale jakimś cudem się udało. Okazało się, że mogę nas nakarmić z grania. Amsterdam, Groningen, później Paryż. Tam Tani zepsuły się plecy i musiała wrócić do domu, na leżąco, zajmując dwa siedzenia w autobusie, a ja zostałem w Paryżu. Nie dlatego, że chciałem, ale nie mieliśmy kasy na dwa bilety. Nie zraziliśmy się. Później było więcej wyjazdów. Dania, Hiszpania, Irlandia, Anglia.
Na pierwszym zdjęciu z tej trójki są z nami Anna Maria i Suzanna z Holandii. Poznaliśmy sie w Hiszpanii. Zaprosiły nas do siebie i spędziliśmy tam prawie miesiąc. Sympatyczne dziewczyny. To w tamtym okresie (a zdaje się nawet tamtego wieczoru w pubie) zacząłem używać "flows of happines" na określenie fali szczęścia zalewającej człowieka, kiedy zdaje sobie sprawę, że jest wolny i wszystko zależy od jego marzeń. Miałem wtedy nadzieję, że to stan permanentny.

* * *



Aleksyj, rosyjskoukraiński brodacz, którego przygarnęliśmy. Dobry chłopak. Urodził się na Kamczatce, później los rzucał go po świecie, między innymi do Polski. Spotkaliśmy się, kiedy odwiedzałem świątynię w Warszawie. Wyczuliśmy anarchistyczno-duchowe wibracje i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Świetnie grał na gitarze, miał super historie do opowiadania.

* * *







Aż wreszcie postanowiliśmy się na chwilę choć zatrzymać. W 2005 wylądowaliśmy w Birmingham. Od czasu, kiedy nie wpuścili mnie do Anglii w 1999, ten kraj był moją obsesją. Kiedy wreszcie udało mi się dojechać, rozczarowałem się. Od samego początku nie mogłem ścierpieć tego miejsca. Tylko, że łatwo było o pracę, obydwoje znaliśmy język i w ten sposób utknęliśmy.
Mimo wszystko spotkaliśmy kilku przyjaciół i przeżyliśmy sporo dobrych rzeczy. Na pewno nie był to zmarnowany okres.

* * *

Jakość zdjęć tragiczna, ale nie mam skanera, są to więc zdjęcia zdjęć.