Saturday, 29 November 2025
Feralny wtorek i wizja nowych lądów
Sunday, 23 November 2025
Rzeszów I powrót do Wrocławia. Samotność.
Dojechałem do Rzeszowa. Droga była dobra, czułem się ciągle doładowany po wczorajszym koncercie w Zabrzu. Po drodze zatrzymałem się na parkingu, żeby dać krótki wywiad do radio Zamek Nadaje. Pojawił się temat zrobienia mojej autorskiej audycji. Chciałbym bardzo, muszę pomyśleć nad formułą, żeby to było ciekawe.
W Rzeszowie zjadłem obiad w knajpce azjatyckiej, tofu i warzywa w gęstym, ciemnym sosie i tajski lager.
Teraz siedzę już w Undergroundzie. Przed chwilą się nagłaśniałem. Jeden z chłopaków, którzy to organizują, kupił moją płytkę. Mam stówę do wydania na barze, jest też wege jedzeniemiło, lubię, jak organizatorzy tak poważnie traktują artystów.
Dzisiaj
Wróciłem właśnie do Wrocka. Wziąłem prysznic, bo po 2 dniach już niefajnie.
Wczorajszy koncert w porządku, ale jednak wolę grywać, kiedy mam solo koncerty. Przede mną grały dwa zespoły punkowe i kiedy przyszła moja kolej, to część osób była już najebana, część miała niedosyt ostrej muzyki. No ale zebrałem mały crowd i zaśpiewałem.
Przyjechała Magda, dziewczyna z którą od dłuższego czasu korespondujemy. Miła, kochana osoba. Przenocowałem ją u siebie, bo nie miała już pociągu do Tarnowa. Ofiarowała mi dużo ciepła i przytulenia, ale chociaż czuję się pod tym względem niedożywiony, to mam blokadę, nie mogę się otworzyć na bliskość. Mam nadzieję, że to minie.
Droga powrotna nie była łatwa. Dużo smutku. W końcu włączyłem podcast Second Date Update. Zajął mi umysł (Jezu, jakie to durne, ale podoba mi się:) Gadałem też przez kamerkę z A. Obierała jabłka i gadaliśmy o wszystkim i niczym.
A teraz już po prysznicu i grzeję się we Włóczędze. Płakałem trochę, pewnie jeszcze dziś popłaczę. Czuję się strasznie samotny. Nigdzie już chyba nie wyjdę dzisiaj.
Tęsknię.
Friday, 21 November 2025
Piwnica, Rewolucja, My People
Po szarym poranku, wieczorny koncert po prostu wyciągnął mnie z mroku. Kiedy jestem na scenie, wszystkie inne rzeczy stają się małe, niegroźne. Czuję się pełny, silny, w kontakcie ze swoją esencją, radością, wesołością. I z ludźmi. Po koncercie były rozmowy z ludźmi. Zjawiło się sporo osób, które znały moje piosenki, sprzedałem kilka płyt.
Leżę już we Włóczędze. Piecyk grzeje. Wybiła właśnie północ, ale z ekscytacji jeszcze nie chcę spać.
A jutro dalszy ciąg - rano ruszam do Rzeszowa i znowu gram. I love that.
Posłuchajcie, jak pięknie śpiewała ze mną publika ❤️
Czwarta rano w listopadzie
Skręciłem papierosa. Nie zrobiłem kawy, skończyła się przedwczoraj i zapomniałem kupić. Napiłem się coli, żeby zażyć kofeiny.
Jeszcze było ciemno, kiedy wyjechałem w kierunku Zabrza. Ulubiona lista na Spotify brzmiała głucho i smętnie, jak jakiś nudny sen.
Jechałem przez szary świt i czułem, że jestem zupełnie sam, na całym świecie. Że moje życie nie ma sensu i treści. Że próbuję desperacko nadać ten sens, jak tylko potrafię. Dzisiaj wejdę na scenę i będę śpiewał o sprawiedliwości, walce o lepszy świat, o miłości. W ten sposób wypełnię na chwilę tę nieznośną pustkę. A później, kiedy ucichną głosy i ludzie pójdą w swoją stronę, wrócę do Włóczęgi, zasunę zasłony, włączę grzejnik, włączę jakieś lekkie rolki, z trudem zasnę, a jutro znów obudzę się za wcześnie i ruszę na Wschód.
Wczoraj w Bielsku odwiedziłem Przestrzeń Wolności. Jest to bardzo przyjazna, ciepła miejscówka anarchistyczna. Grałem tam koncert na wiosnę, miałem też wernisaż. Miałem wtedy przekonanie, że ten rok przyniesie zmiany i rzeczy się ułożą. Lubię tych ludzi. Wczoraj był Muzyczny CzwARTek. Słuchaliśmy wspólnie jakiejś dziwnej muzyki na winylu, a później dyskutowaliśmy, dzieliliśmy się doświadczeniem.
Odwiedziny w domu mocno mnie strigerowały. Za dużo kontaktu ze wspomnieniami. Wszystkie te małe pierdołki pozostawione przez Z., it wasn't good for my soul. Czuję się, jakby przejechała po mnie ciężarówka. No ale wiem, że to minie. Zawsze mija.
Potrzebuję rozgrzać jakoś serce, tylko nie wiem, jak. Pani Kasia mówi, że muszę to znaleźć w sobie. Rozumiem to logicznie, ale wewnętrznie jest mi ta idea zupełnie obca. Ciepło znajduję tylko w drugiej osobie, w jej miłości, w byciu widzianym, kochanym, chcianym. W byciu potrzebnym. Yeah, that's a biggie for me. Bez tego czuję się w chuj pusty i bezsensowny. I patrząc na ostatni rok, zaczynam wątpić, że jakakolwiek ilość terapii mogłaby to zmienić.
Wednesday, 19 November 2025
The chase - fuck that
Po wczorajszym szoku oraz porannym niepokoju i tęsknocie za Z. emocje zeszły. Tzn. nie całkiem, ale jednak jest ok. Znam siebie, wiem, że przeżywam mocno relacje. Taki mój urok.
Jutro zrobię próbę przed piątkowym koncertem. Umówiłem się w Rzeszowie z Magdą, po koncercie spędzi noc u mnie, a rano odwiozę ją do Tarnowa.
Tak w ogóle zamiast skupiać się na tej, co sobie poszła, chciałbym skupić się na tym, że praktycznie cały czas interesują się mną jakieś dziewczyny. (Tzn. najlepiej skupić się na sobie, I know xd). Nie chodzi mi o to, żeby w coś wchodzić, nie jestem jeszcze gotowy. Ale po prostu przyjąć do wiadomości, że jestem atrakcyjną, ciekawą osobą i nie żyję w jakichś niedoborach damsko-męskich:) No ale kurwa jest coś w tym, że najbardziej ciągnie nas do tych osób, które nas odrzuciły. The Chase. Fuck that.
Chodzi mi po głowie nowa piosenka. Bicik chcę pożyczyć od takiego latynoskiego hip hopowego zespołu feministycznego, który ostatnio odkryłem, tekst własny. Ale to będzie dużo pracy, pewnie zejdzie mi trochę. Temat? No jak to - La revolucion!
Tuesday, 18 November 2025
Rozrzucona pościel w kształcie nas
Jestem u siebie na wiosce. Napaliłem w piecach, grzeję wodę na kąpiel.
Fuck... Ciężko. Jestem tu pierwszy raz od pięciu miesięcy. Wszedłem do domu. W zlewie ciągle były nieumyte kubki, które zostały po mnie i Z. No i łóżko, tak jak je zostawiliśmy w czerwcu, jakbyśmy dopiero z niego wyszli. Dopadły mnie wspomnienia. Miałem wrażenie, jakby te ostatnie pięć strasznych miesięcy się nie wydarzyło. Że dosłownie wczoraj oglądaliśmy w tym łóżku serial Marvela, że usmażyłem nam kotlety z cukini, że gadamy o przyszłości, o rewolucji i kochamy się czwarty raz dzisiaj.
Rozpłakałem się i przez godzinę nie mogłem przestać. Wreszcie pozbierałem się jakoś. Miałem terapię, a na terapii rozkleiłem się znowu.
Pani Kasia spytała, czy dbam o siebie, bo schudłem. Powiedziałem, że nie. Że mało jem, dużo palę, nie dbam o zarabianie, nie śpię. Straciłem 8 kilo w 5 miesięcy. Czasami wstaję rano i nie mam pojęcia, skąd wziąć kasę na obiad. Zresztą priorytet i tak ma tytoń. I tak w ogóle to jest mi to obojętne. Że czuję się emocjonalnie bezdomny. Że szukam czegoś, szukam tego domu, ale szukam też adrenaliny, włączyła mi się straceńczość. Kiedy pojechałem na demonstrację antyfaszystowską, to byłem autentycznie rozczarowany, że nie starliśmy się z faszystami.
- Panie Marcinie, dom najpierw powinien pan znaleźć w sobie, zadbać o siebie.
- Mam wyjebane. Kiedy byłem z nią, to czułem ten dom. Mógłbym nawet mieszkać tutaj, na tej wsi. Ale teraz to mam to wszystko gdzieś.
- Wiem, że te wszystkie uczucia skupiły się teraz na pani Z. Ale coś panu powiem. Coś, co widzę po czterech latach terapii z panem. Pan tęskni za domem. I ta tęsknota przyjęła teraz formę pani Z., bo przez chwilę pan to poczuł z nią. Tylko, że ten dom musi pan dać sobie sam. I relacja będzie dopełnieniem tego domu.
- Nie wiem jak... Nie umiem... I chyba nie chcę.
No i taki mam dzisiaj dzień. Bardziej szczerze nie da się o tym napisać.
Po terapii ugotowałem sobie obiad. Bo jednak chcę o siebie zacząć dbać.
Opowiedziałem o tym A. na messengerze. Spytałem, czy tak w ogóle nie narzucam się jej ostatnio? Opieprzyła mnie.
- Ziom, przestań. Budujemy relację i dzielenie się, to część tego.
- Czy ja jestem too much? Czy ludzie tak kochają?
- Następnym razem poszukaj kogoś starszego, żeby znowu tak się nie skończyło. Widzisz już, jakie są gówniary.
- Ty też jesteś gówniara. A miłości się nie szuka. Miłość znajduje ciebie. I jedyne, co możesz zrobić, to się jej poddać.
- Eh, ty romantyku. W średniowieczu byłbyś kochankiem cesarzowej. Pisałbyś jej listy miłosne i przynosił brzoskwinie.
Monday, 17 November 2025
Lina ratunkowa, hope i pogoda pod psem
Zadziała się dzisiaj ważna rzecz.
Pisałem już, że od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie założenie kolektywu artywistycznego. Wysłałem pomysł do kilku ludzi i odezwała się jedna osoba niebinarna ze środowiska, Nadia. Lubię ją od początku. Ma w sobie dojrzałość i ciepło. Taka normalna. Pojawił się temat mojego wykluczenia. Napisało, że coś z tym trzeba zrobić. Że nie można tak zostawić sprawy, bo nie rozmawianie jeszcze pogłębia problem. Że z jednej strony jestem ja, odcięty, scancelowany, nie mogący brać udziału w wydarzeniach, projektach, a po drugiej stronie są ludzie, którzy nie znają, czy nie rozumieją mojej sytuacji, nie wiedzą, co myśleć i czują się niekomfortowo ze mną. Że krąży po prostu news, że to jest ten starszy typ, co był z młodą laską, więc coś tu nie tegez.
Dżizas, czekałem na taki gest skądkolwiek. Bo sam nie wiem, jak do tego podejść. Z jednej strony mam opór wewnętrzny, że moje osobiste, intymne sprawy, stały się publiczne. Z drugiej jestem w stanie zrozumieć obawę społeczną. To na czym mi zależy, to żeby jednak oczyścić to wszystko. I samemu strasznie ciężko było to zrobić. Jestem otwarty na rozmowy, wyjaśnienie, próbowałem, ale natknąłem się na ścianę.
Zawsze byłem na uboczu spraw społecznych, choć była we mnie tęsknota za tym. Dopiero od kilku lat, odkąd przyjechałem do Wrocławia, zacząłem się angażować, udzielać i spełniać tę swoją potrzebę. No a później zakochałem się w dziewczynie i wybuchło mi to w twarz.
Dzisiaj od rana siedzę przy kompie, robię notatki w temacie artywizmu, zapisuję pomysły dotyczące działań, jakie moglibyśmy robić w kolektywie. Zjadłem bułkę, tofu wędzone i pomidora. Wypaliłem w pierdylion fajek. Pogoda paskudna, ale przestało lać, więc chyba pójdę na spacer. Sprzedałem w sumie wczoraj 3 wydruki, więc mam na paliwo i wymianę opon.
Poczułem ulgę po rozmowie z Nadią. Jakby w tej ścianie izolacji pojawiła się rysa. Miałem momenty, że chciałem wyjechać. Ale jednak postanowiłem walczyć o siebie i swoje miejsce tutaj. Stwierdziłem, że całe życie uciekałem, kiedy pojawiała się mała trudność. Więc może czas jednak nauczyć się zostawać. Czuję to mocno.
Sunday, 16 November 2025
Surowość
Zaszyłem się w pracowni. Odczuwałem niepokój i rozdrażnienie, chciałem to jakoś twórczo rozładować. Powstaje kolejny obraz zaangażowany społecznie. Ostatnio mam na to mocno fazę, co odbija się na sprzedaży (no bo kto chce rewolucyjne obrazy? xD). No ale fuck it, maluję, co czuję. Myślę, że pozwala mi się to rozładować. Będą tam góry i kwiaty a la linoryt, dziewczyna w sukience, z rozwianymi włosami, grająca na skrzypcach, drzewa i kolażowy napis stylizowany na pismo maszynowe: Art is Activism. Kolory oscylujące pomiędzy czerwienią a czernią.
W środę ruszam znowu w trasę. Najpierw moja wioska w górach, muszę wymienić opony na zimówki. Stamtąd Zabrze (gram w piątek wieczorem koncert), a w sobotę mam koncert w Rzeszowie. Póki co nie mam na paliwo, ale spróbuję coś wykombinować do środy. Trwa moja weekendowa wyprzedaż wydruków na płótnie. Może jeszcze ktoś dzisiaj się skusi na moją pracę.
Po malowaniu wziąłem rower i poszedłem do Kali. Na słuchawki wrzuciłem agresywny latynoski hip hop. Fajnie się zgrał z moją wewnętrzna energią. Kobiety strzelały pociskami słów o zniszczeniu patriarchatu i państwa. Szedłem do rytmu, stawiając mocno kroki w wojskowych butach.
Dzisiaj nie ma we mnie ciepła. Tęsknota i brak bliskości przykrył się surowością. Trochę się martwię, że tak już zostanie. Ale potem przypominam sobie, że mam tyle miękkości, że starczy mi na dwa życia. Po prostu czasami chyba tak chronię serce.
Obok usiadł Bernard, pracuje w Kali jako złota rączka. Lubię go. Bujne wąsy, dłuższe włosy, mądre oczy, jakieś 27 lat. Spytał, co piszę. Powiedziałem, że o nim. Teraz gadamy o tym, jak rozwiesimy tutaj moje obrazy, na grudniową wystawę.
Friday, 14 November 2025
Kolektyw artywistyczny, a tak ogólnie to jest w porządku
Saturday, 8 November 2025
Poznań - wernisaż
Zwinąłem się do łóżka koło 23, choć znajoma wyciągała mnie na miasto. Nie miałem już energii.
Dziś zostałem w Poznaniu. O 20 gram koncert w tej samej knajpce. Cieszę się na to, lubię śpiewać dla ludzi, dzielić się sobą. Mam nadzieję, że zejdą jakieś płyty, obrazy, przyda się gotówka bardzo. Ubezpieczenie na auto, rachunek za telefon, paliwo do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską.
Nastrój? Hmm... No, nie fruwam:) Dużo samotności, ruminacji nad przeszłością, poczucia, że jestem poza rzeczami. Ale są też fajne kawałki. Z rana odezwała się Marta (moja pierwsza wielka miłość wrocławska, długo ją odchorywałem, ale w końcu zostaliśmy przyjaciółmi:), że tęskni, była wspierająca, namawiała mnie na te słynne kołacze z Poznania, zapomniałem jak się nazywają:) Gadałem też trochę z Elą. Jest na targach w Toruniu. Być może jutro ją odwiedzę i zostanę na noc. Nie mam pośpiechu z dojazdem do Warszawy, mogę jechać na około. No ale to też zależy, jak będę z finansami stał.
Co jeszcze? Aha, prelekcja przedwczoraj. Nie było Z., ani zbyt dużo znajomych ludzi. Temat fajny, wziąłem udział w dyskusji. A później schowałem się do Włóczęgi, oglądałem jakieś rolki o kosmosie i dinozaurach, aż nie zasnąłem.
Thursday, 6 November 2025
Mały regres, wyjazdy, radykalizm
No ale nie są to już tak silne uczucia jak jeszcze miesiąc, dwa temu. Biorę głęboki oddech i mówię sobie - to minie. Tak jak minęły inne rzeczy, które kiedyś były całym moim światem. Tylko że... No chciałbym, żeby już coś było na stałe, bezpiecznie i spokojnie. To już tyle lat, odkąd płynę tymi wzburzonymi wodami, szukając przystani. Zaczynam się obawiać, że mogę jej nie znaleźć.
Jutro jadę do Poznania. Wieczorem mam wernisaż. Mam z dwadzieścia obrazów, poopowiadam o nich, o tym jak odkryłem malarstwo, czym dla mnie jest, napiję się wina, pogadam ze znajomymi. No a następnego dnia gram w tym samym miejscu koncert. Mam trochę nowych utworów, będzie ostro. Te ostatnie kilka lat zradykalizowałem się mocno, moja poezja, bunt, weszły na wyższy poziom. Może odbijam sobie w ten sposób niepowodzenia miłosne?:) It could be. Ale lubię bardzo tę rewolucyjną część mnie. To bardzo ważny aspekt mojej osobowości, spełniam się w tym.
Z Poznania nie wracam od razu do Wrocławia. Postanowiłem pojechać do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada.
Po zapłaceniu z honorarium za koncert ubezpieczenia na samochód i rachunku za telefon powinno mi zostać na paliwo do Wawy i stamtąd powrót do Wrocławia. A na później? Już nie:) Będę kombinował.
A co dzisiaj? Wyślę obraz do klientki. Miałem go skończyć już w sierpniu, no ale było jak było. A pod wieczór idę posłuchać prelekcji w Zamencie. "Miłość jako opór i narzędzie władzy: o politycznym wymiarze uczuć". Trochę się stresuję, jest możliwość, że będzie Z. no i jakieś osoby, które mnie scancelowały z powodu relacji z nią. Ale nie jest to jakiś wielki stres. Już przeszedłem etap unikania ich wszystkich. Znalazłem w sobie spokojne miejsce, które pozwala nie wpuszczać do środka za dużo rzeczy z zewnątrz, rzeczy które mnie nie budują. Poza tym mam nowe ciuchy, w których czuję się przystojny i atrakcyjny, lubię się pokazywać :p Cały na czarno, zajebiste bojówki, czarna bomberka, czarna bluza z kapturem, martensy, nowe dziary:)
Tuesday, 4 November 2025
Powrót do siebie
Budzić się rano i czuć się spokojnie, zadowolony z życia, ze swoich wyborów, wolności.
Dużo pomogło mi czytanie swoich starych zapisków z podróży, ze spotkań, przygód. Dało mi to szerszą perspektywę siebie. Wczoraj przygotowałem do publikacji opowieść z Rainbow w 2015 roku, kiedy zabujałem się w Dziewczynie w Czerwonej Sukience i zaprzyjaźniłem z Pablo.
W ogóle relacje są dla mnie ważne, chyba najważniejsze. Najlepiej się czuję wśród ludzi. Dlatego wolę mieszkać w mieście, niż gdzieś w naturze. Czasami ludzie się dziwią: mieszkasz w vanie i wybrałeś centrum miasta? Mogłeś przecież mieszkać wszędzie. Dokładnie. Dlatego parkuję 10 minut spacerem od rynku. W każdej chwili mogę znaleźć się w tłumie ludzi, mogę pójść do mojej ulubionej knajpki, pogadać z barmanem, spotkać kogoś.
Wczoraj znów spędziłem cały dzień w pracowni. Zrobiłem dwa Rebel Boxy, z których jestem dumny. Biorąc pod uwagę target (alternatywne dziewczyny), nie zarobię na tym pewnie pieniędzy, ale radość z tworzenia jest.
W piątek mam wernisaż w Poznaniu, następnego dnia koncert. Postanowiłem, że nie wrócę od razu do Wrocławia, ale pojadę do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada. Jestem podekscytowany, choć jest również niepokój. Nie lubię przemocy, a jest duża możliwość, że będzie starcie ze skrajną prawicą. No ale nie chcę być tylko fotelowym anarchistą i antyfaszystą.
Czytając stare zapiski widzę, że motyw miłość romantycznej przewija się u mnie zawsze i intensywnie. To jest taki mój holy graal. Ciekawe, czy kiedyś go znajdę i napiję się wina nieśmiertelności. Czy też będę próbował z różnych kielichów już zawsze, szukając czegoś prawdziwego, na zawsze.
Dzisiaj terapia, pierwsza sesja od 3 tygodni, pani Kasia miała urlop. Cieszę się na rozmowę. Po 4 latach nawiązałem z nią bliską relację terapeutyczną. Lubię te nasze rozmowy.
Sunday, 2 November 2025
Rebel Box, nostalgia i Emma Goldman
Rano poszedłem do pracowni. Wziąłem małą porcję grzybów i na razie robię przerwę od microdosingu. Dużo mi to pomogło przez ten miesiąc kuracji psylocybinowej, ciekaw jestem, czy utrzyma się dystans do życia i szersza perspektywa.
Poza tym lubię te eksplozje kreatywności.
Dzisiaj też miałem.
Przypomniałem sobie, że mam kilkadziesiąt drewnianych szkatułek. Wpadłem na pomysł zrobienia całej serii kolażowej. Seria będzie się nazywać Rebel Box. Pomalowałem pudełko, stworzyłem logo, wydrukowałem materiały na kolaż. Idea jest taka, że pudełko będzie wyklejone rewolucyjnymi, feministycznymi, anarchistycznymi grafikami i znajdzie się tam jeszcze jakiś mocny tekst.
Jutro chciałbym skończyć prototyp. Każde pudełko będzie podpisane i będzie miało swój numer, tak że będzie to produkt kolekcjonerski.
Zaczęło się robić już ciemno, kiedy wyszedłem z pracowni i poszedłem do Kali. DJ wrzucił na YouTube Federacji mój podcast o Emmie Goldman, który nagrałem jakoś w maju. Poczułem mocno nostalgię. To był środek zakochania w Z, działałem intensywnie w FA i wydawało mi się, że world is my oyster.
Piję napar imbirowy, który Pasza zrobił mi za darmo, kochany chłopak wie, że tak w sumie to nie stać mnie na codzienne siedzenie w knajpie. Dołożył jeszcze talerz ciasta, które było na tyle rozpieprzone, że nie nadawało się na sprzedaż. Czytam Serca Atlantydów, co pół godziny wychodzę na fajkę.
W gruncie rzeczy I'm OK.
Poranny wypadek oraz recap wczoraj
Ta pogoda zrobiła wczoraj robotę. Zorientowałem się, że mam dobry humor, kiedy na spacerze każdy kawałek na playliście sprawiał mi przyjemność. Poczułem w środku przestrzeń i lekkość.
Na Nadodrzu spotkałem ludzi z Food not Bombs, Irek rozdawał chleb i jabłka, przywitał mnie ciepło. Była też Anabel, to był jej pierwszy dzień na foodzie. Wieczorem poszliśmy do knajpy pograć w kości.
Dziś obudziłem się jak zwykle, nad ranem. Wstawiłem wodę, zapaliłem papierosa. I kiedy zalewałem kawę, wylałem na siebie wrzątek. Zszokowany zaplątałem się w śpiworze i wypadłem z auta skręcając sobie nadgarstek i kostkę, oraz rozbijając kolano. Reszta wrzątku wylała mi się na tyłek, jak leżałem w błocie xd
Patrzę na pogodę, dziś dżdżysto. Zament jest z reguły wolny w niedzielę, więc mogę dzisiaj malować (to miejsce, które używam jako pracownię). Zaraz wezmę głośnik, włączę muzykę i spróbuję obudzić w sobie kreatywnego ducha.
Just another day.
Saturday, 1 November 2025
Kawiarnia, mocne wrażenia, King
Sączę powoli herbatę, czytam opowiadania Kinga. Lubię jego sposób snucia opowieści. Kiedyś chciałem pisać tak jak on.
Rozmyślam o swoim życiu. To luksus bycia artystą w kryzysie wewnętrznym, z blokadą twórczą i z ogromnym zapasem wolnego czasu.
Najpierw tak ogólnie: w życiu są trzy stany:
1. Wspaniałość
2. Rozczarowanie
3. Stabilność
U mnie ten trzeci stan nie istnieje. Szukam intensywnych, głębokich przeżyć, stanów uniesienia i czasami je znajduję. Czy to w miłości, czy w jakiejś wzniosłej misji, w sztuce. Tarzam się w tym, przeżywam, cieszę i czuję, że robię życie dobrze. Później następuje rozpierdol. Tak jak ta ostatnia katastrofa z Z. Wtedy odczuwam prozę i szarość istnienia jeszcze mocniej niż przed uniesieniami. Cierpię, szukam wyjścia, pracuję nad sobą i czekam, kiedy znowu uda się wskoczyć w siodło.
Pamiętam jak po przyjeździe do Wrocławia i poznaniu M. odkryłem MDMA. Fuck, zachłysnąłem się tą substancją. Jakbym znalazł coś, co jest stworzone idealnie dla mnie. Energia, rozpuszczenie ego, ekstaza, serce pełne miłości, przyjaźni, miękkości. No ale koszty były zbyt duże, zejścia mnie wykańczały i w końcu odpuściłem.
Jestem na terapii od czterech lat. Dużo przepracowałem, cieszę się bardzo z tego, że alkohol przestał być codziennym gościem w moim życiu, że trochę bardziej rozumiem siebie i skąd to wszystko.
Miałem już kończyć terapię, ale kiedy rozjebałem się na wiosnę, stwierdziliśmy razem z panią Kasią, że jeszcze mi się przyda. No i tam pojawia się ten temat szukania mocnych przeżyć i tego, dlaczego wpakowuję się w niemożliwe i mega intensywne relacje. Wchodząc w związek z 21 letnią dziewczyną, mogłem przecież oczekiwać, że to nie wypali. No ale ten wewnętrzny romantyk, buntownik, idealista i lekkoduch bardzo chciał uwierzyć. A zresztą byłem samotny, spragniony miłości, więc taka ilość adoracji, akceptacji i walidacji, była dla mnie jak woda na pustyni. Wszedłem z beztroską w narrację o wielkiej miłości dwójki anarchistów, którzy namiętnie i bez lęku zrobią rewolucję i sprzeciwią się normom społecznym.
No i kilka miesięcy później, chudszy o jakieś sześć kilo, śpiąc po 5 godzin na dobę, odganiając koszmary, paląc dziesiątki fajek dziennie, zmagając się z poczuciem odrzucenia i samotności, na poważnie zastanawiam się, czy gdybym mógł cofnąć czas, to zrobiłbym coś inaczej. I chyba nie. Wszedłbym w to po prostu jeszcze raz. It was beautiful while it lasted. I nie wiem, czy terapia może mi pomóc w tym podejściu do życia.
Co dalej? Dzisiaj widzimy się z Anabel. Lubię z nią gadać. Lubię ludzi, którzy jakoś tam się zmagają i przez to mają dystans do rzeczywistości, ciemne poczucie humoru i dobre serce.


















