Showing posts with label zdjęcia. Show all posts
Showing posts with label zdjęcia. Show all posts

Saturday, 5 October 2013

Kac i parę starych zdjęć

   


 
















   Dziś cały dzień na kacu. Obejrzałem najnowszego Startreka i pięć odcinków Breaking Bad, do samego krwawego happy endu. Wczoraj posiedzieliśmy z Davidem, moim hiszpańskim sąsiadem zza ściany. Zjedliśmy coś razem, gadaliśmy o egzystencjalnych tematach (i o pierdołach też), później graliśmy, on na gitarze, ja na ukulele, w międzyczasie polało się trochę wina, palenie, i ostatecznie położyłem się koło pierwszej, nieźle już sponiewierany.

     Rano wyskoczyłem do Sainsburego, wziąłem paczkę pure ziemniaczanego, kiełbaski sojowe, kiszone ogórki i sernik i tak przygotowany spędziłem dzień na lenistwie. Wiadomo, nastrój trochę w nizinnych rejestrach, zawsze tak mam na drugi dzień, ale w sumie nie jest źle. Zadzwoniłem do Tani. Bardzo ożywiona, dziś były urodziny Rafała, grali wszyscy w kalambury przez parę godzin. Teraz już jest u nas w domku i zabiera się za jakiś program w telewizji. Miło było usłyszeć, że jakoś tam się kręci życie normalnie.

     Wczoraj wysłała mi kilkanaście zdjęć, gdzie jesteśmy we dwójkę, od początku naszego związku w 1999 do 2007, zeskanowała dla mnie. Wrzucam kilka. Kurde, zasuwa czas.

     Co poza tym? Chyba już nic. Za oknem prawie już ciemno, niedługo będzie widać łunę Londynu, trzasnęły drzwi na dole, słucham płyty ze smutną muzyką irlandzką, którą wyczailiśmy kiedyś w Coo, obok drzwi kilka brudnych talerzy, nie chce mi się już dzisiaj myć, piję tonic, staram się nie martwić za bardzo... Że człowiek starszy, że ciągle jakby wszystko nie do końca doskonałe, w sensie, że we mnie, że tak mi daleko do mojego „ideału osobowościowego”, jak by to nazwał Dąbrowski. Kurde, opornie mi to idzie, ale próbuję zaakceptować moje niedoskonałości, ułomności. Tak, jak teraz. Siedzę na tym kacu, oglądam bzdurne seriale, jestem przejedzony, lekko rozdrażniony, myśli trochę powolne, zwykłe, nie za wzniosłe ani nie za twórcze. Ale próbuję nie brać tego do siebie. Trzeba spróbować nie szarpać się, zaakceptować gdzie się jest, popłynąć z prądem, bez spinki.

* * *

     Myślę, że to 1999/2000. Ja tu mam jakieś 24 lata, Tania 22. Jeszcze zdaje się przed ślubem. W pokoju kominkowym. Pamiętam, że kiedy przywiozłem Tanię do domu pierwszy raz, to spaliśmy w oddzielnych pokojach, jak przystało na prawdziwego dżentelmena i damę;)












     Przystanek Woodstock 2000. Ale byłem gładki:) Lubiłem bardzo tę sukienkę.















     Tutaj datę akurat znam dokładną: 1 kwiecień 2000. Zaraz po ślubie, prosto z urzędu. Trochę niewyspani, bo sami gotowaliśmy ucztę weselną do późna i jeszcze wcześnie rano, no ale skoro chcieliśmy poczęstunek wegetariański dla gości, to musieliśmy sami się za to wziąć. Pamiętam, ze dostaliśmy telewizor i gotówki tyle, żeby spłacić pierwsze długi.












     Hiszpania, Cantabria, 2001, wycieczka w góry i samowyzwalacz z patyka. Później pogonił nas byk, myśleliśmy, że nasze chwile są policzone, taka to była groźna bestia.








     Birmingham 2005/06. Ja jako kucharz, a Tania jako kuchcik:) Gęby nam się śmieją, a za oknem już ciemno - to znaczy, że pewnie zaraz będziemy się zbierać do domu. Pół godziny rowerem przez hałaśliwe, kolorowe Birmingham i miłe, zadyszane rozmowy o niczym.







     Santander, Hiszpania, 2006. Czekamy na autobus do Polski. Choć są uśmiechy, to wyjazd był niewypałem. Najpierw pół roku w UK, później miesiąc w Santander, a w ostatecznym rozrachunku wracaliśmy do Polski ze sto euro w kieszeni. No ale opaliliśmy się, poszwendali po plaży, nawet w góry poszliśmy raz.





     I znów Birmingham, koniec 2006 albo gdzieś w 2007.











***

     No i to tyle na dziś. Dobrej nocy.

Monday, 13 May 2013

Parę deszczowych fotek


     Złociste magazyny ognia, boskie baterie. Stały, przez lata zbierały kosmiczną energię, teraz czekają na powrót do Słońca.
























     Łysica szarzy się w bezsłońcu, czeka na miotły, kuszące czarownice, na sabat, ponad niebytem codzienności.
























     Spod głazów wychynęło dwóch zwiadowców. Niedługo spod ziemi wyciągną skarby - stukilowe, słoniaste dynie. Zapłaciłem za nie odciskiem na dłoni i dwoma kroplami potu.

























     Spotkałem kosmitę. Nie mogliśmy się porozumieć, zbyt wiele dzieliło nas świetlnych lat, ale wydaje mi się, że wyczytałem z jego oczu kilka tajemnic z krańców galaktyki. Choć może to było tylko wishfull thinking.

























     W tym pałacu zaklętym w szopę mieszka wasz podmiot liryczny - książę zaklęty w solonego śledzia.

Sunday, 5 May 2013

Wojownicy Kryszny


     Dziś piąty maja, 2013. Mam taki pomysł – w niektóre dni będę wrzucał wpis ze starych dzienników, z tego konkretnego dnia, przypadkowego roku, albo jeśli tego dnia nie pisałem, z dnia sąsiedniego. To kawał życia – od maja 1997, kiedy byłem jeszcze mnichem w Hare Kryszna, do dzisiaj, kiedy jestem… żebym to ja wiedział:) Dołączyłem kilka zdjęć z tamtych czasów.
     Zapraszam do wehikułu czasu.

* * *
W aśramie brahmacarinów, na łóżku Madana, obok ja.

















    Poniższy zapis pochodzi z 1997, kiedy byłem jeszcze dwudziestojednoletnim mnichem w krakowskiej świątyni Hare Kryszna. Bardzo miło wspominam te dni – te określone przygody, wyzwania życiowe miały niepowtarzalny smak i w tamtym okresie ukształtowała się duża część mnie. Tą przygodę, choć brzmi trochę drastycznie, teraz wspominam bardzo miło. Czasy romantyzmu, braterstwa, młodości…

03.05.1997, Kraków

     Byliśmy dziś na harinamie (kolorowy taniec na ulicy do wtóru mantr, bębnów i dzwoneczków). Napadła nas banda skinheadów. Nie wpadło nam do głowy, że trzeci maj, czyli narodowe święto nie jest najlepszym dniem na prezentację mniejszości religijnych. Nie w Polsce przynajmniej.
     Zaczęło się od tego, że tańczyliśmy na Rynku w kółku. Świeciło słońce, wiosna w pełni, miła atmosfera, były z nami kobiety, dzieci. Czuliśmy, że nasza kolorowa grupka, w szafranowych dhoti, barwnych sari, pięknie komponuje się z tym miejscem, dniem.
     Nagle poczułem silne uderzenie w plecy, że aż dech mi zaparło, o mały włos się nie wywróciłem. Do środka wszedł wielki sknhead, z wyrazem takiej wściekłości i nienawiści na twarzy, ze aż serce we mnie stanęło. Skinhead stanął na środku wyzywająco, mierząc nas wzrokiem. Wtedy guru maharaja (mistrz duchowy) chwycił karatale (małe, mosiężne dzwoneczki), podbiegł do skinheada i z całej siły walnął go w głowę. Tamten aż się zatoczył – nie wiem, czy bardziej ze zdziwienia czy z bólu. Popatrzył na nas w tępym szoku, po czym pobiegł gdzieś w tłum. Wiedzieliśmy, że to nie koniec kłopotów. Wzięliśmy kobiety do środka i kontynuowaliśmy intonowanie. Ucieczka i tak nie miałaby sensu, z naszymi fryzurami i strojami nie moglibyśmy się zgubić w tłumie, lepiej było zostać w kupie, niż dać się pojedynczo wyłapać.

     Już po chwili nasz „koleżka” wrócił z grupą innych skinów. Zaczęli skandować jakieś nacjonalistyczne, nienawistne hasła. My ciągle kontynuowaliśmy śpiewanie Hare Kryszna. To ich rozwścieczyło jeszcze bardziej. Zaczęli ściągać pasy, wyciągać z kieszeni łancuchy, jeden założył kastet. Nie wszyscy mieli flayersy i glany, niektórzy z nich byli w garniturach. W końcu zaatakowali nas i zadyma zaczęła się na całego.
     Najważniejsze było zapewnić bezpieczeństwo kobietom i dzieciom. Otoczyliśmy je zwartym kręgiem, zwracając twarze ku napastnikom.

     Nie będę ukrywał, że byłem przerażony. Na szczęście nie wszyscy z nas są pacyfistami (czy też tchórzami zadymowymi, jak ja). Zdziwieni skinheadzi osłupieli, kiedy wielbiciele zaczęli stawiać zaciekły opór. Martanda miał w rękach dwa wielkie, metalowe czynele (metalowy instrument indyjski), którymi bez litości walił po głowach atakujących go bandytów. Zostawił na ich głowach niejedną ranę. Widząc jego opór, już wkrótce miał przeciwko sobie trzech albo czterech napastników, próbujących przebić się przez osłonę jego długich rąk. Jemu chyba najbardziej się dostało, po bójce jego nos wyglądał jak krwawy ziemniak, z obitych warg kapała krew. Nie tylko on walczył, paru większych bhaktów też. Zaczęliśmy się przesuwać w stronę Kościoła Mariackiego, gdzie w ostateczności moglibyśmy się schronić.

     W tym całym chaosie nie byłem pewien, co robić. Podszedłem do Maharaja, patrząc na niego pytająco. Zawołał: „Chant, don’t worry, Krishna will protect us!”.
     I faktycznie, w pewnym momencie skinheadzi wycofali się! Jak to bywa z tchórzami, natykając się na opór, zwiali.
     Jaki bilans? Dziewczynom i dzieciom nic się nie stało, Janardan musiał pojechać do szpitala, chyba ma złamaną rękę, Zygmunt miał przecięty łuk brwiowy, poza tym było jeszcze sporo zakrwawionych nosów, wszystkie nasze instrumenty oraz stroje też były pochlapana krwią. Wyglądało to źle, ale było trochę lepiej niż wyglądało.
     Ciekawe, że nikt za nami nie stanął, nie bronił nas, a kilka osób nawet popierało skinheadów. Co za ludzie.

     Mam trochę wyrzuty sumienia, że nie rzuciłem się w walkę. Byłem sparaliżowany. Nawet kiedy któryś ze skinów uderzył Maharaja, nie byłem w stanie się przełamać. Kontakt z tak skoncentrowaną, irracjonalną nienawiścią całkowicie pozbawił mnie głowy. Źle mi z tym. Ktoś uderzył mojego mistrza duchowego, a ja zamiast go bronić, chowałem się za jego plecami. Dzieciak ze mnie, eh… Na usprawiedliwienie powiem, że w pewnym momencie byłem już gotowy do walki, kiedy bójka przesunęła się zbyt blisko kobiet i dzieci, ale wtedy wszystko się skończyło.
     Guru maharaja bardzo mnie ujął za serce, kiedy skoczył jak lew na tego skina, który mnie walnął w plecy. Świętość nie musi oznaczać bierności. Dzięki, Kryszno, że nikomu z nas nie stało się nic poważniejszego.

Od lewej Ananta Bhakti, Gadotkaca (przemiły wielbiciel z Serbii) i ja.

Tutaj stoję z moim dobrym przyjacielem z tamtych czasów, z Marcinem (obecnie Harinamem)

















Duży festiwal w 1997, chyba urodziny guru maharaja. Brałem udział w przedstawieniu, kawałek mojej głowy wystaje po lewej stronie, za wzniesioną ręką naszego reżysera, Sirny. Od lewej Dvaraka, Sirna, Devadatta, Jay Krsna, żona Devadatty (zapomniałem imienia), Śaśabindu, Anupama i Kryszna Nama.

Tuesday, 5 March 2013

Kopiec Kraka, wiosna i tramwaje


























Kopiec Kraka, wiosna i tramwaje
05.03.2013 Kraków

     W Krakowie wreszcie wiosna, słońce bez trudu przebija się przez smog. Zamiast skupić się na szukaniu pracy, postanowiliśmy z Tanią poszwendać się po ciekawych miejscach, oddać się naszej ulubionej czynności – bezcelowemu łażeniu (eh, żeby tak była praca z takim stanowiskiem!).
     Chciałem Tani pokazać Podgórze. Wczoraj odwiedziłem chłopaków z Federacji Anarchistycznej, wzięliśmy psa na spacer i pokazali mi park w kamieniołomie, Kopiec Kraka i Krakusa – bar mleczny, gdzie można się wegetariańsko najeść już za pięć zeta! Dziś powtórzyłem tur, tyle że z nią.
     Najpierw autobusem wydostaliśmy się z Olszy, podjechaliśmy pod Galerię Krakowską, stamtąd już na nogach do Rynku, później Grodzką (będę się starał o pozwolenie na granie muzy na Grodzkiej, podoba mi się najbardziej), a stamtąd tramwajem na Podgórze. Tani się bardzo spodobało. Pochodzi z małego, typowego miasteczka na Pomorzu i skojarzyło się jej tutaj – ryneczek, kościół, niskie, obłupane kamieniczki, trochę komuną czuć w powietrzu. Stwierdziliśmy, że kiedy będziemy szukać mieszkania, to najpierw spróbujemy tutaj.
     Do parku w kamieniołomie trafiłem, ale trochę pomieszały mi się kierunki na Kopiec Kraka. W końcu spytałem przechodnia, pokierował nas odpowiednio. Po drodze dużo sikaliśmy pod drzewami, a to przez nowy produkt na rynku – pięciolitrowy karton prawdziwego soku jabłkowego za szesnaście złotych, ciężko się oprzeć, żłopiemy bez umiaru. Tania oczywiście pozazdrościła mi łatwości i dyskretności męskiego sposobu pozbywania się uryny, no ale co jej na to poradzę?
     Kopiec Kraka zafascynował mnie. Przede wszystkim wiekiem i tajemniczością pochodzenia. Ma jakieś 2000 lat, a co do budowniczych, to nie do końca wiadomo. Podobno mogli to być nawet Celtowie. Przez środek idzie drewniany słup, od którego odchodzę drewniane przęsła i to tworzy szkielet kopca (wierzę na słowo Piotrkowi z FA). Kiedy się stoi na szczycie i patrzy na panoramę Krakowa, człowiek uświadamia sobie ile oni musieli włożyć w to pracy. I co ich popychało do takiego wysiłku? Religijne uniesienie? Miłość? Strach? 
     Dochodziło już południe, wymantrowaliśmy więc Gayatri (mantra, którą otrzymaliśmy od naszego guru maharaja), patrząc na miasto. Zjadłem pajdę z humusem i ogórkiem kiszonym, no i zeszliśmy. Przez most na Starowiślną, do Plant, stamtąd tramwajem pod Galerię. Tania skoczyła po przecenione truskawki, a ja kompletnie wykończony padłem na ławkę i obserwowałem ludzi (na pół drzemiąc). Autobus do Olszy, surówka owocowa, i tyle.

Prezentacja buta


Pod Kościołem św. Józefa

W drodze na Kopiec Kraka 

Dochodziło już południe, wymantrowaliśmy więc Gayatri, patrząc na miasto






















Ledwo już żyłem. 

Sunday, 3 March 2013

Kazimierz - chodźcie, znalazłem fajną uliczkę!




 "Spróbuj. To jakby przytulić słonia albo jakiegoś diplodoka. Czysta radość. Czujesz jak płyną soki?"

Kazimierz - chodźcie, znalazłem fajną uliczkę!
03.03.2013 Kraków

     Wpadła nas dziś odwiedzić Ania (siostra). Zerwała wczoraj z chłopakiem i potrzebowała pocieszenia. Tania zrobiła stir fraje, Ania przyniosła sok, czekoladę tofi, posiedzieliśmy, nażarliśmy się, opowiedziałem jak skończył się mój dwudniowy okres próbny w kolejnej restauracji (dwie prace w miesiąc, wow), dowiedziałem się co to jest „Harlem Shake”, tańczyłem w rajtuzach, a później w ramach odpoczynku wyciągnąłem dziewczyny na Kazimierz. Szwendając się ostatnio trafiłem na Szeroką i okolice, i wciągnął mnie tamtejszy labirynt, chciałem się podzielić.
     Błądziliśmy przez dwie godziny, ciesząc się z faktu, że mieszkamy w Krakowie, który jest po prostu zajebisty. Co chwilę powtarzałem też: „Kiedy przyjdzie wiosna i ściągnę tu swój rower, to dopiero będzie…”. Zrobiło się nam zimno, stwierdziliśmy, że trzeba się schować w jakiejś kafejce. Znaleźliśmy coś na Grodzkiej, zapomniałem nazwy, pojedliśmy kapkejków, napiliśmy się kawy, udowodniłem wszystkim wyższość mocchi nad cappuccino, wysępiłem od sympatycznych kelnerek szklankę wody. Siedzieliśmy na stołkach pod oknem, gapiąc się bezwstydnie (ale z sympatią) na ludzi i gadając o pierdołach oraz o Bogu.
   W autobusie do domu Tanię zemdliło, wysiedliśmy więc przy Cmentarzu Rakowickim i resztę drogi przeszliśmy pieszo, rozmawiając o nowym, wspólnym projekcie artystycznym, ale to jeszcze ciiii…

Na Kładce Ojca Bernatka ma swoją kapliczkę Kryszna. Chodzę tam czasami pobyć z Absolutem przypiętym do barierki.




"-Patrzcie na tego manekina! 
-No i?
-Naprawdę nie widzicie? Spójrzcie na te dłonie! Upiór."





















"-Po co robisz zdjęcie?
-Dziś będę zbierał dziwne nazwy."

Tuesday, 23 June 2009

Kolaż miłosny



Kolaż miłosny z dedykacją dla mojej małżonki.
(z K. I. Gałczyńskiego)

Ilustracje wykonane przez Tatianę (adresatkę dedykacji:)

Wizyta

Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny,
rozejrz się dokładnie po wszystkim;
to jest czajnik – prawda, jaki śmieszny?
z gwizdkiem.

To mruczenie? Powiem ci w sekrecie;
jest mruczenie kota Salomona.
A ta pani zamyślona, z kwiatami –
to moja żona.

1936



List jeńca

Kochanie moje, kochanie,
dobranoc, już jesteś senna –
i widzę Twój cień na ścianie,
i noc jest taka wiosenna!

Jedyna moja na świecie,
jakże wysławię Twe imię?
Ty jesteś mi wodą w lecie
i rękawicą w zimie.

Tyś szczęście moje wiosenne,
zimowe, latowe, jesienne –
lecz powiedz mi na dobranoc,
wyszeptaj przez usta senne:

za cóż to taka zapłata,
ten raj przy Tobie tak błogi?...
Ty jesteś światłem świata
i pieśnią mojej drogi.

Obóz Altengrabow, 1942



Pyłem księżycowym

Pyłem księżycowym być na twoich stopach,
wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,
papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów,
ławką, gdzie spoczywasz, książką, którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitką, otoczyć jak przestwór,
być porami roku dla twych drogich oczu
i ogniem w kominku, i dachem, co chroni
przed deszczem.

1946



Romans

Księżyc w niebie jak bałałajka,
ech! za wstążkę by go tak ściągnąć
i na serduszko –

byłaby piosenka bardzo nieziemska
o zakochanych aż do szaleństwa,
nieludzko.

Jeszcze by można rzekę w oddali
i cień na dłoni, i woń konwalii
dziką;

ławkę przy murze, a mur przy sadzie
i taką drogę, która prowadzi
do nikąd.

1946



Śpiąca dziewczynka

Śpij, dziecię. Już noc nadpływa
jak wędrowny skład nut i w tym składzie,
jeżeli poszukasz, chyba
coś i dla ciebie się znajdzie:

Półksiężyc i uliczka,
która do nieba skręca;
i wiatr, co ci włosy zakręca;
i cienie – dla policzka;
i cierpienie dla serca.

1947



Obcuję z tobą jak z miesiącem...

Obcuję z tobą jak z miesiącem
z ptakiem, obłokiem lub ogrodem.
Dobrze że usta masz tak gorące,
a ciało tak młode.

I piersi dobrze, że jak ważki
zegarów małych, fantastycznych,
imię Natalia, chód kaukaski
i blask na oczach śliczny.

Nie wiem naprawdę, co by było,
gdyby na przykład cię nie było?
Byłbym dziwakiem, kolekcjonerem,
mieć musiałbym też manie swoje
*
... małych Jezusków z czarnej gliny
zbierałbym w ciemnym pokoju...

1934



Kiedy umrę

Kiedy umrę, nie płacz, moja żono,
ja księżycem wrócę pod twe okno.

Nie wstrzymają mnie cmentarni stróże:
ja się światłem przesunę po murze,

nad tym klonem, co przed bramą stoi –
i już jestem pod oknem twoim.

Na twą głowę spadam srebrnym deszczem,
żebyś była piękniejsza jeszcze.

A to tylko ja tak światłem prószę,
księżycowym deszczem w oczy duże.

Co wysokie, wzniosę jeszcze wyżej,
co wzburzone próżno, to uciszę,

co choć trochę lśniło, zamigoce.
Spójrz tam w górę. Jestem serce nocy.

*

Stanę, stanę, twarz przytknę do szyby,
zajrzę w twe lusterka i lustra,
skradnę grzebień ciężki, migotliwy
i otworzę duże, srebrne usta,
i popłyną przez wszystkie pokoje
księżycowe nuty, nuty moje.

Otwórz, otwórz! zawołam po nocy,
otwórz, otwórz choć okna połowę,
to nie chmury, to są moje włosy,
potargane przez wiatry wrześniowe.
Spójrz, to ręce moje, a to nogi.
Człowiek jestem, nie księżyc dwurogi.

Lecz ty będziesz spała. Ja u szyby
w kształt księżyca na wieki zaklęty,
tylko promień wbiję w manuskrypty,
ponaprawiam w wierszach wszystkie błędy.

A ty śpisz. A potem płaczesz we dnie.
Świt nadchodzi. Światło moje blednie.

1952



A ja tobie bajki opowiadam...

A ja tobie bajki opowiadam,
szeptów moich słuchasz bardzo rada.
Lśnień dodaję twoim oczom i włosom,
jesteś cała jak srebrny posąg,
a ja biję przed tobą pokłony,
zakochany, zazdrosny, spragniony,
i nazywam ciebie srebrną nocą,
srebrną różą z ręki zwisającą.
Loki twoje mrok barwi na modro
i spokojna jest twoja mądrość.

1953



Farlandia

Myśmy mieli się spotkać na moście,
by pomówić o naszej miłości
pod tym klonem, koło budki z papierosami;

ale, jakem przewidywał, oczywiście
most w powietrze wysadzili anarchiści,
no to gdzie się teraz spotkamy?

Wszędzie duszno i ciasno – lecz znam ja
pewien kraj pod nazwą Farlandia,
tam jest niebo śpiewające i palmy.

No, no, nie płacz, nie troskaj się, nie martw,
że tego mostu już nie ma –
my się jutro w Farlandii spotkajmy:

*

Palmy się kołyszą,
palmy się kołyszą –
tak – tak – tak.

Tu wszystko zostało,
tu więcej nie wrócę –
nie – nie – nie.

Ptaki nad palmami,
w palmach słodkie miąższe –
mi – ma – mi.

Karmimy się snami,
a w snach znów najdroższe
palmy.

Palmy się kołyszą,
palmy się kołyszą –
za dużo.

To jest kraj, który jedziemy odkryć,
bardzo wiotki, bardzo słodki –
Farlandia.

1934




Długom błądził i szukał

Długom błądził i szukał, świat mnie zalewał jak woda,
pełen stworów dziwacznych, niksów, wodników, rusałek,
aż pewnego wieczoru znalazłem, czego szukałem –
żonę pochmurnooką, małego, słodkiego kobolda.

Gdy pada z deszczem zmrok, gdy męczy mnie nuda i trwoga,
gdy strach po społu z psalmistą tak spijam, jak ciemne wino,
splatam za wierszem wiersz jak wianek z rozmarynu
na głowę słodkiego kobolda, na głowę małego boga.

1939



We śnie

We śnie jesteś moja i pierwsza,
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.

We śnie w lasach są jasne polany,
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.

Albo jesteś egipska królowa,
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem dla ciebie jak światło.

1946

Friday, 22 May 2009

Ulica szarlatanów - K. I. Gałczyński

Dziś jeden z przyjaciół przesłał mi trochę zdjęć, z pikniku, który odbył się kilka lat temu. To był dzień, kiedy widzieliśmy się ostatni raz, przed jego podróżą dookoła świata, która ciągle jeszcze trwa. Lubię łączyć zdjęcia z tekstem i szperając w twórczości Gałczyńskiego, natrafiłem na ten wiersz. W sumie to nie ma on nic wspólnego z nastrojem tamtego dnia, ale z drugiej strony... czasami też jestem szarlatanem i otaczają mnie szarlatani ;).

Ulica szarlatanów


K. I. Gałczyński

Szarlatanów nikt nie kocha.
Zawsze sami.
Dla nich gwiazdy świecą w górze
i na dole.
W tajnych szynkach piją dziwne
alkohole.
I wieczory przerażają
bluźnierstwami.

Wymyślili swe tablice
szmaragdowe.
Krwią dziewicy wypisali
charaktery.
Strachy w liczbach: 18,
3 i 4.
Przeklinamy Jezu-Chrysta
i Jehowę.

Szarlatani piszą księgi
o papieżach.
Zawsze w nocy mówią źle o
Watykanie.
Zawsze w nocy słychać szklane,
szklane łkanie:
płaczą gwiazdy zaplątane
w szkła na wieżach.

Kiedy miesiąc umęczony
wschodzi na nów,
alkohole z przerażenia
drżą słodyczą.
Nie pomogą alkohole:
W nocy krzyczą
łzy fałszywe szmaragdowych
szarlatanów.

Bardzo cicho i boleśnie
jest nad ranem.
Dzwonią dzwony, świt pochyla
się w pokorze.
Odpuść grzechy szarlatanom,
Panie Boże,
wszak Ty jesteś takim samym
szarlatanem.
























zdjęcia autorstwa Marka Townera